Close
Close

Wizyta Baracka Obamy w Polsce oczami internetu

Skip to entry content

Jeśli mogę, to staram się nie tykać polityki. Raz, że to syf, dwa, że to syf, a trzy, że za każdym razem, gdy wydaje mi się, że ktoś sensownie gada, to 2 lata po wyborach okazuje się, że dałem się nabrać. Jestem naiwniakiem, wiadomo. Nie komentuję spraw politycznych na blogu, nie piszę czy Korwin jest królem, czy krullem (bo krull jest tylko jeden), nie przezywam tego kto dostał się do europarlamentu (już bardziej rusza mnie fakt, że do urn poszedł tylko co czwarty uprawiony do głosowania).

Wizytę Baracka Obamy też chciałem ominąć szerokim łukiem, ale że to zjawisko równie popkulturowe, co polityczne, to nie ominąłem. Zwłaszcza, że internet zareagował. I to zdecydowanie ciekawiej, niż tradycyjne media.

Poniżej 9 najbardziej interesujących zdjęć/memów z wizyty prezydenta Stanów Zjednoczonych w Polsce.

 

Marysia Sokołowska gate

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (8)

Nie wiem na ile ta sprawa wyszła poza granice naszego kraju, ale faktycznie zabawne, że z nafaszerowanej populizmami nastolatki robi się poważny temat do dyskusji publicznej.

 

Jedna literka robi różnicę

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (1)

Ja Panu Nie Przerywałem prawie tak dobrzy jak Facecje.

 

Z Kurskim przez świat

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (7)

Czas leci, a strona PoselKurski.eu cały czas tak samo zajebista.

 

Obama w Warszawie

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (6)

Niby suchar, ale zawsze zwracam uwagę na gry słowne i podwójne znaczenia.

 

Wałęsa musi być

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (5)

Jak przyjeżdża do nas jakaś persona o faktycznym znaczeniu międzynarodowym, to zawsze musi polecieć mem z Wałęsą. I jego twarde akcentowanie.

 

Bronek przestał być Januszem

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (4)

Źle się dzieje w Państwie Polskim, gdy prezydent pozbawia się jednego z najbardziej rozpoznawalnych symboli na zachodzie, oj źle. Aczkolwiek i tak obstawiam, że to jakaś akcja marketingowa producenta maszynek do golenia.

 

Dysputa o pasze

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (3)

Tym się właśnie różni dobry bloger od przeciętnego, że potrafi z, wydawałoby się, niezwiązanego z jego tematyką wydarzenia wyciągnąć szczegół, który zamieni w wartościową treść dla swoich czytelników. Polecam przeczytać wszystkie komentarze pod zdjęciem, w których Szarmant i Mr. Vintage spierają się, czy Komorowski ma dobrze uszyty garnitur, czy nie.

 

Uczciwy układ

Wizyta Baracka Obamy w Polsce (1)

Najbardziej rozpowszechniony mem podczas tej wizyty. Od czasu wejścia polskich żołnierzy do Iraku wszyscy się łudzą, ze kiedyś je dostaniemy. Cóż, kiedyś na pewno.

 

 Prawie jak „Hous of Cards”Wizyta Baracka Obamy w Polsce (2)

Brawo, Frank Underwood byłby wdzięczny za to poświęcenie.

 

Jeśli pominąłem jakieś istotne/wyjątkowo śmieszne zdjęcie/mem, które mocno poszło po sieci, to śmiało, wrzucajcie do komentarzy.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • misior

    przyznaję, że nie głosowałam bo się nazbyt upiłam noc wcześniej i cały dzień „upłynął” mi na wymiotach :D

    • Dzięki za szczegółowy opis sytuacji.

      • misior

        do usług :)

  • No to zaspokoiłam swoje polityczne aspiracje u Ciebie na blogu, a teraz wracam do omijania szeeerooookiem łukiem ;)

  • dobre! oszczędziłeś mi kilka godzin grzebania po internetach (znałam tylko KFC… źle ze mną…)

    • Zależy jak na to patrzeć – może nie znałaś innych, bo nie jeździsz na rowerze zamiast siedzieć w sieci ;)

      • tak, tak, to na pewno to… ;)

  • Aleksandra Muszyńska

    Zgadzam się,że „limurzyna” jest dobra,ale-jest jeszcze BARACKOWÓZ.
    Nie wiem co prawda,czym przyleciał,ale słyszałam i o bambojetcie…

  • „Nie przezywam tego kto dostał się do europarlamentu (już bardziej rusza
    mnie fakt, że do urn poszedł tylko co czwarty uprawiony do głosowania)” – co chcesz przez to powiedzieć?
    Po prostu ubolewasz nad powodami, dla których tak wielu Polaków postanowiło się odciąć od polityki i bojkotować wybory, czy może chciałbyś, żeby każdy bez względu na okoliczności poczuwał się do obowiązku obywatelskiego, jakim jest pójście do urny?
    Jakby co, to nie szukam zaczepki, bo nie lubię i chyba nawet nie umiem dyskutować o polityce – po prostu interesuje mnie twoje zdanie ;)

    • „już bardziej rusza mnie fakt, że do urn poszedł tylko co czwarty uprawiony do głosowania” – uważam, że jest to poważniejszy temat do dyskusji publicznej, że 75% mogących głosować zupełnie to olewa, niż że jakaś tam niszowa partia zdobyła 7% głosów (czyli, że w sumie 1.75% mogących oddać głos postawiło obok nich krzyk). I właśnie to, czemu tak się dzieje, jest poważnym problemem, nad którym warto byłoby się zastanowić.

    • Martyna Kubicka

      a tak w ogóle, sam byłeś ?:)

  • http://m.kwejk.pl/obrazek/2071847/obama-w-polsce.html mimo pełnej tolerancji LIMURZYNA wygrala :D

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

Robi z igły widły. Nie znam kogoś, kto czepiałby się szczegółów bardziej, niż on. Jak nie jest idealnie, to jest beznadziejnie.

Kiedyś poszedł na koncert Fisza. Wszedł do klubu kwadrans po starcie przedstawienia, bo wokalista postanowił mu zrobić psikusa i zacząć punktualnie. Tak na przekór wszystkim imprezom, które zaczynają się godzinę po czasie. Od momentu, w którym przekroczył próg lokalu i usłyszał, że już grają, wszystko było źle. Złe nagłośnienie, źle dobrany repertuar, złe miejsce pod sceną, złe reakcje publiki, złe piwo w barze. Jakby kiedykolwiek było dobre.

Włączył tryb marudzenia, bo nie mógł być na koncercie od początku, bo nie mógł doświadczyć go w pełni, bo zapłacił za 100% zabawy, a mógł dostać góra 85%. Uznał, że skoro coś go ominęło, impreza nie może być udana. Musi być do dupy. Po całości. Bo jak można cieszyć się z nowego resoraka, w którym zacięło się jedno kółko?

 

To osioł. W sensie, że uparty. Jak coś sobie wbije do głowy, to jak kasa w Amber Goldzie – nie da rady tego wyciągnąć.

Niedziela, gdzieś koło południa. Część ludzi stara się wrócić do żywych, część dopiero kończy imprezę. Wszystkich ssie w żołądku, więc pada jak wygrana w totolotka hasło „szama”. Zwykle w takich sytuacjach sprawę rozwiązuje telefon po pizzę, ale nie tym razem. Dzieciak ma pomysł, to znaczy rozkaz, idziemy do chińczyka. Na Miodową. Czyli, że trzeba wstać, ogarnąć się, może nawet ubrać, wyjść z mieszkania, jakimś cudem dotrzeć na przystanek, wsiąść w tramwaj, przejechać pół miasta, wysiąść, przeżegnać się 3 razy i pomodlić o wolne miejsce.

No nikogo nie pogrzało na tyle, żeby się tak katować.

Ale dzieciak sobie wymyślił. Dzieciak sobie wymyślił i dzieciak nie odpuści. Będzie truł, ględził, przekonywał i puszczał zdartą płytę, aż nie dopnie swego. Stworzy tyle argumentów ile jest potrzeba, a jeśli racjonalne przesłanki zawiodą, będzie żerował na emocjach, aż wyobraźnia pozostałych nie zapłonie na tyle, by wybiegli ją ugasić zimny kubłem rzeczywistego obrazu.

I tym razem było tak samo.

Drążył dziurę w skale, aż nie przekabacił wszystkich, że kurczak po wietnamsku na gorącym półmisku, to najlepsze, co może ich spotkać tego dnia. I poszli, pół przytomni w stanie nie nadającym się do użytku, wyjść szczęściu na przeciw.

 

Daje się ponieść. Nie jest lekkoduchem, którego pieniądze się nie trzymają i przepuszcza wypłatę w 2 wieczory. Nie, to nie on. Ale jak wpadnie coś ponad plan – jakaś fucha, dodatkowe zlecenie albo lepiej niż dobrze płatna współpraca – nie szczypie się z hajsem.

Pamiętam jak pojechał nad morze, po maturze, sprzedawać gazety. W Matki Boskiej Zielnej było wolne, to ktoś mu podklepał temat, że może dorobić na orzeszkach. Za 4 godziny biegania z tacką po plaży zgarnął stówkę. Calusieńkie sto złotych. Wtedy stówka to była fortuna i przy dobrym gospodarowaniu można było przeżyć za nią nawet tydzień. Ale to była premia, a premię wydaje się na kawior i Hennessy. Albo najlepszą pizzę w mieście.

Poszedł do knajpy, takiej co to stoi się w kolejce żeby wejść do środka, kelner zna pozycje w menu i nawet ich skład i dają czyste sztućce. No wyższa półka jak nic. Przeleciał wzrokiem po liście jak wytrawny smakosz i zamówił ostatnią. Znaczy się najdroższą i największą, bo dziś leci na bogato. 60 centymetrów. Nie trzeba być Pitagorasem, żeby obliczyć, że jeden 19-latek nie da rady tyle zjeść, nawet jeśli to najbardziej kozacka pizza z jaką było dane zetknąć się jego kubkom smakowym. No i nie zjadł. Padł po 3-cim kawałku zostawiając resztę, ale jak sam stwierdził „panowie, to był zaaajebisty widok”.

 

Jest naiwniakiem. Nie wiem jak można być tak łatwowiernym, żeby podłapywać motywy z filmów i chcieć je przenosić do rzeczywistości. Tylko ktoś niespełna rozumu może uwierzyć, że to, co pokazują seriale ma przełożenie w realnym świecie i może dziać się naprawdę.

Jak zaczynał studia, mieszkał w zatęchłej ruderze, w której strach było wchodzić do kuchni bez kominiarki i futra, bo groziło to odmrożeniem fundamentalnych części ciała. Do łazienki zresztą też lepiej było zbliżać się z ostrożnością. W sumie to samo wyjście spod kołdry już niosło ze sobą ryzyko. Kamienica, piece kaflowe i te klimaty.

Dla osłody życia zaczął sobie googlować miejsca gdzie jest ciepło. Cały rok. W głowie pobrzmiewał mu refren „Kalifornia, słońce, palmy, opowiedz o tym Mes, opowiedz o tym Meees” z demówki Flexxipu i między jednym wynikiem wyszukiwania, a drugim, trafił na „Californiaction”.

Wiecie, ten serial, w którym postać głównego bohatera jest oparta o Charlesa Bukowskiego. Tyle, że ma kilkukrotnie atrakcyjniejsze czytelniczki, niż autor „Szmiry”. Hank w połowie drugiego sezonu – między jednym brakiem pomysłu na nową książkę, a ósmym – dostaje propozycję pisania bloga dla lokalnego portalu. I przyjmuje ją. I pisze. O społeczeństwie, o relacjach damsko-męskich, o swoim podejściu do życia, o przemyśleniach na temat aktualnych wydarzeń. Taki pamiętnik internetowy, który czyta kilkadziesiąt tysięcy osób.

Dzieciak to obejrzał i pomyślał, że też tak może. Nie załapał, że to fikcja, że to pomysł stworzony tylko na potrzeby filmu, żeby pchnąć dalej fabułę. Uroił sobie, że naprawdę może pisać jakąś stronkę w internecie i ktoś mu za to zapłaci. Że to będzie jego sposobem na życie. Jak naiwnym trzeba być, żeby w to uwierzyć?

ineo+ 224e-20140528072919

Ten dzieciak we mnie czasem przejmuje dowodzenie. Dziękuję mu za to.

---> SKOMENTUJ

Najbardziej zapomniane słowa w języku polskim

Skip to entry content

Mimo, że „Stay Fly” jest nazwą anglojęzyczną, to robię wszystko co mogę, by promować język polski i nie brudzić go obcojęzycznymi naleciałościami. Stąd „blog stylożyciowy” a nie „lifestyle’owy”, bo – dla niektórych to może być szokiem – w polskim funkcjonuje taki termin jak „styl życia”. Funkcjonuje też trylion innych pojęć, których nie ma potrzeby zastępować makaronizmami.

Część studentów uważa, że powiedzenie „dancefloor” zamiast „parkiet”, czy „party” zamiast „impreza” dodaje im zajebistości i kreuje ich na światowych ludzi. Części branżowców wydaje się, że użycie „deadline’u” w zastępstwie „terminu” i  „case study” w zamian za „analizę przypadku” świadczy o ich profesjonalizmie i buduje im wizerunek ekspertów. Część hipsterów natomiast zapomniała, że są w naszym języku są takie słowa jak „codzienny”, „losowy”, czy „wolny strzelec” i da się konstruować wypowiedzi bez ich anglojęzycznych odpowiedników. Ten post jest właśnie dla nich.

Poniżej lista najbardziej zapomnianych wyrażeń w języku polskim.

Zakupy – obecnie funkcjonuje jako shopping

Wolny strzelec– obecnie funkcjonuje jako freelancer

Uczucie – obecnie funkcjonuje jako feeling

Losowy – obecnie funkcjonuje jako randomowy

Rękodzieło  – obecnie funkcjonuje jako handmade

Rodzicielski – obecnie funkcjonuje jako parentingowy

Styl życia – obecnie funkcjonuje jako lifestyle

Skupiony – obecnie funkcjonuje jako sfocusowany

Wibracja – obecnie funkcjonuje jako vibe

Porównywać  – obecnie funkcjonuje benchmarkować

Codzienny – obecnie funkcjonuje jako casualowy

Zrób to sam – obecnie funkcjonuje DIY

Informacja zwrotna – obecnie funkcjonuje jako feedback

Nienawidzić – obecnie funkcjonuje jako hejtować

Dla jednych może być to odświeżenie pamięci, dla drugich nabycie tajemnej wiedzy i odkrycie nowych obszarów naszej mowy. Śmiało można linkować zmakaronizowanym jednostkom nieświadomym istnienia tych słów. Ale nie poprzestawajmy na tych kilku przykładach, pójdźmy dalej.

Jeśli macie jakieś kalki z angielskiego, których używacie na co dzień i wydaje Wam się, że nie da się ich przetłumaczyć na polski, wrzućcie je w komentarze. Razem z czytelnikami postaramy się przetłumaczyć każde, ale to każde słowo na polski. Nawet idiomy, które wydawałoby się, że są nie do ruszenia. Z pewnością pojawi się sporo zbitek, które nie istniały nigdy wcześniej i neologizmów. Tym lepiej.

Tłumaczenie anglicyzmów 3… 2… 1… START!

---> SKOMENTUJ