Close
Close

8 pytań, na które powinieneś znać odpowiedzi

Skip to entry content

Odkąd zaczynamy chodzić do przedszkola życie większości z nas jest zaplanowane tak, byśmy działali i nie mieli za wiele czasu na myślenie. Najpierw podstawowe, potem średnie, czasem wyższe, później praca, żona, dzieci, emerytura i marmurowy nagrobek. System na tym korzysta, my niekoniecznie. Większość osób wpada w szablon i podstawia się do wzoru, bo czasem jest im tak wygodniej i bezpieczniej, ale część z nich nawet nie wie, że w nim jest.

Często przez to, że nie miały przy sobie nikogo, kto wyłowiłby je z nurtu rzeki, ale częściej dlatego, że nie zadały sobie odpowiednich pytań. Pytań, które pozwoliłyby im spojrzeć na siebie i swoje życie z dystansu, i zobaczyć jego realny obraz. Te pytania są banalne, proste i oczywiste, i bardzo prawdopodobne jest, że zaczniesz się śmiać, gdy je przeczytasz. Dużo mniej śmiechu jest przy udzielaniu odpowiedzi. Mimo, iż wydawać by się mogło, że to fundamenty każdej jednostki, to spotkałem dziesiątki osób, które miały z nimi większy problem, niż z rachunkiem różniczkowym.

Poniżej 8 pytań, na które powinieneś znać odpowiedzi, jeśli chcesz mieć szczęśliwe życie. A przynajmniej, jeśli do takiego dążysz.

 

1.  Co lubisz robić? Hobby, pasja, zainteresowanie, nazwij to jak chcesz. Może to jest zbieranie znaczków, może wspinaczki wysokogórskie, może granie na ukulele, a może hodowanie bazylii na balkonie. Co by to nie było, jeśli masz coś co Cię kręci, w momencie kiedy sypie Ci się związek, tracisz kontakt z przyjaciółmi, albo nie dogadujesz się z rodziną, nie zostajesz sam. Masz swoją pasję, która jest tylko twoja i nikt Ci jej nie może zabrać.

2. W czym jesteś dobry? To pytanie niemal z rozmowy rekrutacyjnej, ale samoświadomość w tym temacie jest bardzo istotna. Jeśli nie wiesz w czym jesteś dobry, co jest Twoją mocną stroną, to skąd masz wiedzieć, co powinieneś robić w życiu? Trochę szkoda, żeby wybitny lektor radiowy marnował się jako magazynier, tylko przez niewiedzę.

3. W czym nie? Sytuacja podobna jak powyżej. Musisz znać swoje słabości i wiedzieć w czym się nie sprawdzasz. Inaczej system wmanewruje Cię na stanowisko telemarketera dzwoniącego do setek ludzi dziennie, podczas, gdy Ty jesteś ścisłowcem-introwertykiem męczącym się w ciągłym kontakcie z ludźmi.

4. Czy ludzie, z którymi spędzasz czas wnoszą coś do Twojego życia? „Z kim przestajesz, takim się stajesz” to nie tylko farmazon na potrzeby wychowawczych gadek. To jakimi ludźmi się otaczasz na co dzień ma bardzo duży wpływ na sposób Twojego myślenia i pojmowanie rzeczywistości. Jeśli Twoi znajomi to tylko ludzie od melanżu, którzy nie otwierają przed Tobą nowych horyzontów, ani nie nakręcają Cię pozytywnie swoimi zajawkami, to możesz ukisić się we własnymi sosie.

[sociallocker id=”17312″]

5. Czy praca, którą wykonujesz rozwija Cię? Ja wiem, że za coś trzeba żyć, że różnie bywa i w ogóle. Wiem, serio. Ale im dłużej zatrzymujesz się w pracy „na chwilę”, tym trudniej ją zmienić. Po pewnym czasie możesz nawet stwierdzić, że na zmianę jest już za późno. Albo, że przecież to tylko praca. Błąd! To przynajmniej połowa czasu, w którym nie śpisz. Szkoda, żebyś co miesiąc poświęcał 160 godzin na coś, co Cię nie interesuje, nie kręci i robisz to z przymusu.

6. Jakie jest Twoje największe marzenie? To przerażające, ale zaryzykuję stwierdzenie, że ponad 80% społeczeństwa nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Coś, co jest oczywistą oczywistością i powinno być bazą do jakichkolwiek działań, bo w przeciwnym wypadku egzystencja zamienia się w czysty konsumpcjonizm. A w zasadzie wegetację. Po co żyć, jeśli nie po to by spełniać marzenia?

7. Co musisz zrobić, żeby je zrealizować? To dotyczy tych 20%, które potrafi odpowiedzieć na poprzednie, ale pozostaje na etapie „chciałbym”, a nie „chcę”. Czyli chciałbym mieszkać w Paryżu, chciałbym być gwiazdą rocka, chciałbym polecieć w kosmos. Jeśli nie wiesz jakie kroki musisz podjąć, żeby wyobrażenie stało się rzeczywistością, to na zawsze pozostanie w sferze fantazji.

8. Co kręci Cię u płci przeciwnej? Przypadki są fajne do czwartego rozstania. Albo pierwszej zdrady. Po kilku związkach, każdy, bardziej świadomie lub mniej, wie co podoba mu się u drugiej strony. I warto zdać sobie z tego sprawę. Jeśli lubisz postawnych drwali, którzy raczej działają, niż gadają, nie oszukuj się, że będziesz z chuderlawym gadułą, tylko dlatego, że wygląda na bardziej zrównoważonego i to rozsądne. Rozsądne decyzje podejmuje się w bankach. W przypadku związków, zgodne ze swoimi potrzebami.

 

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zechcesz podzielić się odpowiedziami na te 8 pytań, ale uznam za nie mniejszy sukces, jeśli odpowiesz sobie na nie sam przed lustrem.

[/sociallocker]

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • ang anielewiczowna

    „Rozsądne decyzje podejmuje się w bankach. W przypadku związków, zgodne ze swoimi potrzebami”. dobre!

  • Agu

    I oczywiście: gdzie spędzasz Sylwestra?

    • Hahahaha, niezłe, ale raczej: z kim spędzasz Sylwestra? Bo z dobrą ekipą „gdzie” jest nieistotne.

  • Emilja

    Lista zrobiła mi dzień – dziękuję. Nie zdawałam sobie sprawy jak dużo mam ogarnięte :)

    1. Długo by wymieniać. Łyżwy, bieganie, taniec, gotowanie, pisanie, czytanie książek, oglądanie filmów, wycieczki w góry… i wiele więcej.
    Staram się to robić i aktualnie poszukuję czasu na to, co chcę włączyć do stałych czynności poza wymienionymi wyżej. A to oznacza zamykanie działania tam, gdzie już się nie rozwijam.

    2. Uważam że każdą czynność można opanować tak, aby być w tym wystarczająco dobrym. Grunt to by znaleźć te, w których to opanowywanie nie zajmuje nam zbyt dużo czasu oraz nie jest jednocześnie nudne/uciążliwe i powściągnąć chęć bycia w tym perfekcyjnych. Dobra jestem między innymi w ogarnianiu cyferek i operowaniu słowem oraz w nawiązywaniu kontaktów i generowaniu pomysłów. Cały czas też poszerzam swoje doświadczenie w social media.

    3. W gadaniu przez telefon – niewiarygodnie stresuje mnie rozmowa przez słuchawkę i zawsze zapominam co powiedzieć. Łatwiej mi zagadywać nowych ludzi, choć zdarza się że mnie onieśmielają. Nie lubię też sytuacji ja vs. pomieszczenie pełne facetów. Ale nawet to jest łatwiejsze do ogarnięcia niż zamawianie pizzy przez telefon.

    4. Obecnie tak. Oznacza to ograniczenie kontaktu z rodziną, ale teraz dopiero czuję, że oddycham w pełni – realizując swój pomysł na siebie. Bez słuchania przypominajek o konwenansach i tym czego „nie wypada”. Mam wielką rodzinę znajomych a to jest warte odcięcia od korzeni i uczy zaradności :)

    5. Tak. I kiedy przestanie na pewno dam znać otoczeniu. A jeśli nic się nie zmieni znajdę taką, która będzie rozwijać. Mam nakreślone co chcę robić za nawet i 5 lat (już mi się udało na to mityczne pytanie HRowe odpowiedzieć. Nawet w 3 wersjach. ;)

    6. Zwiedzić spory kawałek świata na długaśnym tripie. Zaczęłam już myśleć nad dniem kiedy usiądę i policzę ile pieniędzy muszę odłożyć na „przerwę” w pracy (realną datą, kiedy siądę i spiszę). Mam też scenariusz z posiadaniem pracy którą da się wykonywać zdalnie. To marzenie wiąże się z drugim jakim jest życie w sposób minimalistyczny – to już wcielam w życie. Z 3 miesięcznej pensji stażysty oprócz utrzymania się kupiłam laptopa, niezbędnego do pracy w domu i nauki programowania.

    7. Zamknąć pewne działania z przeszłości, żeby mieć czas na nowe, odłożyć pieniądze, przygotować się fizycznie. Dwa z trzech w toku. Trzecie pośrednio bo się rozwijam i uczę, żeby za jakiś czas negocjować w pracy ;)

    8. To też ogarnięte, bo dobrze mi w sytuacji w której jestem. Żeby było lepiej to musiałabym wyeliminować wszystkich którzy mówią, że powinnam brać ślub (zbędna drożyżna jako oprawka prawnej regulacji – podziękuję ;) i kredyt na własne mieszkanie (które nie jest mi potrzebne!) oraz rodzic dzieci (w obecnej sytuacji co najmniej nieodpowiedzialne).

    Czas przestać się martwić i realizować marzenia. Czyli zamieniać je stopniowo w plany, bo inaczej się nie da.

  • Ludziom się wydaje, że nie warto marzyć, bo marzenia i tak się nie spełnią. Błąd! Pyt.2- mam największy kłopot z odpowiedzią. Resztę wiem bez zastanowienia :)

    • 7/8 to i tak bardzo dobry wynik, gratuluję!

  • Ven

    W końcu ktoś napisał taki tekst! Powinna to być lektura obowiązkowa we wszystkich szkołach i… wszędzie. Dla każdego.

  • Aleksandra Golda

    ad. 4
    z kim PRZYSTAJESZ, a nie przestajesz.

  • Aleksandra Golda

    ad. 4.
    z kim PRZYSTAJESZ a nie przestajesz…

    • ad. 4

      na pewno NIE. Polecam zasugerować się Brzechwą. Zresztą – gdyby miało tam być „przystaje”, cała konstrukcja nie brzmiałaby „z kim” ale „do kogo przystaje”, chociaż w tej kwestii nie dam głowy, może istnieje jakaś wynaturzona, nielogiczna forma „przystawać z kimś” (nie w znaczeniu „przystanąć na chwilę”), chociaż brzmi to totalnie niepoprawnie.

      http://www.poradniajezykowa.us.edu.pl/baza_archiwum.php?TEMAT=Frazeologia

      Frazeologia2014-03-24Kto z kim przestaje, takim się staje. Spotkałam się także z inną pisownią tego cytatu: Kto z kim przystaje, takim się staje. Która z tych dwóch form jest poprawna ?Mamy do czynienia z przysłowiem, a przysłowia nie podlegają zmianom, a co najwyżej zniekształceniom spowodowanym narastającą nieznajomością owych tekstów kultury albo – jak w tym wypadku – obecnością w przysłowiu wyrazu przestarzałego, a więc rzadko już obecnie używanego, którym jest czasownik przestawać oznaczający «przebywać w jakimś, w czyimś towarzystwie, obcować, zadawać się z kimś». Przysłowie brzmi zatem poprawnie Kto z kim przestaje, takim się staje, bo ma przekazywać pouczającą informację, że «osoba, która często przebywa z inną osobą, przejmuje jej poglądy, sposób myślenia, zachowania». Z podobną sytuacją spotykamy się, gdy słyszymy błędne Mądrej głowie dość po słowie – w tym przysłowiu, które powinno mieć formę Mądrej głowie dość dwie słowie («mądremu człowiekowi nie trzeba długo tłumaczyć, żeby zrozumiał, o co chodzi»), występuje zaskakujące dziś, traktowane z niedowierzaniem i dlatego zmieniane połączenie dwie słowie, będące zachowanym dzięki utartej, skostniałej, tradycyjnej formie przysłowia reliktem nieistniejącej już w polszczyźnie liczby podwójnej. Liczbę podwójną język polski odziedziczył z języka prasłowiańskiego, służyła do wyrażania podwójności, parzystości, lecz formy dualne były zastępowane od XV wieku formami liczby mnogiej i zachowały się do dziś w niewielkiej liczbie (por. np.oczyma, rękoma, na ręku).

      Nie ma to jak skomentować tylko po to, żeby poprawić. W dodatku poprawić na jeszcze gorzej.

  • No mam mega problem z pytaniem nr 5 – bo praca, którą wykonuję owszem, rozwija mnie uczę się w niej nowych rzeczy i nabywam nowe umiejętności (dlatego jeszcze ją wykonuję), ale de facto ta branża mnie totalnie nie interesuje i nie kręci. Ot, zagwozdka i co z tym zrobić. Generalnie plan jest taki, że wycisnąć co się da jeśli chodzi właśnie o umiejętności, a kiedy uznam, że już niczego nowego się nie nauczę – trzasnąć drzwiami i nie wrócić. Dobre podejście?

    • Nie wiem na jakim stanowisku pracujesz, ani co robisz, ale tak obiektywnie, to po co zdobywać nowe zdolności i rozwijać się w obszarze, który zupełnie Cię nie interesuje i chcesz od niego uciec? ;)

      • Bo mi się to przyda czy to w każdej innej branży na kierowniczym stanowisku czy to przy zakładaniu własnej firmy :)

  • Hmmm… to ciekawe, ale wreszcie od dłuższego czasu jestem w stanie odpowiedzieć dość szybko i trafnie na te wszystkie pytania. W zasadzie to tylko w kwestii 4 powinnam dokonać odpowiednich zmian i wymienić znajomych :-) Reszta już jest na dobrej drodze :-)

  • kasia garnek

    Całkiem dobrą opcją byłoby przywieszanie tych pojedynczych pytań na latarniach czy czymkolwiek w miastach, taka mini kampania społeczna. Mogłaby uratować wiele zbłądzonych duszyczek marnujących czas. UWIELBIAM ten wpis.

  • Ania Piwowarczyk

    Wypisałeś pytania, czas na odpowiedzi – seems legit.
    1. Lubię ludzi i ich historie, czasem słucham, a czasem opowiadam swoje. Poza tym niezbędne do życia są mi podróże – nawet bardzo małe, byle w miarę regularnie.
    2. Jestem dobra w opowiadaniu historii, pisaniu i nawiązywaniu relacji międzyludzkich. Poza tym dobrze sobie radzę w pracy zespołowej, zwłaszcza jeśli nim zarządzam lub koordynuje pracę.
    3. Zupełnie nie nadaję się do prac manualnych – nie potrafiłabym komuś równo obciąć grzywki albo namalować czegoś na ścianie (nawet z pomocą szablonów), tak samo jak wykonanie rysunku technicznego byłoby dla mnie katorgą. Właściwie mam nawet problem z narysowaniem równego kółka.
    4. Już tak. Jakiś czas temu zrobiłam duży audyt znajomych, a właściwie częściowo zrobił się sam w czasie mojego pobytu za granicą. To wydaje się trudne, ale tak naprawdę jest bardzo łatwe i szybko wpływa na poprawę samopoczucia oraz komfortu życia.
    5. Bardzo i każdego dnia. Uwielbiam moją pracę, marzyłam o takiej od połowy studiów. Nie mam wykształcenia związanego z moją pracą i udało mi się ją zdobyć dzięki temu, że w pewnym momencie miałam dobry plan i się go trzymałam.
    6. U mnie to się zmienia, nie mam jednego „wielkiego marzenia”. Raczej różne cele, do których dążę. Można więc powiedzieć, że moim największym marzeniem jest realizacja tego, co chcę osiągnąć na danym etapie życia (od znalezienia wymarzonej pracy, przez wyjazd do Indii czy założenie rodziny).
    7. Konsekwencja jest kluczem do wszystkiego.
    8. Inteligencja, poczucie humoru, pasja (nie mogłabym być z kimś, kto niczym się nie interesuje) i ogarnięcie życiowe. Sama jestem bardzo samodzielna i nie wyobrażam sobie bycia z jakąś fajtłapą.

  • Ktoś tam

    Miło wiedzieć że ktoś taki mądry a zarazem spoko jak ty chodzi gdzieś po świecie

  • Szkoda, że dziesięć lat temu nie napisałeś tego posta. Teraz już też to odkryłam, a wtedy pomogłoby mi to zaoszczędzić wiele czasu spędzonego na kręceniu się w kółko i rozbijaniu o ściany :p

    • 10 lat temu byłem w pierwszej liceum. Nie miałem czasu rozkminiać takich rzeczy, bo musiałem uczyć się na biologię, że „protrombina w reakcji z cytozyną zamienia się w trombinę”. Cokolwiek to znaczy.

  • Zdecydowana większość moich odpowiedzi zawiera słowo: „czekolada”, „pisanie” i „seks”. Fajna kombinacja :)

  • Saga Sachnik

    Ej, nie dołączyłeś klucza.

  • Jacek Jacek

    No to odpowiem. Ad. 1: lubię przebywać z ludźmi, pisać i tańczyć. Ad. 2 Jestem dobry w tańcu, pisaniu i przebywaniu z ludźmi. Ad. 3 Jestem beznadziejny w papierkowej robocie, zadaniach ścisłych i pracy u podstaw. Ad 4 Jak ludzie z mojego otoczenia ciągną mnie w dół, zaczynam od nich stronić. Chcę skrzydeł, nie balastu. Ad. 5 Co chwila wykonuję inną pracę, ale z reguły jest rozwijająco, więc spoko. Ad. 6. Jest ich cała masa! Ad. 7 „Chciałbym i chcę” pojawia się w książce „Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie” Ad. 8 Cycki. A tak serio to osobowość, ego na wysokości stewardess ale nie więcej, otwartość iii uśmiech.

    Padłem ofiarą Twojego call to action, Janie. Tak poza tym fajnie jest przeczytać o rzeczach, które się już wie, aby o nich nie zapomnieć. Nie tylko powstanie wymaga pamięci :)

    • „Nie tylko powstanie wymaga pamięci” dokładnie! I wielkie dzięki za Jacek za podzielenie się odpowiedziami!

    • solidnie wykonana fucha :)

  • Na te pytania trzeba sobie odpowiadać co drugi dzień ;) Wrzucaj przypomnienie do tego wpisu chociaż raz na tydzień, dobra? :)

  • A ja te 8 odpowiedzi już znam, ale wiesz co akurat do mnie trafiło? Lead ze schematami w roli głównej. Tego właśnie teraz potrzebowałam. Krótkiego przypomnienia.

    Dzięki, Janek! :)

  • Cholera, nie jest ze mną źle, znam odpowiedzi na większość pytań :)

  • czepię się ósmego – przecież zgodnie ze swoimi potrzebami to właśnie znaczy rozsądnie…

    • Oj, to raczej zależy od samych potrzeb, bo jeśli masz potrzebę co noc grać w kasynie, to przepuszczanie całej pensji i mieszkania w celu zaspokojenia jej nie będzie rozsądne.

      • Zdać sobie sprawę ze swoich prawdziwych potrzeb – to już jest coś. Do związków to powinna być dołączona instrukcja z kolejnymi punktami:)

    • No nie wiem, ja mam potrzebę spać do południa, a potem oglądać seriale na kompie obecnie. Ale rozsądek każe mi iść do pracy jednak :D

  • Musisz sobie zadać osiem, zajebiście ważnych pytań :)

  • Dobre pytania ;) I faktycznie nie jest na nie tak prosto odpowiedzieć. Oczywiście tym ludziom, którzy nie mają żadnego celu ;)

    • Marta

      widzę, że Ty jesteś osobą, która ma cel. Może więc odpowiesz na pytania? :D

      • No na pewno nie będę na nie odpowiadać tutaj publicznie ;)

  • wombatomierz

    Świetny wpis, sam właśnie tkniety kilkoma książkami i artykułami poszukuje odpowiedzi na dużą część tych pytań ;)

    • O, a możesz się podzielić książkami? Może coś czego nie czytałem.

      • Marcin Sosidko

        A jakie książki czytałeś godne polecenia?

      • Marta Guzowska

        Pozostając przy poruszonej tematyce, przeczytałam ostatnio:
        1. E.Gilbert „Wielka magia. Odważ sie zyc kreatywnie”
        2. D.Allen „Getting things done czyli sztuka bezstresowej efektywności”
        3. M.Brzezinski „Zyciologia czyli o mądrym zarządzaniu czasem”
        4. B.Tracy „Nie tłumacz sie, działaj! Odkryj moc samodyscypliny”

        Polecam.
        Marta Guzowska
        http://www.martaguzowska.pl

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Jedz jabłka. Szkoda, że tylko na złość Putinowi

Skip to entry content
jedz jabłka na złośc putinowi
autorem zdjęcia jest Samantha Nason

Od kilku dni trwa akcja „#jedzjabłka”. W twitterowym skrócie chodzi o to, że Władimir Putin obraził się o to, że wsparliśmy Ukrainę i żeby nas ukarać chce nałożyć embargo na import polskich jabłek. Jakiś tam poseł policzył, że w wyniku sankcji w kraju zostanie 300-500 tys. ton jabłek. Które normalnie zostałyby sprzedane. I byłby z nich hajsik dla naszych producentów. W związku z tym, Grzegorz Nawacki (wicenaczelny „Pulsu Biznesu”) zaapelował, żeby zjeść jabłka, które zostały w kraju (lub wypić w postaci cydru), niwelując tym samym spory spadek sprzedaży.

Na złość Putinowi.

I co? I ludzie się rzucili i jedzą. Po Fejsie lecą zdjęcia i memy, po Twitterze hasztagi, po portalach artykuły, po naTemat przedruki z blogów i, z tego co dowiedziałem się od pań z warzywniaków na Nowym Kleparzu, ze sklepów jabłka. Działa. Super, rewelacja i jaranko w opór za to pospolite ruszenie. Jak chcemy, to potrafimy. Sadownicy znów zaczynają sypiać bez łykania benzodiazepinów, a minister spraw zagranicznych może wrócić do układania pasjansa na posiedzeniach sejmu. Ale jest jedno duże „ale”.

To nie dzieje się po to, żeby wesprzeć polskich przedsiębiorców. To dzieje się po to, żeby dopiec Putinowi.

Jesteśmy jakoś tak dziwnie pokręceni, że gdy jest dobrze mamy się gdzieś. I to nie gdzieś w okolicach Acapulco, a gdzieś w okolicach zakończenia jelita grubego. W sensie w dupie. Potrafimy jednoczyć się tylko w kryzysie i najlepiej wtedy, gdy mamy wspólnego wroga. Bo gdy jest jakiś problem po prostu – zamykają szpitale, likwidują domy dziecka, zwiększają wiek emerytalny – to poza głównymi zainteresowanymi i wąską grupką wokół nich, reszta olewa temat. Ale gdy mamy jakiegoś agresora, którego trzeba zbić linijką po łapkach, wtedy nikną podziały i wewnętrzne animozje.

I w przypadku afery jabłkowej jest tak samo. Mogę założyć się o cysternę cydru, że gdyby polscy sadownicy nie mogli sprzedać jabłek bez działania zewnętrznego wroga, temat przeszedłby bez echa. Bo wielokrotnie działo się tak wcześniej z płodami rolnymi. A na bieżąco można odnieść to do książek, których – w skali całego kraju – nikt nie kupuje. Może gdyby Władimir zakazał w Rosji importu polskiej literatury, nagle każdy zbiór opowiadań Sławomira Shutego byłby bestsellerem?

To przykre, że jako społeczeństwo potrafimy zmobilizować się do działania tylko na przekór czemuś.

---> SKOMENTUJ

14 rzeczy, które powinieneś wiedzieć o sieci rowerów KMK Bike

Skip to entry content

Jestem dużym entuzjastą rowerów i uważam je za najlepszą formę transportu miejskiego. Jak już kiedyś pisałem, w tekście propagującym pedałowanie, zanim zdążyłem przywieźć do Krakowa komputer, miałem już tu rower. Dlatego, gdy w Mieście Królów powstała bezobsługowa wypożyczalnia jednośladów – KMK Bike – byłem bardzo podjarany.

Niestety jej pierwsza wersja była totalnie niefunkcjonalna i korzystali z niej tylko radykalni zapaleńcy, nie mający świadomości na co się piszą. Sieć przechodziła kolejne etapy ewolucji, a ja w międzyczasie miałem okazję korzystać z podobnej w Paryżu. I zobaczyć jak to powinno wyglądać. Osobom pracującym przy rozwoju tej krakowskiej niestety nie chciało się zajrzeć za granicę, ale i tak jest lepiej niż wcześniej.

Poniżej 14 najistotniejszych rzeczy, które powinieneś wiedzieć, na temat korzystania z KMK Bike.

 

1. Trudna rejestracja

To pierwsze i zarazem największe utrudnienie przy korzystaniu z sieci rowerów. Nie możesz zarejestrować się w 3 minuty bezpośrednio na stacji, tak jak jest to rozwiązane we Francji. Nie. Musisz założyć konto przez internet, wpłacić na nie 10zł i czekać. Czekać, aż wpłata zostanie zaksięgowana przez wypożyczalnię. Ktoś kto mieszka w Krakowie może i jeszcze to przeboleje, ale w przypadku turystów, którzy wpadają tu na 2-3 dni, a nie daj boże w weekend, to już jest porażka.

Zupełnie niefunkcjonalne.

 

2. Brak opłaty za korzystanie w wyznaczonym limicie czasowym

To najmocniejszy plus całej inicjatywy. Nie ma żadnego abonamentu miesięcznego, tygodniowego, ani opłaty dziennej czy startowej. Jeśli tylko przy jednorazowej jeździe trzymasz się limitu czasowego wyznaczonego przez wypożyczalnię, to możesz to robić całkowicie za friko. Tak, możesz korzystać z rowerów zupełnie za darmo.

 

3. Tylko 20 minut darmowej jazdy

To odnośnie tego limitu czasowego. Cóż, możesz jeździć bezpłatnie tylko przez 20 minut. Dziwi mnie, że tylko tyle bo podobne sieci w innych częściach Europy mają standardowo 30 minut. Może uznali, że Kraków jest mały to tyle wystarczy. Nie wiem. Co prawda, po tym czasie nie ma żadnych przeszkód, żebyś oddał rower do stacji i natychmiast znów go wypożyczył, ale to już jest mocno kłopotliwe z kilku powodów.

 

4. Stacje tylko w pobliżu centrum Krakowa

Wypożyczalnia rowerów miejskich w Krakowie KMK Bike (11)

Jeśli chciałbyś zapuścić się na Nową Hutę, czy, w przypływie letniej niepoczytalności, na Ruczaj, to oczywiście możesz to zrobić, ale jest jedno duże „ale”. Nie znajdziesz stacji, żeby odstawić rower. Bo ich tam nie.

 

5. Duża odległość między stacjami

W Paryżu to wygląda tak, że wypożyczasz rower, wsiadasz, jedziesz dokąd masz potrzebę, zsiadasz i zawsze za rogiem znajdzie się jakiś punkt, w którym możesz zostawić sprzęt. U nas jest tak, że wypożyczasz rower, wsiadasz, jedziesz dokąd masz potrzebę i przez  20 minut szukasz stacji, po czym przez kolejne 20 drepczesz do miejsca, w którym chciałeś się znaleźć. Punktów KMK Bike jest zdecydowanie za mało.

 

6. Brak stacji pod Galerią Krakowską

To zasadniczo tak duża wada jak utrudnienie przy rejestracji i bardzo skutecznie zniechęca do korzystania z wypożyczalni. Jak można nie zrobić punktu w takiej lokalizacji? Przecież tu dziennie przewijają się dziesiątki tysięcy ludzi i to najczęstsze miejsce spotkań w tym mieście, na równi z Bagatelą i Mariackim. Słabo razy milion!

 

7. Niewielkie opłaty po przekroczeniu 20 minut

Wyżej wymienione kwestie sprawiają, że nie trudno przekroczyć ten limit, zwłaszcza jeśli pierwszy raz jedziesz daną trasą i jeszcze nie znasz rozkładu stacji na pamięć. Na szczęście, jeśli zdarzy Ci się przeholować, to nie ma tragedii. Opłata za kolejne 40 minut to 2zł, za drugą i trzecią godzinę to 3zł, a za czwartą i każdą następną 4zł (właśnie po to była ta wpłata 10zł przy rejestracji). Do przeżycia.

 

8. Przy każdym wypożyczaniu i zwracaniu dostajesz smsa z potwierdzeniem

Wypożyczalnia rowerów miejskich w Krakowie KMK Bike (3)

To jest mega opcja i to jedyny aspekt, w którym KMK Bike przebija Veliby.

W momencie, gdy wypożyczasz jednoślad, dostajesz smsa z numerem Twojego roweru i szyfrem do zapięcia, które jest przy nim. To zapięcie, to na wypadek, gdybyś chciał skoczyć po mielonkę i przypiąć rower pod sklepem. Albo po pasztet. Gdy zwracasz sprzęt dostajesz esa potwierdzającego, że system zanotował zwrot i informację o ewentualnym koszcie za przekroczenie bezpłatnego limitu. To bardzo sensowne i wygodne i daje gwarancję, że wszystko jest w porządku i nagle nie okaże się, że naliczyli Ci kilka baniek za uprowadzenie sprzetu.

 

9. Mało rowerów na stacjach w głównych punktach

Wypożyczalnia rowerów miejskich w Krakowie KMK Bike (1)

Przez co jak się napalisz, że jest ładna pogoda i poniesie Cię fantazja, żeby po obiedzie na rynku przejechać się na lemoniadę na Kazimierz, możesz boleśnie zderzyć się z rzeczywistością. Stacje, nawet te w okolicach starego miasta, są małe (średnio po 10 stanowisk) i rowerów na nich też jest mało (pod Bagatelą nie widziałem nigdy więcej niż 5).

 

10. Dużo uszkodzonych rowerów

Nawet, gdy znajdziesz sobie stacyjkę, gdzie tych rowerów jest 8 (łouł, zacznij grać w Lotto z takim fartem!) i to tak najczęściej połowa z nich nie działa. A to łańcuch zerwany, a to pedały zablokowane, a to dętki przebite. Ewentualnie trafisz na stary niebieski model, z gównianym małym koszyczkiem, do którego nic się nie mieści.

 

11. Wygodnie się jeździ

Jeśli już trafisz na punkt gdzie są rowery, w dodatku działają i są z nowej linii, no to prawie jakbyś zaklepał sobie miejsce na Powązkach. Jest bardzo wygodnie. Masz 3 przerzutki w zależności czy jedziesz po prostym, pod górkę, czy z górki, hamulce hamują jak trza, do koszyczka zapakujesz siaty z Biedry i siodełko jest mięciutkie. Naprawdę w porządku, nie ma do czego się przyczepić.

 

12. Nie da się wypożyczyć roweru bez logowania

Za każdy razem musisz wklepać swój numer, pin i numer roweru. Nie jest to jakiś wielki problem, ale mając w pamięci rozwiązanie zastosowane dla stałych użytkowników Velibów – gdzie tylko podchodzisz z kartą do roweru i z miejsca go bierzesz – ma się poczucie, że dałoby się to zrobić wygodniej/szybciej/lepiej.

 

13. Można wypożyczyć 4 rowery na raz

Również bez dodatkowy opłat, na standardowych zasadach. To jest świetne, gdy wpadają do Ciebie znajomi z innego miasta. Zwłaszcza, gdy uciekł Wam nocny, a chcecie pocisnąć na melanż. Albo wrócić z niego. Tyle, że znaleźć 4 sprawne rowery na jednej stacji, to jak spotkać 2 dziewice w jednym klubie. Rzadko się zdarza.

 

14. Czy warto?

Wypożyczalnia rowerów miejskich w Krakowie KMK Bike (10)

KMK Bike nie ma racji bytu, jako normalny, stały środek transportu. Przez małą ilość stacji, w dodatku daleko od siebie rozrzuconych, swobodne przemieszczanie się po mieście jest bardzo trudne. Biorąc jednak pod uwagę, że korzystanie z wypożyczalni jest zupełnie darmowe (o ile mieścimy się w 20 minutach), to jest to dobre uzupełnienie tramwajów i autobusów. Oraz niezła opcja awaryjna/koło ratunkowe, gdy coś nam ucieknie albo nasz własny rower nawali.

I tak to trzeba traktować – jako plan b.

---> SKOMENTUJ