Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką Somersby i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Pamiętasz to uczucie, gdy odbierałeś wyniki z matury?

Wszyscy ludzie z Twojego rocznika nakręceni jak pozytywki, rodzice ciągle na telefonie, a nauczyciele w kółko ze stoickim spokojem powtarzali „proszę czekać, proszę czekać, proszę czekać”. Ekscytacja sięgała zenitu. W końcu odebrałeś swój arkusz z rezultatem egzaminu dojrzałości i dałeś się ponieść fali euforii jak łupinka orzecha wpadająca do Amazonki.

A teraz wyobraź sobie, że nie ma Twoich kumpli z klasy, w domu nie czeka rodzina, a na wieczór nie umówiłeś się z przyjaciółmi, żeby to uczcić. Trochę średnio co?  Nagle rwąca rzeka zamieniła się w malusieńki strumyczek.

Podobnie byłoby z 18-tymi urodzinami – w pojedynkę nie smakowałyby tak dobrze. Zresztą każde inne też nie. A koncert Twojego ulubionego zespołu? Bez kumpla przy boku jarającego się ich muzą tak samo jak Ty, też jakoś blado. Samotne celebrowanie zdobycia szczytu, do którego przymierzałeś się od kilku miesięcy, też nie cieszy tak bardzo jak z kimś. A wygrana w mistrzostwach piłkarskich, gdzie strzeliłeś zwycięską bramkę z przewrotki w ostatniej minucie meczu?

No dobra, z tym ostatnim trochę mnie poniosło, ale zasadniczo, zmierzam do tego, że…

 

Są takie momenty, które lepiej smakują razem

I smakują na tyle dobrze, że chcesz je uwiecznić na fotografii. Niekoniecznie musi być to wyczyn na miarę zdobycia 8-tysięcznika. Czy średniego wykształcenia (co w obliczu bieżącej zdawalności, faktycznie zaczyna być wyczynem). To mogą być proste rzeczy jak odkrycie nowej knajpy z mistrzowskimi burgerami, rowerowy wypad za miasto, czy niedzielny piknik w parku. Grill na działce, wyjście na mecz, czy gra w zochę, to też coś, co bardziej cieszy (a w zasadzie dopiero jest możliwe), gdy robi się to z ekipą.

Ludzie cykają sobie foty w takich chwilach, żeby móc je zatrzymać i później do nich wracać, ale i po to, by dzielić się nimi z innymi.

Nie odkryję teraz nowego pierwiastka na tablicy Mendelejewa, ale na tym właśnie opiera się Facebook. I w ogóle całe media społecznościowe. Na dzieleniu się przeżyciami ze znajomymi. Na teleportowaniu emocji i przenoszeniu dobrej zabawy z paczką znajomych z dowolnego miejsca na Ziemi do wirtualnej rzeczywistości. Dlatego nie rozumiem, czemu ludzie robiąc sobie zdjęcie z ręki z przyjaciółmi tagują je #selfie. Przecież nie są tam sami!

Lord Somersby też tego nie mógł zrozumieć, dlatego stworzył…

 

#friendsie

Czyli hashtag przyjaźni do zdjęć z kumplami. I kumpelami. I mami. I tatami. I rybkami.

Co byłoby ciekawego w zdjęciu z tegorocznego rozdania Oscarów, gdyby był na nim sam Bradley Cooper? Nic. A w fotce papieża Franciszka z młodymi pielgrzymami? No dobra, może sam papież. Ale tam gdzie na zdjęciu z rąsi jest ktoś więcej, niż tym sam i są pozytywne wibracje nie ma #selfie, jest #friendsie. Bo bez tych ludzi nie było przeżyć, nie byłoby emocji, nie byłoby zabawy!

bułgaria

Gdyby nie Maciek, nie wsiadłbym pierwszy raz w życiu do samolotu i nie dowiedział się jak bosko jest czuć mrowienie w ciele przy starcie, bo za bardzo bym się bał – #friendsie.

festiwal kolorów

Gdyby nie Michał, nie zwlókłbym się z łóżka na „Festiwal Kolorów” i nie poczuł wodospadu dopaminy, skacząc w tłumie, bo była niedziela i miałem ten dzień przeleżeć w łóżku – #friendsie.

temat rzeka

Gdyby nie Sylwia, nie tańczyłbym boso na piasku o 4 nad ranem w środku stolicy, bo po imprezie na Polu Mokotowskim, chciałem iść spać – #friendsie.

1 friendsie 2

I gdyby nie Segritta, Charlize Mystery, Paweł Opydo, Fashionelka, Pani Ekscelencja i Kominek, nie zjadłbym najlepszych na świecie pierogów z cielęciną i nie dowiedział się, że…

 

Lord Somersby będzie Was szukał!

Tak, właśnie Was!

Jego Lordowska Mość będzie przechadzała się po Facebooku, Instagramie i Twitterze w poszukiwaniu dobrej zabawy. Konkretnie, interesują go miejsca, gdzie są pełnoletni ludzie (akceptujący regulamin akcji) utrwalający szczęśliwe chwile. Jeśli chcecie, żeby Lord Was znalazł, tagujcie foty „#friendsie #somersby” wrzucając na swoje profile społecznościowe. Z osób rozprzestrzeniających hashtag przyjaźni lord będzie wybierał farciarzy, których obdaruje niespodziankami. Nie mogę powiedzieć co to jest, ale to niespodzianka, której na stówę się nie spodziewacie, a daje kupę radochy przy spędzaniu czasu w grupie.

Wiem tez z zaufanego źródła, że Lord szczególnie będzie przyglądał się komentarzom pod tym tekstem, więc jeśli macie jakieś zdjęcia, które można otagować „#friendsie #somersby”, to śmiało!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • panpiotr

    @lordsomersby:disqus w kontekście ostatnich wydarzeń chyba powinno być więcej nagród do rozdania #jedzjabłka

  • Nie ma to jak spotkanie po latach! Z przyjaciółką z dzieciństwa straciłyśmy kontakt na ponad 10 lat, a tu nagle dzięki #Somersby mogłyśmy zrobić #Friendsie :-)
    To niesamowite, że z niektórymi ludźmi można rozmawiać tak, jakby czas nigdy nie został stracony.

  • Mjichał Zet

    Świta zacna, a zdjęcie przypomniało mi, jaki byłeś zawiedziony po ostatnim rankingu Kominka. Inspirujesz ludzi swoją wytrwałością w dążeniu do celu. coś było na ten temat też w jednym z tekstów ostatnio ;)

  • Karotka

    #friendsie #somersby
    Tak się uczyłyśmy pilnie na obronę :)

  • Pingback: Jestem selfie, bo nie mam friendsie()

  • O widzę, że u Ciebie też króluje #friendsie. Zacnie ; )

  • nailsforsnacks

    Wymachuję stopą przed tłumem przyjaciół siedzących na dachu mojego domu. Nic na niej nie było narysowane, a i tak się capki śmiały :) W ogóle, mało brakowało a lord też byłby na zdjęciu. #friendsie #somersby

    • nailsforsnacks

      ucięło fotkę chyba

    • Zacna stopa koleżanko. Czyżby to schody nad Wisłą?

      • nailsforsnacks

        Nie, to dach mojego domu. Friendsie na wysokościach! :)

  • Saga Sachnik

    Modelka i fotograf, strzelone jakieś 10 tys. kilometrów stąd. Tak mnie zjarało wtedy, że do dziś nie zapominam smarować się kremem do opalania.#Friendsie #Somersby

  • Guest

    #Friendsie #Somersby Lordzie, a czy ty dorzucisz do foci swojego epickiego pantofelka? :

  • Elżbieta Kasprzak

    #Friendsie #Somersby Lordzie, a czy ty dorzucisz do foci swojego epickiego pantofelka? :)

  • Guest

    #Friendsie #Somersby Lordzie, a czy ty dorzucisz do foci swojego epickiego pantofelka? :

  • Guest

    #Friendsie #Somersby Lordzie, a czy ty dorzucisz do foci swojego epickiego pantofelka? :)

    • Elżbieta Kasprzak

      To zgłoszenie moje jest coś w tango z Lordem chyba łącze poszło i miliard zdj dodało, a jako Gościa mnie wpisało :)

  • mynameisaks

    No i tak sobie skaczemy już od jakiegoś czasu… #friendsie #somersby

    • mynameisaks

      Ksz kszzz, próba mikrofonu. Czy @lordsomersby:disqus mnie słyszy?

  • Guest

    No i tak skaczemy sobie razem od jakiegoś czasu #Friendsie #Somersby

    • mynameisaks

      Tego posta usunąłem, żeby dodać bardziej aktualną wersję :)

  • Guest

    Off road na wielbłądach przez Sahare w Maroku – tylko z najlepszymi przyjacielami #Friendsie #Somersby

    • Krzysztof Rogatka

      To moje zgłoszenie jakby co :) nie wiem czemu nie poszło z mojego profilu tylko jako Dexter :)

    • Oj, tutaj @lordsomersby:disqus to już musi zadziałać, bo nie dość, że ludzie to jeszcze wielbłądy – #friendsie międzygatunkowe!

  • No dobra, jak namawiasz to niech Ci będzie ;)))

  • Saga Sachnik

    Powiem o konkursie Ani, ona ma całą kolekcję #friendsie z nami. A nie, moment. One nie nadają się do publikacji (upsss…).

  • Fajnie Cię widzieć w tej współpracy :) Widzę, że marzenia się pomału spełniają :)

  • #friendsie #somersby
    lekcje fizyki tylko z najlepszymi przyjaciółmi no i… zdjęciami! :D

    • Fizyka? W Lipcu? Jak to?
      Na marginesie miałem taką czapkę w podstawówce, kozak!

      • Nie, nie w lipcu! To przedmaturalne z maja, poleciało z katalogu ‚friends’ :D.

        PS spodziewam się #familfie już wkrótce! *gotowa*

        • Również Lorda zastanowiło lipcowe zdjęcie ze szkolnej sali. Chyba że są to wybitnie pilne uczennice :)

    • Zacny snapback #Michael_Jordan #23 :)

  • fajna akcja :) A Segritta na waszym selfie wyszła bosko ;) możesz jej przekazać

  • Hahaha ;D co za słowo <3 ale podoba mi się idea!

    PS selfie na szóstkę!

  • Szymon Szczepaniak

    Czyli jeśli wpadli do mnie znajomi bo popatrzeć jak pali się moja kamienica to warto było wtedy zrobić zdjęcie? ;) Bo chyba mam takie w czeluściach telefonu.

    • Jeśli metaforycznie „paliła się do imprezy”, to jak najbardziej ;)

      • Szymon Szczepaniak

        Strażacy mówili, żeby robić imprezę na zewnątrz bo w środku atmosfera była już zbyt gorąca.

        • Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że atmosfera wywróciła imprezę do góry nogami.

          • Szymon Szczepaniak

            Ojj Disqus płata mi figle. Pewnie zazdrości.

  • Czekam na zacne #Friendsie #Somersby i liczę na Waszą #kreatywność :)

  • Grupówek „z rąsi” nie mam, bo gromady jakoś nigdy nie potrafiliśmy w ten sposób ogarnąć. Najwięcej takich „z rąsi” mam z małżonkiem w górach, a że on oprócz bycia mężem jest też przyjacielem najlepszym – żyć nie umierać. Małżeńskie #friendsie też jest fajne i wcale się nie kłócimy o #somersby, które czeka w lodówce po pracowym dniu.:)

  • Boomer

    Gdyby nie Stay Fly, nie przeczytałbym tylu dobrych tekstów o życiu i nieżyciu! #chciałoby #się #friendsie #zrobić #wpadaj #znowu #do #Warszawy #najlepiej #z #somersby

    • Maja Sieńkowska

      Nowy telefon ma, to i mu się #friendsie zachciało.

      • No ze starym kalkulatorem było ciężko, musiałem w Paincie ludzi doklejać.

        • Maja Sieńkowska

          To nie do ciebie było przecież, tylko do Boomera! Aż tak na bieżąco nie jestem z twoim stanem telefonowym. :)

      • Boomer

        Moja pralka nie łapała czasem ostrości i miała słabe filtry ;/

  • Aleksandra Muszyńska

    Na najlepszym koncercie w swoim życiu byłam sama,samiutka (no,prócz pary tysięcy innych ludzi oczywiście)…
    ale :>…dwie minuty po wyjściu ze Stodoły już siedziałam na drutach z kumpelą i darłam się,że „Jezu,wziął i mnie dotknął,za rękę mnie wziął i trzymał,rozumisz?!” :D.
    Przypomniałeś mi,że w mojej domowej lodówce czeka na mnie Somersby jeżynowy i obecnie mam ślinotok.A tu dzień taki młody…

    • Hmm, to chyba tu pasuje określenie „dzień dobry”? ;)

      • Aleksandra Muszyńska

        Dobry,bo jest ekspektatywa.Jeszcze tylko siedem godzin w kancelarii.Mueh.

        • Ej, bez takich trudnych słów, bo czuję się głupio, że nie znam!

          • Aleksandra Muszyńska

            „Kancelarii” czy „siedem”?

            Taki tam zdrowy, czerstwy suchar z rana.

  • Precyzuj: jednym z tagów czy 2 jednocześnie (koniecznie)?

  • Łaskawy Lord ;-) z chęcią przyjmę jego mości łaskę :-D

    • Lord z przyjemnością spełnia zachcianki swej kreatywnej Świty :)

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

---> SKOMENTUJ

Tak bardzo chciałbyś, że aż nie chcesz

Skip to entry content

Sorka za spóźnienie – wypluła resztką sił zdyszana Gosia.

– Ej, bez kitu dziewczyno, 20 minut. Co ty robiłaś? Już miałem iść do domu, ale nie chciało mi się wstawać – rezolutnie przywitałem dobrą kumpelę.

Przepraszam – wdech – nie moja wina – wydech – mieliśmy zamknięcie miesiąca. – wdech – Wiesz jak to jest… – wydech.

– W sumie to nie wiem. Nieważne. Gdzie idziemy?

Przepraszam, serio. Głupio mi, bo nie lubię się spóźniać, ale ta praca mnie wykańcza.

– Wiem. Ostatnio też tak mówiłaś – ostatnio faktycznie też tak mówiła – Dobra, gdzie idziemy?

Wiem. Chciałabym ją w końcu zmienić – kolejna deklaracja rzucona w otchłań kosmosu.

– A chcesz? – podpuszczam.

No chciałabym. Bardzo – znów w próżnię.

– To czemu nie zmienisz? – nie daję za wygraną.

O, możemy pójść tutaj! Tu mają dobrą lemoniadę – spotkanie zakończone walkowerem.

 

***

 

– Znowu wciągałeś? – wyszczekała świdrując jego nieobecny wzrok swoim własnym, przebijając się przez taflę duszące światło kuchennej żarówki.

Co? O co ci znowu chodzi? – odburknął udając, że wcale nie ma szczękościsku.

– Znowu wciągałeś, przyznaj się!

Daj mi spokój do cholery!

– Przecież widzę po twoich oczach. Mógłbyś mnie chociaż nie oszukiwać – spazmatycznie wyrzuciła z siebie stwierdzenie, obrazujące jej bezsilność. Mimo wszystko, w głębi ducha, naiwnie liczyła, że zaprzeczy.

Tak mamo. Brałem amfetaminę – potwierdził sucho 19-letni Bartuś, kolejny raz pozbawiając ją resztek złudzeń.

– Przecież obiecywałeś – pierwsza łza – obiecywałeś, że przestaniesz! – druga łza.

Wiem mamo – trzecia łza – Naprawdę – czwarta łza – naprawdę chciałbym z tym skończyć – morze łez.

 

***

 

– To co Mareczku, gdzie jedziecie w końcu na ten urlopik? – zagaił Tomeczek wchodząc z wielkim kubkiem kawy i pączkiem wielkości połowy twarzy do kantyny.

Chcielibyśmy do Bułgarii. Bo ciepło. I nie drogo. I woda ciepła – odpowiedział niespiesznie Mareczek tonem natchnionego fantasty gnąc sreberko z ostatniej buły.

– No ciepło, ciepło – zaaprobował wybór Tomeczek – i tanio! To jedziecie, czy lecicie?

Chcielibyśmy polecieć, bo wygoda, ale to nie wiadomo jeszcze, bo może drogo wyjść.

– Eno, lećcie, lećcie, bo autokarem to 3 dni jechać będziecie i po wysiadce już wam się tych wakcyji odechce. Hehe – przekonywał doświadczony w niskobudżetowych podróżach Tomeczek.

No chcielibyśmy, ale to nie wiadomo jeszcze. Może na działkę do szwagra pojedziemy. Bo nowe leżaki nakupował.

 

***

 

Między „chciałbym”, a „chcę” jest taka różnica, jak między „zrobię”, a „zrobiłem” i zazwyczaj widzą ją wszyscy poza głównym zainteresowanym. Używając trybu przypuszczającego próbujemy nagiąć rzeczywistość i przekonać całe otoczenie, że faktycznie tak będzie, ale de facto oszukujemy tylko samych siebie. „Chciałbym” znaczy tyle co „to nigdy nie będzie miało miejsca, ale nie mam jaj, żeby się do tego przyznać”.

---> SKOMENTUJ

Spędzanie czasu z mamą to przypał?

Skip to entry content

Jak byłem w przedszkolu mama była moim najlepszym kumplem. Tłumaczyła mi świat, zawsze rozumiała i bujała na huśtawce. Na początku podstawówki było podobnie. Zawsze czekałem w oknie wypatrując, czy już wraca z pracy, przychodziłem do niej z każdą budowlą z klocków Lego, chwaląc się jakie dzieło stworzyłem i wypraszałem żeby grała ze mną w nieskończoność w czołgi na Pegazusie. Było super, nie wiem z kim mógłbym się lepiej bawić.

Sytuacja trochę się zmieniła, gdy zacząłem wkraczać w, eufemistycznie nazwany, wiek dojrzewania.

Wiadomo, im wyższa cyfra po jedynce, tym więcej kolegów zaczynało nieudolnie zaciągać się pierwszymi fajkami i tym większą siarą było wychodzenie gdzieś z mamą. Tylko mazgaje, maminsynki, lewary i wyjątkowe cioty pokazywały się z rodzicami publicznie w sytuacjach niewymagających tego. Czyli poza wezwaniami na dywanik do dyrektora. I ewentualnie pogrzebami. W każdym razie, pójście z mamą na spacer, czy nie daj boże do kina w weekend, było wyjątkowo daleko od określenia „spoko koleś”.

A spoko kolesiem w wieku nastoletnim chciał być każdy. Nawet laski.

Każdy chciał udowodnić jaki jest samowystarczalny i dorosły, mimo, że nie był. Dlatego, aby zaszpanować przed resztą klasy, rówieśnikami, czy kolegami z bloku ostentacyjnie łamał zasady ustalone przez rodziców. Sytuacja przybierała na mocy, aż osiągnęła apogeum między gimnazjum, a liceum, po czym zaczęła się stabilizować. Im bliżej matury, pierwszych pobytów w szpitalu, ciąż koleżanek i tragicznych zgonów kolegów, tym więcej pokory pojawiało się w żyłach pompujących buntowniczą krew. I tym bardziej zaczynało się doceniać proste rzeczy i podstawowe wartości. Choć ślepy pęd za grupą rówieśniczą wciąż był obecny.

Przełom nastąpił, gdy wyprowadziłem się z domu.

Kiedy sam zacząłem płacić za jedzenie (przeciętne), mieszkanie (pół pokoju w nędznej kamienicy) i inne rzeczy prowadzące do, patetycznie nazwanego, dorosłego życia, resztki pozerstwa i buńczuczności znikły. A myśl o tym, że spędzanie czasu z mamą poza niedzielnym obiadkiem, może być negatywnie odebrane przez otoczenie, wydała się niedorzeczna jak „deklaracja wiary”. Od tego momentu nie potrzebowałem aprobaty lokalnego mikrokosmosu. Zdanie rady plemienia było tak istotne, jak opinia Elizy z Warsaw Shore na temat czegokolwiek.

Wróciłem do punktu wyjścia.

Kocham moją mamę i lubię z nią przebywać. Nie tylko, gdy przyjeżdżam do domu i wymieniamy się aktualnościami między zupą, a drugim daniem. Gdy ona przyjeżdża do mnie też. Spacerujemy po plantach, chodzimy po kawiarniach, jemy zapiekanki na Placu Nowym, jeździmy na rowerach, leżymy nad Wisłą, siedzimy w Forum, czytamy w Parku Jordana albo idziemy do Agrafki na film. Jak z przyjaciółką. No może tyle, że bez imprezowania.

Dla mnie to oczywiste, że spędzam czas z jedną z najbliższych mi osób, ale dla niektórych moich znajomych to coś niezwykłego. Często, gdy mówię, że wpada do mnie mama na parę dni spotykam się ze zdziwieniem i reakcją typu „jak kto? po co? dlaczego? czemu? przecież nie bierzesz ślubu, a święta dopiero za pół roku?”. Fakt, że rodzic może przyjechać do swojego – co prawda dorosłego, ale wciąż – dziecka i spędzić z nim więcej, niż godzinę jest w ich oczach niezwykły.

Zaraz po tym jak oświadczam, że mama przyjechała do mnie tak po prostu, żeby mnie odwiedzić i pobyć, padają pytania o to, co robiliśmy. Ale w takim tonie, jakby to była naprawdę zagadka i miały pojawić się niewiarygodne odpowiedzi, które zachwieją porządkiem wszechświata i wywrócą obecny ład do góry nogami. Gdy odpowiadam, że po prostu, miło trwoniliśmy godziny, robiąc to, co robią ludzie w Krakowie na co dzień, niezależnie od wieku, powiązań biologicznych i rozmiaru stopy, pada wystękane, maskujące niezrozumienie „aha”.

W takich sytuacjach zawsze się zastanawiam, czy dla tych ludzi spędzanie czasu z mamą to przypał?

autorem zdjęcia jest Thomas Hawk
---> SKOMENTUJ