Close
Close

Pogotowie Życiowe #4: Miłość, czy pieniądze?

Skip to entry content
miłość czy pieniądze
autorem zdjęcia jest Opensource.com

Cholera, coraz bardziej podoba mi się ten cykl i coraz bardziej jestem dumny ze społeczności jaka tu jest (tak mówię o Was). Po zeszłotygodniowym „Pogotowiu Życiowym”, gdzie rozmawialiśmy o sytuacji Laury, która poszła do łóżka z byłym swojej koleżanki, kolejny raz byłem w szoku. Po pierwsze z powodu ilości empatii i zaangażowania w temat do tego stopnia, że dzieliliście swoimi prywatnymi historiami, o których wielu bałoby się mówić (dzięki!). Po drugie, że mamy bardzo podobny tok rozumowania i czytając Wasze komentarze czułem, że de facto nie muszę już umieszczać swojej opinii, bo napisaliście wszystko to, co sam chciałem wrzucić.

Dzisiaj problem niby też dotyczący związku, ale jednak inny, niż pozostałe. Tym razem nie chodzi o kwestie łóżkowe, czy trudności przy angażowaniu się w nową relację. W przypadku Róży i jej chłopaka na drodze do motyli w brzuchu stanął hajs.

 

Pieniądze kontra miłość

Kilka miesięcy temu poznałam chłopaka w mieście w którym studiuję, na początku podchodziłam do niego z lekką ostrożnością, bo wiadomo nie chcę się zawieść. Od samego początku starał się bardzo o mnie, kwiaty itd. Kolejna randka to pierwszy pocałunek, wszystko pięknie i ładnie się układało. Czułam się trochę jak w filmie, ale myślałam sobie wtedy-dziewczyno nie daj się oczarować tak szybko. Po jakimś czasie powiedział mi ,że mnie kocha. Spotykaliśmy się w weekendy i głównie wtedy gdy miałam akurat zajęcia na uczelni w tym mieście, ponieważ studiuję zaocznie. Bardzo dużo rozmawialiśmy przez telefon , a nawet godzinami i to były cudowne rozmowy, aż ciężko to opisać.

Od samego początku wiedziałam,że ma kłopoty finansowe,że firma nie przynosiła zysków, że ma kredyt i że myśli o wyjździe zagranice. Nie byłam zadowolona tym faktem, ale pieniądze nie są dla mnie,aż tak waże aniżeli wnętrze.Postanowił,że narazie nie wyjedża i będzie szukał pracy tutaj. Ja oczywiście starałam się go motywować i wspierać. Mimo tego po pewnym czasie znów zaczął myśleć o wyjezdzie, bo mieć dlugi i słabo płatną pracę to niezbyt łatwe.

Poznał moją rodzinę. On bardzo chciał,żebym ja poznała Jego rodzinę. I w weekend po zajęciach pojechaliśmy do Jego domu, gdzie poznałam jego rodziców, praktycznie cały czas spędziliśmy na herbacie i wesołej rozmowie wspólnie z rodzicami. Panowała luźna i miła atmosfera…na dodatek poznałam Jego starsze rodzeństwo. Wtedy poczułam,że go kocham i tego wieczora wyznałam mu miłość. Na następny dzień zadzwonił do mnie by podzielić się wrażeniami. Powiedział ,że mama lepiej się czuję przy mnie aniżeli przy swojej synowej, którą zna już 10 lat, tata stwierdził natomiast,że jestem dobrą kandydatką na żonę. Znam swoją wartość, wiem,że jestem ładna i mądra, ale przy Nim czułam się jeszcze piękniejsza i rozpromieniona.

Do rzeczy, spędzaliśmy dalej czas razem w miarę możlowosci, ze względu na koszty jego przyjazdy do mojego domu nie byly możliwe, więc spotykaliśmy się jak zwykle co 2 tygodnie mniej wiecej. W maju otwarto rynek pracy w Szwajcarii, daltego mój chłopak zaczął myśleć o wyjeżdzie. Nie byłam zachwycona, wiedziałam ,że musi wyjechać. Oswoiłam się z tą myślą. Przedstawił mi to w ten sposób,że bedzie go stać na samolot do Polski co jakiś czas i w wakacje będę go mogła też odwiedzić, do tego rozmowey tel. i skype.

Po mimo tych problemów starał się niezałamywać, jezdził na rolkach, brał udział w wydarzeniach sportowych. Pieniądze z pracy dorywczej szly na bieżące rachunki, więc nie ma mowy o spłacie kredytów. W połowie czerwca zdałam wszystkie egzaminy przed rozpoczęciem sesji. Miał przyjechać do mnie za tydzień, mówił jak bardzo tęskni, bo w ostatnim czasie widywaliśmy się co tydzień, ale że nie ma pieniędzy i że chciałby być już wolny od długów. Rozmawialiśmy, ale rzadziej, czego w związku na odległość nie powinno być. Czułam że się oddalamy,że niby jest dobrze,ale nie do końca….potem wyznał mi ,że myslał,że wczesniej rozwiązą się jego problemy i raczej jak wyjedzie to na stałe.

Potrafil nie odzywac się 2 dni, pisałam do niego, chciałałam by czuł moją obecnosc i to,że go wspieram, Mówił,że widzi,że wspieram go, że jestem kochana….i że go męczą problemy i ,że patrzy na to realnie i ,że raczej nie odnajdę się w innym kraju….pomyślałam gdzie ten chłopak , któty walczył, wiedział czego chce, który mnie przekonywał (nie ukrywam,że poczatkowo mówiłam że nie chce wyjeżdzać, ale tylko dlatego by został tutaj…ale od czego sa kompromisy). Postanowiłam zawalczyć, bo ja miałam więcej siły niż on..spotkaliśmy się….wyjaśnił parę rzeczy….dał mi do przemyślenia, po spotkaniu 2 dni odzywał się potem zapadła cisza. Nie wiedziałam jak to rozumieć, czy mnie olewa. Napisał,że ciezko mu się teraz skupic na zwiazku,że nie wie nic, ze totalny bałagan się zrobił i wydaje mu się,że ciezko było by mi opuścić Polskę.

Obecnie sytuacja wygląda tak,że on milczy. Nie rozstał się ze mną oficjalnie, ale ja to tak rozumiem, a właściwie nie rozumiem….wolę szczerość niż niepewność . Spójrz na to wszystko męskim okiem i powiedź co myślisz. Ps strasznie sie rozpisałam i przepraszam za to ale to tylko dlatego by jasniej przedstawić całą sytuację. Rozum i bliscy podowiadają dać sobie spokój, serce ma troszkę inne zdanie. Raczej pogodziłam się z faktem,że nie poskłada to wszystko się tak nagle w całość.

Róża

Dla formalności przypomnę o zasadach cyklu:

– przez pierwszą dobę wypowiadacie się tylko Wy, ja swoje spojrzenie na problem wrzucam dopiero na drugi dzień, żeby niczego nie sugerować

– staramy się pomóc, co jest równoznaczne z tym, że nie kpimy z sytuacji, w której znalazła się autorka, a tym bardziej z niej, ani pod żadnym pozorem nie robimy przytyków personalnych

– jesteśmy mili i kulturalni dla pozostałych wypowiadający, nawet jeśli całkowicie nie zgadzamy się z tym co napisali.

Przechodząc do meritum – jak Wy to widzicie? Chłopak mówi, że kocha, ale chce wyjechać za pieniądzem. Ściemnia? A jeśli nie, to czemu nie chce, żeby Róża z nim jechała? Duma i męskie ego jest ważniejsze od miłości? Jest jakieś wyjście z tej sytuacji, tak aby Róża skorzystała z niego bez złamanego serca?

Przechodząc do meritum – jak Wy to widzicie? Chłopak mówi, że kocha, ale chce wyjechać za pieniądzem. Ściemnia? A jeśli nie, to czemu nie chce, żeby Róża z nim jechała? Duma i męskie ego jest ważniejsze od miłości? Jest jakieś wyjście z tej sytuacji, tak aby Róża skorzystała z niego bez złamanego serca?

Nie wiem jakiego rzędu wielkości są długi Twojego chłopaka, ale z tego co relacjonujesz, wynika jakby to były dziesiątki tysięcy. Jeśli faktycznie tak jest, to uważałbym na takiego człowieka, bo zadłużenie się do tego stopnia świadczy o wyjątkowej lekkomyślności i nieodpowiedzialności życiowej. W problemy finansowe tego stopnia nie popada się z dnia na dzień. To jest proces, który trwa dłuższy czas i wynika z nawyków myślowych, które w pewnym wieku już trudno zmienić, a na pewno nie da się bez zaangażowania głównego zainteresowanego.

Jeśli jednak sytuacja jest trochę przekoloryzowana i nie jest to 60 tysięcy, tylko 6, to też nie świadczy o nim najlepiej. Z kilkutysięcznego długu nawet przy słabo płatnej pracy da się zejść w rok i zaręczam, że da się to zrobić bez wyprowadzki z kraju. Jeśli tak lekko jest mu rzucić wszystko i wyprowadzić się na stałe, to znaczy, że za bardzo nic go tu nie trzyma. Do niczego nie jest przywiązany i na niczym, i również na nikim, mu nie zależy.

Istotną kwestią jest też jego niezaradność życiowa. Z tego co piszesz wnioskuję, że ma 20-kilka lat i przynajmniej maturę. W takiej sytuacji nie wiem co trzeba robić, że nie znaleźć jakiejś nie-beznadziejnej pracy na dłużej. Przez te kilka miesięcy, które ze sobą jesteście już dawno zdążyłby dostać się albo do korpo, albo na kelnera w przyzwoitej restauracji, albo na budowę jeśli nic umysłowego, ani związanego z prezencją nie wchodzi w grę. Serio, to nie jest tak, że w całym kraju nie ma pracy. Jest i to całkiem sporo, tylko trzeba się trochę postarać.

Co do jego miłości do Ciebie, to wygląda na to, że wygodnie jest mu mieć kogoś, kto niczego od niego nie wymaga. Nie masz co do niego oczekiwań, nie wywierasz na nim presji, tylko pokornie przyjmujesz wszystko co powie i jeszcze w tym wspierasz. Jest mu na rękę, że nie musi się starać, a Ty i tak nie odejdziesz, co najdobitniej pokazuje sprawa z przyjazdem do Twojego domu po sesji egzaminacyjnej. Ile kosztowałaby go taka wyprawa w tę i z powrotem? W sumie ze 100zł? Wybacz, ale jeśli dorosły/pracujący facet nie jest w stanie odłożyć takiej kwoty, zwłaszcza, że wie o wydatku z wyprzedzeniem, to coś jest nie w porządku.

Wiem, że podchodzisz do tego bardzo emocjonalnie, bo jesteś zakochana, ale spróbuj się zdystansować i spojrzeć na sytuację z perspektywy osoby trzeciej. Ty chcesz być jego dziewczyną, on się spodziewam opiekunki i powierniczki problemów, a tu by się po prostu przydał kop w dupę. I to jego.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Red Bull

    Róża mam nadzieje że u ciebie juz bez dylematu i ze masz nowy obiekt westchnień bo tamten nie był wart twojego zaangażowania. Każdy związek wymaga bliskości. .w waszym nie było jej od początku!

  • Kalash_Nikov

    Normalnie nie bawię się w porady sercowe, ale sprawa jest na tyle specyficzna i bliska mi z osobistego doświadczenia, że – o ile czegoś nie wiesz/czegoś nie pominęłaś/coś mi umknęło – jestem przekonany, że wiem w czym tkwi problem.

    Jedna z komentatorek trafiła w sedno: „Możliwe, że problemy go przerosły, że przez długi ma tak niskie mniemanie o sobie, że nie wierzy, że może być dla Ciebie wystarczająco dobry, więc sam niejako „czeka, aż go zostawisz” i to prowokuje.”

    Gość Cię kocha, w związku z czym chciałby Ci dać to co najlepsze. Dla facetów jednym z głównych wyznaczników ich „męskości” jest to, czy potrafi sobie dobrze radzić w sferze finansowej – nie chce odmawiać sobie, ani Tobie, pewnych rzeczy, bo go nie stać, chce być w stanie, przynajmniej raz na jakiś czas, kupić Ci coś fajnego, sfinansować wakacje, etc. (świadczy o tym fragment „Od samego początku starał się bardzo o mnie, kwiaty itd.”). W obecnej sytuacji nie stać go na to. Uważa, że jest niewystarczająco dobry dla Ciebie.

    To, że powiedział, że nie odnajdziesz się w tym kraju wynika stąd: „…pomyślałam gdzie ten chłopak , któty walczył, wiedział czego chce, który mnie przekonywał (nie ukrywam,że poczatkowo mówiłam że nie chce wyjeżdzać”. Najpierw chciał żebyś jechała z nim, namawiał Cię, ale skoro odmawiałaś to zrozumiał, że nie masz ochoty na przeprowadzkę. To z kolei mówi mu, że nawet jeśli teraz zdecydowałabyś się przenieść, to byłabyś nieszczęśliwa (ie. zrobiłabyś to na siłę + musiałabyś żyć przez pewien czas w sposób dość daleki od komfortowego).

    Stay Fly ma rację, jeżeli spoglądasz na sprawę na chłodno, kalkulując „po kominkowemu”. Gość sobie nie radził najlepiej (długi) i nadal sobie nie radzi (nie mógł znaleźć wystarczająco dobrej pracy w Polsce – wyjazd za granicę pod przymusem finansowym). Nie jest najbardziej zaradny życiowo, przynajmniej na chwilę obecną.

    Moim zdaniem są tylko dwie słuszne drogi i to, którą wybierzesz zależy tylko od tego, co naprawdę myślisz oraz pisząc w prosty sposób – jak bardzo go kochasz. Bądź ze sobą całkowicie szczera, bo inaczej wybór będzie chybiony.

    1. Potrzebujesz pewnego siebie faceta, na którym będziesz mogła się wesprzeć, potrzebujesz go tu i teraz i nie możesz, nie chcesz czekać. W takim wypadku rada autora tekstu jest prawidłowa – pożegnaj się z nim. Da mu to na pewno wspomnianego kopa i albo się ogarnie po pewnym czasie i bardziej się skupi na „radzeniu sobie w życiu” albo totalnie się załamie i będzie się tak szarpać i męczyć do samego końca. Tak czy siak, nie będziesz już musiała tego oglądać.

    2. Kochasz go na tyle oraz widzisz w nim na tyle duży „potencjał”, że wiesz że jest w stanie wyjść na prostą, potrzebuje jedynie czasu i wsparcia. Jesteś w stanie tymczasowo poświęcić pewne rzeczy – rodzinę, znajomych, ew. pracę w zawodzie oraz pewne wygody, z których musiałabyś zrezygnować z powodu braku pieniędzy.
    W takim wypadku porozmawiaj z nim, poleć do niego i powiedź oraz POKAŻ mu, że tak rzeczywiście jest. Pokaż, że obecna sytuacja nie jest dla Ciebie wcale taka straszna, że wcale nie ma tragedii. Pamiętaj jednak o bardzo ważnej rzeczy: nie możesz pokazać w żaden sposób, że się nad nim litujesz, że jest Ci go żal. On musi widzieć, że nadal go cenisz, nadal widzisz w nim zajebistego faceta, faceta który na pewno da sobie radę i będzie w stanie dać Ci to, na co w jego oczach zasługujesz, faceta który ma tylko tymczasowy problem, ale z którym sobie poradzi. Musi czuć, że nie jedziesz tam żeby się nim opiekować i pocieszać, jedziesz tam, bo chcesz być przy fajnym gościu, którego kochasz i który daje i da Ci to, czego potrzebujesz.

  • Monika Grzebyk

    A czy Tobie rzeczywiście byłoby ciężko opuścić Polskę? I dlaczego on ciągle mówi o tym, że to Ty się nie odnajdziesz w innym kraju? Czy sygnalizowałaś mu to, czy też sobie wymyślił?
    Związki na odległość nie są łatwe, ale da się, jeśli obie strony chcą. Jeśli on zaczyna się migać, to na moje oko nie chce związku. Nie musi to znaczyć, że nie zależy mu na Tobie, może sobie wmówił, że „będzie lepiej jak zerwiemy, bo wtedy ona nie będzie musiała cierpieć, że jestem daleko”. Ludzie potrafią mieć różne dziwne wkręty. Byłam kiedyś w związku na odległość i facet nie odzywał się do mnie, bo „po każdej rozmowie było mu ciężej że jesteśmy daleko od siebie i nie dawał sobie rady”. Jak można się domyśleć, nie wytrzymałam długo. Możliwe, że problemy go przerosły, że przez długi ma tak niskie mniemanie o sobie, że nie wierzy, że może być dla Ciebie wystarczająco dobry, więc sam niejako „czeka, aż go zostawisz” i to prowokuje.
    O przyczynach można gdybać, ale nie dowiesz się dopóki nie spytasz wprost. Ja bym spotkała się z nim, porozmawiała wprost, powiedziała, że mi zależy, że kocham, ale że nie rozumiem jego zachowania i poprosiła, żeby powiedział co naprawdę siedzi mu w głowie.
    Niestety na Twoim miejscu przygotowałabym się na tą najmniej przyjemną opcję.

  • On się nie odzywa…a czy Ty próbowałaś nawiązać kontakt? Bo jeśli próbowałaś, a on nie reaguje, to szczerze mówiąc – odpuść sobie. Z tonu Twojego listu wnioskuje, że czujesz się za niego jakoś szczególnie odpowiedzialna, a przecież to jest dorosły facet, powinien umieć swoje sprawy rozwiązywać. Obawiam się, że rozwiązanie sprawy związku z Tobą pozostawił…Tobie. Odpuść. Tak jak Riennahera napisała – dużo tu gdybania, a pieniądze to prawdopodobnie jedynie wymówka.

  • Misia

    Zastanawia mnie czy Róża wie skąd pochodzą te długi, z jakiego powodu on je ma, jeśli nie (albo ma jakieś niejasne informacje) to może to nie być zbyt rozsądne pakować się w taki związek. Dodając do tego ciszę i niedopowiedzenia pojawiają mi się dość nieciekawe skojarzenia. Nawet jeśli są to całkowicie „legalne” długi to taka niegospodarność też zbyt dobrze mu nie wróży na przyszłość.
    Jesteś pewna, że ta ucieczka jest tylko przed długami? Wiesz coś o tych długach? Znasz jego znajomych? (rodzice i brat nie muszą o nim wiedzieć wszystkiego) Chcesz związać się z kimś kto już raz wpadł w takie długi? Czy znalazł się w takiej sytuacji z jego winy czy może to tylko zrządzenie losu (np wziął kredyt, a zwolniono go z pracy)?
    Róża skupia się głównie na uczuciach, co zrozumiałe, ale wydaje mi się, że to też są kwestie, które trzeba rozważyć. Szczególnie, że ona, jako zakochana kobieta, nie zwraca na to aż takiej uwagi.

  • Większość osób Ci doradzi pewnie żebyś się czymś zajęła, nie myślała, bla, bla, bla. Sama często też tak doradzam, ale w tym przypadku mam wrażenie, że powinnaś przestać siedzieć w necie, tylko kupić bilet do Szwajcarii (da się znaleźć tanio) i polecieć się dowiedzieć o co chodzi. Bywają takie chwile w życiu, że lepiej odpuścić, ale bywają takie, że lepiej wiedzieć o co chodzi niż się zastawiać kolejne kilka miesięcy/lat.

  • Nie znam Ciebie, nie znam jego, więc to tylko gdybanie. Opis wskazuje jednak, że pieniądze to bardziej wymówka niż powód.

  • Kuceł

    Stwierdzenie, że miłość bez pieniędzy będzie bajkowa, jest tak samo naiwne, jak szukanie kasiastego męża, który poprawi nasz byt.
    Póki jest układ „nie mieszkamy razem, nie dzielimy rachunków, nie mamy wspólnych dzieci” i tak dalej, to temat pieniędzy faktycznie w ogóle nie jest istotny, potem walka o przetrwanie do 1. zabija w nas romantyzm. Nie dziwię mu się więc, że postanowił długi spłacić. Wyjechać. Swoją drogą… mam wujka, który 2 lata mieszka w Szwajcarii właśnie dlatego, że miał długi, one były kosmiczne, ale już prawie spłacone. I też jest w związku na odległość. Ma narzeczoną z dwójką nastoletnich dzieci, w najbliższym czasie zabiera ich do siebie, właśnie wprowadził się do większego mieszkania.
    Ja bym radziła po prostu pogadać, bo stosowanie uników przynosi więcej złego niż dobrego. Też jestem z kimś na odległość (może nie Szwajcaria, jakieś 400km) i zżarłabym sobie palce, gdyby nie to, że po prostu mówiłam „czuję się z tym źle, że nie mamy dla siebie czasu nawet pogadać wieczorem na skajpie, przecież godzina to nie tak dużo” itd. Weź się go zapytaj, skąd te uniki. Rozmowa jest najlepszym środkiem do rozwiania wątpliwości.
    A, właśnie. Nie wiem, jak długo się nie widzieliście, ale z doświadczenia wiem, że jeśli rozłąki są długie i regularne, to o związek trzeba szczególnie dbać, bo się rozleci.

    • Marta

      Przepraszam, ale uważam, ze to wyjątkowo zła rada. Związki na odległośc to same problemy, a 2 letnia rozłaka mając dzieci to patologia rodzinna. Do niczego dobrego to nie prowadzi, a powoduje tylko same problemu. Nie pakuj sie w to Róża, bo tylko źle na tym wyjdziesz. Zreszta on gdyby cie kochal, to w zyciu by nie wyjechal.

      • Kuceł

        Dzieci nie są wujka. Są z pierwszego małżeństwa K.
        „Jakby cie kochał, nie wyjezdzalby.” – tak, i tonalby w długach, splacal je latami, nie miałby nawet możliwości założenia z nią normalnego domu. I nie daj bóg jeszcze dorobilby sie komornika. Wybacz, ale relacja w której w imię miłości zaniedbujemy takie rzeczy to relacja toksyczna. I tak, można pracować w Polsce, ale z tekstu wynika, ze facet miał marnie platna prace tutaj.
        Wyjazd nie jest w tym przypadku glownymproblemem tylko milczenie tego faceta i podejscie do całego tematu.

        Przepraszam za literówki. Pisze z telefonu.

  • Justyna Młynarczyk

    Serce nie sługa …ale czasem trzeba kazać mu odpuścić i pomóc mu w tym rozumem. Z własnego doswiadczenia jesli facet zaczyna twierdzic ze jest żle że jego to przerasta ze zniszczy Ci zycie i zasługujesz na cos lepszego..ze sie tam nie odnajdziesz i wie lepiej że będziesz nieszczęśliwa…Daj sobie spokój. Prędzej czy później to i tak się rozleci. Jednak później może juz nie byc tak „ugodowo”, a szarpac sie wzajemnie nie warto…

  • Na dwoje babka wróżyła.
    Z jednej strony może być tak, że jego problemy finansowe go przerosły i zaczęło mu się palić pod nogami i dlatego, woli się skupić na lepszej pracy i ogarnięciu się z historiami z przeszłości.
    Albo.. wyjechał bo uciekł nie tylko od długów ale również od starego życia w tym i od Ciebie i zaczął nowe. Trochę to brzmi tak jakby on chciał, żebyś to Ty zrezygnowała i zerwała, żeby on nie musiał tego robić. Bo tak jest prościej i nie ma się takich wyrzutów sumienia.
    Na moje cyniczne i doświadczone oko, to jest ta druga opcja. Nikt kto ma problemy i wyjeżdża aby sobie z nimi radzić nie odcina się od najbliższych jeśli nie chce spalić mostów i zacząć na nowo.
    Na dodatek trochę tchórzliwe jest to, że zwala odpowiedzialność za zakończenie związku na Ciebie kiedy sam z niego rezygnuje.

  • olgacecylia

    Byłam przez lata w związku na odległość i mogę powiedzieć tylko jedno: taka relacja ma szansę się udać – ale tylko jeśli obu stronom zależy tak samo. Mam wrażenie, że w opisanej sytuacji priorytetem chłopaka jest wyjście z długów i spłacenie kredytów, i że nie bardzo umie on odnaleźć się w sytuacji, w której musi całą dobę walczyć o coś. Chyba dlatego nie chciał, żeby Róża wyjechała razem z nim – wolał odpuścić dobrze zapowiadający się związek niż patrzeć, jak mimo jego starań się rozsypuje z każdym dniem. Słabe, że jej tego nie powiedział, ale właśnie dlatego odpuściłabym.

  • No i tak się kończy mi amerykańskich komedii romantycznych. Ale może tylko ja mam takie doświadczenia, że takie zachowanie faceta nie wróży niczego dobrego …

  • Dr0bniak

    Różo, niestety nie mam dla Ciebie dobrych wiadomości, ale uważam, że w tej sytuacji lepiej prawdę między oczy.
    Dla pełnego zrozumienia – zakładam że cały czas jest jeszcze w Polsce, i przerwa w kontaktach nie wynika ze zmiany otoczenia. Bo jeśli to ostatnie, to odczekać. Może zadzwoni – jeśli tak, to się przyjemnie rozczarujesz.
    Zakładając jednak że jest w Polsce, to z jakiegoś powodu wyjazd jest dla niego ważniejszy niż utrzymanie związku. Inaczej mówiąc, gotów jest poświęcić Ciebie dla rozwiązania problemów które ma. Trochę go rozumiem, bo mało rzeczy dołuje równie mocno jak nawet nie brak kasy, ale świadomość tego że komuś „wiszę”.
    Tekst „nie odnalazłabyś się w innym kraju” chyba należy niestety rozumieć jako „byłabyś dla mnie balastem”.
    Może być też tak, że jest perfidny i czeka aż zmiękniesz, odezwiesz się, zaproponujesz mu pomoc finansową. Tym bardziej nie dzwoń, bo wyjdziesz na zdesperowaną.
    Przykro mi, że odbieram Ci nadzieję, ale chyba lepiej będzie jak odpuścisz. Albo on się odezwie, albo nic z tego.
    Sorry za chaos w pisaniu, ale się śpieszę

  • Aleksandra Muszyńska

    Trochę to dziwne-sprawa jest zbyt poważna,żeby myśleć,że „jak się nie odezwę,to jakoś samo przyschnie”.Jeśli chciałabym to ratować – porozmawiałabym,powiedziała,co czuję,jak wszystko widzę,i zapytała wprost czy bawimy się dalej,czy zabieramy zabawki i idziemy na osobne podwórka.
    A tak na marginesie – facet,który mimo zaawansowanego (chyba) stadium związku nagle zaniecha kontaktu,zamyśli się,wpadnie w dialog sam ze sobą i nie dopuszcza do niego drugiej zainteresowanej osoby i z góry przekonuje ją i siebie,że nie dadzą rady-pachnie mi albo niedojrzałością albo delikatnymi problemami emocjonalnymi.Jedno i drugie raczej należy omijać.

  • Ola

    Rozmowa, rozmowa i jeszcze raz rozmowa. Nie rozumiem cichych dni, nie rozumiem milczenia bez wyjaśnienia sobie wszystkiego. Tak jak napisała Róża: lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć na czym się stoi. Podjęłabym jeszcze raz próbę rozmowy, zapytała czy jeszcze jest coś między nami, czy mamy ratować związek. Może on się wystraszył tego wyjazdu i jednak nie chce opuszczać kraju, a boi się (wstydzi) przyznać przed ukochaną kobietą bo nie chce żeby ona myślała o nim jak o tchórzu. Tak więc porozmawiać i wszystko wyjaśnić. Nie przeciągać nieprzyjemnej sytuacji.

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Zostałem wychowany w kulcie skromności i posypywania głowy popiołem. Zawsze, gdy na Wigilii ktoś chwalił babcię za uszka z kapustą i grzybami, zachwycając się jakie są dobre, mówiła, że nieprawda. Albo że raz jej się udało, bo normalnie są średnie. A były boskie! I to za każdym razem! Zresztą sernik i szarlotka też bardzo pierwszoklasowe. Zawsze, gdy ktoś otwarcie doceniał jej pracę widziałem dumę na jej twarzy, ale i jednocześnie spore zakłopotanie – jak przyjąć słowa uznania? Jak reagować na komplementy?

Nie chcę wszystkiego sprowadzać do hasła „mentalność Polaków”, ale z grubsza rzecz ujmując, jako naród nie jesteśmy nauczeni jak radzić sobie z komplementami. I celowo użyłem zwrotu „radzić sobie”, bo dla większości miłe słowa to problem, z którym za bardzo nie wiadomo co zrobić. Niby każdy chciałby dostać, ale jak już się pojawia, to sprawia tylko, że czujemy się niezręcznie. Bo przecież skromność to cnota i jak tu się zachować, żeby przypadkiem ktoś nie posądził nas o pychę i zarozumiałość?

Najczęściej ludzie w takiej sytuacji przyjmują jedną z 4-ech strategii:

 

Deprecjacja tematu

– Gratuluję srebra w mistrzostwach pływackich, rewelacja!
– Aaa, to nic takiego. No, udało się, tyle.
– Co ty mówisz, przecież to wielki sukces i kawał ciężkiej roboty!
– Nie no przesadzasz, to przecież tylko zwykłe zawody, każdy mógł je wygrać.

Umniejszanie tego, co zrobiłeś jest bezsensowne dla obu stron – zarówno dla Ciebie jak i Twojego rozmówcy. Dla Ciebie, bo się nie cenisz i nie jesteś dumny z tego, co zrobiłeś i nie uważasz nawet, że to coś na co warto zwrócić uwagę. Trudno rozwijać się i piąć w górę bez świadomości własnych atutów i przekonania o własnej wartości. Zaprzeczanie komplementom jest też głupie z perspektywy osoby, która Ci je prawi, bo niby co ma pomyśleć w takiej sytuacji? Że źle zrobiła doceniając Twoje osiągnięcia, bo to przecież nieistotna pierdoła?

 

Zbycie pochlebstwa ciszą

– …a tak w ogóle to świetne zdjęcia z Tunezji, wyszłaś na nich zjawiskowo.
– …

[sociallocker id=”17312″]

Próba przemilczenia pochwały w oczekiwaniu na grom z jasnego nieba, to chyba najgorsze wyjście z możliwych. Bo ten piorun, mimo oczekiwań i ściągania go myślami, nie uderza, a Wy stoicie w niezręcznej ciszy. I stoicie. I stoicie. I stoicie. Aż nie udasz, że woła Cię znajomy, dzwoni do Ciebie telefon, albo nie dostaniesz zawału.

 

Zmiana tematu

– Cześć Karolina! Rety, fantastyczna sukienka, wyg…
– Cześć Janek! Co u ciebie? Jak było w Krośnie, dobrze się bawiłeś na Podkarpaciu?

To technika z kategorii „najlepszą obroną jest atak”. Jeśli zaatakujesz znienacka, w połowie zdania, rozmówca będzie w takim szoku, że zacznie odpowiadać na Twoje pytania. I nawet nie zauważy, że chamsko mu przerwałaś, gdy chciał powiedzieć Ci coś miłego. Unikniesz krepującej sytuacji, w której może i nawet byś się zarumieniła, ale możesz mieć pewność, że już drugi raz nie będzie się silił na serdeczne gesty.

 

Przyjęcie komplementu i podziękowanie

Jedyne adekwatne rozwiązanie. Serio, przerabiałem wszystkie scenariusze i najsensowniejszą reakcją na komplementy, niezależnie czego by one nie dotyczył, jest po prostu przyjęcie ich i powiedzenie „dziękuję”. Tyle. Jeśli jesteś w czymś dobry, zupełnie nie ma powodu, by męczyć się fałszywą skromnością, bądź tego wypierać. Jesteś asem w danym temacie i ludzie to widzą. Bez znaczenia, czy pieczesz ciasta, grasz na skrzypcach, robisz zdjęcia, wyplatasz kosze z wikliny, czy kodzisz aplikacje mobilne.

Podziękuj za ciepłe słowa i poczuj zajebistość w lewym górnym rogu klatki piersiowej. Naprawdę, ludzie doceniają Cię nie po to, żebyś czuł się źle.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Alessandra Celauro

[/sociallocker]

---> SKOMENTUJ

wpis jest wynikiem współpracy z marką Somersby i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Pamiętasz to uczucie, gdy odbierałeś wyniki z matury?

Wszyscy ludzie z Twojego rocznika nakręceni jak pozytywki, rodzice ciągle na telefonie, a nauczyciele w kółko ze stoickim spokojem powtarzali „proszę czekać, proszę czekać, proszę czekać”. Ekscytacja sięgała zenitu. W końcu odebrałeś swój arkusz z rezultatem egzaminu dojrzałości i dałeś się ponieść fali euforii jak łupinka orzecha wpadająca do Amazonki.

A teraz wyobraź sobie, że nie ma Twoich kumpli z klasy, w domu nie czeka rodzina, a na wieczór nie umówiłeś się z przyjaciółmi, żeby to uczcić. Trochę średnio co?  Nagle rwąca rzeka zamieniła się w malusieńki strumyczek.

Podobnie byłoby z 18-tymi urodzinami – w pojedynkę nie smakowałyby tak dobrze. Zresztą każde inne też nie. A koncert Twojego ulubionego zespołu? Bez kumpla przy boku jarającego się ich muzą tak samo jak Ty, też jakoś blado. Samotne celebrowanie zdobycia szczytu, do którego przymierzałeś się od kilku miesięcy, też nie cieszy tak bardzo jak z kimś. A wygrana w mistrzostwach piłkarskich, gdzie strzeliłeś zwycięską bramkę z przewrotki w ostatniej minucie meczu?

No dobra, z tym ostatnim trochę mnie poniosło, ale zasadniczo, zmierzam do tego, że…

 

Są takie momenty, które lepiej smakują razem

I smakują na tyle dobrze, że chcesz je uwiecznić na fotografii. Niekoniecznie musi być to wyczyn na miarę zdobycia 8-tysięcznika. Czy średniego wykształcenia (co w obliczu bieżącej zdawalności, faktycznie zaczyna być wyczynem). To mogą być proste rzeczy jak odkrycie nowej knajpy z mistrzowskimi burgerami, rowerowy wypad za miasto, czy niedzielny piknik w parku. Grill na działce, wyjście na mecz, czy gra w zochę, to też coś, co bardziej cieszy (a w zasadzie dopiero jest możliwe), gdy robi się to z ekipą.

Ludzie cykają sobie foty w takich chwilach, żeby móc je zatrzymać i później do nich wracać, ale i po to, by dzielić się nimi z innymi.

Nie odkryję teraz nowego pierwiastka na tablicy Mendelejewa, ale na tym właśnie opiera się Facebook. I w ogóle całe media społecznościowe. Na dzieleniu się przeżyciami ze znajomymi. Na teleportowaniu emocji i przenoszeniu dobrej zabawy z paczką znajomych z dowolnego miejsca na Ziemi do wirtualnej rzeczywistości. Dlatego nie rozumiem, czemu ludzie robiąc sobie zdjęcie z ręki z przyjaciółmi tagują je #selfie. Przecież nie są tam sami!

Lord Somersby też tego nie mógł zrozumieć, dlatego stworzył…

 

#friendsie

Czyli hashtag przyjaźni do zdjęć z kumplami. I kumpelami. I mami. I tatami. I rybkami.

Co byłoby ciekawego w zdjęciu z tegorocznego rozdania Oscarów, gdyby był na nim sam Bradley Cooper? Nic. A w fotce papieża Franciszka z młodymi pielgrzymami? No dobra, może sam papież. Ale tam gdzie na zdjęciu z rąsi jest ktoś więcej, niż tym sam i są pozytywne wibracje nie ma #selfie, jest #friendsie. Bo bez tych ludzi nie było przeżyć, nie byłoby emocji, nie byłoby zabawy!

bułgaria

Gdyby nie Maciek, nie wsiadłbym pierwszy raz w życiu do samolotu i nie dowiedział się jak bosko jest czuć mrowienie w ciele przy starcie, bo za bardzo bym się bał – #friendsie.

festiwal kolorów

Gdyby nie Michał, nie zwlókłbym się z łóżka na „Festiwal Kolorów” i nie poczuł wodospadu dopaminy, skacząc w tłumie, bo była niedziela i miałem ten dzień przeleżeć w łóżku – #friendsie.

temat rzeka

Gdyby nie Sylwia, nie tańczyłbym boso na piasku o 4 nad ranem w środku stolicy, bo po imprezie na Polu Mokotowskim, chciałem iść spać – #friendsie.

1 friendsie 2

I gdyby nie Segritta, Charlize Mystery, Paweł Opydo, Fashionelka, Pani Ekscelencja i Kominek, nie zjadłbym najlepszych na świecie pierogów z cielęciną i nie dowiedział się, że…

 

Lord Somersby będzie Was szukał!

Tak, właśnie Was!

Jego Lordowska Mość będzie przechadzała się po Facebooku, Instagramie i Twitterze w poszukiwaniu dobrej zabawy. Konkretnie, interesują go miejsca, gdzie są pełnoletni ludzie (akceptujący regulamin akcji) utrwalający szczęśliwe chwile. Jeśli chcecie, żeby Lord Was znalazł, tagujcie foty „#friendsie #somersby” wrzucając na swoje profile społecznościowe. Z osób rozprzestrzeniających hashtag przyjaźni lord będzie wybierał farciarzy, których obdaruje niespodziankami. Nie mogę powiedzieć co to jest, ale to niespodzianka, której na stówę się nie spodziewacie, a daje kupę radochy przy spędzaniu czasu w grupie.

Wiem tez z zaufanego źródła, że Lord szczególnie będzie przyglądał się komentarzom pod tym tekstem, więc jeśli macie jakieś zdjęcia, które można otagować „#friendsie #somersby”, to śmiało!

---> SKOMENTUJ