Close
Close

supersamiec

„Lubię ładne rzeczy i chcę mieć na nie” zarapował w 2006 Dizkret w kawałku z Brudnymi Sercami i mimo upływu lat jego słowa nie tracą na aktualności. Przynajmniej dla mnie. Lubię ładne buty, bluzy, swetry, koszulki, kurtki, czapki i lubię wyglądać lepiej, niż typowy Janusz. Nie wiem, czy to kwestia próżności, czy tego, że ten świat jest zbudowany na fundamentach wizualnych i jakbym nie zaklinał rzeczywistości, to jednak szata zdobi człowieka. I często obrazuje jego wyjątkowość.

Dawno, dawno temu (gdy jeszcze nie ujawniałem facjaty, a dinozaury chodziły po ziemi) napisałem jak ubiera się moja Supergirl, czyli zestawienie blogów najlepszych szafiarek. Ciuchy tam były jak marzenie i nie mówię tego tylko dlatego, że dziewczyny wyglądały jak fantazja. Pora przerzucić piłeczkę zainteresowania na drugą połowę boiska i pokazać w czym chodzi SuperSamiec. I skąd brać inspiracje, żeby nie dać się wdeptać w szarość chodnika sandałami umocowanymi na skarpetach.

Poniżej 5 najbardziej stylowych facetów w polskiej blogosferze, podzielonych tematycznie na każdą okazję.

 

Na zebranie zarządu

1 Mr Vintage Michał Kędziora

Nigdy nie byłem fanem klasycznej elegancji, bo wydawała mi się nudna i przesadnie patetyczna. Mr Vintage swoim blogiem udowadnia, że nie musi tak być. Że zakładając marynarkę i pantofle nie trzeba równocześnie kastrować się z luzu. Jak po 30-stce otworzę swoją sieć kawiarni na spotkania strategiczne będę śmigał tylko w zestawach Michała.

 

Na premierę nowego filmu Tarantino

3 fashionable innovations

Adam z Fashionable Innovations, to wariat jakich mało. Przesadza, przekracza granice, jedzie po bandzie, prowokuje i widać, że się przy tym dobrze bawi. Gdyby Quentin wiedział o jego istnieniu, błagałby go o stylizowanie aktorów w swoich filmach. Albo przynajmniej chciał przybić piątkę.

 

Na jedno małe

4 Ekskluzywny Menel

Ekskluzywny Menel wjechał z buta w polską blogosferę i media. Prowadzi bloga ledwo rok, a już jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców w swojej kategorii. Ze wszystkich chłopaków w rankingu prezentuje stylówki najużyteczniejsze w kontekście dnia codziennego. Proste, wygodne, ale wciąż oryginalne. W sam raz na jedno małe. Góra dwa.

 

Na odbiór haraczu

2 Szarmant Roman Zaczkiewicz

Są takie momenty w życiu mężczyzny (poza ślubami i pogrzebami), że trzeba ubrać się jak Al Pacino. Albo jak Humphrey Bogart. Albo jak Wilk z Wallstreet. W takiej chwili zaczynasz rwać siwe włosy z potylicy i przeglądać wszystkie gangsterskie filmy z ostatnich dwóch dekad, po czym wchodzisz na blog Szarmanta.

 

Na pokazanie kto ma swag!

5 Vanitas

Myślisz, że prawdziwy swag jest tylko w Stanach? Że u nas nikt nie buja się jak Asap Rocky? Błąd! Vanitas pokazuje jak zrobić Amerykę w Polsce bez zmieniania koloru skóry. Nie wiem, czy to kwestia budowy ciała, zarostu, czy błękitnych oczu, ale ten gość we wszystkim wygląda mega naturalnie. I przede wszystkim dobrze. Polecam tego Allegrowicza.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

wpis jest wynikiem współpracy z marką Coca-Cola

Puchar Świata, mundial, World Cup, FIFA, mecz, drużyna, faza grupowa, faza pucharowa, rozgrywki, turniej finałowy, spalony, bramka, dogrywka, karne, emocje, głód, Luis Suarez. Od dwóch tygodni te zwroty opanowały internet, prasę, radio, telewizję, rozmowy telefoniczne, smsy i spotkania. To znaczy ich męską część.

Gdy zaczynają się mistrzostwa świata w piłce nożnej, faceci wydawałoby się, że mówią po polsku, ale jednak w obcym języku i często trudno się z nimi dogadać. O ile powyższe hasła można wpisać w Wikipedię i bez trudu rozszyfrować ich znaczenie, o tyle z innymi zwrotami może być problem. Bo niby brzmią normalnie, ale jednak znaczą coś innego, niż na co dzień.

Aby w narodzie nieprzerwanie panowała miłość i zrozumienie, razem z Coca-Colą – oficjalnym sponsorem Pucharu Świata w Brazylii – postanowiliśmy rozłożyć męskie odzywki na czynniki pierwsze i wyjaśnić, o co tym kolesiom do diaska chodzi. Sprawdźcie mundialowy słownik męsko-damski, czyli przełożenie tego co mówią faceci, na to co myślą.

Źle się czuję, możemy dzisiaj zostać w domu? – wiem, że chcesz wyjść, ale dzisiaj jest mecz

Wiesz, że nigdy nie przepadałem za klubami. Może spotkamy się z nimi na spokojnie w jakimś barze? – no dobra, jak już tak bardzo chcesz, to chodźmy gdzieś, gdzie jest chociaż telewizor

A co tam w ogóle u Karoliny, widziałyście się ostatnio? – nie wyszłabyś z koleżankami na miasto, bo zaprosiłem już chłopaków?

Która godzina? – za ile mecz?

Dzisiaj już wtorek? – dzisiaj gra Argentyna?

Zaraz – po meczu

Później – jutro

Jutro – w tym tygodniu

Nie, nie mam pojęcia, gdzie są koreczki ze śliwek i boczku – głupia sprawa, ale chłopaki dorwały się do nich w przerwie meczu

Ten film to kicha. Ledwo 5/10 na Filmwebie, poza tym Marek go widział i mówił, że słabizna – błagam nie przełączaj!

Nie lubię chodzić na jego koncerty, wszystkie wyglądają tak samo – chętnie bym poszedł, ale w tym samym czasie jest mecz

Skończył się papier toaletowy? A sprawdzałaś za szafką? – wiem, że papier się skończył, bo od wczoraj jadę na chusteczkach, ale jest mecz, więc gram na czas

Tak, kupiłem – zupełnie o tym zapomniałem, ale kupię jutro z samego rana

Przepraszam, zapomniałem – przepraszam, ale gdybym zrobił to o co mnie prosiłaś spóźniłbym się na mecz

Możemy się pośpieszyć? – za kwadrans zaczyna się mecz

Byłaś w sklepie? – jest jeszcze Cola w lodówce?

Byłaś na zakupach? – są jakieś czipsy?

Tak, kochanie – nie mam pojęcia co do mnie mówisz, ale wydawało mi się, że to było pytanie, więc wolałem odpowiedzieć twierdząco, żeby nie narażać się na dalszą dyskusję, czy – nie daj boże – kłótnię. Najprawdopodobniej, nigdy bym się na to nie zgodził, ale piłka, emocje i w ogóle

GOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOL!!! – jeśli nie okaże się, że jest spalony, to wygląda na to, że drużyna, której kibicuję zdobyła punkt

Jak można było to puścić? Jak?! J-A-K?!?!?! – jak wiesz, nie jestem zawodowym piłkarzem, nie mam też doświaczenia w szkoleniu sportowców, ale co czwartek gram w FIFĘ na konsoli, więc mam prawo stwierdzić, że zrobiłbym to lepiej

No i gdzie żeś był? – no i gdzie on był?

Jaki spalony? Nie było żadnego spalonego! – obstawiłem u bukchamera, że ta drużyna wygra

Strzelaj! Strzeeelaj! Strze-e-e-e-elaj! – strzelaj

 

Czegoś brakuje?

Już niebawem wielki dzień w życiu tegorocznych maturzystów. Odbiorą wyniki z egzaminu dojrzałości i dowiedzą się, czy po tych 3 latach spisywania prac domowych na długich przerwach i pozorowania nauki w ostatniej ławce, coś zostało im w głowach. I to coś wymiernego, wyrażonego w liczbie znajdującej się między 0 a 100. Cześć z nich z pewnością dozna szoku, że mimo wybiórczego podejścia do nauki, ma więcej punktów od dziobaków wkuwających na blachę każdą linijkę z książki. Też tak miałem.

Niezależnie, w której grupie jesteś, to z pewnością dojdzie do Ciebie egzystencjalne pytanie „co ja, do cholery, mam ze sobą dalej zrobić?”. To hasło w trakcie życia powraca wielokrotnie, co jakiś czas zmieniając formę, a tym razem brzmi jak „jakie studia wybrać?”. Nie będę się rozwodził nad tym, czy studia mają sens, czy nie (bo to temat na książkę, w dodatku moją i to piątą). I tak większość z Was na nie pójdzie. Wybór studiów, jak każdy inny wybór, można spieprzyć i to spieprzyć spektakularnie.

Poniżej 3 kroki, które musisz podjąć, żeby pluć sobie w brodę przez kolejne kilka lat, a jak dobrze pójdzie, to i całe życie.

 

Krok #1: Wybierz miasto ze względu na znajomych

Nie ma sensu, żebyś wybierał się na studia do Wrocławia tylko dlatego, że Ci się podoba i od zawsze marzyłeś o tym, żeby tam mieszkać. Jeśli połowa Twojej klasy będzie studiować w Rzeszowie, bo jest najbliżej i na dobrą sprawę nawet nie trzeba się przeprowadzać, bo to tylko 30 kilometrów, idź za nimi! Będziesz miał sprawdzoną, zaufaną paczkę, która co prawda doprowadza Cię do szału, ale przynajmniej ją znasz.

Chyba nie ma nic gorszego, niż poznawanie nowych ludzi i zaczynanie relacji od zera. Nie dość, że masz świeży start i możesz budować kontakty bardziej świadomie, niż w liceum, to jeszcze mogą okazać się ciekawsze, niż te stare. A nie daj boże, odkryją przed Tobą nowe horyzonty i zaczniesz interesować się rzeczami, o których wcześniej nie miałeś pojęcia.

Tyle gadania, tyle poznawania się, tyle imprezowania, tyle trudu. To nie ma sensu, lepiej zostać na starych śmieciach.

 

Krok #2: Wybierz uczelnię, na której studiowali Twoi rodzice

Tatuś z mamusią powiedzieli Ci, że tylko Uniwersytet Jagielloński? Że żadna inna uczelnia w kraju nawet nie może z nim konkurować? Że tylko tam dostaniesz solidne wykształcenie, które pozwoli Ci znaleźć stabilną pracę w dobrej firmie? I w ogóle, to mają najlepszą kadrę nauczycielską, rewelacyjne sale wykładowe i świetne wyposażone pracownie? Cóż, muszą mieć rację, w końcu ostatni raz tam byli jedyne 25 lat temu.

 

Krok #3: Wybierz kierunek bo jest wysoko w rankingach

Tylko informatyka kolego, tylko informatyka! Rankingi nie kłamią. Olać pasję, olać zainteresowania, olać predyspozycje, liczy się hajs! Rozwój sieci komputerowych, projektowanie aplikacji na urządzenia mobilne, Ruby on Rails, ewentualnie bazy danych. Zapamiętaj te pojęcia,  bo któreś z nich już od października stanie się osią Twojego życia. Kto wie, może nawet zostaniesz drugim Markiem Zuckerbergiem?

Mówisz, że Cię to nie interesuje? Że podchodzisz do komputera jak ksiądz do podatków? Że jarasz się Bałkanami i chciałbyś pójść na filologię serbską? Nie bądź niepoważny, wiesz ile zarabiają nauczyciele? Mało! Własne biuro tłumaczeń? To zbyt ryzykowne. Lepiej mieć pracę, której się nie lubi, niż żadną. Albo słabo płatną. Wybierając kierunek z pierwszych miejsc rankingów masz pewność.

A, że Ci się nie podoba i tego nie czujesz? Już nie marudź, to tylko 5 lat studiów. A potem 41 lat w zawodzie. Jakoś przeżyjesz, w końcu to nie pierwsza rzecz, którą robisz wbrew sobie.