Close
Close

8 pytań, na które powinieneś znać odpowiedzi

Skip to entry content

Odkąd zaczynamy chodzić do przedszkola życie większości z nas jest zaplanowane tak, byśmy działali i nie mieli za wiele czasu na myślenie. Najpierw podstawowe, potem średnie, czasem wyższe, później praca, żona, dzieci, emerytura i marmurowy nagrobek. System na tym korzysta, my niekoniecznie. Większość osób wpada w szablon i podstawia się do wzoru, bo czasem jest im tak wygodniej i bezpieczniej, ale część z nich nawet nie wie, że w nim jest.

Często przez to, że nie miały przy sobie nikogo, kto wyłowiłby je z nurtu rzeki, ale częściej dlatego, że nie zadały sobie odpowiednich pytań. Pytań, które pozwoliłyby im spojrzeć na siebie i swoje życie z dystansu, i zobaczyć jego realny obraz. Te pytania są banalne, proste i oczywiste, i bardzo prawdopodobne jest, że zaczniesz się śmiać, gdy je przeczytasz. Dużo mniej śmiechu jest przy udzielaniu odpowiedzi. Mimo, iż wydawać by się mogło, że to fundamenty każdej jednostki, to spotkałem dziesiątki osób, które miały z nimi większy problem, niż z rachunkiem różniczkowym.

Poniżej 8 pytań, na które powinieneś znać odpowiedzi, jeśli chcesz mieć szczęśliwe życie. A przynajmniej, jeśli do takiego dążysz.

1.  Co lubisz robić? Hobby, pasja, zainteresowanie, nazwij to jak chcesz. Może to jest zbieranie znaczków, może wspinaczki wysokogórskie, może granie na ukulele, a może hodowanie bazylii na balkonie. Co by to nie było, jeśli masz coś co Cię kręci, w momencie kiedy sypie Ci się związek, tracisz kontakt z przyjaciółmi, albo nie dogadujesz się z rodziną, nie zostajesz sam. Masz swoją pasję, która jest tylko twoja i nikt Ci jej nie może zabrać.

2. W czym jesteś dobry? To pytanie niemal z rozmowy rekrutacyjnej, ale samoświadomość w tym temacie jest bardzo istotna. Jeśli nie wiesz w czym jesteś dobry, co jest Twoją mocną stroną, to skąd masz wiedzieć, co powinieneś robić w życiu? Trochę szkoda, żeby wybitny lektor radiowy marnował się jako magazynier, tylko przez niewiedzę.

3. W czym nie? Sytuacja podobna jak powyżej. Musisz znać swoje słabości i wiedzieć w czym się nie sprawdzasz. Inaczej system wmanewruje Cię na stanowisko telemarketera dzwoniącego do setek ludzi dziennie, podczas, gdy Ty jesteś ścisłowcem-introwertykiem męczącym się w ciągłym kontakcie z ludźmi.

4. Czy ludzie, z którymi spędzasz czas wnoszą coś do Twojego życia? „Z kim przestajesz, takim się stajesz” to nie tylko farmazon na potrzeby wychowawczych gadek. To jakimi ludźmi się otaczasz na co dzień ma bardzo duży wpływ na sposób Twojego myślenia i pojmowanie rzeczywistości. Jeśli Twoi znajomi to tylko ludzie od melanżu, którzy nie otwierają przed Tobą nowych horyzontów, ani nie nakręcają Cię pozytywnie swoimi zajawkami, to możesz ukisić się we własnymi sosie.

5. Czy praca, którą wykonujesz rozwija Cię? Ja wiem, że za coś trzeba żyć, że różnie bywa i w ogóle. Wiem, serio. Ale im dłużej zatrzymujesz się w pracy „na chwilę”, tym trudniej ją zmienić. Po pewnym czasie możesz nawet stwierdzić, że na zmianę jest już za późno. Albo, że przecież to tylko praca. Błąd! To przynajmniej połowa czasu, w którym nie śpisz. Szkoda, żebyś co miesiąc poświęcał 160 godzin na coś, co Cię nie interesuje, nie kręci i robisz to z przymusu.

6. Jakie jest Twoje największe marzenie? To przerażające, ale zaryzykuję stwierdzenie, że ponad 80% społeczeństwa nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Coś, co jest oczywistą oczywistością i powinno być bazą do jakichkolwiek działań, bo w przeciwnym wypadku egzystencja zamienia się w czysty konsumpcjonizm. A w zasadzie wegetację. Po co żyć, jeśli nie po to by spełniać marzenia?

7. Co musisz zrobić, żeby je zrealizować? To dotyczy tych 20%, które potrafi odpowiedzieć na poprzednie, ale pozostaje na etapie „chciałbym”, a nie „chcę”. Czyli chciałbym mieszkać w Paryżu, chciałbym być gwiazdą rocka, chciałbym polecieć w kosmos. Jeśli nie wiesz jakie kroki musisz podjąć, żeby wyobrażenie stało się rzeczywistością, to na zawsze pozostanie w sferze fantazji.

8. Co kręci Cię u płci przeciwnej? Przypadki są fajne do czwartego rozstania. Albo pierwszej zdrady. Po kilku związkach, każdy, bardziej świadomie lub mniej, wie co podoba mu się u drugiej strony. I warto zdać sobie z tego sprawę. Jeśli lubisz postawnych drwali, którzy raczej działają, niż gadają, nie oszukuj się, że będziesz z chuderlawym gadułą, tylko dlatego, że wygląda na bardziej zrównoważonego i to rozsądne. Rozsądne decyzje podejmuje się w bankach. W przypadku związków, zgodne ze swoimi potrzebami.

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zechcesz podzielić się odpowiedziami na te 8 pytań, ale uznam za nie mniejszy sukces, jeśli odpowiesz sobie na nie sam przed lustrem.

(niżej jest kolejny tekst)

45
Dodaj komentarz

avatar
23 Comment threads
22 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
28 Comment authors
ang anielewiczownaAguEmiljaMarta Guzowskakel Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
wombatomierz
Gość
wombatomierz

Świetny wpis, sam właśnie tkniety kilkoma książkami i artykułami poszukuje odpowiedzi na dużą część tych pytań ;)

Jan Favre
Gość

O, a możesz się podzielić książkami? Może coś czego nie czytałem.

Marcin Sosidko
Gość
Marcin Sosidko

A jakie książki czytałeś godne polecenia?

Jan Favre
Gość

Z takich przekrojowych tematycznie to przede wszystkim te, które wymieniam tu: https://bookeriada.pl/trzy-ksiazki-ktore-powiedza-ci-jak-zyc/

Marta Guzowska
Gość
Marta Guzowska

Pozostając przy poruszonej tematyce, przeczytałam ostatnio:
1. E.Gilbert „Wielka magia. Odważ sie zyc kreatywnie”
2. D.Allen „Getting things done czyli sztuka bezstresowej efektywności”
3. M.Brzezinski „Zyciologia czyli o mądrym zarządzaniu czasem”
4. B.Tracy „Nie tłumacz sie, działaj! Odkryj moc samodyscypliny”

Polecam.
Marta Guzowska
http://www.martaguzowska.pl

Nieznajoma
Gość

Dobre pytania ;) I faktycznie nie jest na nie tak prosto odpowiedzieć. Oczywiście tym ludziom, którzy nie mają żadnego celu ;)

Marta
Gość
Marta

widzę, że Ty jesteś osobą, która ma cel. Może więc odpowiesz na pytania? :D

Nieznajoma
Gość

No na pewno nie będę na nie odpowiadać tutaj publicznie ;)

Blog Ojciec
Gość

Musisz sobie zadać osiem, zajebiście ważnych pytań :)

Jan Favre
Gość

A potem na nie odpowiedzieć ;)

M.Ortycja
Gość

czepię się ósmego – przecież zgodnie ze swoimi potrzebami to właśnie znaczy rozsądnie…

Jan Favre
Gość

Oj, to raczej zależy od samych potrzeb, bo jeśli masz potrzebę co noc grać w kasynie, to przepuszczanie całej pensji i mieszkania w celu zaspokojenia jej nie będzie rozsądne.

Dotee
Gość

Zdać sobie sprawę ze swoich prawdziwych potrzeb – to już jest coś. Do związków to powinna być dołączona instrukcja z kolejnymi punktami:)

tattwa
Gość

No nie wiem, ja mam potrzebę spać do południa, a potem oglądać seriale na kompie obecnie. Ale rozsądek każe mi iść do pracy jednak :D

Agnieszka B.
Gość

Cholera, nie jest ze mną źle, znam odpowiedzi na większość pytań :)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Jedz jabłka. Szkoda, że tylko na złość Putinowi

Skip to entry content
jedz jabłka na złośc putinowi
autorem zdjęcia jest Samantha Nason

Od kilku dni trwa akcja „#jedzjabłka”. W twitterowym skrócie chodzi o to, że Władimir Putin obraził się o to, że wsparliśmy Ukrainę i żeby nas ukarać chce nałożyć embargo na import polskich jabłek. Jakiś tam poseł policzył, że w wyniku sankcji w kraju zostanie 300-500 tys. ton jabłek. Które normalnie zostałyby sprzedane. I byłby z nich hajsik dla naszych producentów. W związku z tym, Grzegorz Nawacki (wicenaczelny „Pulsu Biznesu”) zaapelował, żeby zjeść jabłka, które zostały w kraju (lub wypić w postaci cydru), niwelując tym samym spory spadek sprzedaży.

Na złość Putinowi.

I co? I ludzie się rzucili i jedzą. Po Fejsie lecą zdjęcia i memy, po Twitterze hasztagi, po portalach artykuły, po naTemat przedruki z blogów i, z tego co dowiedziałem się od pań z warzywniaków na Nowym Kleparzu, ze sklepów jabłka. Działa. Super, rewelacja i jaranko w opór za to pospolite ruszenie. Jak chcemy, to potrafimy. Sadownicy znów zaczynają sypiać bez łykania benzodiazepinów, a minister spraw zagranicznych może wrócić do układania pasjansa na posiedzeniach sejmu. Ale jest jedno duże „ale”.

To nie dzieje się po to, żeby wesprzeć polskich przedsiębiorców. To dzieje się po to, żeby dopiec Putinowi.

Jesteśmy jakoś tak dziwnie pokręceni, że gdy jest dobrze mamy się gdzieś. I to nie gdzieś w okolicach Acapulco, a gdzieś w okolicach zakończenia jelita grubego. W sensie w dupie. Potrafimy jednoczyć się tylko w kryzysie i najlepiej wtedy, gdy mamy wspólnego wroga. Bo gdy jest jakiś problem po prostu – zamykają szpitale, likwidują domy dziecka, zwiększają wiek emerytalny – to poza głównymi zainteresowanymi i wąską grupką wokół nich, reszta olewa temat. Ale gdy mamy jakiegoś agresora, którego trzeba zbić linijką po łapkach, wtedy nikną podziały i wewnętrzne animozje.

I w przypadku afery jabłkowej jest tak samo. Mogę założyć się o cysternę cydru, że gdyby polscy sadownicy nie mogli sprzedać jabłek bez działania zewnętrznego wroga, temat przeszedłby bez echa. Bo wielokrotnie działo się tak wcześniej z płodami rolnymi. A na bieżąco można odnieść to do książek, których – w skali całego kraju – nikt nie kupuje. Może gdyby Władimir zakazał w Rosji importu polskiej literatury, nagle każdy zbiór opowiadań Sławomira Shutego byłby bestsellerem?

To przykre, że jako społeczeństwo potrafimy zmobilizować się do działania tylko na przekór czemuś.

14 rzeczy, które powinieneś wiedzieć o sieci rowerów KMK Bike

Skip to entry content

Jestem dużym entuzjastą rowerów i uważam je za najlepszą formę transportu miejskiego. Jak już kiedyś pisałem, w tekście propagującym pedałowanie, zanim zdążyłem przywieźć do Krakowa komputer, miałem już tu rower. Dlatego, gdy w Mieście Królów powstała bezobsługowa wypożyczalnia jednośladów – KMK Bike – byłem bardzo podjarany.

Niestety jej pierwsza wersja była totalnie niefunkcjonalna i korzystali z niej tylko radykalni zapaleńcy, nie mający świadomości na co się piszą. Sieć przechodziła kolejne etapy ewolucji, a ja w międzyczasie miałem okazję korzystać z podobnej w Paryżu. I zobaczyć jak to powinno wyglądać. Osobom pracującym przy rozwoju tej krakowskiej niestety nie chciało się zajrzeć za granicę, ale i tak jest lepiej niż wcześniej.

Poniżej 14 najistotniejszych rzeczy, które powinieneś wiedzieć, na temat korzystania z KMK Bike.

 

1. Trudna rejestracja

To pierwsze i zarazem największe utrudnienie przy korzystaniu z sieci rowerów. Nie możesz zarejestrować się w 3 minuty bezpośrednio na stacji, tak jak jest to rozwiązane we Francji. Nie. Musisz założyć konto przez internet, wpłacić na nie 10zł i czekać. Czekać, aż wpłata zostanie zaksięgowana przez wypożyczalnię. Ktoś kto mieszka w Krakowie może i jeszcze to przeboleje, ale w przypadku turystów, którzy wpadają tu na 2-3 dni, a nie daj boże w weekend, to już jest porażka.

Zupełnie niefunkcjonalne.

 

2. Brak opłaty za korzystanie w wyznaczonym limicie czasowym

To najmocniejszy plus całej inicjatywy. Nie ma żadnego abonamentu miesięcznego, tygodniowego, ani opłaty dziennej czy startowej. Jeśli tylko przy jednorazowej jeździe trzymasz się limitu czasowego wyznaczonego przez wypożyczalnię, to możesz to robić całkowicie za friko. Tak, możesz korzystać z rowerów zupełnie za darmo.

 

3. Tylko 20 minut darmowej jazdy

To odnośnie tego limitu czasowego. Cóż, możesz jeździć bezpłatnie tylko przez 20 minut. Dziwi mnie, że tylko tyle bo podobne sieci w innych częściach Europy mają standardowo 30 minut. Może uznali, że Kraków jest mały to tyle wystarczy. Nie wiem. Co prawda, po tym czasie nie ma żadnych przeszkód, żebyś oddał rower do stacji i natychmiast znów go wypożyczył, ale to już jest mocno kłopotliwe z kilku powodów.

 

4. Stacje tylko w pobliżu centrum Krakowa

Wypożyczalnia rowerów miejskich w Krakowie KMK Bike (11)

Jeśli chciałbyś zapuścić się na Nową Hutę, czy, w przypływie letniej niepoczytalności, na Ruczaj, to oczywiście możesz to zrobić, ale jest jedno duże „ale”. Nie znajdziesz stacji, żeby odstawić rower. Bo ich tam nie.

 

5. Duża odległość między stacjami

W Paryżu to wygląda tak, że wypożyczasz rower, wsiadasz, jedziesz dokąd masz potrzebę, zsiadasz i zawsze za rogiem znajdzie się jakiś punkt, w którym możesz zostawić sprzęt. U nas jest tak, że wypożyczasz rower, wsiadasz, jedziesz dokąd masz potrzebę i przez  20 minut szukasz stacji, po czym przez kolejne 20 drepczesz do miejsca, w którym chciałeś się znaleźć. Punktów KMK Bike jest zdecydowanie za mało.

 

6. Brak stacji pod Galerią Krakowską

To zasadniczo tak duża wada jak utrudnienie przy rejestracji i bardzo skutecznie zniechęca do korzystania z wypożyczalni. Jak można nie zrobić punktu w takiej lokalizacji? Przecież tu dziennie przewijają się dziesiątki tysięcy ludzi i to najczęstsze miejsce spotkań w tym mieście, na równi z Bagatelą i Mariackim. Słabo razy milion!

 

7. Niewielkie opłaty po przekroczeniu 20 minut

Wyżej wymienione kwestie sprawiają, że nie trudno przekroczyć ten limit, zwłaszcza jeśli pierwszy raz jedziesz daną trasą i jeszcze nie znasz rozkładu stacji na pamięć. Na szczęście, jeśli zdarzy Ci się przeholować, to nie ma tragedii. Opłata za kolejne 40 minut to 2zł, za drugą i trzecią godzinę to 3zł, a za czwartą i każdą następną 4zł (właśnie po to była ta wpłata 10zł przy rejestracji). Do przeżycia.

 

8. Przy każdym wypożyczaniu i zwracaniu dostajesz smsa z potwierdzeniem

Wypożyczalnia rowerów miejskich w Krakowie KMK Bike (3)

To jest mega opcja i to jedyny aspekt, w którym KMK Bike przebija Veliby.

W momencie, gdy wypożyczasz jednoślad, dostajesz smsa z numerem Twojego roweru i szyfrem do zapięcia, które jest przy nim. To zapięcie, to na wypadek, gdybyś chciał skoczyć po mielonkę i przypiąć rower pod sklepem. Albo po pasztet. Gdy zwracasz sprzęt dostajesz esa potwierdzającego, że system zanotował zwrot i informację o ewentualnym koszcie za przekroczenie bezpłatnego limitu. To bardzo sensowne i wygodne i daje gwarancję, że wszystko jest w porządku i nagle nie okaże się, że naliczyli Ci kilka baniek za uprowadzenie sprzetu.

 

9. Mało rowerów na stacjach w głównych punktach

Wypożyczalnia rowerów miejskich w Krakowie KMK Bike (1)

Przez co jak się napalisz, że jest ładna pogoda i poniesie Cię fantazja, żeby po obiedzie na rynku przejechać się na lemoniadę na Kazimierz, możesz boleśnie zderzyć się z rzeczywistością. Stacje, nawet te w okolicach starego miasta, są małe (średnio po 10 stanowisk) i rowerów na nich też jest mało (pod Bagatelą nie widziałem nigdy więcej niż 5).

 

10. Dużo uszkodzonych rowerów

Nawet, gdy znajdziesz sobie stacyjkę, gdzie tych rowerów jest 8 (łouł, zacznij grać w Lotto z takim fartem!) i to tak najczęściej połowa z nich nie działa. A to łańcuch zerwany, a to pedały zablokowane, a to dętki przebite. Ewentualnie trafisz na stary niebieski model, z gównianym małym koszyczkiem, do którego nic się nie mieści.

 

11. Wygodnie się jeździ

Jeśli już trafisz na punkt gdzie są rowery, w dodatku działają i są z nowej linii, no to prawie jakbyś zaklepał sobie miejsce na Powązkach. Jest bardzo wygodnie. Masz 3 przerzutki w zależności czy jedziesz po prostym, pod górkę, czy z górki, hamulce hamują jak trza, do koszyczka zapakujesz siaty z Biedry i siodełko jest mięciutkie. Naprawdę w porządku, nie ma do czego się przyczepić.

 

12. Nie da się wypożyczyć roweru bez logowania

Za każdy razem musisz wklepać swój numer, pin i numer roweru. Nie jest to jakiś wielki problem, ale mając w pamięci rozwiązanie zastosowane dla stałych użytkowników Velibów – gdzie tylko podchodzisz z kartą do roweru i z miejsca go bierzesz – ma się poczucie, że dałoby się to zrobić wygodniej/szybciej/lepiej.

 

13. Można wypożyczyć 4 rowery na raz

Również bez dodatkowy opłat, na standardowych zasadach. To jest świetne, gdy wpadają do Ciebie znajomi z innego miasta. Zwłaszcza, gdy uciekł Wam nocny, a chcecie pocisnąć na melanż. Albo wrócić z niego. Tyle, że znaleźć 4 sprawne rowery na jednej stacji, to jak spotkać 2 dziewice w jednym klubie. Rzadko się zdarza.

 

14. Czy warto?

Wypożyczalnia rowerów miejskich w Krakowie KMK Bike (10)

KMK Bike nie ma racji bytu, jako normalny, stały środek transportu. Przez małą ilość stacji, w dodatku daleko od siebie rozrzuconych, swobodne przemieszczanie się po mieście jest bardzo trudne. Biorąc jednak pod uwagę, że korzystanie z wypożyczalni jest zupełnie darmowe (o ile mieścimy się w 20 minutach), to jest to dobre uzupełnienie tramwajów i autobusów. Oraz niezła opcja awaryjna/koło ratunkowe, gdy coś nam ucieknie albo nasz własny rower nawali.

I tak to trzeba traktować – jako plan b.