Close
Close

Co można robić przez 72 godziny na Podkarpaciu? [+konkurs]

Skip to entry content

wpis powstał we współpracy z Województwem Podkarpackim

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (72)

W zeszłym tygodniu razem z Asią ze Style Digger, Pauliną z From Movie To The Kitchen i Dorotą z Dorota Smakuje, przez 3 dni odkrywaliśmy uroki województwa podkarpackiego. I zwrot „odkrywaliśmy” nie jest tu przypadkowy, bo w tym regionie faktycznie byłem pierwszy raz w życiu. Odwiedziliśmy Bachórz, Sanok, Wetlinę, Przysłupie, Cisnę, Smolnik i Ustrzyki Dolne, przejeżdżając przez wiele innych malowniczych miasteczek i wsi.

Z racji tego, że podróżowaliśmy wzdłuż szlaku Podkarpackie Smaki, pierwsze, co zrobiło na mnie wrażenie, to…

 

Hreczanyki, fuczki i stolniki

Czyli nietypowe jedzenie.

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (117)

Na Podkarpaciu jest wiele potraw, których dotychczas nie udało mi się spotkać w innych częściach Polski, a już na pewno nie na Śląsku, ani w Małopolsce. Wiele dań, które kiedyś uchodziły za proste/chłopskie/robotnicze, dziś wraca na salony i robi furorę wśród turystów. Jednym z nich są właśnie hreczanyki

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (57)

…czyli kotlety z kaszy gryczanej i mięsa mielonego (które można dostać w Karczmie Jadło Karpackie w Sanoku). Zdecydowanie lepsze, niż zwykłe mielone. Ciekawszym odpowiednikiem znanej mi potrawy były też fuczki

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (61)

…czyli placki z kiszonej kapusty. Gdybym je jadł z zamkniętymi oczami, to byłbym przekonany, że to ziemniaczane, tylko z kwaśniejszych ziemniaków. Z serii „wydaje mi się, ze to jadłem, ale nie do końca” są jeszcze stolniki

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (55)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (56)

…czyli gołąbki z ziemniakami. Te akurat mnie nie oszołomiły, no bo jak to można tak bez mięsa? Nie można! Chyba, że mowa o kozich serach.

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (113)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (116)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (109)

Sery z tego regionu, to absolutny kozak! Bierzesz gryza i wiesz, że to z mleka od szczęśliwych kóz. Nie będę tu biadolił, że przetwory mleczne od dużych producentów do niczego się nie nadają, ale te są naprawdę lepsze. Smak jest intensywny i pieści kubki smakowe jeszcze długo po połknięciu.  Podobnie jak baranina z pierwszej ręki, którą…

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (85)

…jedliśmy w Gospodarstwie Agroturystycznym Szymkówka w Cisnej. Kruchutka, idealnie doprawiona, rozpływała się w ustach i mimo, że byłem pełny, to musiałem wziąć sobie dokładkę. Za to wymiękłem przy naleśniku gigancie

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (89)

placek gigant chata wedrowca

…w Chacie Wędrowca (w zasadzie nie wiem czemu nazywany jest naleśnikiem, bo to raczej racuch, ale nie o tym). Widząc tę pozycję w menu byłem przekonany, że hasło „gigant” jest na wyrost i wcale nie będzie taki duży, ale coś mnie tknęło i powiedziałem Paulinie, żebyśmy wzięli jednego na pół. Ostatecznie okazało się, że był tak duży, że zjedliśmy go we czwórkę, bo inaczej nie było szans go pokonać. Spore bydle.

naleśnik gigant chata wedrowca

A, i żebyście nie myśleli, że myśmy tylko tam jedli. Sporo też ćwiczyliśmy. Przed każdym posiłkiem trzeba było wykonać serię skłonów, skrętów i przysiadów. Aparaty w rękach postaci na ilustracji znalazły się przypadkowo.

Dobra, dość o jedzeniu. Czas powiedzieć…

 

Parę słów o piciu

Próbowaliśmy lokalnych piwek, głównie z browaru Ursa Maior. Mimo, że były zarówno pszeniczne, o nucie waniliowej, czy cytrusowej, to wszystkie charakteryzowały się specyficzną goryczką, którą trudno porównać do piw innej marki. Ze wszystkich najbardziej przypasował mi ich flagowy trunek, czyli Rzeźnik

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (54)

…oficjalne piwo legendarnego Biegu Rzeźnika, najtrudniejszego ultramaratonu w Polsce. Mimo swojej wojowniczej nazwy, to w żadnym wypadku nie robi rzezi, wręcz przeciwnie. Jest lekkie i orzeźwiające. Pogrom za to zrobiła wizyta na Dworze Kombornia.

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (129)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (145)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (130)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (131)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (132)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (133)

W piwnicach dworu mieści się Salon Win Karpackich, czyli po prostu winnica. Są tam zarówno wina słowackie, czeskie, węgierskie, rumuńskie, austriackie, jak i polskie. I można tych win próbować. Bez ograniczeń. To jedyne miejsce w Polsce, w którym podczas degustacji do swobodnej konsumpcji wystawione są wszystkie dostępne wina.

Dwór Kombornia

Na szczęście, aż tak mnie nie poniosło, żeby wypić kieliszek z każdej butelki, ale jak dorwałem się do Tokaji, to faktycznie trudno mnie było stamtąd przegonić. Przyznaję się bez bicia – kocham słodkie. Z polskich win, próbowałem trunku Uniwersytetu Jagiellońskiego i muszę przyznać, że jak na rodzimą produkcję całkiem przyzwoite. Nic się nie chwali ten UJ, że takie rzeczy robią.

Oprócz gry w butelkę mieliśmy też inne, zabawy i atrakcje, między innymi była to…

 

Wąskotorówka, stadnina koni i młyn

Najpierw jeździliśmy drezyną.

Post użytkownika Stay Fly.

Zabawa jak stąd do Wieliczki. Nie wpadłbyś na to, że machanie wajchą w górę i w dół po to, żeby rozpędzić blaszany wózek, może tak cieszyć. Później zmieniliśmy zabawki na trochę większe i wsiedliśmy do dużej kolejki.

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (73)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (95)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (74)

„Pogórzanin” to jedna z niewielu czynnych wąskotorówek w Polsce. Dzięki temu, że ma odkryte wagony i biegnie wzdłuż doliny rzeki Mleczki podczas jazdy można popatrzeć na dzikie lasy, poczuć wiatr we włosach i cofnąć się wyobraźnią kilka dekad. I dojść do wniosku, że PKP na odcinku Kraków-Katowice jedzie wolniej.

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (75)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (76)

 

Po przejażdżce  wagonikami, czekała nas przejażdżka konikami (w Bieszczadach de facto można się nawet wybrać na kilkudniowy rajd konny).

konie huculskie 3

konie huculskie

konie huculskie 2

Trochę się bałem, bo zwierzątka zazwyczaj mnie nie lubią, a na konikach w życiu nie jeździłem, ale nie było tak strasznie. Koniki huculskie, to rasa tak zwanych koni domowych, także są zrównoważone i za często nie gryzą. Po kilku okrążeniach zaczęliśmy się dogadywać i nawet to polubiłem. No w każdym razie na pewno opanowałem skręcanie i komendę „wio!”.

Liznąłem też trochę historii zwiedzając Park Etnograficzny w Sanoku.

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (14)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (42)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (41)

Pod względem ilości obiektów to największy skansen w Polsce. Na okolicznych terenach sąsiadowało ze sobą wiele kultur, zostawiając odcisk zarówno na architekturze, jak i sprzętach użytku codziennego. W poszczególnych sektorach parku można poznać życie Bojków, Łemków, Pogórzan i Dolinian, przenosząc się w czasie do ich epoki.

Rynek Galicyjski w Sanoku

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (21)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (23)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (25)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (49)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (26)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (27)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (28)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (29)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (31)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (32)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (33)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (34)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (35)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (43)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (39)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (37)

 

Z atrakcji, których nie znajdziesz w Krakowie, byliśmy też w Muzeum Młynartswa w Ustrzykach Dolnych.

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (123)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (124)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (126)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (125)

Przy wejściu wręczono nam po takiej tabliczce. Z początku nie wiedziałem, czy to dlatego, że jesteśmy blogerami, czy po prostu chodzi o wyraz twarzy. Pan przewodnik rozwiał naszej wątpliwości.

Kiedyś w młynach na porządku dziennym były takie komunikaty z powodu pyłu mącznego, który nieustannie unosił się w powietrzu zatykając płuca młynarzom. Panowie, próbowali pozbyć się osadu odkasłując, jednak to nie pomagało i po pewnym czasie nieświadomie zaczynali spluwać na podłogę. Nie było to ani skuteczne, ani tym bardziej higieniczne, więc wieszano tabliczki, aby opamiętali się i mimo wszystko starali się nad tym panować.

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (128)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (127)

 

Czego by nie napisać o jedzeniu, piciu, zabytkach, spływach kajakowych, przejażdżkach konnych, wyprawach psimi zaprzęgami (husky, husky), czy pieszych wędrówkach, to z perspektywy mieszczucha i tak najistotniejszy był dla mnie…

 

Spokój i czyste powietrze

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (119)

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (65)

Niezależnie, czy śpisz w trzygwiazdkowym hotelu ze spa, czy na sianie w ramach agroturystyki po całości, to w obu przypadkach możesz poczuć, że zostawiasz świat za sobą, a codzienne problemy znikają gdzieś w tyle. Ucieczka od miejskiego zgiełku raz na jakiś czas jest bardzo potrzebna dla zdrowia psychicznego, a kontakt z czystym powietrzem dla fizycznego. Zwłaszcza, gdy mieszkasz w Krakowie i masz na co dzień alarm smogowy. I nie wiem na ile to autosugestia, a na ile faktyczne działanie mikroklimatu Podkarpacia, ale zasypiałem błyskawicznie i wstawałem bez przejmującego „czy tego dnia nie można by spędzić w łóżku?”.

Podkarpacie - szlak Podkarpackie Smaki (64)

Poza tym ognisko w mieście to nie to samo. Zwłaszcza, gdy do rozpalenia zamiast suchy gałęzi z lasu chcesz użyć suchego paździerza z meblościanki babci.

 

Konkurs, konkurs!

Jeśli narobiłem Wam smaka zdjęciami lokalnego jadła z początku wpisu, to dobrze się składa. Żebyście mogli się przekonać na własnym podniebieniu, że Podkapracie jest spoko,  mam dla Was kosz regionalnych pyszności. Akcja jest prosta jak login i hasło do stron rządowych – musicie w kilku zdaniach (góra czterech) odpowiedzieć na pytanie z nagłówka, czyli napisać co można robić na Podkarpaciu przez 72 godziny. W ujęciu turystycznym rzecz jasna.

5 osób, które w komentarzach pod tym wpisem poda najoryginalniejsze odpowiedzi według mojego widzimisię, zgarnie zestaw tradycyjnych produktów regionalnych, składający się z: win podkarpackich, miodów, bryndzy karpackiej, długo dojrzewających wędlin, serów i słodyczy.

Jak zwykle przy konkursach na blogu, najwyżej punktowane są odpowiedzi kreatywne/niestandardowe/pojechane/inne-niż-wszystkie. Pisząc co chcielibyście robić na Podkarpaciu przez 3 dni, możecie posiłkować się zarówno tym, co znaleźliście w tej relacji, zakamarkami Googli, własnymi doświadczeniami, jak i szeroko pojętą wyobraźnią. Niebo nie jest limitem, jak to mawiają astronauci.

Na podanie odpowiedzi macie czas do 19-go lipca, czyli przyszłej soboty. Zwycięzcy zostaną ogłoszeni w tym wpisie i pójdzie do nich też mail z informacja o wygranej. Biorąc udział w konkursie akceptujecie regulamin i tym samym oświadczacie, że macie 18-ście lat (ze względu na winko, które jest w zestawach).

3, 2, 1… START!

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Chrońmy grubych, piętnujmy chudych

Skip to entry content

W środę Krzysztof Majak, uczestniczący w akcji PZU „Biegaj na zdrowie”, napisał, że gdy widzi grubych ludzi jest mu ich żal. Zasadniczo w tekście opisuje jak radzi sobie z pozbywaniem się nadwagi, jak to było być w rozmiarze plus, jak to jest z tygodnia na tydzień tracić na wadze i ile to dla niego znaczy. Pewnie wypowiedź przeszłaby bez echa, gdyby nie stwierdzenie, że grubsi mają niższą jakość życia, a otyłość wpływa nie tylko na problemy fizyczne, ale i na inne aspekty egzystencji.

Nie chcę teraz rozstrzygać, czy tak jest, czy nie, ale zwrócić uwagę na coś innego. Na podwójne standardy w traktowaniu osób grubych i chudych.

Jeśli napiszesz komuś w internecie, że ma problemy z nadwagą zaraz zleci się rój obrońców oskarżających Cię o brak tolerancji i dyskryminację mniejszości. Usłyszysz, że otyłość to obciążenie genetyczne, z którym się nie wygra i musisz być wypraną z uczuć kukłą, żeby komuś to wytykać. Ewentualnie, że nadwaga to świadomy wybór i przejaw akceptacji samego siebie, więc goń się, bo gówno wiesz o życiu w zgodzie ze sobą. Ostatecznie, że to zachowanie indywidualności jednostki i kontra do obecnych trendów.

Jakbyś nie poruszył tematu, używając słowa „grubas” jesteś rasistowskim ścierwem.

Zupełnie inaczej jednak ma się sytuacja z komentowaniem sylwetek osób chudych. Tu już nie ma takich argumentów jak dobre samopoczucie, czy autonomiczny wybór. Nie wspominając już o haśle-wytrychu – zaburzeniu. Tyle, że nie na tle genetycznym, a psychicznym. Te same osoby, które fanatycznie walczyły z określeniami „spaślak”, „tłuścioch” i „trzydrzwiowa szafa” nie mają żadnych oporów by użyć takich zwrotów jak „wieszak”, „tyczka”, „kij od szczotki”, „kościotrup”, czy „boże, dajcie jej coś zjeść”.

W przypadku chudych już nie ma empatii i współczucia. Nie ma tej tak kwieciście opisywanej tolerancji i otwierania się na odmienność. Kończy się akceptacja, zrozumienie drugiej osoby, szukanie usprawiedliwień wyglądu i tłumaczenie przyczyn. Szydzenie z kościstych pośladków i wystających obojczyków jest w dobrym tonie, a wytknięcie liczby żeber widocznych na zdjęć uchodzi za szczyt savoir-vivre’u. I gdy chudą dziewczynę ktoś nazwie anorektyczką można tak radośnie przyklasnąć i czuć satysfakcję ze zwrócenia jej uwagi. Równość ponad wszystko!

Piętnujmy chudych, oni nie mają prawa czuć się dobrze w swoim ciele.

5 produktów spożywczych, których nie da się otworzyć i odstawić

Skip to entry content

Są rzeczy na tym świecie, które się dietetykom nie śniły. Choćbyś nie wiem jak silną miał silną wolę, to jest jedzenie, przy którym słabnie jak Superman przy kryptonicie. I to nie słabnie na zasadzie, że weźmiesz kęsa albo trzy. Są takie rarytasy, przy których człowiek robi oczy jak Czarodziejka Z Księżyca i zaczyna ślinić się jakby miał dostać padaczki. I nie przestaje, dopóki nie zeżre całego.

Przy czym nie chodzi tu o ulubione dania. Potrawy mają to do siebie, że zjada się je w całości. Chodzi o produkty spożywcze, których po otworzeniu nie da się odstawić. Mają tak specyficzny smak, tak uzależniająco łechcą kubki smakowe, że nie da się ich zjeść tylko trochę. Nie da się przestać w połowie i zostawić na jutro. Chowanie do lodówki na później nie działa.

Mózg każe jeść. Jeść, aż język nie zatrzyma się na opuszkach palców. To po prostu uzależniające jedzenie.

 

Szynka parmeńska

Prosciutto Crudo - szynka parmeńska

Rzecz droga i jak na polskie warunki wciąż egzotyczna/niepopularna. Zazwyczaj na stoły wjeżdża z okazji świąt, komuni i urodzin. Rzadziej pogrzebów. Najlepsza z Delikatesów 13, ale nie zawsze jest czas, żeby po szynkę specjalnie biegać na Rynek. Zawsze obiecuję sobie, że zostawię połowę i zjem na drugi dzień z melonem. Jeszcze nigdy mi się nie udało.

 

Mini salami pleśniowe

Salami Snakcs - snacki pleśniowe

Pierwszy raz pleśniowych kiełbas próbowałem 2 lata temu podczas pierwszej wizyty w Paryżu, ale nie zwróciłem na nie specjalnej uwagi. Nie żeby mi nie smakowały, wręcz przeciwnie. Wszystko mi tam smakowało, dlatego trudno było zapamiętać tę jedną jedyną kiełbaskę. Kiedy wpadłem na nią podczas zakupów w Tesco, zrozumiałem, że to nie przypadek. To miłość. A fakt, że jest w formie takich malutkich ogonków sprawia, że nawet nie wiesz, kiedy pochłaniasz ją całą.

 

Smoothie z truskawek i bananów

strawberry banana smoothie

To z kolei odkrycie z wyprawy do Londynu szlakiem polskich rodzin. Po pierwszej wypłacie stwierdziliśmy, że zaszalejemy i wydamy całego funciaka na koktajl. Biorąc pod uwagę, że mieliśmy wtedy zawrotny budżet – 5 funtów na dzień na WSZYSTKO – to było to naprawdę dużo. Ale było warto. Jeden z lepszych smoothiesów jaki piłem.

 

Lody Carte Dor Creme Brulee

Carte Dor - Creme Brulee

Kiedyś już pisałem, że mógłbym zostać ambasadorem tych lodów albo nawet maskotką. Ten palony cukier rozsadza mózg. Nie wiem czy dodają do tego narkotyków, czy tylko polskiej amfetaminy, ale to uzależnia. Co dziwne, gdy opanuje się cukrowe omamienie, wyraźnie czuć smak masła. I to masło dalej smakuje! Czujecie?

 

Mleczko w tubce

mleczko w tubce

Doszliśmy do kozaka i to w dodatku klasyka. Chciałbym rzucić jakąś lotną metaforę albo zabójcze porównanie, ale w obliczu tego kultowego smakołyka wszystko jest miałkie. Kto nie jadł tego w podstawówce, ten nie wie co to szczęśliwe dzieciństwo.

 

Więcej, więcej, więcej!

Tak – jestem masochistą. Tak – potrzebuję więcej uzależnień. Tak – chcę żebyś podał swoje typy szamy, której nie da się tak po prostu otworzyć i odstawić na jutro. Trzeba zjeść natychmiast! Całą!