Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką Coca-Cola

Puchar Świata, mundial, World Cup, FIFA, mecz, drużyna, faza grupowa, faza pucharowa, rozgrywki, turniej finałowy, spalony, bramka, dogrywka, karne, emocje, głód, Luis Suarez. Od dwóch tygodni te zwroty opanowały internet, prasę, radio, telewizję, rozmowy telefoniczne, smsy i spotkania. To znaczy ich męską część.

Gdy zaczynają się mistrzostwa świata w piłce nożnej, faceci wydawałoby się, że mówią po polsku, ale jednak w obcym języku i często trudno się z nimi dogadać. O ile powyższe hasła można wpisać w Wikipedię i bez trudu rozszyfrować ich znaczenie, o tyle z innymi zwrotami może być problem. Bo niby brzmią normalnie, ale jednak znaczą coś innego, niż na co dzień.

Aby w narodzie nieprzerwanie panowała miłość i zrozumienie, razem z Coca-Colą – oficjalnym sponsorem Pucharu Świata w Brazylii – postanowiliśmy rozłożyć męskie odzywki na czynniki pierwsze i wyjaśnić, o co tym kolesiom do diaska chodzi. Sprawdźcie mundialowy słownik męsko-damski, czyli przełożenie tego co mówią faceci, na to co myślą.

Źle się czuję, możemy dzisiaj zostać w domu? – wiem, że chcesz wyjść, ale dzisiaj jest mecz

Wiesz, że nigdy nie przepadałem za klubami. Może spotkamy się z nimi na spokojnie w jakimś barze? – no dobra, jak już tak bardzo chcesz, to chodźmy gdzieś, gdzie jest chociaż telewizor

A co tam w ogóle u Karoliny, widziałyście się ostatnio? – nie wyszłabyś z koleżankami na miasto, bo zaprosiłem już chłopaków?

Która godzina? – za ile mecz?

Dzisiaj już wtorek? – dzisiaj gra Argentyna?

Zaraz – po meczu

Później – jutro

Jutro – w tym tygodniu

Nie, nie mam pojęcia, gdzie są koreczki ze śliwek i boczku – głupia sprawa, ale chłopaki dorwały się do nich w przerwie meczu

Ten film to kicha. Ledwo 5/10 na Filmwebie, poza tym Marek go widział i mówił, że słabizna – błagam nie przełączaj!

Nie lubię chodzić na jego koncerty, wszystkie wyglądają tak samo – chętnie bym poszedł, ale w tym samym czasie jest mecz

Skończył się papier toaletowy? A sprawdzałaś za szafką? – wiem, że papier się skończył, bo od wczoraj jadę na chusteczkach, ale jest mecz, więc gram na czas

Tak, kupiłem – zupełnie o tym zapomniałem, ale kupię jutro z samego rana

Przepraszam, zapomniałem – przepraszam, ale gdybym zrobił to o co mnie prosiłaś spóźniłbym się na mecz

Możemy się pośpieszyć? – za kwadrans zaczyna się mecz

Byłaś w sklepie? – jest jeszcze Cola w lodówce?

Byłaś na zakupach? – są jakieś czipsy?

Tak, kochanie – nie mam pojęcia co do mnie mówisz, ale wydawało mi się, że to było pytanie, więc wolałem odpowiedzieć twierdząco, żeby nie narażać się na dalszą dyskusję, czy – nie daj boże – kłótnię. Najprawdopodobniej, nigdy bym się na to nie zgodził, ale piłka, emocje i w ogóle

GOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOL!!! – jeśli nie okaże się, że jest spalony, to wygląda na to, że drużyna, której kibicuję zdobyła punkt

Jak można było to puścić? Jak?! J-A-K?!?!?! – jak wiesz, nie jestem zawodowym piłkarzem, nie mam też doświaczenia w szkoleniu sportowców, ale co czwartek gram w FIFĘ na konsoli, więc mam prawo stwierdzić, że zrobiłbym to lepiej

No i gdzie żeś był? – no i gdzie on był?

Jaki spalony? Nie było żadnego spalonego! – obstawiłem u bukchamera, że ta drużyna wygra

Strzelaj! Strzeeelaj! Strze-e-e-e-elaj! – strzelaj

 

Czegoś brakuje?

(niżej jest kolejny tekst)

15
Dodaj komentarz

avatar
8 Comment threads
7 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
10 Comment authors
Love Street FashionAleksandraKamil SkrokDagmara GdalaKsięciunio Kaminski Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
polis
Gość
polis

Zaraz – po meczu

Później – jutro

Jutro – w tym tygodniu

Bardzo w punkt ;)

Karolina Franieczek | Życie Me
Gość

Czekałam na mundialowy wpis u Ciebie :) I bardzo mnie cieszy, że te zwroty są i w moim słowniku. Dodam do tego jeszcze: „Ty ślepy …” W miejsce kropek wstaw pasujący rzeczownik – zwykle w odniesieniu do sędziego. „Nie doliczaj, nie doliczaj” kiedy już jajko znoszę, a każda dodatkowa minuta to podwójny stan przedzawałowy. ;)

Jan Favre
Gość

„Nie doliczaj, nie doliczaj” to krzyczała w sobotę moja przyjaciółka, bo ze swoim chłopakiem postawili zakład, że będzie remis w czasie regulaminowym ;)

Karolina Franieczek | Życie Me
Gość

Mundial pełną parą – Też uskuteczniamy zakłady. Emocje wtedy jeszcze większe.

Monika
Gość

Już wiem kto zjadł mój boczek :D Swoją drogą moja koleżanka kupiła niedawno jakąś lodówkę do której dodawali 190 puszek Coca-coli, to dopiero raj :D

Jan Favre
Gość

To sensowne, nie trzeba chodzić do sklepu do końca mundialu ;)

Aleksandra
Gość
Aleksandra

Jak to nie, a czipsy i piwo?

Jan Favre
Gość

No dobra, i jeszcze sporadycznie praca.

Aleksandra
Gość
Aleksandra

Na szczęście jestem bezrobotnym studentem, a do końca mundialu na pewno nikt mnie nie zatrudni :3 Jako zamiennik może być pizza, która w domu pojawia się sama! :)

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

Parę lat temu oglądałam mundial, ale to było bardzo niezdrowe. Czipsy, piwo i wielkie pokłady agresji. Zwierzę się budzi w człowieku, nawet nie wie kiedy.

Księciunio Kaminski
Gość
Księciunio Kaminski

„No i gdzie żeś był?” (najlepiej z bezdźwięcznym „g”) – tak bardzo po krakowsku <3

Jan Favre
Gość

Ej, w Warszawie chyba też to słyszałem.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Już niebawem wielki dzień w życiu tegorocznych maturzystów. Odbiorą wyniki z egzaminu dojrzałości i dowiedzą się, czy po tych 3 latach spisywania prac domowych na długich przerwach i pozorowania nauki w ostatniej ławce, coś zostało im w głowach. I to coś wymiernego, wyrażonego w liczbie znajdującej się między 0 a 100. Cześć z nich z pewnością dozna szoku, że mimo wybiórczego podejścia do nauki, ma więcej punktów od dziobaków wkuwających na blachę każdą linijkę z książki. Też tak miałem.

Niezależnie, w której grupie jesteś, to z pewnością dojdzie do Ciebie egzystencjalne pytanie „co ja, do cholery, mam ze sobą dalej zrobić?”. To hasło w trakcie życia powraca wielokrotnie, co jakiś czas zmieniając formę, a tym razem brzmi jak „jakie studia wybrać?”. Nie będę się rozwodził nad tym, czy studia mają sens, czy nie (bo to temat na książkę, w dodatku moją i to piątą). I tak większość z Was na nie pójdzie. Wybór studiów, jak każdy inny wybór, można spieprzyć i to spieprzyć spektakularnie.

Poniżej 3 kroki, które musisz podjąć, żeby pluć sobie w brodę przez kolejne kilka lat, a jak dobrze pójdzie, to i całe życie.

 

Krok #1: Wybierz miasto ze względu na znajomych

Nie ma sensu, żebyś wybierał się na studia do Wrocławia tylko dlatego, że Ci się podoba i od zawsze marzyłeś o tym, żeby tam mieszkać. Jeśli połowa Twojej klasy będzie studiować w Rzeszowie, bo jest najbliżej i na dobrą sprawę nawet nie trzeba się przeprowadzać, bo to tylko 30 kilometrów, idź za nimi! Będziesz miał sprawdzoną, zaufaną paczkę, która co prawda doprowadza Cię do szału, ale przynajmniej ją znasz.

Chyba nie ma nic gorszego, niż poznawanie nowych ludzi i zaczynanie relacji od zera. Nie dość, że masz świeży start i możesz budować kontakty bardziej świadomie, niż w liceum, to jeszcze mogą okazać się ciekawsze, niż te stare. A nie daj boże, odkryją przed Tobą nowe horyzonty i zaczniesz interesować się rzeczami, o których wcześniej nie miałeś pojęcia.

Tyle gadania, tyle poznawania się, tyle imprezowania, tyle trudu. To nie ma sensu, lepiej zostać na starych śmieciach.

 

Krok #2: Wybierz uczelnię, na której studiowali Twoi rodzice

Tatuś z mamusią powiedzieli Ci, że tylko Uniwersytet Jagielloński? Że żadna inna uczelnia w kraju nawet nie może z nim konkurować? Że tylko tam dostaniesz solidne wykształcenie, które pozwoli Ci znaleźć stabilną pracę w dobrej firmie? I w ogóle, to mają najlepszą kadrę nauczycielską, rewelacyjne sale wykładowe i świetne wyposażone pracownie? Cóż, muszą mieć rację, w końcu ostatni raz tam byli jedyne 25 lat temu.

 

Krok #3: Wybierz kierunek bo jest wysoko w rankingach

Tylko informatyka kolego, tylko informatyka! Rankingi nie kłamią. Olać pasję, olać zainteresowania, olać predyspozycje, liczy się hajs! Rozwój sieci komputerowych, projektowanie aplikacji na urządzenia mobilne, Ruby on Rails, ewentualnie bazy danych. Zapamiętaj te pojęcia,  bo któreś z nich już od października stanie się osią Twojego życia. Kto wie, może nawet zostaniesz drugim Markiem Zuckerbergiem?

Mówisz, że Cię to nie interesuje? Że podchodzisz do komputera jak ksiądz do podatków? Że jarasz się Bałkanami i chciałbyś pójść na filologię serbską? Nie bądź niepoważny, wiesz ile zarabiają nauczyciele? Mało! Własne biuro tłumaczeń? To zbyt ryzykowne. Lepiej mieć pracę, której się nie lubi, niż żadną. Albo słabo płatną. Wybierając kierunek z pierwszych miejsc rankingów masz pewność.

A, że Ci się nie podoba i tego nie czujesz? Już nie marudź, to tylko 5 lat studiów. A potem 41 lat w zawodzie. Jakoś przeżyjesz, w końcu to nie pierwsza rzecz, którą robisz wbrew sobie.

Płakałem po „Smutnym Autobusie”

Skip to entry content

Jest takie coś, co się nazywa Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i to coś stwierdziło, że bardzo ważnym aktualnym tematem są niesprawne autobusy przewożące dzieci. Dlatego stworzyło usługę – stronę w internecie – dzięki, której możesz sprawdzić, czy transport, do którego ładuje się Twój szkrab rozleci się na najbliższym zakręcie, czy kilkaset kilometrów dalej.

Sam pomysł prosi się o zakwestionowanie, bo czy nie od tego są stacje kontroli pojazdów? Czemu akcja dotyczy tylko autobusów przewożących dzieci? Nastolatki już nikogo nie obchodzą? I nie mniej zasadne – czy faktycznie nie ma istotniejszych problemów? Dobra, uznajmy, że to jest temat numer jeden, akcja jest super i faktycznie obywatelska kontrola pojazdów zapewni większe bezpieczeństwo przejazdu, niż kontrola trzeźwości kierowców. Gdy już mamy to ustalone, niespodziewanie jak pierwszy okres, pojawia się animacja promująca tę usługę. I nie wiadomo, czy cieszyć się, czy płakać, czy tamować.

I jak, nie możecie się już doczekać, aż zgłosicie pierwszy autobus do kasacji? Mnie to poruszyło, zniesmaczyło i odrzuciło od inicjatywy, na tyle, że poczułem chęć ratowania wiekowego autobusu. Michał i Paweł, sugerują, że jeśli tak zareagowałem to znaczy, że nie zrozumiałem kampanii. A ja uważam, że nieśmieszny żart pozostaje nieśmieszny nawet, gdy się go wytłumaczy.

„Smutny Autobus” to zła kampania z 5 powodów:

 

Po pierwsze: czemu miałbym znielubić stary autobus?

Przez cały filmik nie pojawia się ani jeden sensowny powód, dla którego miałbym uznać, że stary autobus to zło wcielone i jak najszybciej trzeba go uśmiercić. Wygląda jak rzęch, to fakt, ale nie ma pokazanych konsekwencji z tym związanych. Nie ma ukazanej żadnej sytuacji, w której jazda nim zagraża życiu dzieci, naraża je na niebezpieczeństwo lub może spowodować wypadek. Hasło „nie miej litości dla niesprawnego autobusu” dociera do mnie na poziomie logicznym i nie ma przełożenia na poziom emocjonalny. Biorąc pod uwagę,  że cała animacja bazuje na emocjach, to mocno nietrafione.

 

Po drugie: czemu miałbym polubić nowy autobus?

Tylko dlatego, że jest nowy? Poza tym, że biały autobus dokucza czerwonemu i cieszy się z jego śmierci, autorzy nie pokazali żadnych cech, które pozwoliłyby odbiorcy poczuć, że faktycznie czymś się różni. A już na pewno nie takich, które wzbudziłyby sympatię.

 

Po trzecie: samobójstwo, to przegięcie

Ja wiem, że dobra kampania powinna być niejednoznaczna i wzbudzać dyskusje. Wiem. Wiem, że jak się nie zaszokuje ludzi, to wideo się nie rozejdzie wirusowo. Wiem. Wiem, że tolerancja na odchyły w reklamie się zwiększa i żeby kogoś ruszyć trzeba pojechać po bandzie, no ale proszę Państwa, samobójstwo? W akcji skierowanej do rodziców?  Mówiącej o bezpieczeństwie ich dzieci?

Moment, w którym autobus ginie zmiażdżony pod naciskiem prasy i soki tryskają z niego na szyby był tak mocny, że nie byłem w stanie myśleć już o niczym innym, niż o jego śmierci. O samochodziku, który chciał być przydatny, wozić dzieci, cieszyć się, że spełnia jakąś rolę, a został brutalnie przerobiony na kupę gówna. To nie można było pokazać, że miejsce starych samochodów jest w muzeum? Albo zobrazować jak zostaje zamieniony w zjeżdżalnię? Albo karuzelę, na której bawią się dzieciaki i zagrać na koniec filmu pozytywnymi emocjami?

 

Po czwarte: adres usługi pojawia się w najgorszym momencie

Nie wiem jaki komunikat musiałby się pojawić po scenie samobójstwa, żeby być w zasięgu mojej percepcji. Może coś związanego z telefonem zaufania, ale na pewno nie z komunikacją miejską. Pomijając jednak tę kwestię, to w chwili, gdy adres podawany jest werbalnie, powinien również pojawić się na ekranie. Inny komunikat za bardzo nie ma racji bytu, bo gdy co innego widzimy, a co innego słyszymy, w efekcie nie zapamiętujemy niczego. Jeśli nie wierzysz, to przypomnij sobie ile adresów stron internetowych zapamiętałeś słysząc je w radiu.

Czyżby zero?

 

Po piąte: czy faktycznie rodzice darzą niesprawne środki transportu sympatią?

Po tłumaczeniach osób, które „zrozumiały filmik” przyjąłem, że celowo miałem polubić głównego bohatera i celowo spotkała go śmierć. Takie były założenia autorów, po to, żeby dobitnie pokazać, że niesprawne autobusy bezwarunkowo nie mają racji bytu.

Dobra, to teraz takie szybkie pytanie – czy ktokolwiek korzysta z nienadającego się do użytku transportu publicznego dlatego, że go lubi? Czy kiedykolwiek wsiedliście do rozlatującego się Jelcza, bo budził w Was współczucie? Czy w dzieciństwie matki pakowały Was do zdezelowanych PKSów, bo czuły do nich sympatię?

No nie sądzę. W rzeczywistości, rodzice faktycznie kierują się emocjami, ale emocjami związanymi z ich dziećmi. Nie z samochodami. Za dowód niech poświadczy wypowiedź jednej z czytelniczek na blogu Michała:

Prowadzimy rodzinnie dwa biura podróży. Wozimy dzieci na kolonie i wycieczki, dorosłych na wczasy. Większość transportów wykonujemy autobusami. I nigdy, przenigdy nie zdarzyło się, żeby rodzicie nie chcieli sprawdzić autobusu czy wypytać kontrolujących policjantów „czy wszystko ok”. I to jest na porządku dziennym – ludzie bardzo mocno zwracają na to uwagę i jeśli autobus nie spełni ich wymagań, pewna jestem, że chcieliby innego transportu. I nie ma zmiłuj.

Jeśli rodzic wie, że jego dziecko ma spędzić w autobusie 12 godzin jadąc nad morze, to możecie mi wierzyć – rodzic nie kocha wtedy autobusu, nie kocha organizatora czy policjantów. Nikogo nie kocha, prócz swojego dzieciaka. I upewni się 10 razy, że wszystko jest ok.

Oglądając animację wzruszyłem się, ale w rzeczywistości autobus nie ma oczek. W rzeczywistości nie lituję się nad środkami publicznego transportu.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!