Close
Close

Wizyta Baracka Obamy w Polsce oczami internetu

Skip to entry content

Jeśli mogę, to staram się nie tykać polityki. Raz, że to syf, dwa, że to syf, a trzy, że za każdym razem, gdy wydaje mi się, że ktoś sensownie gada, to 2 lata po wyborach okazuje się, że dałem się nabrać. Jestem naiwniakiem, wiadomo. Nie komentuję spraw politycznych na blogu, nie piszę czy Korwin jest królem, czy krullem (bo krull jest tylko jeden), nie przezywam tego kto dostał się do europarlamentu (już bardziej rusza mnie fakt, że do urn poszedł tylko co czwarty uprawiony do głosowania).

Wizytę Baracka Obamy też chciałem ominąć szerokim łukiem, ale że to zjawisko równie popkulturowe, co polityczne, to nie ominąłem. Zwłaszcza, że internet zareagował. I to zdecydowanie ciekawiej, niż tradycyjne media.

Poniżej 9 najbardziej interesujących zdjęć/memów z wizyty prezydenta Stanów Zjednoczonych w Polsce.

 

Marysia Sokołowska gate

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (8)

Nie wiem na ile ta sprawa wyszła poza granice naszego kraju, ale faktycznie zabawne, że z nafaszerowanej populizmami nastolatki robi się poważny temat do dyskusji publicznej.

 

Jedna literka robi różnicę

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (1)

Ja Panu Nie Przerywałem prawie tak dobrzy jak Facecje.

 

Z Kurskim przez świat

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (7)

Czas leci, a strona PoselKurski.eu cały czas tak samo zajebista.

 

Obama w Warszawie

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (6)

Niby suchar, ale zawsze zwracam uwagę na gry słowne i podwójne znaczenia.

 

Wałęsa musi być

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (5)

Jak przyjeżdża do nas jakaś persona o faktycznym znaczeniu międzynarodowym, to zawsze musi polecieć mem z Wałęsą. I jego twarde akcentowanie.

 

Bronek przestał być Januszem

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (4)

Źle się dzieje w Państwie Polskim, gdy prezydent pozbawia się jednego z najbardziej rozpoznawalnych symboli na zachodzie, oj źle. Aczkolwiek i tak obstawiam, że to jakaś akcja marketingowa producenta maszynek do golenia.

 

Dysputa o pasze

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (3)

Tym się właśnie różni dobry bloger od przeciętnego, że potrafi z, wydawałoby się, niezwiązanego z jego tematyką wydarzenia wyciągnąć szczegół, który zamieni w wartościową treść dla swoich czytelników. Polecam przeczytać wszystkie komentarze pod zdjęciem, w których Szarmant i Mr. Vintage spierają się, czy Komorowski ma dobrze uszyty garnitur, czy nie.

 

Uczciwy układ

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (1)

Najbardziej rozpowszechniony mem podczas tej wizyty. Od czasu wejścia polskich żołnierzy do Iraku wszyscy się łudzą, ze kiedyś je dostaniemy. Cóż, kiedyś na pewno.

 

 Prawie jak „Hous of Cards”Wizyta Baracka Obamy w Polsce (2)

Brawo, Frank Underwood byłby wdzięczny za to poświęcenie.

 

Jeśli pominąłem jakieś istotne/wyjątkowo śmieszne zdjęcie/mem, które mocno poszło po sieci, to śmiało, wrzucajcie do komentarzy.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • misior

    przyznaję, że nie głosowałam bo się nazbyt upiłam noc wcześniej i cały dzień „upłynął” mi na wymiotach :D

    • Dzięki za szczegółowy opis sytuacji.

      • misior

        do usług :)

  • No to zaspokoiłam swoje polityczne aspiracje u Ciebie na blogu, a teraz wracam do omijania szeeerooookiem łukiem ;)

  • dobre! oszczędziłeś mi kilka godzin grzebania po internetach (znałam tylko KFC… źle ze mną…)

    • Zależy jak na to patrzeć – może nie znałaś innych, bo nie jeździsz na rowerze zamiast siedzieć w sieci ;)

      • tak, tak, to na pewno to… ;)

  • Aleksandra Muszyńska

    Zgadzam się,że „limurzyna” jest dobra,ale-jest jeszcze BARACKOWÓZ.
    Nie wiem co prawda,czym przyleciał,ale słyszałam i o bambojetcie…

  • „Nie przezywam tego kto dostał się do europarlamentu (już bardziej rusza
    mnie fakt, że do urn poszedł tylko co czwarty uprawiony do głosowania)” – co chcesz przez to powiedzieć?
    Po prostu ubolewasz nad powodami, dla których tak wielu Polaków postanowiło się odciąć od polityki i bojkotować wybory, czy może chciałbyś, żeby każdy bez względu na okoliczności poczuwał się do obowiązku obywatelskiego, jakim jest pójście do urny?
    Jakby co, to nie szukam zaczepki, bo nie lubię i chyba nawet nie umiem dyskutować o polityce – po prostu interesuje mnie twoje zdanie ;)

    • „już bardziej rusza mnie fakt, że do urn poszedł tylko co czwarty uprawiony do głosowania” – uważam, że jest to poważniejszy temat do dyskusji publicznej, że 75% mogących głosować zupełnie to olewa, niż że jakaś tam niszowa partia zdobyła 7% głosów (czyli, że w sumie 1.75% mogących oddać głos postawiło obok nich krzyk). I właśnie to, czemu tak się dzieje, jest poważnym problemem, nad którym warto byłoby się zastanowić.

    • Martyna Kubicka

      a tak w ogóle, sam byłeś ?:)

  • http://m.kwejk.pl/obrazek/2071847/obama-w-polsce.html mimo pełnej tolerancji LIMURZYNA wygrala :D

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

---> SKOMENTUJ

Robi z igły widły. Nie znam kogoś, kto czepiałby się szczegółów bardziej, niż on. Jak nie jest idealnie, to jest beznadziejnie.

Kiedyś poszedł na koncert Fisza. Wszedł do klubu kwadrans po starcie przedstawienia, bo wokalista postanowił mu zrobić psikusa i zacząć punktualnie. Tak na przekór wszystkim imprezom, które zaczynają się godzinę po czasie. Od momentu, w którym przekroczył próg lokalu i usłyszał, że już grają, wszystko było źle. Złe nagłośnienie, źle dobrany repertuar, złe miejsce pod sceną, złe reakcje publiki, złe piwo w barze. Jakby kiedykolwiek było dobre.

Włączył tryb marudzenia, bo nie mógł być na koncercie od początku, bo nie mógł doświadczyć go w pełni, bo zapłacił za 100% zabawy, a mógł dostać góra 85%. Uznał, że skoro coś go ominęło, impreza nie może być udana. Musi być do dupy. Po całości. Bo jak można cieszyć się z nowego resoraka, w którym zacięło się jedno kółko?

 

To osioł. W sensie, że uparty. Jak coś sobie wbije do głowy, to jak kasa w Amber Goldzie – nie da rady tego wyciągnąć.

Niedziela, gdzieś koło południa. Część ludzi stara się wrócić do żywych, część dopiero kończy imprezę. Wszystkich ssie w żołądku, więc pada jak wygrana w totolotka hasło „szama”. Zwykle w takich sytuacjach sprawę rozwiązuje telefon po pizzę, ale nie tym razem. Dzieciak ma pomysł, to znaczy rozkaz, idziemy do chińczyka. Na Miodową. Czyli, że trzeba wstać, ogarnąć się, może nawet ubrać, wyjść z mieszkania, jakimś cudem dotrzeć na przystanek, wsiąść w tramwaj, przejechać pół miasta, wysiąść, przeżegnać się 3 razy i pomodlić o wolne miejsce.

No nikogo nie pogrzało na tyle, żeby się tak katować.

Ale dzieciak sobie wymyślił. Dzieciak sobie wymyślił i dzieciak nie odpuści. Będzie truł, ględził, przekonywał i puszczał zdartą płytę, aż nie dopnie swego. Stworzy tyle argumentów ile jest potrzeba, a jeśli racjonalne przesłanki zawiodą, będzie żerował na emocjach, aż wyobraźnia pozostałych nie zapłonie na tyle, by wybiegli ją ugasić zimny kubłem rzeczywistego obrazu.

I tym razem było tak samo.

Drążył dziurę w skale, aż nie przekabacił wszystkich, że kurczak po wietnamsku na gorącym półmisku, to najlepsze, co może ich spotkać tego dnia. I poszli, pół przytomni w stanie nie nadającym się do użytku, wyjść szczęściu na przeciw.

 

Daje się ponieść. Nie jest lekkoduchem, którego pieniądze się nie trzymają i przepuszcza wypłatę w 2 wieczory. Nie, to nie on. Ale jak wpadnie coś ponad plan – jakaś fucha, dodatkowe zlecenie albo lepiej niż dobrze płatna współpraca – nie szczypie się z hajsem.

Pamiętam jak pojechał nad morze, po maturze, sprzedawać gazety. W Matki Boskiej Zielnej było wolne, to ktoś mu podklepał temat, że może dorobić na orzeszkach. Za 4 godziny biegania z tacką po plaży zgarnął stówkę. Calusieńkie sto złotych. Wtedy stówka to była fortuna i przy dobrym gospodarowaniu można było przeżyć za nią nawet tydzień. Ale to była premia, a premię wydaje się na kawior i Hennessy. Albo najlepszą pizzę w mieście.

Poszedł do knajpy, takiej co to stoi się w kolejce żeby wejść do środka, kelner zna pozycje w menu i nawet ich skład i dają czyste sztućce. No wyższa półka jak nic. Przeleciał wzrokiem po liście jak wytrawny smakosz i zamówił ostatnią. Znaczy się najdroższą i największą, bo dziś leci na bogato. 60 centymetrów. Nie trzeba być Pitagorasem, żeby obliczyć, że jeden 19-latek nie da rady tyle zjeść, nawet jeśli to najbardziej kozacka pizza z jaką było dane zetknąć się jego kubkom smakowym. No i nie zjadł. Padł po 3-cim kawałku zostawiając resztę, ale jak sam stwierdził „panowie, to był zaaajebisty widok”.

 

Jest naiwniakiem. Nie wiem jak można być tak łatwowiernym, żeby podłapywać motywy z filmów i chcieć je przenosić do rzeczywistości. Tylko ktoś niespełna rozumu może uwierzyć, że to, co pokazują seriale ma przełożenie w realnym świecie i może dziać się naprawdę.

Jak zaczynał studia, mieszkał w zatęchłej ruderze, w której strach było wchodzić do kuchni bez kominiarki i futra, bo groziło to odmrożeniem fundamentalnych części ciała. Do łazienki zresztą też lepiej było zbliżać się z ostrożnością. W sumie to samo wyjście spod kołdry już niosło ze sobą ryzyko. Kamienica, piece kaflowe i te klimaty.

Dla osłody życia zaczął sobie googlować miejsca gdzie jest ciepło. Cały rok. W głowie pobrzmiewał mu refren „Kalifornia, słońce, palmy, opowiedz o tym Mes, opowiedz o tym Meees” z demówki Flexxipu i między jednym wynikiem wyszukiwania, a drugim, trafił na „Californiaction”.

Wiecie, ten serial, w którym postać głównego bohatera jest oparta o Charlesa Bukowskiego. Tyle, że ma kilkukrotnie atrakcyjniejsze czytelniczki, niż autor „Szmiry”. Hank w połowie drugiego sezonu – między jednym brakiem pomysłu na nową książkę, a ósmym – dostaje propozycję pisania bloga dla lokalnego portalu. I przyjmuje ją. I pisze. O społeczeństwie, o relacjach damsko-męskich, o swoim podejściu do życia, o przemyśleniach na temat aktualnych wydarzeń. Taki pamiętnik internetowy, który czyta kilkadziesiąt tysięcy osób.

Dzieciak to obejrzał i pomyślał, że też tak może. Nie załapał, że to fikcja, że to pomysł stworzony tylko na potrzeby filmu, żeby pchnąć dalej fabułę. Uroił sobie, że naprawdę może pisać jakąś stronkę w internecie i ktoś mu za to zapłaci. Że to będzie jego sposobem na życie. Jak naiwnym trzeba być, żeby w to uwierzyć?

ineo+ 224e-20140528072919

Ten dzieciak we mnie czasem przejmuje dowodzenie. Dziękuję mu za to.

---> SKOMENTUJ

Najbardziej zapomniane słowa w języku polskim

Skip to entry content

Mimo, że „Stay Fly” jest nazwą anglojęzyczną, to robię wszystko co mogę, by promować język polski i nie brudzić go obcojęzycznymi naleciałościami. Stąd „blog stylożyciowy” a nie „lifestyle’owy”, bo – dla niektórych to może być szokiem – w polskim funkcjonuje taki termin jak „styl życia”. Funkcjonuje też trylion innych pojęć, których nie ma potrzeby zastępować makaronizmami.

Część studentów uważa, że powiedzenie „dancefloor” zamiast „parkiet”, czy „party” zamiast „impreza” dodaje im zajebistości i kreuje ich na światowych ludzi. Części branżowców wydaje się, że użycie „deadline’u” w zastępstwie „terminu” i  „case study” w zamian za „analizę przypadku” świadczy o ich profesjonalizmie i buduje im wizerunek ekspertów. Część hipsterów natomiast zapomniała, że są w naszym języku są takie słowa jak „codzienny”, „losowy”, czy „wolny strzelec” i da się konstruować wypowiedzi bez ich anglojęzycznych odpowiedników. Ten post jest właśnie dla nich.

Poniżej lista najbardziej zapomnianych wyrażeń w języku polskim.

Zakupy – obecnie funkcjonuje jako shopping

Wolny strzelec– obecnie funkcjonuje jako freelancer

Uczucie – obecnie funkcjonuje jako feeling

Losowy – obecnie funkcjonuje jako randomowy

Rękodzieło  – obecnie funkcjonuje jako handmade

Rodzicielski – obecnie funkcjonuje jako parentingowy

Styl życia – obecnie funkcjonuje jako lifestyle

Skupiony – obecnie funkcjonuje jako sfocusowany

Wibracja – obecnie funkcjonuje jako vibe

Porównywać  – obecnie funkcjonuje benchmarkować

Codzienny – obecnie funkcjonuje jako casualowy

Zrób to sam – obecnie funkcjonuje DIY

Informacja zwrotna – obecnie funkcjonuje jako feedback

Nienawidzić – obecnie funkcjonuje jako hejtować

Dla jednych może być to odświeżenie pamięci, dla drugich nabycie tajemnej wiedzy i odkrycie nowych obszarów naszej mowy. Śmiało można linkować zmakaronizowanym jednostkom nieświadomym istnienia tych słów. Ale nie poprzestawajmy na tych kilku przykładach, pójdźmy dalej.

Jeśli macie jakieś kalki z angielskiego, których używacie na co dzień i wydaje Wam się, że nie da się ich przetłumaczyć na polski, wrzućcie je w komentarze. Razem z czytelnikami postaramy się przetłumaczyć każde, ale to każde słowo na polski. Nawet idiomy, które wydawałoby się, że są nie do ruszenia. Z pewnością pojawi się sporo zbitek, które nie istniały nigdy wcześniej i neologizmów. Tym lepiej.

Tłumaczenie anglicyzmów 3… 2… 1… START!

---> SKOMENTUJ