Close
Close

Tak bardzo chciałbyś, że aż nie chcesz

Skip to entry content

Sorka za spóźnienie – wypluła resztką sił zdyszana Gosia.

– Ej, bez kitu dziewczyno, 20 minut. Co ty robiłaś? Już miałem iść do domu, ale nie chciało mi się wstawać – rezolutnie przywitałem dobrą kumpelę.

Przepraszam – wdech – nie moja wina – wydech – mieliśmy zamknięcie miesiąca. – wdech – Wiesz jak to jest… – wydech.

– W sumie to nie wiem. Nieważne. Gdzie idziemy?

Przepraszam, serio. Głupio mi, bo nie lubię się spóźniać, ale ta praca mnie wykańcza.

– Wiem. Ostatnio też tak mówiłaś – ostatnio faktycznie też tak mówiła – Dobra, gdzie idziemy?

Wiem. Chciałabym ją w końcu zmienić – kolejna deklaracja rzucona w otchłań kosmosu.

– A chcesz? – podpuszczam.

No chciałabym. Bardzo – znów w próżnię.

– To czemu nie zmienisz? – nie daję za wygraną.

O, możemy pójść tutaj! Tu mają dobrą lemoniadę – spotkanie zakończone walkowerem.

 

***

 

– Znowu wciągałeś? – wyszczekała świdrując jego nieobecny wzrok swoim własnym, przebijając się przez taflę duszące światło kuchennej żarówki.

Co? O co ci znowu chodzi? – odburknął udając, że wcale nie ma szczękościsku.

– Znowu wciągałeś, przyznaj się!

Daj mi spokój do cholery!

– Przecież widzę po twoich oczach. Mógłbyś mnie chociaż nie oszukiwać – spazmatycznie wyrzuciła z siebie stwierdzenie, obrazujące jej bezsilność. Mimo wszystko, w głębi ducha, naiwnie liczyła, że zaprzeczy.

Tak mamo. Brałem amfetaminę – potwierdził sucho 19-letni Bartuś, kolejny raz pozbawiając ją resztek złudzeń.

– Przecież obiecywałeś – pierwsza łza – obiecywałeś, że przestaniesz! – druga łza.

Wiem mamo – trzecia łza – Naprawdę – czwarta łza – naprawdę chciałbym z tym skończyć – morze łez.

 

***

 

– To co Mareczku, gdzie jedziecie w końcu na ten urlopik? – zagaił Tomeczek wchodząc z wielkim kubkiem kawy i pączkiem wielkości połowy twarzy do kantyny.

Chcielibyśmy do Bułgarii. Bo ciepło. I nie drogo. I woda ciepła – odpowiedział niespiesznie Mareczek tonem natchnionego fantasty gnąc sreberko z ostatniej buły.

– No ciepło, ciepło – zaaprobował wybór Tomeczek – i tanio! To jedziecie, czy lecicie?

Chcielibyśmy polecieć, bo wygoda, ale to nie wiadomo jeszcze, bo może drogo wyjść.

– Eno, lećcie, lećcie, bo autokarem to 3 dni jechać będziecie i po wysiadce już wam się tych wakcyji odechce. Hehe – przekonywał doświadczony w niskobudżetowych podróżach Tomeczek.

No chcielibyśmy, ale to nie wiadomo jeszcze. Może na działkę do szwagra pojedziemy. Bo nowe leżaki nakupował.

 

***

 

Między „chciałbym”, a „chcę” jest taka różnica, jak między „zrobię”, a „zrobiłem” i zazwyczaj widzą ją wszyscy poza głównym zainteresowanym. Używając trybu przypuszczającego próbujemy nagiąć rzeczywistość i przekonać całe otoczenie, że faktycznie tak będzie, ale de facto oszukujemy tylko samych siebie. „Chciałbym” znaczy tyle co „to nigdy nie będzie miało miejsca, ale nie mam jaj, żeby się do tego przyznać”.

(niżej jest kolejny tekst)

43
Dodaj komentarz

avatar
27 Comment threads
16 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
26 Comment authors
8 pytań, na które powinieneś znać odpowiedziMiesiąc bez przeklinaniaPowiedzenia, których używasz, żeby się oszukiwaćKamil DziadkiewiczKarolina Ramos Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
O_l_l_i_e
Gość
O_l_l_i_e

Jakieś puste to „chciałbym”. Emocjonalnie puste, ciężkości brakuje. Jak słyszę je w rozmowie, to właściwie już nie słyszę, bo równie dobrze mogłoby go nie być. Dla mnie to trochę taki pretekst do ponarzekania, ale w aurze bycia „ponad to”, bo przecież jakbym mogła, to już bym w tym paskudnym położeniu nie była, bo przecież już tuż-tuż, powstrzymuje mnie tylko jakaś magiczna siła, ale ja się tak męczę, tak marzę o zmianie, no o niczym innym to nie myślę, i będę tak powtarzać przez następne pół roku, bo w sumie to mi tak wygodnie, ale ty sobie nie pomyśl, że ja… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

„Nie miało być „zrobiłbym”, a nie „zrobiłem” na końcu? Bo różnica między „zrobiłem” a „zrobię” to jednak tylko czas, ale, hm, efektywnością się specjalnie nie różnią chyba?” – jest dobrze jak najbardziej, bo właśnie chodzi o ten czas – że to już nie jest na etapie planowanie, tylko to czynność dokonana i między tymi dwoma stanami jest taka sama różnica jak między fantazjowaniem, a planowanie.

A literówkę poprawiłem, dzięki ;)

Agnieszka Polak
Gość

Moim sposobem na ” chciałabym” jest wyznaczenie terminu i napisanie o tym na blogu- ostatnio o motocyklu. Niby stada ludzi mnie nie czytają ( Jeszcze podbije świat. Spokojnie, mamy czas!) ale jednak głupio jest mi puścić info w świat i nic z tym potem nie zrobić.

Jan Favre
Gość

Wyznaczanie terminów i publiczne informowanie o planach jest bardzo dobre, ale gdy już „chcę”. Gdy „chciałbym” to są tylko jakieś złudne fantazje.

Agnieszka Polak
Gość

Myślę, że to zależy od człowieka. U niektórych ” chcę” to dalej strefa niespełnionych marzeń, u innych pewność, że zrobią coś w kierunku zaspokojenia tego „chciejstwa” ;)

Aga
Gość
Aga

Chcę a chciałbym to jak mam a miałbym :)

ilona
Gość

Otóż to. Ja też wiele rzeczy „chciałabym”, ale ostatnio przestałam mówić w trybie przypuszczającym, zamieniając na „zrobię to”, „pojadę tam”. Szybciej się wtedy te plany spełniają:)

aventia
Gość
aventia

Uwielbiam takie motywujące wpisy u Ciebie!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Spędzanie czasu z mamą to przypał?

Skip to entry content

Jak byłem w przedszkolu mama była moim najlepszym kumplem. Tłumaczyła mi świat, zawsze rozumiała i bujała na huśtawce. Na początku podstawówki było podobnie. Zawsze czekałem w oknie wypatrując, czy już wraca z pracy, przychodziłem do niej z każdą budowlą z klocków Lego, chwaląc się jakie dzieło stworzyłem i wypraszałem żeby grała ze mną w nieskończoność w czołgi na Pegazusie. Było super, nie wiem z kim mógłbym się lepiej bawić.

Sytuacja trochę się zmieniła, gdy zacząłem wkraczać w, eufemistycznie nazwany, wiek dojrzewania.

Wiadomo, im wyższa cyfra po jedynce, tym więcej kolegów zaczynało nieudolnie zaciągać się pierwszymi fajkami i tym większą siarą było wychodzenie gdzieś z mamą. Tylko mazgaje, maminsynki, lewary i wyjątkowe cioty pokazywały się z rodzicami publicznie w sytuacjach niewymagających tego. Czyli poza wezwaniami na dywanik do dyrektora. I ewentualnie pogrzebami. W każdym razie, pójście z mamą na spacer, czy nie daj boże do kina w weekend, było wyjątkowo daleko od określenia „spoko koleś”.

A spoko kolesiem w wieku nastoletnim chciał być każdy. Nawet laski.

Każdy chciał udowodnić jaki jest samowystarczalny i dorosły, mimo, że nie był. Dlatego, aby zaszpanować przed resztą klasy, rówieśnikami, czy kolegami z bloku ostentacyjnie łamał zasady ustalone przez rodziców. Sytuacja przybierała na mocy, aż osiągnęła apogeum między gimnazjum, a liceum, po czym zaczęła się stabilizować. Im bliżej matury, pierwszych pobytów w szpitalu, ciąż koleżanek i tragicznych zgonów kolegów, tym więcej pokory pojawiało się w żyłach pompujących buntowniczą krew. I tym bardziej zaczynało się doceniać proste rzeczy i podstawowe wartości. Choć ślepy pęd za grupą rówieśniczą wciąż był obecny.

Przełom nastąpił, gdy wyprowadziłem się z domu.

Kiedy sam zacząłem płacić za jedzenie (przeciętne), mieszkanie (pół pokoju w nędznej kamienicy) i inne rzeczy prowadzące do, patetycznie nazwanego, dorosłego życia, resztki pozerstwa i buńczuczności znikły. A myśl o tym, że spędzanie czasu z mamą poza niedzielnym obiadkiem, może być negatywnie odebrane przez otoczenie, wydała się niedorzeczna jak „deklaracja wiary”. Od tego momentu nie potrzebowałem aprobaty lokalnego mikrokosmosu. Zdanie rady plemienia było tak istotne, jak opinia Elizy z Warsaw Shore na temat czegokolwiek.

Wróciłem do punktu wyjścia.

Kocham moją mamę i lubię z nią przebywać. Nie tylko, gdy przyjeżdżam do domu i wymieniamy się aktualnościami między zupą, a drugim daniem. Gdy ona przyjeżdża do mnie też. Spacerujemy po plantach, chodzimy po kawiarniach, jemy zapiekanki na Placu Nowym, jeździmy na rowerach, leżymy nad Wisłą, siedzimy w Forum, czytamy w Parku Jordana albo idziemy do Agrafki na film. Jak z przyjaciółką. No może tyle, że bez imprezowania.

Dla mnie to oczywiste, że spędzam czas z jedną z najbliższych mi osób, ale dla niektórych moich znajomych to coś niezwykłego. Często, gdy mówię, że wpada do mnie mama na parę dni spotykam się ze zdziwieniem i reakcją typu „jak kto? po co? dlaczego? czemu? przecież nie bierzesz ślubu, a święta dopiero za pół roku?”. Fakt, że rodzic może przyjechać do swojego – co prawda dorosłego, ale wciąż – dziecka i spędzić z nim więcej, niż godzinę jest w ich oczach niezwykły.

Zaraz po tym jak oświadczam, że mama przyjechała do mnie tak po prostu, żeby mnie odwiedzić i pobyć, padają pytania o to, co robiliśmy. Ale w takim tonie, jakby to była naprawdę zagadka i miały pojawić się niewiarygodne odpowiedzi, które zachwieją porządkiem wszechświata i wywrócą obecny ład do góry nogami. Gdy odpowiadam, że po prostu, miło trwoniliśmy godziny, robiąc to, co robią ludzie w Krakowie na co dzień, niezależnie od wieku, powiązań biologicznych i rozmiaru stopy, pada wystękane, maskujące niezrozumienie „aha”.

W takich sytuacjach zawsze się zastanawiam, czy dla tych ludzi spędzanie czasu z mamą to przypał?

autorem zdjęcia jest Thomas Hawk

Przepis na film, który będzie hitem internetu

Skip to entry content

Każdy chce lub chciał być gwiazdą. Jeśli nie w przedszkolu, to na drugim roku studiów. Jeśli nie przez całe życie, to chociaż przez 15 minut. Jeśli nie gwiazdą rocka, to chociaż internetu. Koleżka z powyższego filmiku też chciał. I udało się. Wideo lata po sieci jak wirus, przy okazji robiąc ludziom wodę z mózgu. Jeśli dałeś się złapać na ten pseudo-eksperyment społeczny, orientując się po czasie, że to jawna demagogia, to powiem Ci jak możesz zrobić własny.

Prosty przepis na hit internetu:

1. Weź jakąś populistyczną tezę. Może być na przykład wyświechtane hasło „pozory mylą”, „nie szata zdobi człowieka” albo „czasami ci, którzy mają mniej, dają więcej”. Ważne, żeby dało się łatwo zapamiętać i udawało, że pokazuje jakąś prawdę objawioną na temat tego złego świata i złych ludzi.

2. Stwórz scenariusz potwierdzający tezę. Zaplanuj sceny i dialogi tak, aby potwierdzały twoje populistyczne hasło. Pamiętaj, że aktorzy i przypadkowi ludzie, których nagrasz, zarówno wyglądem jak i zachowaniem również muszą wpasować się w tezę. Bez tego nie przekonasz widzów, że Twój film to eksperyment społeczny i wszystko „stało się samo”.

3. Prowokuj sytuacje. Przypadkowi ludzie czasem nie chcą reagować tak jak chcesz, niszcząc Twoją piękną populistyczną tezę. W takim przypadku trzeba ich sprowokować do pożądanej reakcji. Jeśli chcesz nagrać jak odmawiają Ci jedzenia, spróbuj założyć kilka srebrnych łańcuchów,  młodzieżową koszulkę i jakiś droższy sikor. Jak już to będziesz miał, podejdź do jakiejś pary randkującej w restauracji i impertynencko domagaj się, żeby poczęstowała Cię jedzeniem. Jeśli niczego nie pominąłeś powinni odmówić wpisując się w Twój scenariusz.

4. Ogranicz liczbę scen do minimum. Ludzie to wredne stworzenia. Czasem mimo, że masz idealny plan jak Mrozu i tak Ci go pokrzyżują. I na przykład będą Cię częstować jedzeniem mimo, że na odległość 100 hipsterskich oprawek okularów widać, że tak naprawdę go nie potrzebujesz, ani nie chcesz. Wiem, że chciałbyś nakręcić wideo, w którym cały dzień chodzisz po mieście i każda interakcja z napotkanym człowiekiem potwierdza Twoją tezę, ale często to niemożliwe. W zupełności wystarczy, że poprzestaniesz na 2 scenach potwierdzających Twoje założenia (słownie DWÓCH). Ludzie i tak to kupią.

5. Odpowiednio zaaranżuj scenę finałową. Ludzie to debile i jeśli im nie powiesz, sami nie będą wiedzieć, kiedy mają się wzruszyć. Dlatego warto, żebyś w końcowej scenie do obrazu dodał nastrojową muzykę. Najlepiej taką, która już sama z siebie wzrusza bez patrzenia na cokolwiek. Pamiętaj aby w kulminacyjnym momencie  pojawił się napis z tezą, pod którą kręciłeś film, bo bez tego widz nie skuma o co chodzi.

6. Pseudo-filozoficzna sentencja. Całość musi zamknąć jakiś z dupy aforyzm na miarę Paulo Coelho. Większość go nie zrozumie, ale i tak będzie wrzucać na Facebooku szpanując, że docenia jego głębię. Najlepiej, żeby pojawiły się w nim jakieś niezniszczalne wytrychy typu „życie”, „świat” albo „miłość”. To zawsze dobrze się udostępnia.

7. Wyślij film „dziennikarzowi” naTemat. Nie ma szans, żeby się nie nabrał, nawet jeśli poprzednie 6 punktów zrealizowałeś po łebkach. Podniecony jak nastolatek w damskiej przebieralni rozdmucha akcję i napisze, że ten film „zmieni sposób w jaki patrzysz na świat”.

Gotowe, masz hit YouTube’a! Proste, co nie?