Close
Close

Już niebawem wielki dzień w życiu tegorocznych maturzystów. Odbiorą wyniki z egzaminu dojrzałości i dowiedzą się, czy po tych 3 latach spisywania prac domowych na długich przerwach i pozorowania nauki w ostatniej ławce, coś zostało im w głowach. I to coś wymiernego, wyrażonego w liczbie znajdującej się między 0 a 100. Cześć z nich z pewnością dozna szoku, że mimo wybiórczego podejścia do nauki, ma więcej punktów od dziobaków wkuwających na blachę każdą linijkę z książki. Też tak miałem.

Niezależnie, w której grupie jesteś, to z pewnością dojdzie do Ciebie egzystencjalne pytanie „co ja, do cholery, mam ze sobą dalej zrobić?”. To hasło w trakcie życia powraca wielokrotnie, co jakiś czas zmieniając formę, a tym razem brzmi jak „jakie studia wybrać?”. Nie będę się rozwodził nad tym, czy studia mają sens, czy nie (bo to temat na książkę, w dodatku moją i to piątą). I tak większość z Was na nie pójdzie. Wybór studiów, jak każdy inny wybór, można spieprzyć i to spieprzyć spektakularnie.

Poniżej 3 kroki, które musisz podjąć, żeby pluć sobie w brodę przez kolejne kilka lat, a jak dobrze pójdzie, to i całe życie.

 

Krok #1: Wybierz miasto ze względu na znajomych

Nie ma sensu, żebyś wybierał się na studia do Wrocławia tylko dlatego, że Ci się podoba i od zawsze marzyłeś o tym, żeby tam mieszkać. Jeśli połowa Twojej klasy będzie studiować w Rzeszowie, bo jest najbliżej i na dobrą sprawę nawet nie trzeba się przeprowadzać, bo to tylko 30 kilometrów, idź za nimi! Będziesz miał sprawdzoną, zaufaną paczkę, która co prawda doprowadza Cię do szału, ale przynajmniej ją znasz.

Chyba nie ma nic gorszego, niż poznawanie nowych ludzi i zaczynanie relacji od zera. Nie dość, że masz świeży start i możesz budować kontakty bardziej świadomie, niż w liceum, to jeszcze mogą okazać się ciekawsze, niż te stare. A nie daj boże, odkryją przed Tobą nowe horyzonty i zaczniesz interesować się rzeczami, o których wcześniej nie miałeś pojęcia.

Tyle gadania, tyle poznawania się, tyle imprezowania, tyle trudu. To nie ma sensu, lepiej zostać na starych śmieciach.

 

Krok #2: Wybierz uczelnię, na której studiowali Twoi rodzice

Tatuś z mamusią powiedzieli Ci, że tylko Uniwersytet Jagielloński? Że żadna inna uczelnia w kraju nawet nie może z nim konkurować? Że tylko tam dostaniesz solidne wykształcenie, które pozwoli Ci znaleźć stabilną pracę w dobrej firmie? I w ogóle, to mają najlepszą kadrę nauczycielską, rewelacyjne sale wykładowe i świetne wyposażone pracownie? Cóż, muszą mieć rację, w końcu ostatni raz tam byli jedyne 25 lat temu.

 

Krok #3: Wybierz kierunek bo jest wysoko w rankingach

Tylko informatyka kolego, tylko informatyka! Rankingi nie kłamią. Olać pasję, olać zainteresowania, olać predyspozycje, liczy się hajs! Rozwój sieci komputerowych, projektowanie aplikacji na urządzenia mobilne, Ruby on Rails, ewentualnie bazy danych. Zapamiętaj te pojęcia,  bo któreś z nich już od października stanie się osią Twojego życia. Kto wie, może nawet zostaniesz drugim Markiem Zuckerbergiem?

Mówisz, że Cię to nie interesuje? Że podchodzisz do komputera jak ksiądz do podatków? Że jarasz się Bałkanami i chciałbyś pójść na filologię serbską? Nie bądź niepoważny, wiesz ile zarabiają nauczyciele? Mało! Własne biuro tłumaczeń? To zbyt ryzykowne. Lepiej mieć pracę, której się nie lubi, niż żadną. Albo słabo płatną. Wybierając kierunek z pierwszych miejsc rankingów masz pewność.

A, że Ci się nie podoba i tego nie czujesz? Już nie marudź, to tylko 5 lat studiów. A potem 41 lat w zawodzie. Jakoś przeżyjesz, w końcu to nie pierwsza rzecz, którą robisz wbrew sobie.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Płakałem po „Smutnym Autobusie”

Skip to entry content

Jest takie coś, co się nazywa Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i to coś stwierdziło, że bardzo ważnym aktualnym tematem są niesprawne autobusy przewożące dzieci. Dlatego stworzyło usługę – stronę w internecie – dzięki, której możesz sprawdzić, czy transport, do którego ładuje się Twój szkrab rozleci się na najbliższym zakręcie, czy kilkaset kilometrów dalej.

Sam pomysł prosi się o zakwestionowanie, bo czy nie od tego są stacje kontroli pojazdów? Czemu akcja dotyczy tylko autobusów przewożących dzieci? Nastolatki już nikogo nie obchodzą? I nie mniej zasadne – czy faktycznie nie ma istotniejszych problemów? Dobra, uznajmy, że to jest temat numer jeden, akcja jest super i faktycznie obywatelska kontrola pojazdów zapewni większe bezpieczeństwo przejazdu, niż kontrola trzeźwości kierowców. Gdy już mamy to ustalone, niespodziewanie jak pierwszy okres, pojawia się animacja promująca tę usługę. I nie wiadomo, czy cieszyć się, czy płakać, czy tamować.

I jak, nie możecie się już doczekać, aż zgłosicie pierwszy autobus do kasacji? Mnie to poruszyło, zniesmaczyło i odrzuciło od inicjatywy, na tyle, że poczułem chęć ratowania wiekowego autobusu. Michał i Paweł, sugerują, że jeśli tak zareagowałem to znaczy, że nie zrozumiałem kampanii. A ja uważam, że nieśmieszny żart pozostaje nieśmieszny nawet, gdy się go wytłumaczy.

„Smutny Autobus” to zła kampania z 5 powodów:

 

Po pierwsze: czemu miałbym znielubić stary autobus?

Przez cały filmik nie pojawia się ani jeden sensowny powód, dla którego miałbym uznać, że stary autobus to zło wcielone i jak najszybciej trzeba go uśmiercić. Wygląda jak rzęch, to fakt, ale nie ma pokazanych konsekwencji z tym związanych. Nie ma ukazanej żadnej sytuacji, w której jazda nim zagraża życiu dzieci, naraża je na niebezpieczeństwo lub może spowodować wypadek. Hasło „nie miej litości dla niesprawnego autobusu” dociera do mnie na poziomie logicznym i nie ma przełożenia na poziom emocjonalny. Biorąc pod uwagę,  że cała animacja bazuje na emocjach, to mocno nietrafione.

 

Po drugie: czemu miałbym polubić nowy autobus?

Tylko dlatego, że jest nowy? Poza tym, że biały autobus dokucza czerwonemu i cieszy się z jego śmierci, autorzy nie pokazali żadnych cech, które pozwoliłyby odbiorcy poczuć, że faktycznie czymś się różni. A już na pewno nie takich, które wzbudziłyby sympatię.

 

Po trzecie: samobójstwo, to przegięcie

Ja wiem, że dobra kampania powinna być niejednoznaczna i wzbudzać dyskusje. Wiem. Wiem, że jak się nie zaszokuje ludzi, to wideo się nie rozejdzie wirusowo. Wiem. Wiem, że tolerancja na odchyły w reklamie się zwiększa i żeby kogoś ruszyć trzeba pojechać po bandzie, no ale proszę Państwa, samobójstwo? W akcji skierowanej do rodziców?  Mówiącej o bezpieczeństwie ich dzieci?

Moment, w którym autobus ginie zmiażdżony pod naciskiem prasy i soki tryskają z niego na szyby był tak mocny, że nie byłem w stanie myśleć już o niczym innym, niż o jego śmierci. O samochodziku, który chciał być przydatny, wozić dzieci, cieszyć się, że spełnia jakąś rolę, a został brutalnie przerobiony na kupę gówna. To nie można było pokazać, że miejsce starych samochodów jest w muzeum? Albo zobrazować jak zostaje zamieniony w zjeżdżalnię? Albo karuzelę, na której bawią się dzieciaki i zagrać na koniec filmu pozytywnymi emocjami?

 

Po czwarte: adres usługi pojawia się w najgorszym momencie

Nie wiem jaki komunikat musiałby się pojawić po scenie samobójstwa, żeby być w zasięgu mojej percepcji. Może coś związanego z telefonem zaufania, ale na pewno nie z komunikacją miejską. Pomijając jednak tę kwestię, to w chwili, gdy adres podawany jest werbalnie, powinien również pojawić się na ekranie. Inny komunikat za bardzo nie ma racji bytu, bo gdy co innego widzimy, a co innego słyszymy, w efekcie nie zapamiętujemy niczego. Jeśli nie wierzysz, to przypomnij sobie ile adresów stron internetowych zapamiętałeś słysząc je w radiu.

Czyżby zero?

 

Po piąte: czy faktycznie rodzice darzą niesprawne środki transportu sympatią?

Po tłumaczeniach osób, które „zrozumiały filmik” przyjąłem, że celowo miałem polubić głównego bohatera i celowo spotkała go śmierć. Takie były założenia autorów, po to, żeby dobitnie pokazać, że niesprawne autobusy bezwarunkowo nie mają racji bytu.

Dobra, to teraz takie szybkie pytanie – czy ktokolwiek korzysta z nienadającego się do użytku transportu publicznego dlatego, że go lubi? Czy kiedykolwiek wsiedliście do rozlatującego się Jelcza, bo budził w Was współczucie? Czy w dzieciństwie matki pakowały Was do zdezelowanych PKSów, bo czuły do nich sympatię?

No nie sądzę. W rzeczywistości, rodzice faktycznie kierują się emocjami, ale emocjami związanymi z ich dziećmi. Nie z samochodami. Za dowód niech poświadczy wypowiedź jednej z czytelniczek na blogu Michała:

Prowadzimy rodzinnie dwa biura podróży. Wozimy dzieci na kolonie i wycieczki, dorosłych na wczasy. Większość transportów wykonujemy autobusami. I nigdy, przenigdy nie zdarzyło się, żeby rodzicie nie chcieli sprawdzić autobusu czy wypytać kontrolujących policjantów „czy wszystko ok”. I to jest na porządku dziennym – ludzie bardzo mocno zwracają na to uwagę i jeśli autobus nie spełni ich wymagań, pewna jestem, że chcieliby innego transportu. I nie ma zmiłuj.

Jeśli rodzic wie, że jego dziecko ma spędzić w autobusie 12 godzin jadąc nad morze, to możecie mi wierzyć – rodzic nie kocha wtedy autobusu, nie kocha organizatora czy policjantów. Nikogo nie kocha, prócz swojego dzieciaka. I upewni się 10 razy, że wszystko jest ok.

Oglądając animację wzruszyłem się, ale w rzeczywistości autobus nie ma oczek. W rzeczywistości nie lituję się nad środkami publicznego transportu.

Rok z Aero2 – bezpłatnym dostępem do internetu

Skip to entry content

Jakiś czas temu mieszkałem na Starym Mieście. Lokalizacja wybitnie zacna, bo pod Mariacki spacerem 8 minut, widok na Wawel i w ogóle wszędzie blisko. Przekonanie o zajebistości tej miejscówy uleciało jak powietrze z źle zawiązanego balonika już drugiego dnia, gdy zaczęliśmy załatwiać internet. Okazało się, że nasza kamienica, jako jedna jedyna z całej ulicy, leży w Trójkącie Bermudzkim i nikt nie chce nas podpiąć, bo coś tam coś tam. Zdesperowany zacząłem łapać się brzytwy i myśleć o połączeniu radiowym, ale z tego też nic nie wyszło.

Po 3-4 miesiącach walki z administracją i wspólnotą mieszkaniową w końcu dokonaliśmy niemożliwego – uzyskaliśmy zgodę na okablowanie i popłynęła Neostrada. Ale, ale, do tego czasu też trzeba było jakoś łączyć się ze światem, bo mimo szczerych chęci trudno blogować bez internetu. Szukałem jakiejś alternatywy/rozwiązania tymczasowego i któryś ze znajomych powiedział mi, że jest coś takiego jak…

 

Bezpłatny mobilny internet

Aero2 - mobilny dostęp do internetu recenzja

Brzmi abstrakcyjnie jak punktualny pociąg i podejrzanie jak darmowe perfumy od ulicznego akwizytora? Pomyślałem dokładnie to samo i uznałem, że to niemożliwe. Że musi być jakiś haczyk, coś małym druczkiem. Że ostatecznie okaże się, że to droższe, niż normalny mobilny internet. Bo w tym kraju przecież nie ma nic za darmo, poza wirusowym zapaleniem wątroby i łomotem.

I miałem rację. Za Aero2 trzeba zapłacić 27zł.

Tyle, że jednorazowo i jest to kwota sensownie uzasadniona. 20zł płacimy za kartę SIM (nie ma się co oszukiwać, ktoś musiał ją fizycznie stworzyć) i 7zł za wysyłkę (również trzeba być szczerym, jakoś musi ona do nas trafić). Poza tymi niecałymi trzema dychami, na własną rękę musimy się też zaopatrzyć w modem. Chyba, że chcemy jej używać w tablecie, lub wykorzystać telefon jako router, to wtedy nie. Tak, czy inaczej, to jedyne koszta jakie ponosimy.

Nie płacimy zupełnie nic, absolutne ZERO ZŁOTYCH, za korzystanie z internetu. Możemy siedzieć w sieci 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i każdą inną liczbę jednostek niższego rzędu w jednostakch wyższego rzędu za friko. Nie ma żadnego abonemantu, żadnych płatnych impulsów po wykorzystaniu darmowych, nic z tych rzeczy.

Dobra, bezpłatny dostęp do internetu jest faktycznie spoko, ale pewnie zastanawiacie się…

 

Jak to śmiga?

Aero 2 - mobilny dostęp do internetu

Otwarcie trzeba powiedzieć, że Aero2 to nie jest internet do użytku multimedialnego. Dostawca deklaruje, że maksymalna prędkość pobierania danych, to 512kb/s. Z 5 razy może udało mi się taką prędkość osiągnąć, zasadniczo jest wolniej. Nie ma się co czarować, w żadną strzelankę ani RPG po sieci na tym nie pogramy, nie ma takiej opcji. YouTube jak chwilę się poładuje to poleci, ale z oglądaniem na bieżąco też nie da rady. Ściąganie plików większych, niż 10 mega również jest dość kłopotliwe, choć nie niewykonalne.

Przeglądanie stron, wysyłanie maili, korzystanie z Facebooka działa. Nie tak szybko, jak jestem przywyczajony na „normalny” internecie, ale działa. Z poziomu www zrobisz wszystko czego potrzebujesz.

Zasadniczo Aero2 traktuję jako internetową deskę ratunkową, gdy sieć w bloku padnie albo jestem gdzieś, gdzie nie da się połączyć z wi-fi. Biorąc pod uwagę, że zdarza się to wyjątkowo często, to naprawdę dobre rozwiązanie. Opierając swoją pracę na internecie, nie mogę sobie pozwolić na kilkugodzinną przerwę w łączności w środku dnia, bo są takie maile, na które trzeba odpisać „na już” i sporo akcji, które wchodzą w życie „na jutro”. I w takich przypadkach Aero2 nieraz ratowało mi tyłek.

Teraz kilka słów o tym, jak bardzo ten internet jest mobilny, czyli…

 

Jak z zasięgiem?

Aero2 - mobilny dostęp do internetu jak zamówić

W miastach na terenie zbudowanym jest bardzo w porządku. Aero2 korzysta z łącz Plusa, także sporadycznie zdarzają się miejsca, gdzie nie łapie zasięgu. Nie zjeździłem z nim całej Polski, ale w Małopolsce, na Śląsku, na Pomorzu i na Mazowszu działa. Gorzej z terenem niezabudowanym i wsiami. Tu już zaczynają się problemy i jest gorzej. Jak jadę pociągiem nie muszę patrzeć za okno gdzie jestem, bo widzę po zerwanym łączu. Można na to narzekać, ale z tego co wiem z „normalnym” internetem mobilnym poza miastem też nie ma rewelacji.

Z rzeczy do poprawienia, to niehalo jest też rozłączanie się co godzinę. Co 60 minut trzeba jeszcze raz kliknąć „połącz”, żeby móc dalej korzystać z internetu. Operator wprowadził ten manewr podobno po to, żeby ubić wszystkich torrentowców i nie przeciążać sieci. Mało finezyjne rozwiązanie, ale cóż… Na szczęście to tylko mały szkopuł i nie jest tak irytujący, jak pasek reklamowy w przeglądarce uniemożliwiający korzystanie z wi-fi w PolskimBusie (na moim netbooku zasłania ¼ ekranu).

Zbliżając się ku końcowi, póki co rok za mną, czy…

 

Będą kolejne 365 dni z Aero2?

Jak najbardziej.

Z tym bezpłatnym dostępem do internetu jest jak z wiarą w zakładzie Pascala, biorąc pod uwagę,  że nic Cię to nie kosztuje, mimo jego wad lepiej mieć, niż nie mieć. Jako normalny regularny internet nie ma racji bytu, ale jako awaryjna opcja sprawdza się przyzwoicie. Formalności przy załatwianiu jest niedużo (tutaj opisane krok po kroku), więc dla świętego spokoju warto to ogarnąć i mieć tę SIM kartę na czarną godzinę. Bo nie znasz minuty, ani sekundy, jak wywali Ci sieć w domu na pół dnia, a będziesz potrzebował internetu na gwałt.

Amen.