Close
Close

Spędzanie czasu z mamą to przypał?

Skip to entry content

Jak byłem w przedszkolu mama była moim najlepszym kumplem. Tłumaczyła mi świat, zawsze rozumiała i bujała na huśtawce. Na początku podstawówki było podobnie. Zawsze czekałem w oknie wypatrując, czy już wraca z pracy, przychodziłem do niej z każdą budowlą z klocków Lego, chwaląc się jakie dzieło stworzyłem i wypraszałem żeby grała ze mną w nieskończoność w czołgi na Pegazusie. Było super, nie wiem z kim mógłbym się lepiej bawić.

Sytuacja trochę się zmieniła, gdy zacząłem wkraczać w, eufemistycznie nazwany, wiek dojrzewania.

Wiadomo, im wyższa cyfra po jedynce, tym więcej kolegów zaczynało nieudolnie zaciągać się pierwszymi fajkami i tym większą siarą było wychodzenie gdzieś z mamą. Tylko mazgaje, maminsynki, lewary i wyjątkowe cioty pokazywały się z rodzicami publicznie w sytuacjach niewymagających tego. Czyli poza wezwaniami na dywanik do dyrektora. I ewentualnie pogrzebami. W każdym razie, pójście z mamą na spacer, czy nie daj boże do kina w weekend, było wyjątkowo daleko od określenia „spoko koleś”.

A spoko kolesiem w wieku nastoletnim chciał być każdy. Nawet laski.

Każdy chciał udowodnić jaki jest samowystarczalny i dorosły, mimo, że nie był. Dlatego, aby zaszpanować przed resztą klasy, rówieśnikami, czy kolegami z bloku ostentacyjnie łamał zasady ustalone przez rodziców. Sytuacja przybierała na mocy, aż osiągnęła apogeum między gimnazjum, a liceum, po czym zaczęła się stabilizować. Im bliżej matury, pierwszych pobytów w szpitalu, ciąż koleżanek i tragicznych zgonów kolegów, tym więcej pokory pojawiało się w żyłach pompujących buntowniczą krew. I tym bardziej zaczynało się doceniać proste rzeczy i podstawowe wartości. Choć ślepy pęd za grupą rówieśniczą wciąż był obecny.

Przełom nastąpił, gdy wyprowadziłem się z domu.

Kiedy sam zacząłem płacić za jedzenie (przeciętne), mieszkanie (pół pokoju w nędznej kamienicy) i inne rzeczy prowadzące do, patetycznie nazwanego, dorosłego życia, resztki pozerstwa i buńczuczności znikły. A myśl o tym, że spędzanie czasu z mamą poza niedzielnym obiadkiem, może być negatywnie odebrane przez otoczenie, wydała się niedorzeczna jak „deklaracja wiary”. Od tego momentu nie potrzebowałem aprobaty lokalnego mikrokosmosu. Zdanie rady plemienia było tak istotne, jak opinia Elizy z Warsaw Shore na temat czegokolwiek.

Wróciłem do punktu wyjścia.

Kocham moją mamę i lubię z nią przebywać. Nie tylko, gdy przyjeżdżam do domu i wymieniamy się aktualnościami między zupą, a drugim daniem. Gdy ona przyjeżdża do mnie też. Spacerujemy po plantach, chodzimy po kawiarniach, jemy zapiekanki na Placu Nowym, jeździmy na rowerach, leżymy nad Wisłą, siedzimy w Forum, czytamy w Parku Jordana albo idziemy do Agrafki na film. Jak z przyjaciółką. No może tyle, że bez imprezowania.

Dla mnie to oczywiste, że spędzam czas z jedną z najbliższych mi osób, ale dla niektórych moich znajomych to coś niezwykłego. Często, gdy mówię, że wpada do mnie mama na parę dni spotykam się ze zdziwieniem i reakcją typu „jak kto? po co? dlaczego? czemu? przecież nie bierzesz ślubu, a święta dopiero za pół roku?”. Fakt, że rodzic może przyjechać do swojego – co prawda dorosłego, ale wciąż – dziecka i spędzić z nim więcej, niż godzinę jest w ich oczach niezwykły.

Zaraz po tym jak oświadczam, że mama przyjechała do mnie tak po prostu, żeby mnie odwiedzić i pobyć, padają pytania o to, co robiliśmy. Ale w takim tonie, jakby to była naprawdę zagadka i miały pojawić się niewiarygodne odpowiedzi, które zachwieją porządkiem wszechświata i wywrócą obecny ład do góry nogami. Gdy odpowiadam, że po prostu, miło trwoniliśmy godziny, robiąc to, co robią ludzie w Krakowie na co dzień, niezależnie od wieku, powiązań biologicznych i rozmiaru stopy, pada wystękane, maskujące niezrozumienie „aha”.

W takich sytuacjach zawsze się zastanawiam, czy dla tych ludzi spędzanie czasu z mamą to przypał?

autorem zdjęcia jest Thomas Hawk
(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Przepis na film, który będzie hitem internetu

Skip to entry content

Każdy chce lub chciał być gwiazdą. Jeśli nie w przedszkolu, to na drugim roku studiów. Jeśli nie przez całe życie, to chociaż przez 15 minut. Jeśli nie gwiazdą rocka, to chociaż internetu. Koleżka z powyższego filmiku też chciał. I udało się. Wideo lata po sieci jak wirus, przy okazji robiąc ludziom wodę z mózgu. Jeśli dałeś się złapać na ten pseudo-eksperyment społeczny, orientując się po czasie, że to jawna demagogia, to powiem Ci jak możesz zrobić własny.

Prosty przepis na hit internetu:

1. Weź jakąś populistyczną tezę. Może być na przykład wyświechtane hasło „pozory mylą”, „nie szata zdobi człowieka” albo „czasami ci, którzy mają mniej, dają więcej”. Ważne, żeby dało się łatwo zapamiętać i udawało, że pokazuje jakąś prawdę objawioną na temat tego złego świata i złych ludzi.

2. Stwórz scenariusz potwierdzający tezę. Zaplanuj sceny i dialogi tak, aby potwierdzały twoje populistyczne hasło. Pamiętaj, że aktorzy i przypadkowi ludzie, których nagrasz, zarówno wyglądem jak i zachowaniem również muszą wpasować się w tezę. Bez tego nie przekonasz widzów, że Twój film to eksperyment społeczny i wszystko „stało się samo”.

3. Prowokuj sytuacje. Przypadkowi ludzie czasem nie chcą reagować tak jak chcesz, niszcząc Twoją piękną populistyczną tezę. W takim przypadku trzeba ich sprowokować do pożądanej reakcji. Jeśli chcesz nagrać jak odmawiają Ci jedzenia, spróbuj założyć kilka srebrnych łańcuchów,  młodzieżową koszulkę i jakiś droższy sikor. Jak już to będziesz miał, podejdź do jakiejś pary randkującej w restauracji i impertynencko domagaj się, żeby poczęstowała Cię jedzeniem. Jeśli niczego nie pominąłeś powinni odmówić wpisując się w Twój scenariusz.

4. Ogranicz liczbę scen do minimum. Ludzie to wredne stworzenia. Czasem mimo, że masz idealny plan jak Mrozu i tak Ci go pokrzyżują. I na przykład będą Cię częstować jedzeniem mimo, że na odległość 100 hipsterskich oprawek okularów widać, że tak naprawdę go nie potrzebujesz, ani nie chcesz. Wiem, że chciałbyś nakręcić wideo, w którym cały dzień chodzisz po mieście i każda interakcja z napotkanym człowiekiem potwierdza Twoją tezę, ale często to niemożliwe. W zupełności wystarczy, że poprzestaniesz na 2 scenach potwierdzających Twoje założenia (słownie DWÓCH). Ludzie i tak to kupią.

5. Odpowiednio zaaranżuj scenę finałową. Ludzie to debile i jeśli im nie powiesz, sami nie będą wiedzieć, kiedy mają się wzruszyć. Dlatego warto, żebyś w końcowej scenie do obrazu dodał nastrojową muzykę. Najlepiej taką, która już sama z siebie wzrusza bez patrzenia na cokolwiek. Pamiętaj aby w kulminacyjnym momencie  pojawił się napis z tezą, pod którą kręciłeś film, bo bez tego widz nie skuma o co chodzi.

6. Pseudo-filozoficzna sentencja. Całość musi zamknąć jakiś z dupy aforyzm na miarę Paulo Coelho. Większość go nie zrozumie, ale i tak będzie wrzucać na Facebooku szpanując, że docenia jego głębię. Najlepiej, żeby pojawiły się w nim jakieś niezniszczalne wytrychy typu „życie”, „świat” albo „miłość”. To zawsze dobrze się udostępnia.

7. Wyślij film „dziennikarzowi” naTemat. Nie ma szans, żeby się nie nabrał, nawet jeśli poprzednie 6 punktów zrealizowałeś po łebkach. Podniecony jak nastolatek w damskiej przebieralni rozdmucha akcję i napisze, że ten film „zmieni sposób w jaki patrzysz na świat”.

Gotowe, masz hit YouTube’a! Proste, co nie?

Pogotowie Życiowe #3: seks z byłym koleżanki

Skip to entry content
Zaraz po nowym roku ruszyliśmy z akcją „Pogotowie Życie”, pamiętacie? W twitterowym skrócie, chodziło o kółko samopomocy, gdzie jeden czytelnik przychodzi z problemem, a reszta mówi jak to wygląda z ich perspektywy i co w takiej sytuacji można by zrobić. W pierwszym odcinku dyskutowaliśmy o problemie Marty, która chciała przejść z etapu „spotykamy się” na etap „jesteśmy razem”, a w drugim o sytuacji Pauli, gdzie rok po zakończeniu dłuższego związku wciąż nie mogła zapomnieć o byłym.

W obu przypadkach byłem pod wrażeniem zaangażowania i ilości empatii jaką wykazaliście w sprawach dziewczyn i z późniejszych rozmów z nimi wiem, że one też były bardzo wdzięczne za wsparcie. Od tego momentu minęło pół roku. Kolejne maile jakie dostawałem do „Pogotowia Życiowego” albo powtarzały już omówione tematy albo zwyczajnie były mało interesujące dla szerszego grona odbiorców. Jednak w zeszłym tygodniu dostałem wiadomość od Laury, która porusza na tyle istotny problem, że postanowiłem wrócić do cyklu.

 

Jak wrócić do łask przyjaciół?

Mam(miałam?) swoją paczkę,w tym jedną parę, która jakiś czas temu się rozstała. On(nazwijmy go R.) zerwał z nią (nazwijmy ją M.), ale pozostali w dobrych stosunkach, chodzili razem na kurs tańca i często i gęsto przebywali w swoim towarzystwie. R.zdecydowanie nie chciał wracać,bo się odkochał, M.rozpowiadała wszędzie(i wyglądało na to,że jest to szczere),że jej przeszło i nie ma to już dla niej znaczenia i nie chciałaby byc znów z R.

Pewnego razu, przytrafiło mi się zostać sam na sam z R. w mieszkaniu, piliśmy wino, rozmawialiśmy, oczywiście zaczęliśmy dyskutować o seksie, jak nam go bardzo brakuje (rozstałam się z chłopakiem jakieś czas temu) i tak jakoś wyszło,że się ze sobą przespalismy.

Doszłam do wniosku,że nie ma sensu o tym myśleć zbyt wiele, ot stało się, nikt się o tym nie dowie, więc zapomnijmy o sprawie. Ale zdarzyło się drugi raz i R.zaproponował mi układ fuck friends. Przeanalizowałam argumenty za i przeciw(nie są i nie chcą być razem, ona jest szczęsliwa bez niego, to tylko seks, nikt się nie dowie) i podjęłam (jak widać)złą decyzję zgadzając się.

No, I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt,że M.zaczęła coś podejrzewać. Nie mam pojęcia skąd i jak, bo przynajmniej wg mnie nie okazywałam R. żadnych większych wyrazów sympatii niż zwykle. W każdym razie doszło do konfrontacji między R. i M. Ona oskarżała mnie,że go podrywam i on (pokrętna logika) nie chcąc,żeby wyszło na to,że to moja wina, przynał że to on leci na mnie i że się ze sobą przespaliśmy.

No i się zaczęło.

W skrócie, M. nie chce mnie znać – poniekąd rozumiem. Problemem jest tutaj jednak nasza paczka przyjaciół – czyli A. i J. Opowiedzieli się po stronie M. J. usunął mnie nawet ze znajomych na fejsie(co mnie bawi niezmiernie, bo to takie dorosłe,prawda?)

Spotkałam się z R. po jakimś czasie( on mieszka z A. i J. ) i powiedział mi, że w związku z zaistniałą sytuacją niniejszym kończy nasz układ, jest mu przykro,że tak wyszło, bardzo fajnie spędzało mu się ze mną czas, ale on ma jeszcze szansę coś ugrać i jakoś z tej sytuacji się wyplątać i coś uratować. Czuję się wykorzystana. I naiwna. Muszę przyznać, że dawno takiego liścia w twarz nie dostałam. Podobno (wg tego,co mówił mi R. A. i J. nie chcą mnie widzieć i są na mnie niesamowicie wkurzeni, nim podobno rozczarowani i zawiedzeni(what?!)

I teraz w czym rzecz. Zastanawiam się co mam w tej sytuacji zrobić. M. nie chce mnie widzieć,nie dziwi mnie to właściwie(chociaż może trochę,bo od momentu zerwania nie powinna już się interesować z kim R.sypia, tym bardziej,że nic do niego nie czuje) ale zdaję sobie sprawę z tego,że było to bardzo nie fair wobec niej i nie chciałam nikogo zranić. Nie chciała się spotkać, więc byłam zmuszona wyjaśnić jej sytuację przez sms, przeprosiłam, powiedziałam co miałam powiedzieć i tutaj już chyba nic więcej nie zdziałam (jeszcze nie wiem czy chcę więcej działać, bo wiele razy się na niej zawiodłam i między nami już dawno nie było takich dobrych układów jak kiedyś)

Nie wiem czy powinnam próbować naprawić swoje stosunki z A. i J.? Z jednej strony szkoda tych kilku lat przyjaźni. Z drugiej nie rozumiem trochę ich postepowania, bo skoro podobno sa moimi również przyjaciolmi to czy w tej sytuacji nie powinni być bezstronni? Powinnam sobie odpuścić J. i A.przez ro jak się zachowali? Jestem w kropce. Męczy mnie to i dzięki postawie R. i tym teksie,że on coś jeszcze może uratować czuję się zdzirowato. Ale logicznie rzecz biorąc, nie odbiłam go nikomu, jest wolny,to był tylko seks, nic wiążącego, odkąd zerwali to przecież może robić co chce, nikomu nic do tego. Nie mogę tego zrozumieć,dlaczego on jest traktowany lepiej w tej sytuacji niż ja. Powinnam próbować rozmawiać z A. i J. czy raczej odpuścić? Jakieś sugestie/porady ? Możesz cisnąć, przyjmę wszystko.
Pozdrawiam,
Laura

Standardowo, pierwsza doba należy do Was, a ja nie mieszam się w dyskusję, żeby nic nie sugerować. Swój punkt widzę tej sytuacji nakreślę dopiero jutro. Ze względu na delikatność sprawy, uczulam, że wypowiadamy się rzeczowo i staramy się pomóc, nie oceniając zachowania autorski listu, a już na pewno nie robimy przytyków personalnych. Darzymy się szacunkiem i zrozumieniem. Zresztą, wiem, że nie muszę tego pisać, bo jeśli tylko tekst nie trafia na Wykop i nie wpadają tu jaskiniowcy, to zawsze jest kulturalnie.

To co, są jakieś szanse na naprawienie szwankującej przyjaźni? Jest coś co Laura mogłaby zrobić, żeby się zrehabilitować i znów być w dobrych stosunkach z A. i J.? I przede wszystkim, czy powinna czuć się winna, wobec M.?

Wygląda na to, że A. i J. wzięli Cię, że niszczycielkę związku M. i R., która wykorzystała chwilę słabości R. i próbowała go odbić, dlatego odsunęli Cię od stada. Wiem, że sytuacja miała się zgoła inaczej i z Twojej perspektywy to tak nie wyglądało, ale nikt nawet nie próbował tego dociec. Ani A., ani J. nie spytali o Twoją wersję wydarzeń, żeby mieć pełen obraz sprawy, tylko wydali wyrok słuchając jednej strony.

Przyjaciele się tak nie zachowują, przyjaciele w takich sytuacjach starają się być bezstronni i obiektywni, i dojść do tego jak było naprawdę. A. i J. postąpili, jakby łączyła Was tylko luźna znajomość i wcale im na niej nie zależało. Tu nie należy stawiać pytania „czy powinnam próbować naprawić swoje stosunki z A. i J.?”, tylko raczej „jak A. i J. mogą naprawić swoje stosunki ze mną i czy powinnam im na to pozwolić?”. Albo przyjąć na klatę, że niestety nie są warci Twojej uwagi i odpuścić znajomość z nimi.

Co do M. i R., to ich przykład obrazuje prawdę życiową, z którą wiele osób nie chce się mierzyć – nie ma czegoś takiego jak przyjaźń po zakończeniu związku. Zwłaszcza jeśli jedna ze stron wcale nie chciała go kończyć. W takiej sytuacji ślepo wierzy, że jeśli mimo rozstania będą się przyjaźnić, to może jeszcze uda się to uratować i za jakiś czas do siebie wrócą. I tak właśnie było z M. Spędzała tyle czasu z R., bo łudziła się, że jemu znowu się odmieni i będzie jak dawniej. Dlatego tak ją ruszyło, gdy dowiedziała się, że z nim spałaś. To dało jej poczuć, że R. już nie jest jej, nie są razem i pewnie nie będą.

Jeśli chodzi o to, czy powinnaś czuć się winna, że sypiałaś z R., z logicznego punktu widzenia nie. Tak jak napisałaś – on był wolny, nie byli razem, nie chcieli do siebie wracać, każdy mógł robić co chce. Tyle, że logika jest najmniej istotna w relacja międzyludzkich, najczęściej górę biorą emocje.

Spójrzmy więc na to z perspektywy emocjonalnej.

Jeśli M., byłaby Twoją przyjaciółką, to mimo rozstania, sypianie z jej byłym byłoby trochę za granicą „w porządku”. Ale z tego co piszesz nie przyjaźnicie, to zwykła koleżanka. Jeśli jednak mimo bycia tylko koleżankami wiedziałabyś, że M. chce wrócić do R., ciągle o nim myśli i nie może przeżyć rozstania, to sypianie z nim też byłoby nie halo. Ale M. wszem i wobec deklarowała, że nie chce wracać do R. i jej przeszło. Biorąc pod uwagę powyższe, zupełnie nie masz powodu, żeby czuć się źle i robić sobie wyrzuty sumienia z tego powodu.

To, że R. i M. są niedojrzali, a A. J. zachowała się jak para dupków, to nie Twoja wina.