Close
Close

#Friendsie – hashtag przyjaźni

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Somersby i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Pamiętasz to uczucie, gdy odbierałeś wyniki z matury?

Wszyscy ludzie z Twojego rocznika nakręceni jak pozytywki, rodzice ciągle na telefonie, a nauczyciele w kółko ze stoickim spokojem powtarzali „proszę czekać, proszę czekać, proszę czekać”. Ekscytacja sięgała zenitu. W końcu odebrałeś swój arkusz z rezultatem egzaminu dojrzałości i dałeś się ponieść fali euforii jak łupinka orzecha wpadająca do Amazonki.

A teraz wyobraź sobie, że nie ma Twoich kumpli z klasy, w domu nie czeka rodzina, a na wieczór nie umówiłeś się z przyjaciółmi, żeby to uczcić. Trochę średnio co?  Nagle rwąca rzeka zamieniła się w malusieńki strumyczek.

Podobnie byłoby z 18-tymi urodzinami – w pojedynkę nie smakowałyby tak dobrze. Zresztą każde inne też nie. A koncert Twojego ulubionego zespołu? Bez kumpla przy boku jarającego się ich muzą tak samo jak Ty, też jakoś blado. Samotne celebrowanie zdobycia szczytu, do którego przymierzałeś się od kilku miesięcy, też nie cieszy tak bardzo jak z kimś. A wygrana w mistrzostwach piłkarskich, gdzie strzeliłeś zwycięską bramkę z przewrotki w ostatniej minucie meczu?

No dobra, z tym ostatnim trochę mnie poniosło, ale zasadniczo, zmierzam do tego, że…

 

Są takie momenty, które lepiej smakują razem

I smakują na tyle dobrze, że chcesz je uwiecznić na fotografii. Niekoniecznie musi być to wyczyn na miarę zdobycia 8-tysięcznika. Czy średniego wykształcenia (co w obliczu bieżącej zdawalności, faktycznie zaczyna być wyczynem). To mogą być proste rzeczy jak odkrycie nowej knajpy z mistrzowskimi burgerami, rowerowy wypad za miasto, czy niedzielny piknik w parku. Grill na działce, wyjście na mecz, czy gra w zochę, to też coś, co bardziej cieszy (a w zasadzie dopiero jest możliwe), gdy robi się to z ekipą.

Ludzie cykają sobie foty w takich chwilach, żeby móc je zatrzymać i później do nich wracać, ale i po to, by dzielić się nimi z innymi.

[emaillocker]

Nie odkryję teraz nowego pierwiastka na tablicy Mendelejewa, ale na tym właśnie opiera się Facebook. I w ogóle całe media społecznościowe. Na dzieleniu się przeżyciami ze znajomymi. Na teleportowaniu emocji i przenoszeniu dobrej zabawy z paczką znajomych z dowolnego miejsca na Ziemi do wirtualnej rzeczywistości. Dlatego nie rozumiem, czemu ludzie robiąc sobie zdjęcie z ręki z przyjaciółmi tagują je #selfie. Przecież nie są tam sami!

Lord Somersby też tego nie mógł zrozumieć, dlatego stworzył…

 

#friendsie

Czyli hashtag przyjaźni do zdjęć z kumplami. I kumpelami. I mami. I tatami. I rybkami.

Co byłoby ciekawego w zdjęciu z tegorocznego rozdania Oscarów, gdyby był na nim sam Bradley Cooper? Nic. A w fotce papieża Franciszka z młodymi pielgrzymami? No dobra, może sam papież. Ale tam gdzie na zdjęciu z rąsi jest ktoś więcej, niż tym sam i są pozytywne wibracje nie ma #selfie, jest #friendsie. Bo bez tych ludzi nie było przeżyć, nie byłoby emocji, nie byłoby zabawy!

bułgaria

Gdyby nie Maciek, nie wsiadłbym pierwszy raz w życiu do samolotu i nie dowiedział się jak bosko jest czuć mrowienie w ciele przy starcie, bo za bardzo bym się bał – #friendsie.

festiwal kolorów

Gdyby nie Michał, nie zwlókłbym się z łóżka na „Festiwal Kolorów” i nie poczuł wodospadu dopaminy, skacząc w tłumie, bo była niedziela i miałem ten dzień przeleżeć w łóżku – #friendsie.

temat rzeka

Gdyby nie Sylwia, nie tańczyłbym boso na piasku o 4 nad ranem w środku stolicy, bo po imprezie na Polu Mokotowskim, chciałem iść spać – #friendsie.

1 friendsie 2

I gdyby nie Segritta, Charlize Mystery, Paweł Opydo, Fashionelka, Pani Ekscelencja i Kominek, nie zjadłbym najlepszych na świecie pierogów z cielęciną i nie dowiedział się, że…

 

Lord Somersby będzie Was szukał!

Tak, właśnie Was!

Jego Lordowska Mość będzie przechadzała się po Facebooku, Instagramie i Twitterze w poszukiwaniu dobrej zabawy. Konkretnie, interesują go miejsca, gdzie są pełnoletni ludzie (akceptujący regulamin akcji) utrwalający szczęśliwe chwile. Jeśli chcecie, żeby Lord Was znalazł, tagujcie foty „#friendsie #somersby” wrzucając na swoje profile społecznościowe. Z osób rozprzestrzeniających hashtag przyjaźni lord będzie wybierał farciarzy, których obdaruje niespodziankami. Nie mogę powiedzieć co to jest, ale to niespodzianka, której na stówę się nie spodziewacie, a daje kupę radochy przy spędzaniu czasu w grupie.

Wiem tez z zaufanego źródła, że Lord szczególnie będzie przyglądał się komentarzom pod tym tekstem, więc jeśli macie jakieś zdjęcia, które można otagować „#friendsie #somersby”, to śmiało!

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

62 komentarzy do "#Friendsie – hashtag przyjaźni"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aurora
Gość

Łaskawy Lord ;-) z chęcią przyjmę jego mości łaskę :-D

Lord Somersby
Gość

Lord z przyjemnością spełnia zachcianki swej kreatywnej Świty :)

Paweł Lipiec
Gość

Precyzuj: jednym z tagów czy 2 jednocześnie (koniecznie)?

Jan Favre
Gość

Jeśli chcesz, żeby Lord zapukał do Twoich drzwi, to muszą być obydwa.

Lord Somersby
Gość

Obydwa :)

Paweł Lipiec
Gość

tak jest Wasza Ma… Mość ;)

Aleksandra Muszyńska
Gość

Na najlepszym koncercie w swoim życiu byłam sama,samiutka (no,prócz pary tysięcy innych ludzi oczywiście)…
ale :>…dwie minuty po wyjściu ze Stodoły już siedziałam na drutach z kumpelą i darłam się,że „Jezu,wziął i mnie dotknął,za rękę mnie wziął i trzymał,rozumisz?!” :D.
Przypomniałeś mi,że w mojej domowej lodówce czeka na mnie Somersby jeżynowy i obecnie mam ślinotok.A tu dzień taki młody…

Jan Favre
Gość

Hmm, to chyba tu pasuje określenie „dzień dobry”? ;)

Aleksandra Muszyńska
Gość

Dobry,bo jest ekspektatywa.Jeszcze tylko siedem godzin w kancelarii.Mueh.

Jan Favre
Gość

Ej, bez takich trudnych słów, bo czuję się głupio, że nie znam!

Aleksandra Muszyńska
Gość

„Kancelarii” czy „siedem”?

Taki tam zdrowy, czerstwy suchar z rana.

Boomer
Gość

Gdyby nie Stay Fly, nie przeczytałbym tylu dobrych tekstów o życiu i nieżyciu! #chciałoby #się #friendsie #zrobić #wpadaj #znowu #do #Warszawy #najlepiej #z #somersby

Maja Sieńkowska
Gość

Nowy telefon ma, to i mu się #friendsie zachciało.

Jan Favre
Gość

No ze starym kalkulatorem było ciężko, musiałem w Paincie ludzi doklejać.

Maja Sieńkowska
Gość

To nie do ciebie było przecież, tylko do Boomera! Aż tak na bieżąco nie jestem z twoim stanem telefonowym. :)

Boomer
Gość

Moja pralka nie łapała czasem ostrości i miała słabe filtry ;/

Karolina Franieczek | Życie Me
Gość

Grupówek „z rąsi” nie mam, bo gromady jakoś nigdy nie potrafiliśmy w ten sposób ogarnąć. Najwięcej takich „z rąsi” mam z małżonkiem w górach, a że on oprócz bycia mężem jest też przyjacielem najlepszym – żyć nie umierać. Małżeńskie #friendsie też jest fajne i wcale się nie kłócimy o #somersby, które czeka w lodówce po pracowym dniu.:)

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Tak bardzo chciałbyś, że aż nie chcesz

Skip to entry content

Sorka za spóźnienie – wypluła resztką sił zdyszana Gosia.

– Ej, bez kitu dziewczyno, 20 minut. Co ty robiłaś? Już miałem iść do domu, ale nie chciało mi się wstawać – rezolutnie przywitałem dobrą kumpelę.

Przepraszam – wdech – nie moja wina – wydech – mieliśmy zamknięcie miesiąca. – wdech – Wiesz jak to jest… – wydech.

– W sumie to nie wiem. Nieważne. Gdzie idziemy?

Przepraszam, serio. Głupio mi, bo nie lubię się spóźniać, ale ta praca mnie wykańcza.

– Wiem. Ostatnio też tak mówiłaś – ostatnio faktycznie też tak mówiła – Dobra, gdzie idziemy?

Wiem. Chciałabym ją w końcu zmienić – kolejna deklaracja rzucona w otchłań kosmosu.

– A chcesz? – podpuszczam.

No chciałabym. Bardzo – znów w próżnię.

– To czemu nie zmienisz? – nie daję za wygraną.

O, możemy pójść tutaj! Tu mają dobrą lemoniadę – spotkanie zakończone walkowerem.

 

***

 

– Znowu wciągałeś? – wyszczekała świdrując jego nieobecny wzrok swoim własnym, przebijając się przez taflę duszące światło kuchennej żarówki.

Co? O co ci znowu chodzi? – odburknął udając, że wcale nie ma szczękościsku.

– Znowu wciągałeś, przyznaj się!

Daj mi spokój do cholery!

– Przecież widzę po twoich oczach. Mógłbyś mnie chociaż nie oszukiwać – spazmatycznie wyrzuciła z siebie stwierdzenie, obrazujące jej bezsilność. Mimo wszystko, w głębi ducha, naiwnie liczyła, że zaprzeczy.

Tak mamo. Brałem amfetaminę – potwierdził sucho 19-letni Bartuś, kolejny raz pozbawiając ją resztek złudzeń.

– Przecież obiecywałeś – pierwsza łza – obiecywałeś, że przestaniesz! – druga łza.

Wiem mamo – trzecia łza – Naprawdę – czwarta łza – naprawdę chciałbym z tym skończyć – morze łez.

 

***

 

– To co Mareczku, gdzie jedziecie w końcu na ten urlopik? – zagaił Tomeczek wchodząc z wielkim kubkiem kawy i pączkiem wielkości połowy twarzy do kantyny.

Chcielibyśmy do Bułgarii. Bo ciepło. I nie drogo. I woda ciepła – odpowiedział niespiesznie Mareczek tonem natchnionego fantasty gnąc sreberko z ostatniej buły.

– No ciepło, ciepło – zaaprobował wybór Tomeczek – i tanio! To jedziecie, czy lecicie?

Chcielibyśmy polecieć, bo wygoda, ale to nie wiadomo jeszcze, bo może drogo wyjść.

– Eno, lećcie, lećcie, bo autokarem to 3 dni jechać będziecie i po wysiadce już wam się tych wakcyji odechce. Hehe – przekonywał doświadczony w niskobudżetowych podróżach Tomeczek.

No chcielibyśmy, ale to nie wiadomo jeszcze. Może na działkę do szwagra pojedziemy. Bo nowe leżaki nakupował.

 

***

 

Między „chciałbym”, a „chcę” jest taka różnica, jak między „zrobię”, a „zrobiłem” i zazwyczaj widzą ją wszyscy poza głównym zainteresowanym. Używając trybu przypuszczającego próbujemy nagiąć rzeczywistość i przekonać całe otoczenie, że faktycznie tak będzie, ale de facto oszukujemy tylko samych siebie. „Chciałbym” znaczy tyle co „to nigdy nie będzie miało miejsca, ale nie mam jaj, żeby się do tego przyznać”.

Spędzanie czasu z mamą to przypał?

Skip to entry content

Jak byłem w przedszkolu mama była moim najlepszym kumplem. Tłumaczyła mi świat, zawsze rozumiała i bujała na huśtawce. Na początku podstawówki było podobnie. Zawsze czekałem w oknie wypatrując, czy już wraca z pracy, przychodziłem do niej z każdą budowlą z klocków Lego, chwaląc się jakie dzieło stworzyłem i wypraszałem żeby grała ze mną w nieskończoność w czołgi na Pegazusie. Było super, nie wiem z kim mógłbym się lepiej bawić.

Sytuacja trochę się zmieniła, gdy zacząłem wkraczać w, eufemistycznie nazwany, wiek dojrzewania.

Wiadomo, im wyższa cyfra po jedynce, tym więcej kolegów zaczynało nieudolnie zaciągać się pierwszymi fajkami i tym większą siarą było wychodzenie gdzieś z mamą. Tylko mazgaje, maminsynki, lewary i wyjątkowe cioty pokazywały się z rodzicami publicznie w sytuacjach niewymagających tego. Czyli poza wezwaniami na dywanik do dyrektora. I ewentualnie pogrzebami. W każdym razie, pójście z mamą na spacer, czy nie daj boże do kina w weekend, było wyjątkowo daleko od określenia „spoko koleś”.

A spoko kolesiem w wieku nastoletnim chciał być każdy. Nawet laski.

Każdy chciał udowodnić jaki jest samowystarczalny i dorosły, mimo, że nie był. Dlatego, aby zaszpanować przed resztą klasy, rówieśnikami, czy kolegami z bloku ostentacyjnie łamał zasady ustalone przez rodziców. Sytuacja przybierała na mocy, aż osiągnęła apogeum między gimnazjum, a liceum, po czym zaczęła się stabilizować. Im bliżej matury, pierwszych pobytów w szpitalu, ciąż koleżanek i tragicznych zgonów kolegów, tym więcej pokory pojawiało się w żyłach pompujących buntowniczą krew. I tym bardziej zaczynało się doceniać proste rzeczy i podstawowe wartości. Choć ślepy pęd za grupą rówieśniczą wciąż był obecny.

Przełom nastąpił, gdy wyprowadziłem się z domu.

Kiedy sam zacząłem płacić za jedzenie (przeciętne), mieszkanie (pół pokoju w nędznej kamienicy) i inne rzeczy prowadzące do, patetycznie nazwanego, dorosłego życia, resztki pozerstwa i buńczuczności znikły. A myśl o tym, że spędzanie czasu z mamą poza niedzielnym obiadkiem, może być negatywnie odebrane przez otoczenie, wydała się niedorzeczna jak „deklaracja wiary”. Od tego momentu nie potrzebowałem aprobaty lokalnego mikrokosmosu. Zdanie rady plemienia było tak istotne, jak opinia Elizy z Warsaw Shore na temat czegokolwiek.

Wróciłem do punktu wyjścia.

Kocham moją mamę i lubię z nią przebywać. Nie tylko, gdy przyjeżdżam do domu i wymieniamy się aktualnościami między zupą, a drugim daniem. Gdy ona przyjeżdża do mnie też. Spacerujemy po plantach, chodzimy po kawiarniach, jemy zapiekanki na Placu Nowym, jeździmy na rowerach, leżymy nad Wisłą, siedzimy w Forum, czytamy w Parku Jordana albo idziemy do Agrafki na film. Jak z przyjaciółką. No może tyle, że bez imprezowania.

Dla mnie to oczywiste, że spędzam czas z jedną z najbliższych mi osób, ale dla niektórych moich znajomych to coś niezwykłego. Często, gdy mówię, że wpada do mnie mama na parę dni spotykam się ze zdziwieniem i reakcją typu „jak kto? po co? dlaczego? czemu? przecież nie bierzesz ślubu, a święta dopiero za pół roku?”. Fakt, że rodzic może przyjechać do swojego – co prawda dorosłego, ale wciąż – dziecka i spędzić z nim więcej, niż godzinę jest w ich oczach niezwykły.

Zaraz po tym jak oświadczam, że mama przyjechała do mnie tak po prostu, żeby mnie odwiedzić i pobyć, padają pytania o to, co robiliśmy. Ale w takim tonie, jakby to była naprawdę zagadka i miały pojawić się niewiarygodne odpowiedzi, które zachwieją porządkiem wszechświata i wywrócą obecny ład do góry nogami. Gdy odpowiadam, że po prostu, miło trwoniliśmy godziny, robiąc to, co robią ludzie w Krakowie na co dzień, niezależnie od wieku, powiązań biologicznych i rozmiaru stopy, pada wystękane, maskujące niezrozumienie „aha”.

W takich sytuacjach zawsze się zastanawiam, czy dla tych ludzi spędzanie czasu z mamą to przypał?

autorem zdjęcia jest Thomas Hawk