Close
Close

5 kawałków, których nie da się przesłuchać tylko raz

Skip to entry content

5 kawałków, których nie da się przesłuchać tylko raz

Pamiętacie jak jakiś czas temu pisałem o jedzeniu, którego nie da się napocząć i tak po prostu odłożyć? Że pochłania się je całe za jednym zamachem, choćby nie wiem jak chciało się przestać? Teraz przełożymy tę niepohamowaną żądze konsumowania na bardziej niematerialny grunt. Pogadamy sobie o utworach muzycznych, które wchodzą do odtwarzacza i zostają tam na godzinę. Albo dwie. Albo cały dzień.

Na co dzień bardzo rzadko słucham pojedynczych kawałków, bo każdy z nich osadzony jest w jakimś szerszym kontekście, który tworzy album. W jakiejś większej całości, która nadaje mu sens i właściwy wydźwięk. Trudno zrozumieć o co chodzi w losowym kawałku z „Tylko dla dorosłych” Ostrego, nie słuchając całej płyty. Mimo to, są takie piosenki, które momentalnie się zapętlają i zanim się zorientujemy, lecą w kółko już od dobrych kilkunastu minut.

Wybrałem 5, które zawiesiły się w moich głośnikach najdłużej.

 

Fisz, Emade i Iza Lach – Ostrze

Równie niedoceniony, co kozacki numer. Ma taki trochę senny, trochę psychodeliczny klimat, a klip potęguje uczucie otumanionego niepokoju. Świetne przejścia między poszczególnymi częściami utworu, wczuty wokal i refren, na który wyczekujesz tak bardzo, że wracasz do niego od razu po skończeniu się utworu. To właśnie w „Ostrzu” po raz pierwszy usłyszałem słodziutką Izę Lach, w której zakochałem się od pierwszego usłyszenia (sprawdźcie jej płytę „Krzyk” – czysty obłęd!).

 

Disclosure – Latch

Benger razy milion! Nie dasz radu puścić na głośnikach i nie zacząć tańczyć. „Latch”  to jeden z najlepiej wyprodukowanych klubowych hitów w historii muzyki. Jak pierwszy raz na niego wpadłem, to zawiesił się na 3 godziny na liście odtwarzania. Od 2012 nie było domówki, na której by nie poleciał. W tym numerze wszystko się zgadza – dobre tempo, chwytliwy powtarzający się akcent, bujająca perka, mistrzowska aranżacja i szeroki wokal. No i ten klip, spróbuj nie pomyśleć przy nim o licealnej miłości.

 

Pezet – Ostatni track

Pezet to jeden z niewielu tekściarzy, który za każdym razem jak o czymś mówi, to trafia w samo sedno. Dotyka jądra prawdy, a potem je dźga rozżarzonym sztyletem i przenosi na podkład to, co się z niego wyleje. Czy to złość, czy gorycz, czy miłość, czy zwątpienie,  rymuje o tym tak, że zawsze czujesz to tak samo mocno jak on. Tu jest nie inaczej, odczucie potęguje wciąż świeży cloudowy bit Auera. Mam nadzieję, że tytuł to tylko kokieteria, bo ten numer znam już na pamięć i przydałby się nowy.

 

Pharrell Williams – Happy

375 476 482 wyświetleń na YouTube w niecały rok. Bez komentarza.

 

Andrzej Zaucha – Byłaś serca biciem

Do tej piosenki mam szczególny sentyment.  Odkryłem ją 3 lata temu podczas stażu w Onecie, gdy byłem przekonany, że wygrałem los na loterii, bo mogę pracować w biurze TEGO portalu. Za darmo, ale mniejsza z tym. I tak nic wtedy nie umiałem. W każdy razie, zajmowałem się nieistniejącym już serwisem karaoke JakElvis.pl, w którym dzieciaki mogły pośpiewać sobie „Orła cień”, czy „Budzikom śmierć”, a nawet to nagrać i wrzucić. Na szczęście nie musiałem tego słuchać.

Moim zdaniem za to było szukanie rodzimych przebojów do paska z hitami na stronie głównej. Jako, że nie jestem fanem współczesnego polskiego popu, to zacząłem grzebać w starociach. Przebiłem się przez Big Cyca, Kombi i Marka Grechutę, i doszedłem do Andrzeja Zauchy, którego kojarzyłem z kawałka Smarki Smarka. Zaryzykowałem i tak już nadwyrężone zdrowie psychiczne i odpaliłem „Byłaś serca biciem”. I przeszły mnie ciary. W mordę, to jeden z najbardziej przejmujących kawałków o miłości.

„Byłaś serca biciem, wiosną, zimą, życiem”  i w kółko, i w kółko, i w kółko. I jeszcze raz.

 

I znowu, i znowu, i znowu…

Wiem, że też Ty też znasz piosenkę, której nie da się przesłuchać tylko i wyłącznie jeden jedyny raz. Tylko jakieś pińćset razy. Śmiało, podziel się nią. A najlepiej linkiem do niej na YouTube. Niech moi sąsiedzi tez ją poznają.

(niżej jest kolejny tekst)

58
Dodaj komentarz

avatar
40 Comment threads
18 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
42 Comment authors
VanillaviminekilogrampytanAgnieszka Riboq RybackaSonja Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Thoughts Blender
Gość

Mnie to czasem nachodzą tak dziwne piosenki do posłuchania więcej niż jeden raz pod rząd… Takie, no powiedzmy, że nie najwyższych lotów. Np. przy okazji mistrzostw w Brazylii ciągle chodziła za mną piosenka Copacabana (her name was Lola, she was a showgirl…), która jednocześnie przypominała słynną scenę z Friendsów i Rachel w różowej sukni.
A jak mam ochotę się powygłupiać to zapuszczam piosenkę Mallorca zespołu Loft :)
No i Fleetwood Mac i ich Everywhere :)
Wiem, ambitne to to nie jest. Ale dla czystej radochy nie wszystko musi być takie super ambitne :)

Karo
Gość
Karo

mało ambitny hit dzieciństwa, zawsze poprawia humor
https://www.youtube.com/watch?v=PlGPodSCvbs

natalia
Gość
natalia

Czytając słowa „her name was Lola(…)” mimowolnie od razu nucę tę melodie i widzę Rachel na tym weselu ;) A Mallorca to powrót do dzieciństwa! Jakiś sentyment mam do tej nuty.. ;)

Andrzej Słowik
Gość
Andrzej Słowik

Fletwood Mac nie jest ambitne? It’s fkin bjutiful. Dreams słuchałem w kołko :)

Ewelina Watkowska
Gość

Nie przepadam za muzyką z radia, poza tym nie ma w nim trybu „powtarzaj utwór” dla takich piosenek jak ta http://youtu.be/wV5SUlDPnGo

Konrad
Gość

1. Tak, reszta meh.
Wiem, że kompletnie nie Twój klimat, ale też mam taką piosenkę.
Warto dla samych obrazków chociażby.
https://www.youtube.com/watch?v=A6j7mUxGz20

Agnieszka Riboq Rybacka
Gość

O łał. Dzięki za nową nutę.

Jan Favre
Gość

Fajne. Gdyby wokalista otwierał usta podczas śpiewania przesłuchałbym do końca.

Ziggiz
Gość
Ziggiz

łał, naprawdę piękne :)

Guest
Gość
Guest
Agata Muszyńska
Gość

Przypadek? :D

Anna M. Lukasiewicz
Gość

O jezusie, tylko nie „Happy”. Tego nie mogę wyłączyć: https://www.youtube.com/watch?v=AIjVpRAXK18

Jan Favre
Gość

HAIM ogólnie bardzo w porządku.

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Pamiętacie parodię „Instagram Mixa”? Albo moją interpretację „Ulubieńców Miesiąca”? Tym razem biorę na warsztat kolejny trend z YouTube’a – „Unboxing”. Zasadniczo, polega to na rozpakowywaniu nowych produktów „na wizji” i dzieleniu się z widzami emocjami związanymi z tymi, że ma się daną rzecz pierwszy raz w dłoniach. W moim przypadku nie był to nowy telefon jak u vlogerów technologicznych, ani cień do powiek jak u kosmetyczek. Było to coś do jedzenia. Produkt z górnej półki, niedostępny dla śmiertelników.

I jak, przekonałem Was do zakupu?

Czym różni się Warszawa od Krakowa?

Skip to entry content

Nigdy nie ciągnęło mnie do stolicy i idąc na studia nawet nie myślałem, żeby się tam wyprowadzić. Nie, żebym coś miał do Warszawy, po prostu zawsze czułem, że Kraków to moje miejsce. Póki co nie zamierzam tego zmieniać, ale od jakiegoś czasu jestem dość częstym gościem w stołecznym mieście i mocno je oswajam. Nie tylko ze względu na spotkania branżowo-blogowe, ale i przez to, że kilku moich dobrych znajomych się tam przeniosło. Poznaję Warszawę od bardzo różnych stron i na bieżąco konfrontuję z tym, co można zastać w Krakowie.

Poniżej to, co najbardziej rzuciło mi się w oczy porównując te dwa miasta.

 

Różnice

Przystanki. W Warszawie, tak jak w Krakowie, na głównych rondach, czy skrzyżowaniach jest od groma przystanków. Tyle, że są sensownie ponumerowane. Czyli jest „Rondo de Gaulle’a 1”, „Rondo de Gaulle’a 2”, „Rondo de Gaulle’a 15” i „Rondo de Gaulle’a 27”, przez co można się jakoś odnaleźć będąc w danym miejscu pierwszy raz. A nie tylko „Rondo Mogilskie” na wszystkich, co sprowadza się do biegania po 8 przystankach na 2 poziomach, żeby znaleźć właściwy. I zorientować się, że autobus odjechał z niego minutę temu.

Bójki. W stolicy możesz dostać prawego prostego w maskę, w Grodzie Króla Kraka kosę pod żebra. Taki urok Krakowa, że zamiast jedynki możesz od razu stracić życie. Czasem wystarczy zwrócić komuś uwagę na Grodzkiej albo Wielopolu. Czyli w ścisłym centrum miasta.

Kluby. W Krakowie 90% imprezowni zlokalizowanych jest przy Rynku Głównym. I jest ich sporo (20? 30? Nigdy nie liczyłem, ale w tych granicach). W związku z czym, jeśli w jednym z nich jest Twój były, to wystarczy przejść 50 metrów i już go nie ma, a zabawa trwa dalej. W Warszawie kluby rozsiane są po całym mieście, w związku z czym zmiana lokalu wiąże się z większą wyprawą, przez co najczęściej siedzi się w jednym miejscu.

Klimatyzacja w komunikacji miejskiej. W warszawskiej działa.

Tempo. Warszawa biegnie, Kraków przechadza się. Tempo poruszania się jest diametralnie inne i od momentu wyjścia z pociągu albo zaczynasz przyspieszać jak na zawodach chodziarzy, albo snujesz się jak geriatrycy, w zależności od tego gdzie wysiadasz.

Niedziela. Jeśli zabrałbym Ci kalendarz, nie zorientowałbyś się jaki dzień tygodnia jest w Krakowie. Zawsze w okolicach śródmieścia jest tyle samo ludzi, wycieczek, żebraków i studentów (no może poza wakacjami, wtedy jest więcej tych drugich, a mniej ostatnich). W Warszawie w ostatni dzień tygodnia robi się dużo spokojniej i przepływ ludzi zdecydowanie maleje.

[emaillocker]

Pijani Angole i Hiszpanie. W stolicy ich nie ma. W byłej stolicy robią takie bydło, że czasem wolisz spędzić weekend w domu.

Bilety komunikacji miejskiej. W Wawie są droższe, ale możesz za nie zapłacić PayPassem. Kilka razy uratowało mi to skórę, gdy wsiadłem rozanielony do tramwaju i po dojściu do biletomatu olśniło mnie, że przecież nie mam żadnego bilonu.

Wisła. U nas, jeśli siądziesz na bulwarach z piwem zaraz wyskakuje orszak dumnych z siebie policjantów, brawurowo udaremniając kryminogenny czyn wypicia piwa. Na barkach siedzą same dziadeczki, leci „Biały miś” i całość nadaje klimatu imprezy w remizie. W Syrenim Mieście natomiast, brzeg Wisły opanowany jest przez młodych. Wzdłuż kilkukilometrowych schodów ciągną się odkryte kluby, stylizowane na plażowe, a imprezy trwają do świtu. Albo i południa dnia następnego. A na samych schodkach, też nie ma problemu, żeby posiedzieć i napić się alkoholu.

Zdecydowanie najlepsze miejsce do imprezowania w stolicy. Przynajmniej latem. Jak złapię złotą rybkę, to zażyczę sobie, żeby w Krakowie też tak było.

 

Podobieństwa

Brak znajomości miasta. W obu miastach połowa przechodniów to przyjezdni, bądź chwilowi mieszkańcy, którzy nie mają pojęcia, gdzie co jest. Jeśli spytasz ich o drogę do jakiegokolwiek miejsca, poza największą galerią handlową, bądź głównym dworcem, nie pomogą Ci. Często nawet nie będą znali nazwy ulicy, na której stoją.

Absurdalne ceny mieszkań. Kraków bardzo się starał i w zasadzie dogonił Warszawę. Za dwupokojowe mieszkanie z miejskim ogrzewaniem, znajdujące się nie na wydupiu, płacisz od 2100zł wzwyż. To tyle co mediana zarobków w Polsce.

Metro. W Warszawie jest tylko jedna linia więcej, niż w Krakowie.

Ludzie kłamią, że tu mieszkają. Absolutnie nie mam nic do osób z małych miast, miasteczek, czy wsi. Serio. Śmieszy mnie natomiast, jak ktoś mieszka w miejscowości pod Warszawą, która nie jest jej częścią tak bardzo jak tylko się da, ale jak go spytasz skąd jest, to dumnie powie, że ze stolicy. Bo raz w miesiącu jeździ tam kupić klapki na bazarze. W Krakowie jest to samo. Wszyscy w promieniu 30 kilometrów od granic miasta są stąd.

 

To tyle z moich obserwacji. Jeśli Ty zwróciłeś uwagę na coś zupełnie innego, co dzieli, bądź łączy te dwa miasta, to śmiało. Komentarze są Twoje.

[/emaillocker]