Close
Close

Spędzanie czasu z mamą to przypał?

Skip to entry content

Jak byłem w przedszkolu mama była moim najlepszym kumplem. Tłumaczyła mi świat, zawsze rozumiała i bujała na huśtawce. Na początku podstawówki było podobnie. Zawsze czekałem w oknie wypatrując, czy już wraca z pracy, przychodziłem do niej z każdą budowlą z klocków Lego, chwaląc się jakie dzieło stworzyłem i wypraszałem żeby grała ze mną w nieskończoność w czołgi na Pegazusie. Było super, nie wiem z kim mógłbym się lepiej bawić.

Sytuacja trochę się zmieniła, gdy zacząłem wkraczać w, eufemistycznie nazwany, wiek dojrzewania.

Wiadomo, im wyższa cyfra po jedynce, tym więcej kolegów zaczynało nieudolnie zaciągać się pierwszymi fajkami i tym większą siarą było wychodzenie gdzieś z mamą. Tylko mazgaje, maminsynki, lewary i wyjątkowe cioty pokazywały się z rodzicami publicznie w sytuacjach niewymagających tego. Czyli poza wezwaniami na dywanik do dyrektora. I ewentualnie pogrzebami. W każdym razie, pójście z mamą na spacer, czy nie daj boże do kina w weekend, było wyjątkowo daleko od określenia „spoko koleś”.

A spoko kolesiem w wieku nastoletnim chciał być każdy. Nawet laski.

Każdy chciał udowodnić jaki jest samowystarczalny i dorosły, mimo, że nie był. Dlatego, aby zaszpanować przed resztą klasy, rówieśnikami, czy kolegami z bloku ostentacyjnie łamał zasady ustalone przez rodziców. Sytuacja przybierała na mocy, aż osiągnęła apogeum między gimnazjum, a liceum, po czym zaczęła się stabilizować. Im bliżej matury, pierwszych pobytów w szpitalu, ciąż koleżanek i tragicznych zgonów kolegów, tym więcej pokory pojawiało się w żyłach pompujących buntowniczą krew. I tym bardziej zaczynało się doceniać proste rzeczy i podstawowe wartości. Choć ślepy pęd za grupą rówieśniczą wciąż był obecny.

Przełom nastąpił, gdy wyprowadziłem się z domu.

Kiedy sam zacząłem płacić za jedzenie (przeciętne), mieszkanie (pół pokoju w nędznej kamienicy) i inne rzeczy prowadzące do, patetycznie nazwanego, dorosłego życia, resztki pozerstwa i buńczuczności znikły. A myśl o tym, że spędzanie czasu z mamą poza niedzielnym obiadkiem, może być negatywnie odebrane przez otoczenie, wydała się niedorzeczna jak „deklaracja wiary”. Od tego momentu nie potrzebowałem aprobaty lokalnego mikrokosmosu. Zdanie rady plemienia było tak istotne, jak opinia Elizy z Warsaw Shore na temat czegokolwiek.

Wróciłem do punktu wyjścia.

Kocham moją mamę i lubię z nią przebywać. Nie tylko, gdy przyjeżdżam do domu i wymieniamy się aktualnościami między zupą, a drugim daniem. Gdy ona przyjeżdża do mnie też. Spacerujemy po plantach, chodzimy po kawiarniach, jemy zapiekanki na Placu Nowym, jeździmy na rowerach, leżymy nad Wisłą, siedzimy w Forum, czytamy w Parku Jordana albo idziemy do Agrafki na film. Jak z przyjaciółką. No może tyle, że bez imprezowania.

Dla mnie to oczywiste, że spędzam czas z jedną z najbliższych mi osób, ale dla niektórych moich znajomych to coś niezwykłego. Często, gdy mówię, że wpada do mnie mama na parę dni spotykam się ze zdziwieniem i reakcją typu „jak kto? po co? dlaczego? czemu? przecież nie bierzesz ślubu, a święta dopiero za pół roku?”. Fakt, że rodzic może przyjechać do swojego – co prawda dorosłego, ale wciąż – dziecka i spędzić z nim więcej, niż godzinę jest w ich oczach niezwykły.

Zaraz po tym jak oświadczam, że mama przyjechała do mnie tak po prostu, żeby mnie odwiedzić i pobyć, padają pytania o to, co robiliśmy. Ale w takim tonie, jakby to była naprawdę zagadka i miały pojawić się niewiarygodne odpowiedzi, które zachwieją porządkiem wszechświata i wywrócą obecny ład do góry nogami. Gdy odpowiadam, że po prostu, miło trwoniliśmy godziny, robiąc to, co robią ludzie w Krakowie na co dzień, niezależnie od wieku, powiązań biologicznych i rozmiaru stopy, pada wystękane, maskujące niezrozumienie „aha”.

W takich sytuacjach zawsze się zastanawiam, czy dla tych ludzi spędzanie czasu z mamą to przypał?

autorem zdjęcia jest Thomas Hawk

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Piękny tekst :-). Zazwyczaj córki są bliżej matki, gdy są już dorosłe, synowie gdzie tam znikają. Mam nadzieję, że ja będę miała ze swoim synem w przyszłości takie relacje :-). Teraz, gdy ma 11 lat super się dogadujemy, ale przed nami jeszcze sporo wspólnych doświadczeń :-).

    • Dziękuję za ciepłe słowa i trzymam kciuki, żebyście zawsze się tak dogadywali :)

  • natt335 .

    Zawsze imponowali mi kolesie, którzy nie wstydzili się swoich mam! Dla mnie to wyraz szacunku do rodzica i oznaka dobrych i zdrowych relacji :) I bardziej imponowali mi Ci, którzy nie mieli problemu z wyrażaniem uczuć przy znajomych niż Ci „spoko kolesie” udający nie wiadomo kogo.

  • Kamcia

    Moja mama również przyjeżdża do mnie od czasu do czasu do Krakowa – tak ot, pobyć ze mną, iść do aquaparku czy do kina, albo na zakupy. A na lodówce wisi magnes z napisem „Mama to najlepszy przyjaciel, z którego się nie wyrasta” :)

  • Grassja

    A ja w sumie czasami nie rozumiem ludzi, którzy reagują takim szokiem na fakt, że można tak po prostu miło spędzić czas z mamą – jak z przyjaciółką. Podobnie dziwi mnie, jak znajomi poznają moją babcię (która wychowuje mnie od urodzenia), czy mamę (która od kiedy jestem malutka mieszka za granicą) i są w szoku – „wow, jakie one są super”. Może to kwestia tego, że właśnie nie żyjemy razem z mamą na co dzień, ale zaraz idę do 3kl technikum i już od dobrych paru lat żyję z mamą jak z prawdziwą, najlepszą przyjaciółką. I, co więcej, jak się widujemy chodzimy na imprezy, nieraz całonocne #mamabuntowniczka ! ;)

  • Mondzia

    Fakt im człowiek bardziej si ę starzeje, tym zazwyczaj coraz częściej ciągnie go do przebywania z rodzicami. Samodzielne mieszkanie, dorosłość – już nie ta udawana, ale prawdziwa -martwienie się o rachunki, o kasę na obiad czy kalkulacja ile imprez za ta kasę można przeżyć i co w sytuacji gdy za dużo wyda się w galerii, plus te związkowe sprawy, dzieci znajomych i cała otoczka. Więcje wspólnych tematów, ciąża koleżanki to powód do dumy a nie obciach, śluby wesela i inne. A poza tym mam taka większą świadomość, że kiedyś jej nie będzie… Może nie już, ale za dwa, pięć czy dziesięć lat nie będzie tej szansy na przebywanie razem, na tworzenie wspomnień…
    Znajomi mnie pytają czemu tak często jeżdżę do domu na weekend. Bo kurcze lubię posiedzieć z rodzicami. No i oprócz tego otoczka zieleni, szerokiej przestrzeni i innych wiejskich atrakcji pozwala mi się trochę zrelaksować od życia w mieście :)

  • Olka

    Przypałem jest udawanie, że można dać sobie radę bez rodziców! Ja z mamą zawsze miałam świetny kontakt. To znaczy, od pewnego momentu w życiu, bo jak byłam taka bardzo malutka, to ona dużo pracowała i najwięcej czasu spędzałam z rodzeństwem, ale już pod koniec podstawówki czas mama-córka zaczął się wydłużać i do tej pory uwielbiam spędzać z nią czas. Zawsze wszyscy zazdrościli mi mamy i nie powiem, żebym nie była z tego dumna! :) Nawet w gimnazjum chodziłam z nią na całodniowe zakupy czy na obiad na miasto, czy do kościoła i to jeszcze, uwaga, pod rękę! Ona taka do tańca i do różańca, zawsze akceptowała wszystkie moje szalone pomysły, mówiąc: ja myślę to i to, ale to jest twoje życie i ufam, że wiesz co robisz. Oczywiście nie ze wszystkim, pewnie jakbym chciała polecieć na księżyc w wieku 14 lat, to chyba by mi zabroniła (a może poleciałaby ze mną?:D), ale zawsze mogłam zostać najdłużej na dworze albo na imprezie, albo wyjechać gdzieś, mówiąc jej o tym pół godziny przed. My po prostu zawsze mamy ze sobą kontakt. Nigdy nie zdarzyło mi się nie odebrać od mamy telefonu. Gdzie bym nie była i w jakim stanie, zawsze wiedziała z kim jestem i kiedy mniej więcej wrócę. A jeśli coś się przedłużało, nie udawałam, że straciłam poczucie czasu. Dzwoniłam, żeby się nie martwiła. Wyprowadziłam się z domu wcześnie, bo już w liceum, a mama i tak zna imiona wszystkich moich znajomych i wie, z kim dogaduję się najlepiej, wie zawsze, gdzie jestem. Wszyscy są w szoku, kiedy odbieram telefon, mówię „siema”, a na końcu „kocham cię!” i okazuje się, że rozmawiałam z mamą. :D Może to wszystko, to kwestia tego, że jestem najmłodsza z rodzeństwa i wszystko już przeżyła ;), chociaż jednak wydaje mi się, że po prostu nigdy jej nie zawiodłam, nigdy nie okłamałam, bo nigdy nie miałam powodu. Nie zdarzyło się, żebym poniosła konsekwencje tego, że mówię prawdę, więc się jej nie boję. Moja mama to chyba jedyna osoba na świecie, która nigdy mnie nie skrytykowała! Zawsze wierzy we wszystkie moje szalone pomysły i dopinguje je. Najlepsza przyjaciółka na świecie, serio!

  • Guest

    Przypałem jest udawanie, że można dać sobie radę bez rodziców! Ja z mamą zawsze miałam świetny kontakt. To znaczy, od pewnego momentu w życiu, bo jak byłam taka bardzo malutka, to ona dużo pracowała i najwięcej czasu spędzałam z rodzeństwem, ale już pod koniec podstawówki czas mama-córka zaczął się wydłużać i do tej pory uwielbiam spędzać z nią czas. Zawsze wszyscy zazdrościli mi mamy i nie powiem, żebym nie była z tego dumna! :) Ona taka do tańca i do różańca, zawsze akceptowała wszystkie moje szalone pomysły, mówiąc: ja myślę to i to, ale to jest twoje życie i ufam, że wiesz co robisz. Oczywiście nie ze wszystkim, pewnie jakbym chciała polecieć na księżyc w wieku 14 lat, to chyba by mi zabroniła (a może poleciałaby ze mną?:D), ale zawsze mogłam zostać najdłużej na dworze albo na imprezie, albo wyjechać gdzieś, mówiąc jej o tym pół godziny przed. My po prostu zawsze mamy ze sobą kontakt. Nigdy nie zdarzyło mi się nie odebrać od mamy telefonu. Gdzie bym nie była i w jakim stanie, zawsze wiedziała z kim jestem i kiedy mniej więcej wrócę. A jeśli coś się przedłużało, nie udawałam. Dzwoniłam

  • O_l_l_i_e

    W sumie to świadczy nie tylko o tym, że Ty jesteś dojrzały/dojrzałeś, ale i że masz fajną mamę. :) Budowanie relacji rodzic – dziecko wymaga ogromnego zaangażowania z obydwu stron, dorastające dziecko musi się nauczyć się obserwować świat oczami rodzica, rozumieć jego uwagi czy pretensje czy prośby z trochę bardziej dojrzałej perspektywy, ale i rodzic musi się przyzwyczaić do tego, że dziecko się zmienia, indywidualizuje.

    Nie każdy potrafi zrozumieć, że biologiczne pokrewieństwo to tylko jeden z elementów tej relacji. Ważny, bo ważny, ale swoje dziecko i swojego rodzica trzeba po prostu lubić. :) Tak zwyczajnie, jak każdego innego człowieka. Nie wiem, ale ja mam wrażenie, że relacje moje i mojej mamy wkroczyły na jakiś wyższy, lepszy poziom, jak zaczęłam ją postrzegać poza „funkcją” bycia moją mamą – a dostrzegłam w niej kobietę, którą bym podziwiała i szanowała nawet, gdybyśmy się miały spotkać pierwszy raz teraz, a nie znać całe (moje) życie.

  • Może nie chodzi zawsze chodzi o to, że przypał… może niektórzy po prostu mają słaby kontakt z rodzicami.

  • anwen

    świetny tekst :) u mnie wygląda to bardzo podobnie, ale dopiero przed chwilą uświadomiłam sobie że to nie jest normą. Mam nadzieję że już niedługo sama będę potrafiła być taką mamą :)

    • Trzymam kciuki, żeby u Ciebie było tak samo też z tej drugiej strony! ;)

  • Mjichał Zet

    Jeden z lepszych Twoich tekstów ostatnimi czasy. Refleksja nad teraźniejszością w sentymentalnym rozliczeniu z przeszłością. Wspominkowo.
    Co do rodziców- czasami problem polega na tym, że dla nich zawsze będziesz (tylko) ich dzieckiem. Troska zasłania oczy.

    • To jest gra na dwie drużyny – czasami problem też jest w tym, że oni dla ciebie będą tylko osobami które dają dach nad głową, jedzenie i prezenty na urodziny. Ludzi, a nie tylko role społeczne, trzeba widzieć z dwóch stron.

      • Mjichał Zet

        true story bro.
        Nie zapominaj o pieniądzach. Dla nas małolatów – dużych i małych, rodzice często ‚zupełnie nas nie rozumieją’ w momencie, gdy odmawiają kapuchy.

  • Justek aka cacko_z_dziurką

    Moja mama jest moją najlepszą przyjaciółką. Cały czas, od zawsze.

    I sama sobie tego zazdroszczę. <3

  • iza

    Ja to całkowicie łamię schematy w tym temacie, bo o ile do rodziców mam stosunek „weekend raz na dwa miesiące wystarczy”, o tyle swoich przyszłych teściów uwielbiam i bardzo chętnie spędzam z nimi czas, czy to na wyjazdach w góry, czy też jak ich odwiedzamy z narzeczonym. ale zawsze niezmiernie bawi mnie reakcja ludzi, kiedy na pytanie o plany weekendowe odpowiadam z szerokim uśmiechem „jadę do teściów!” ;)

  • Monika Grzebyk

    Doskonale rozumiem, ja właśnie poleciałam do Taty do Dublina na tydzień, jaram się jak głupia :) Moi znajomi się nie dziwią, bo słyszeli, że mój tato jest super. To zależy też trochę od rodzica, bo jeśli ten traktuje swoje dorosłe dziecko jak równorzędnego partnera do rozmowy, to przyjemność przebywać ale niestety znam też takich, którzy zagłaskają na śmierć i będą upominać, że ktoś nie ma czapki albo nie zjadł drugiego śniadania albo nie chce się opalać a przecież jesteśmy nad morzem. I wtedy nie byłabym tak zachwycona spędzaniem czasu, ale nie z powodu przypału, tylko dlatego, że wytrzymuję coś takiego góra pół dnia.

  • Tianzi

    Haha, miałam podobnie. Tzn, musiałam raz wyjaśnić, że starszy ode mnie o jaskrawo widoczne trzydzieści lat pan, z którym mnie spotkano na mieście, to nie mój ‚facet’, ale tatuś, który akurat mnie odwiedził. Ta na pozór logiczna opcja w oczach mojej rozmówczyni okazała się ‚jeszcze dziwniejsza’, bo ‚po co spędzać czas z rodzicami’. Odnoszę wrażenie, że chodzi nie o faktor obciachu, tylko obecne u niektórych ludzi przekonanie, że komuś z innego pokolenia po prostu nie ma się nic do powiedzenia (poza ew. pouczaniem w kierunku rodzic -> potomek).

    • Przypomniałaś mi sytuację, kiedy mój tata przyjechał jako opiekun na moją studniówkę, na drugą ‚wartę’ koło północy. Oprowadziłam go po lokalu, żeby wiedział co, gdzie i jak, a potem wróciłam do stolika. Kumpel, z którym przyszłam musiał tłumaczyć jakimś swoim znajomym (które oczywiście od razu podłapały temat) że wcale go nie wystawiłam dla jakiegoś starszego ciacha w garniaku, tylko, że to mój tata ;)

  • Sama lubię spędzać czas z moją mamą- chodzimy razem na zakupy, dokuczamy sobie nawzajem. Myślę, że dużo dało nam to, że poszłam na studia do innego miasta. Gdy wyjechałam zaczęłyśmy bardziej się doceniać.

  • Aleksandra Muszyńska

    Z moją mamą mamy własne inside jokes i zwroty sytuacyjne,z których ryczymy ze śmiechu;czasami jeździmy razem na wakacje i często łazimy po sklepach.Godzinami „wisimy na drutach” i rozmawiamy o wszystkim.Ale i wiem,że mama zawsze mi dopomoże i nie pełni tylko statusu starszej koleżanki,bo to ona z większości moich szczeniackich wtop wyciągała mnie za uszy.Ufamy sobie nawzajem,a ja zawdzięczam jej tyle,że kubatury Pięcioksięgu by nie starczyło do ujęcia wszystkiego.
    A podobno po tym,jak facet traktuje matkę można wnieść,jak za 30 lat będzie odnosił się do małżonki,także masz duże propsy ;).

    • Ja myślałem, że się lubimy, a Ty mi małżeństwa życzysz, no wiesz co? :-(

      • Aleksandra Muszyńska

        Łojeju,no,tak tylko umownie mówię,bo „konkubina” jakoś mi tak niespecjalnie łatwo przechodzi przez gardło.A co,nie jesteś fanem instytucji małżeństwa?Jeśli już na ten temat było coś na blogu,to mnie zbij kablem od prodiża za niedoczytanie i podaj linka do posta.A jak nie było-to może niech kiedyś będzie?

  • ”Kocham moją mamę i lubię z nią przebywać. ” Piękne słowa. Cieszę się, że mogę się pod nimi podpisać ; )

  • Mogę powiedzieć tylko, że zazdroszczę. Tak szczerze. Tak jak tu ktoś napisał, samo spłodzenie dziecka nie daje automatycznie tytułu „Rodzica Roku”.

    Fajnie, że przynajmniej część z nas trafiła lepiej :)

  • Ostatnie dwa miesiące spędzę mając rodziców pod nosem, mam z nimi bardzo dobry kontakt. Czytając Twój wpis wyobrażałam sobie właśnie rodziców i siebie łapiących swoją obecność i urok Krakowa. Mamę również traktuję jako przyjaciółkę, już widzę siebie odbierającą ją z dworca :)

  • Saga Sachnik

    Widzisz, skoro Ty jesteś spoko, to po kimś tę spokość odziedziczyłeś. Z tego wynika, że z Twoją mamą połowa czytelników chciałaby pójść nad Wisłę pokarmić kaczki albo pointerpretować świnię (z kaczkami).

    Dorosłym, kiedy pojawiają się dzieci, włącza się dziwny, nienaturalny tryb mędrca, obrońcy prastarych wartości i restrykcyjnych przewodników życia, których naczelnym argumentem jest „bo tak”. Belferstwo też tak ma, a rodzice to już dopiero.

    Kiedy ma się do czynienia z dzieckiem, jakoś zapomina się, że tutaj stoi sobie mały, nowy człowiek, któremu też różne rzeczy przychodzą do głowy i też ma jakieś własne poglądy, opowieści i pasje. Sekret dobrego wychowywania tkwi w tym, aby nie traktować dzieci jak kolejnego Sima, tylko jak człowieka właśnie.

    Inaczej rozmowa z rodzicem ogranicza się do wysłuchiwania mądrych i życiowych rad, zapytania o to jak było w szkole/pracy, kiedy się ustatkujesz i czemu nie zjesz więcej kotlecika.

  • Gabriela Raczyńska

    moja jest najlepsza! choć czasem doprowadza mnie do szału! ;) ale to chyba każdy tak ma! ;) lubię z nią jechać na rower, pogadać przy gotowaniu czy wieczorem na tarasie. ;) ciągle mnie zaskakuje. i żałuje, że mnie nie odwiedza w krakowie. dla niej podróż 50 km jest nie do pokonania, ma wstręt przed wyjazdami. w ciągu 4 lat mieszkania w krakowie odwiedziła mnie raz i to tylko dlatego, że była u lekarza i na siłę wsadziłam ją w autobus jadący w stronę mojego mieszkania. Jej godzinny pobyt u mnie był rewelacyjny. a usłyszeć od własnej mamuśki: dobrze się tu urządziłaś, ładnie to wygląda – bezcenne! ;)

    Wśród moich znajomych kontakt z mamą to coś normalnego. Gdy odwiedzam znajomych w domu, często siedzimy z mamami, pijemy piwko, śmiejemy się i prowadzimy zawzięte dyskusje. ;) ale fakt! to wszystko zmienia się jakoś w okresie studiów. Stajemy się nieco starsi i między rodzicem a dzieckiem rodzi się nowa więź. nie matka-córka, a koleżanka-koleżanka. ;)

  • Właśnie za godzinę jadę do mojej mamy, więc z postem trafiłeś idealnie. W naszym wypadku spędzanie ze sobą całych dni na pewno by nie przeszło- obie mamy tzw. ” charakterek” i na dłuższą metę stanowimy mieszankę tak spokojną jak Cola i Mentosy :D
    Mimo to dobrze jest przyjechać do mamy na obiad, posłuchać co u niej słychać, opowiedzieć jej coś. Docenia się z czasem. Fajnie mieć mamę!

  • Ania Piwowarczyk

    Też się zawsze nad tym zastanawiałam, bo naprawdę lubię spędzać czas z rodzicami. W tym roku jedziemy nawet razem w pełnym składzie (bo moje siostry również) na wakacje. Niektórzy bardzo się dziwią, no bo jak to tak na dwa tygodnie z rodzicami? Czemu nie ze znajomymi? A dla mnie to są po prostu dwa tygodnie fajnego czasu, który spędzimy razem. Normalnie nie mamy go dla siebie tak dużo. Wśród swoich znajomych zaobserwowałam, że wielu straciło kontakt z rodzicami właśnie w wieku nastoletnim – czy to pod presją rówieśników, czy obustronnego niezrozumienia. Z perspektywy czasu myślę, że po prostu łatwiej było im stwierdzić, że „ze starymi to siara” niż postarać się o poprawę relacji.

  • kasia

    Jak masz fajną mamę ,która nie traktuję Cię jak darmową siłę roboczą to tak

    • Oj, to brzmi trochę jak obóz pracy, współczuję.

  • kasia

    jak ma się fajną mamę ,która nie traktuję Cię jak siłę roboczą gdy wracasz do domu to tak.

  • Jakoś od 16-17 roku życia wkręciłam się w jeżdżenie na koncerty. Najpierw tylko czasami, z czasem jak poznawałam coraz więcej muzyków i okołomuzycznych znajomych to coraz częściej. I tak się złożyło, że moja mama wkręciła się w to tak samo jak ja. Od jakichś 7 lat jeździmy razem na ulubione koncerty, na których mamy wspólnych znajomych, chociaż czasami nie wiemy jak z nich wrócimy. Od zawsze jeździmy z rodzicami w góry. Nie mam zbyt wielu znajomych, którzy byliby chętni na zimowy wyjazd np. na Babią, a moi rodzice owszem, więc jeździmy wszyscy razem. Jest fajnie jak cholera, a ja nie widzę powodu, dla którego miałoby być inaczej. Zero przypału. I to wcale nie znaczy, że nie mam znajomych więc z braku laku spędzam czas z rodzicami ;)) Czasem sama sobie zazdroszczę tej relacji ;)

    • A w ogóle to lubię też mamy moich koleżanek! ;))

    • „Czasem sama sobie zazdroszczę tej relacji” hasło dnia, muszę sobie wydrukować i gdzieś przykleić :D

  • Martyna Kubicka

    dla moich znajomych, jak spędzam czas z mamą, to nie przypał. ale „mama kubicy” to w środowisku legenda. jak będę duża, to chcę być taka sama. no, może poza ślubami z postaciami dekadę młodszymi :D (a potem znowu powie, że jej robię czarny pr). swoją drogą się rozwodzi. ktoś się chce umówić?

    • Zawsze chciałem poznać mamę Robert, wyślesz mi numer mailem?

      • Martyna Kubicka

        ekhem. ale możesz być jednak za młody. chociaż byłoby ciekawie mieć Cię za ojczyma

  • Jeśli rodzice traktują dziecko jak osobną, niezależną i fajną istotkę, która jest kolejnym partnerem w rodzinie, to w sposób naturalny tworzy się przyjemna więź między dużym i małym człowieczkiem. I potem jest fajnie.

    Jeśli jednak rodzice chcą zdominować dziecko i na siłę są (głuchym) autorytetem, na starość mają na co zasłużyli, czyli przypał.

  • pOwieczka

    Mam taki sam kontakt z mamą, mówię jej o wszystkim i kocham z nią rozmawiać! Ma niesamowite poczucie humoru i zawsze jestem pewna, że jest wobec mnie szczera:-) strasznie irytuje mnie, gdy ktoś mówi o swoich rodzicach lekceważąco albo nie umie znaleźć dla nich czasu. baaardzo podoba mi się ta notka, wszystkiego dobrego dla Ciebie i Twojej mamy :-))

  • Aż chce się napisać „I know that fell bro”! :) Też mam świetne relacje z Mamą i cieszę się, że jest tak a nie inaczej. To tak jak napisałeś przyjaźń tylko bez imprezowania. Wyjątkowa.

    • Marta

      U mnie z imprezowaniem :)

  • Większość moich znajomych to świetne osoby i pewnie dlatego że… mają świetne mamy, o czym przekonuję się prędzej lub później. Sama się cieszę, że mam czadową mamę. A ci, co uważają za przypał spędzanie czasu z mamą… hm, może zazdrość leciutka?

  • Agata Piętak

    Nie nazwałabym tego spędzania czasu z mamą przypałem. Chyba trochę jest tak, że w wieku dojrzewania, jak się od nich odłączamy, bo chcemy być tacy fajni, w jakiś sposób burzy nam się relacja z rodzicami i nie każdy potrafi ją potem naprawić. Ja na przykład nie potrafię rozmawiać z ojcem. A moja mama praktycznie nie odwiedza mnie w Krakowie – wg nich to ja jestem od tego, żeby jeździć do nich, a nie ja do nich. No i sprowadza się do tego, że ostatecznie nie lubię jeździć do domu. Ale! Nie znaczy to, że uważam za obciach zabranie Mamy na koncert Michaela Buble. Wręcz przeciwnie. W końcu zwabiłam ją podstępem do Krakowa i nie mogę się doczekać, aż jej pokażę te wszystkie cudowne miejsca. Czasu braknie!

    • „A moja mama praktycznie nie odwiedza mnie w Krakowie – wg nich to ja jestem od tego, żeby jeździć do nich” – to z kolei słabe ze strony rodziców, że się tak zamykają w twierdzy swojego domu i nie chcą wyjść poza to.

      • Agata Piętak

        To akurat prawda, tym bardziej, że nie mają za daleko. Ale już tego nie zmienię, że są domatorami i nie lubią zmieniać otoczenia.

  • Jaki piękny, osobisty tekst;) Ja mam tak samo ze swoją Mamą i bardzo mnie to cieszy. Znam osoby, które nie mają tak dobrych relacji i ewidentnie im tego brakuje.

  • Nawet jak się nie ma za dobrych relacji z rodziną, to warto je naprawić. Bez rodziców nie miałabym do kogo się zwrócić w chwili największej potrzeby, nie ma się komu wyżalić czy pochwalić. Uwielbiam iść z mamą do kina, do teatru czy na plażę ;)

    • Krz4q

      Przyjaciele się zmieniają, dziewczyny odchodzą, a rodzice zostają i zawsze pomogą, daltego nie można ich zaniedbywać.

  • Zwróciłam uwagę na Waszą zażyłość jakoś przy okazji postów o Paryżu.
    Za to min. Cię lubię :)

    • W Paryżu było super, najlepsze święta!

  • Może to nie chodzi o poczucie obciachu czy przypał tylko o poziom zażyłości. Wiele osób nie ma jednak tak szczerze bliskich relacji z rodzicami jak Ty. I dlatego to zdziwienie, że z mamą chce się spędzać czas jak z koleżanką. Wiele osób po prostu nie umie w ten sposób być z rodzicami.

    • Marta

      Nie są w zażyłych stosunkach z osobami, które je urodził i wychowały? Czy to nie brzmi tragicznie?

      • Martyna Kubicka

        zdarza się.

      • Myślę, że tytułu ” świetnej mamy” l nie dostaje się za samo wypchanie dziecka z macicy, że tak to bezpośrednio ujmę ;) Dobrą relacje mama-dziecko się BUDUJE a nie każdy rodzic chce/umie tego dokonać. True story.

10 typów ludzi, których nie chcesz spotkać na ulicy

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Krajową Radą Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego

Wiesz, że mamy jeden z najwyższych współczynników śmiertelności w wypadkach drogowych w Europie? Że w zeszłym roku w Polsce zginęło przez to 3026 osób? Bo 8 na 100 takich wypadków kończy się śmiercią? Ja też nie, dopóki nie przeczytałem raportu Biura Ruchu Drogowego. Na ulicy pojawiam się i jako kierowca, i jako rowerzysta, a najczęściej jako pieszy, i trafiam na ludzi z każdej z tych grup, którzy zapominają, że nie są tam sami. Przez co wolałbym ich nie spotykać.

Młody gniewny

Odebrał prawko w zeszłym tygodniu i jeszcze dobrze nie opanował sprzęgła, ale już chce lecieć stówką w terenie zabudowanym. Najlepiej ruszając z trójki. Wziął sobie do serca słowa wujka Wiesia na ostatnich imieninach cioci Marzeny, że tak jak na egzaminie, to już nie pojedzie nigdy w życiu. Bo na egzaminie jeździ się, żeby zdać, a w życiu, żeby zdążyć na obiad. Dlatego nigdy nie zatrzymuje się na zielonej strzałce. Przed torami kolejowymi też. I na stopie też nie, jak nic nie jedzie.

Najwięcej wypadków ze skutkiem śmiertelnym spowodowały osoby w wieku 18-24lata.

Rebeliant

Anarchia, wolność i leki na receptę bez recepty dla wszystkich! Buntownik z wyboru, już w przedszkolu walczył o swoją niezależność otwarcie ignorując poobiednie leżakowanie, kontynuując drogę rewolucjonisty i pisząc „mój” przez u otwarte aż do matury. Nikt nie narzuci mu, że białe jest białe, a czarne jest czarne, a tym bardziej, że nie może przechodzić na czerwonym. Czy Luke Skywalker trzymał się zasad narzuconych przez imperialistyczny system? No właśnie!

Janusz biznesu

Miałeś kiedyś w trakcie jazdy tak ważny telefon, że aż zjechałeś na pobocze, żeby go odebrać i porozmawiać? Tak? No i po co to wszystko? Trzeba było jedną ręką trzymać słuchawkę, drugą dźwignię zmiany biegów, zębami kierownicę, a rzęsą włączyć kierunkowskaz. Zestaw słuchawkowy? Głośnomówiący? Bluetooth w uchu? A co Ty z Holiłudu jesteś, czy ze Star Treka? Prawdziwy byznesmen potrafi zmieniając pas ruchu, wyprzedzając na trzeciego i odpalając czerwonego Viceroya w tym samym czasie odebrać ważny telefon. Czyli każdy telefon, bo w byznesie wszystkie telefony są ważne.

Kierowcy jadący 100 km/h i trzymający komórkę przy uchu hamują średnio o 14 metrów później niż nierozmawiający.

Klubowóz

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co mówiłeś?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Nie słyszę…

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– W końcu przejechał, możesz powtórzyć?

Najwięcej wypadków śmiertelnych jest w piątek i sobotę.

W dni imprezowe.

Ostatnia szara komórka

Koniom zakłada się klapki na oczy, żeby nie patrzyły na boki, a ludziom wkłada w ręce smartfony. Świecący prostokąt przed twarzą i całe otoczenie przestaje istnieć. O ile w przestrzeniach zamkniętych można po prostu popsuć sobie wzrok, o tyle w terenie otwartym można zepsuć sobie nogi, ręce, żebra albo życie. Na przykład przechodząc przez ruchliwą ulicę wpatrzonym w komórkę.

Niespokojna noga

Zwany też lowriderem dla ubogich. Przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, a auto się gibie jak na teledysku do „Still D.R.E.”. Zatrzymuje się zawsze metr za linią stopu na światłach, a gdy stoisz na pasach, nigdy nie wiesz, czy nie zatrzyma się na Tobie. Ani czy nie wjedzie Ci w tyłek, jeśli stoisz przed nim w korku i ruszysz ćwierć sekundy później niż on.

Niezachowanie bezpiecznej odległości między pojazdami, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

Usain Bolt

Rusza z bloków startowych w momencie, gdy w autobusie po drugiej stronie ulicy zamykają się drzwi i biegnie do nich jak po karpia na Wigilię. Ignorując wszystkich uczestników ruchu drogowego dookoła. Gdyby któryś z kierowców samochodów cudem omijających go miał gorszy dzień, albo bardziej zużyte klocki hamulcowe, do celu dojechałby na masce. Kończąc karierę sportową w szpitalu.

Oszczędny

Ładowanie akumulatora? 50 groszy.

Migacz boczny do Opla? 14 złotych.

Emocje z jazdy bez używania kierunkowskazów? Bezcenne!

Nieprawidłowe wyprzedzanie, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

James Bond na rowerze

Szpieg w służbie Jej Królewskiej Mości realizuje tajne zadanie, od powodzenia którego zależą losy starego kontynentu, dlatego musi pozostać incognito. I jedzie na rowerze nocą bez oświetlenia i odblasków, zmieniając pasy jakby miał za sobą ogon odkąd wyszedł z MI6. Dzięki temu jest niewidzialny dla kontrwywiadu. I wszystkich pozostałych uczestników ruchu drogowego.

Szybki i wściekły

Wiesz po co w aucie jest pedał gazu? Żeby go używać! Dlatego dopóki nie czuje pod dużym palcem u prawej stopy podłogi, ciśnie. Ciśnie wyprzedzając ruszający autobus, ciśnie na gasnącym pomarańczowym i ciśnie wymijając matkę z dzieckiem na pasach. Jak im zrobi peeling pięt, to może nauczą się szybciej chodzić. Gdy nie może zasnąć po ciężkim dniu, bo męczą go wyrzuty sumienia, że przez półtorej minuty jechał prawym pasem, układa sobie w głowie, co by powiedział Vin Dieselowi jakby go spotkał. I jakim jechałby autem, gdyby kręcili „The Fast and the Furious: Zabrze Drift”.

W zeszłym roku główną przyczyną aż 7195 wypadków było niedostosowanie prędkości do warunków ruchu.

Kierowcy wczujcie się w rolę pieszych! Tylko wzajemne zrozumienie może zaprowadzić nas bezpiecznie do celu. Druga odsłona naszej kampanii. #kierowcaVpieszy

Opublikowany przez Krajowa Rada BRD na 25 września 2017

Ten tekst jest uszczypliwy, ale tylko po to, by zwrócić uwagę na zachowania, które mogą przyczynić się do tragedii. Niezależnie, czy jesteś kierowcą w nowej, błyszczącej strzale, czy pieszym, który musi zdążyć na tramwaj, zwracajmy na siebie uwagę i pamiętajmy, że nie jesteśmy sami na ulicy. Zaoszczędzimy sobie nerwów, zdrowia, a czasem i życia.

---> SKOMENTUJ

Przepis na film, który będzie hitem internetu

Skip to entry content

Każdy chce lub chciał być gwiazdą. Jeśli nie w przedszkolu, to na drugim roku studiów. Jeśli nie przez całe życie, to chociaż przez 15 minut. Jeśli nie gwiazdą rocka, to chociaż internetu. Koleżka z powyższego filmiku też chciał. I udało się. Wideo lata po sieci jak wirus, przy okazji robiąc ludziom wodę z mózgu. Jeśli dałeś się złapać na ten pseudo-eksperyment społeczny, orientując się po czasie, że to jawna demagogia, to powiem Ci jak możesz zrobić własny.

Prosty przepis na hit internetu:

1. Weź jakąś populistyczną tezę. Może być na przykład wyświechtane hasło „pozory mylą”, „nie szata zdobi człowieka” albo „czasami ci, którzy mają mniej, dają więcej”. Ważne, żeby dało się łatwo zapamiętać i udawało, że pokazuje jakąś prawdę objawioną na temat tego złego świata i złych ludzi.

2. Stwórz scenariusz potwierdzający tezę. Zaplanuj sceny i dialogi tak, aby potwierdzały twoje populistyczne hasło. Pamiętaj, że aktorzy i przypadkowi ludzie, których nagrasz, zarówno wyglądem jak i zachowaniem również muszą wpasować się w tezę. Bez tego nie przekonasz widzów, że Twój film to eksperyment społeczny i wszystko „stało się samo”.

3. Prowokuj sytuacje. Przypadkowi ludzie czasem nie chcą reagować tak jak chcesz, niszcząc Twoją piękną populistyczną tezę. W takim przypadku trzeba ich sprowokować do pożądanej reakcji. Jeśli chcesz nagrać jak odmawiają Ci jedzenia, spróbuj założyć kilka srebrnych łańcuchów,  młodzieżową koszulkę i jakiś droższy sikor. Jak już to będziesz miał, podejdź do jakiejś pary randkującej w restauracji i impertynencko domagaj się, żeby poczęstowała Cię jedzeniem. Jeśli niczego nie pominąłeś powinni odmówić wpisując się w Twój scenariusz.

4. Ogranicz liczbę scen do minimum. Ludzie to wredne stworzenia. Czasem mimo, że masz idealny plan jak Mrozu i tak Ci go pokrzyżują. I na przykład będą Cię częstować jedzeniem mimo, że na odległość 100 hipsterskich oprawek okularów widać, że tak naprawdę go nie potrzebujesz, ani nie chcesz. Wiem, że chciałbyś nakręcić wideo, w którym cały dzień chodzisz po mieście i każda interakcja z napotkanym człowiekiem potwierdza Twoją tezę, ale często to niemożliwe. W zupełności wystarczy, że poprzestaniesz na 2 scenach potwierdzających Twoje założenia (słownie DWÓCH). Ludzie i tak to kupią.

5. Odpowiednio zaaranżuj scenę finałową. Ludzie to debile i jeśli im nie powiesz, sami nie będą wiedzieć, kiedy mają się wzruszyć. Dlatego warto, żebyś w końcowej scenie do obrazu dodał nastrojową muzykę. Najlepiej taką, która już sama z siebie wzrusza bez patrzenia na cokolwiek. Pamiętaj aby w kulminacyjnym momencie  pojawił się napis z tezą, pod którą kręciłeś film, bo bez tego widz nie skuma o co chodzi.

6. Pseudo-filozoficzna sentencja. Całość musi zamknąć jakiś z dupy aforyzm na miarę Paulo Coelho. Większość go nie zrozumie, ale i tak będzie wrzucać na Facebooku szpanując, że docenia jego głębię. Najlepiej, żeby pojawiły się w nim jakieś niezniszczalne wytrychy typu „życie”, „świat” albo „miłość”. To zawsze dobrze się udostępnia.

7. Wyślij film „dziennikarzowi” naTemat. Nie ma szans, żeby się nie nabrał, nawet jeśli poprzednie 6 punktów zrealizowałeś po łebkach. Podniecony jak nastolatek w damskiej przebieralni rozdmucha akcję i napisze, że ten film „zmieni sposób w jaki patrzysz na świat”.

Gotowe, masz hit YouTube’a! Proste, co nie?

---> SKOMENTUJ

Pogotowie Życiowe #3: seks z byłym koleżanki

Skip to entry content
Zaraz po nowym roku ruszyliśmy z akcją „Pogotowie Życie”, pamiętacie? W twitterowym skrócie, chodziło o kółko samopomocy, gdzie jeden czytelnik przychodzi z problemem, a reszta mówi jak to wygląda z ich perspektywy i co w takiej sytuacji można by zrobić. W pierwszym odcinku dyskutowaliśmy o problemie Marty, która chciała przejść z etapu „spotykamy się” na etap „jesteśmy razem”, a w drugim o sytuacji Pauli, gdzie rok po zakończeniu dłuższego związku wciąż nie mogła zapomnieć o byłym.

W obu przypadkach byłem pod wrażeniem zaangażowania i ilości empatii jaką wykazaliście w sprawach dziewczyn i z późniejszych rozmów z nimi wiem, że one też były bardzo wdzięczne za wsparcie. Od tego momentu minęło pół roku. Kolejne maile jakie dostawałem do „Pogotowia Życiowego” albo powtarzały już omówione tematy albo zwyczajnie były mało interesujące dla szerszego grona odbiorców. Jednak w zeszłym tygodniu dostałem wiadomość od Laury, która porusza na tyle istotny problem, że postanowiłem wrócić do cyklu.

 

Jak wrócić do łask przyjaciół?

Mam(miałam?) swoją paczkę,w tym jedną parę, która jakiś czas temu się rozstała. On(nazwijmy go R.) zerwał z nią (nazwijmy ją M.), ale pozostali w dobrych stosunkach, chodzili razem na kurs tańca i często i gęsto przebywali w swoim towarzystwie. R.zdecydowanie nie chciał wracać,bo się odkochał, M.rozpowiadała wszędzie(i wyglądało na to,że jest to szczere),że jej przeszło i nie ma to już dla niej znaczenia i nie chciałaby byc znów z R.

Pewnego razu, przytrafiło mi się zostać sam na sam z R. w mieszkaniu, piliśmy wino, rozmawialiśmy, oczywiście zaczęliśmy dyskutować o seksie, jak nam go bardzo brakuje (rozstałam się z chłopakiem jakieś czas temu) i tak jakoś wyszło,że się ze sobą przespalismy.

Doszłam do wniosku,że nie ma sensu o tym myśleć zbyt wiele, ot stało się, nikt się o tym nie dowie, więc zapomnijmy o sprawie. Ale zdarzyło się drugi raz i R.zaproponował mi układ fuck friends. Przeanalizowałam argumenty za i przeciw(nie są i nie chcą być razem, ona jest szczęsliwa bez niego, to tylko seks, nikt się nie dowie) i podjęłam (jak widać)złą decyzję zgadzając się.

No, I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt,że M.zaczęła coś podejrzewać. Nie mam pojęcia skąd i jak, bo przynajmniej wg mnie nie okazywałam R. żadnych większych wyrazów sympatii niż zwykle. W każdym razie doszło do konfrontacji między R. i M. Ona oskarżała mnie,że go podrywam i on (pokrętna logika) nie chcąc,żeby wyszło na to,że to moja wina, przynał że to on leci na mnie i że się ze sobą przespaliśmy.

No i się zaczęło.

W skrócie, M. nie chce mnie znać – poniekąd rozumiem. Problemem jest tutaj jednak nasza paczka przyjaciół – czyli A. i J. Opowiedzieli się po stronie M. J. usunął mnie nawet ze znajomych na fejsie(co mnie bawi niezmiernie, bo to takie dorosłe,prawda?)

Spotkałam się z R. po jakimś czasie( on mieszka z A. i J. ) i powiedział mi, że w związku z zaistniałą sytuacją niniejszym kończy nasz układ, jest mu przykro,że tak wyszło, bardzo fajnie spędzało mu się ze mną czas, ale on ma jeszcze szansę coś ugrać i jakoś z tej sytuacji się wyplątać i coś uratować. Czuję się wykorzystana. I naiwna. Muszę przyznać, że dawno takiego liścia w twarz nie dostałam. Podobno (wg tego,co mówił mi R. A. i J. nie chcą mnie widzieć i są na mnie niesamowicie wkurzeni, nim podobno rozczarowani i zawiedzeni(what?!)

I teraz w czym rzecz. Zastanawiam się co mam w tej sytuacji zrobić. M. nie chce mnie widzieć,nie dziwi mnie to właściwie(chociaż może trochę,bo od momentu zerwania nie powinna już się interesować z kim R.sypia, tym bardziej,że nic do niego nie czuje) ale zdaję sobie sprawę z tego,że było to bardzo nie fair wobec niej i nie chciałam nikogo zranić. Nie chciała się spotkać, więc byłam zmuszona wyjaśnić jej sytuację przez sms, przeprosiłam, powiedziałam co miałam powiedzieć i tutaj już chyba nic więcej nie zdziałam (jeszcze nie wiem czy chcę więcej działać, bo wiele razy się na niej zawiodłam i między nami już dawno nie było takich dobrych układów jak kiedyś)

Nie wiem czy powinnam próbować naprawić swoje stosunki z A. i J.? Z jednej strony szkoda tych kilku lat przyjaźni. Z drugiej nie rozumiem trochę ich postepowania, bo skoro podobno sa moimi również przyjaciolmi to czy w tej sytuacji nie powinni być bezstronni? Powinnam sobie odpuścić J. i A.przez ro jak się zachowali? Jestem w kropce. Męczy mnie to i dzięki postawie R. i tym teksie,że on coś jeszcze może uratować czuję się zdzirowato. Ale logicznie rzecz biorąc, nie odbiłam go nikomu, jest wolny,to był tylko seks, nic wiążącego, odkąd zerwali to przecież może robić co chce, nikomu nic do tego. Nie mogę tego zrozumieć,dlaczego on jest traktowany lepiej w tej sytuacji niż ja. Powinnam próbować rozmawiać z A. i J. czy raczej odpuścić? Jakieś sugestie/porady ? Możesz cisnąć, przyjmę wszystko.
Pozdrawiam,
Laura

Standardowo, pierwsza doba należy do Was, a ja nie mieszam się w dyskusję, żeby nic nie sugerować. Swój punkt widzę tej sytuacji nakreślę dopiero jutro. Ze względu na delikatność sprawy, uczulam, że wypowiadamy się rzeczowo i staramy się pomóc, nie oceniając zachowania autorski listu, a już na pewno nie robimy przytyków personalnych. Darzymy się szacunkiem i zrozumieniem. Zresztą, wiem, że nie muszę tego pisać, bo jeśli tylko tekst nie trafia na Wykop i nie wpadają tu jaskiniowcy, to zawsze jest kulturalnie.

To co, są jakieś szanse na naprawienie szwankującej przyjaźni? Jest coś co Laura mogłaby zrobić, żeby się zrehabilitować i znów być w dobrych stosunkach z A. i J.? I przede wszystkim, czy powinna czuć się winna, wobec M.?

Wygląda na to, że A. i J. wzięli Cię, że niszczycielkę związku M. i R., która wykorzystała chwilę słabości R. i próbowała go odbić, dlatego odsunęli Cię od stada. Wiem, że sytuacja miała się zgoła inaczej i z Twojej perspektywy to tak nie wyglądało, ale nikt nawet nie próbował tego dociec. Ani A., ani J. nie spytali o Twoją wersję wydarzeń, żeby mieć pełen obraz sprawy, tylko wydali wyrok słuchając jednej strony.

Przyjaciele się tak nie zachowują, przyjaciele w takich sytuacjach starają się być bezstronni i obiektywni, i dojść do tego jak było naprawdę. A. i J. postąpili, jakby łączyła Was tylko luźna znajomość i wcale im na niej nie zależało. Tu nie należy stawiać pytania „czy powinnam próbować naprawić swoje stosunki z A. i J.?”, tylko raczej „jak A. i J. mogą naprawić swoje stosunki ze mną i czy powinnam im na to pozwolić?”. Albo przyjąć na klatę, że niestety nie są warci Twojej uwagi i odpuścić znajomość z nimi.

Co do M. i R., to ich przykład obrazuje prawdę życiową, z którą wiele osób nie chce się mierzyć – nie ma czegoś takiego jak przyjaźń po zakończeniu związku. Zwłaszcza jeśli jedna ze stron wcale nie chciała go kończyć. W takiej sytuacji ślepo wierzy, że jeśli mimo rozstania będą się przyjaźnić, to może jeszcze uda się to uratować i za jakiś czas do siebie wrócą. I tak właśnie było z M. Spędzała tyle czasu z R., bo łudziła się, że jemu znowu się odmieni i będzie jak dawniej. Dlatego tak ją ruszyło, gdy dowiedziała się, że z nim spałaś. To dało jej poczuć, że R. już nie jest jej, nie są razem i pewnie nie będą.

Jeśli chodzi o to, czy powinnaś czuć się winna, że sypiałaś z R., z logicznego punktu widzenia nie. Tak jak napisałaś – on był wolny, nie byli razem, nie chcieli do siebie wracać, każdy mógł robić co chce. Tyle, że logika jest najmniej istotna w relacja międzyludzkich, najczęściej górę biorą emocje.

Spójrzmy więc na to z perspektywy emocjonalnej.

Jeśli M., byłaby Twoją przyjaciółką, to mimo rozstania, sypianie z jej byłym byłoby trochę za granicą „w porządku”. Ale z tego co piszesz nie przyjaźnicie, to zwykła koleżanka. Jeśli jednak mimo bycia tylko koleżankami wiedziałabyś, że M. chce wrócić do R., ciągle o nim myśli i nie może przeżyć rozstania, to sypianie z nim też byłoby nie halo. Ale M. wszem i wobec deklarowała, że nie chce wracać do R. i jej przeszło. Biorąc pod uwagę powyższe, zupełnie nie masz powodu, żeby czuć się źle i robić sobie wyrzuty sumienia z tego powodu.

To, że R. i M. są niedojrzali, a A. J. zachowała się jak para dupków, to nie Twoja wina.

---> SKOMENTUJ