Close
Close

Błędy językowe w rapowych kawałkach

Skip to entry content

Rapu słucham od 6-tej klasy podstawówki, a płyta „3:44” Kalibra była pierwszym albumem, który wybrałem sam, świadomie, a nie na zasadzie, że coś tam leci w tle, jak rozwiązuję równania z iksem na matematykę. Ten gatunek jest mi tak bliski ze względu na formę i gry słowne, które niejako są jego fundamentem. Mimo, że wielu raperów operuje językiem polskim na wyższym poziomie, niż profesorowie akademiccy, to nawet tym najlepszym zdarzają rażące wpadki. Które poprzez powagę z jaką są wypowiadane, brzmią wyjątkowo komicznie (coś jak z blogerami).

Poniżej najśmieszniej błędy językowe, jakie udało mi się wyłapać (u tych gorszych i lepszych).

 

„Zamykam wieko, kładę kamień na niego” – wjeżdżamy z grubej rury. Ten wers Bilona z Hemp Gru doczekał się dziesiątek wizualizacji w postaci memów i jest chyba najczęściej cytowaną wpadką zarejestrowaną na legalnym wydawnictwie. Od usłyszenia tej linijki nie byłem w stanie juz brać na poważnie żadnych jego moralizatorskich przesłań.

„Wstaję rano, zapalam papieros” – przez cały kawałek „Papierosy” Borixon stara się udowodnić, że deklinacja nie dotyczy wyrobów tytoniowych. Słowo „papieros” się nie odmnienia. Koniec i kropka.

„Ja pierdolę szczerze trendy, jestem oportunistą” – jak usłyszałem ten tekst Onara, to płakałem ze śmiechu przez tydzień zalewając sąsiada i piwnicę. Kiedy chce się poprzeć swoją niezależność i zamanifestować działanie na przekór obowiązujący trendom jakimś wyszukanym słowem, warto sprawdzić wcześniej jego znaczenie w słowniku. Bo oportunista, to nie osoba stawiająca opór, tylko płynąca z prądem. O czym podejrzewam, że Onar nie wie do tej pory.

„Winny zarzucanym czynom” – Pih miał gorszy dzień, zrobił krzywdę językowi polskiemu i zarzucanym czynom i jest im coś winien. Najprawdopodobniej przeprosiny. Bo jeśli chodziłoby o to, że przypisywanie mu autorstwa jakichś działań jest zgodne z prawdą, to nazwałby utwór „Winny zarzucanych czynów”.

„Wbrew systemu działam po swojemu”tej linijki Chady chyba nie trzeba komentować.

„Już miał pójść w siną dal, zrobić fade in” – żeby zrozumieć ten błąd i zdać sobie sprawę z jego śmieszności trzeba mieć doświadczenie z programami do edycji dźwięku. Lub znać język angielski. Nie zdziwiłbym się gdyby jakiś ulicznik rymujący przysłowia i hasła z dworcowych kibli nie wiedział, że „fade in” to znaczy wchodzić/pojawiać się/zgłaśniać, ale Ten Typ Mes? Musiał być chyba w stanie poważniejszej niedyspozycji pisząc numer „Prawda wanted (dead or alive)”, że użył tego zwrotu w znaczeniu „znikać”.

„Te suki mnie pragną jak zwrot podatku” – Jimson, przez wiele lat tytułowany mianem króla podziemia, w utworze „Eenie Meenie Miney Moe” stwierdził, że „zwrot” marzy o byciu opodatkowanym. Ewentualnie, że nie odmienianie pojęć ekonomicznych przez przypadki będzie bardziej poetyckie. Obstawiam to drugie.

„Za blatem chujowego komputera Atariego” – jakbym był agencją reklamową obsługującą markę „Atari”, to nie puściłbym Moleście przelewu za lokowanie produktu w kawałku „Klima”. A wszystko wina Vieniego.

„Siłę mózgu przeciwstawiam sile muskuł” – na koniec największy fan Marka Borowskiego i zarazem pierwsza osoba ze świata rymujących się końcówek, która sprzedała utwór partii politycznej. Mezo. Niby student, niby inteligent, niby gość wychodzący z bloków i będący ponad polskim bagienkiem, a nie udało mu się siły mózgu przeciwstawić sile muskułów. Cóż, takie reguły „Mezokracji”.

Ode mnie to tyle, ale oboje dobrze wiemy, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jeśli trafiłeś w innych pieśniach na błędy językowe, które przyprawiły Cię o ból brzucha, to dawaj do komentarzy. Nie muszą być koniecznie kawałki rapowe, mogą być równie dobrze rockowe, czy popowe. Byleby polskie.

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

(niżej jest kolejny tekst)

31
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
18 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
21 Comment authors
anarchistaMichałKatarzyna WoźniakM.OrtycjaJoanna Kowalczyk Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
obserwatorin
Gość

Hemp Gru-słabe ale do pierwszej płyty czasami wracam
Borixon-dobry zawodnik rapowy, ale dziwny człowiek.
Onar-słabiak chociaż w Beefie z Tede napisał kilka dobrych punchy
Pih-nie trawię

Chada-idol dzieci ulicy…mieszkających z rodzicami
Mes-absolutnie pierwsza rap liga
Jimson-dobry beef z VNM
Vienio-słabiak
Mezo-gdyby nie porzucił rapu dziś zapewne byłby w pierwszej lidze to co wyrabiał skillsami na Mezokracji to większość do dziś nie daje rady.

Jan Favre
Gość

Też mi się wydaje, że gdyby nie poszedł w pop mógłby być jednym z lepszych. Porównania na tej płycie miał na bardzo przyzwoitym poziomie.

Dawid
Gość
Dawid

Mnie bardzo mocno drapała w ucho linijka wyniesionego ostatnimi czasy na wszystkie możliwe, komercyjne piedestały „My Słowianie” Donatana:
„A nasze panie nie mają kompleksów bo nie mają powodów ich mieć”

Rozumiem, że Kleo się frazy nie zgadzały, ale żeby zdanie „A nasze panie nie mają kompleksów bo nie mają powodów (a/że)by je mieć” sprowadzić do takiego polskopodobnego tworu, którym jeszcze potem nas media ze wszystkich stron atakowały? Martwię się o nasz język bardzo, skoro takie publiczne przyzwolenie jest, że nawet na eurowizję grafomanię wysyłamy :o

Agata
Gość

Ta linijka skojarzyła mi się mocno z utworem kabaretu na O:

„wszystko co miało być tak, a tak nie jest
jest tak jak nie miało tak być”

:)

M.Ortycja
Gość

o, mnie też to strasznie irytowało i za każdym razem, gdy słyszałam „my słowianie” w myślach poprawiałam Kleo i klęłam, na czym świat stoi :D

Marta Łukasik
Gość
Marta Łukasik

‚…nad tafli wodą’. Niech mi ktoś pomoże, bo myślę już 10 lat i nie rozumiem.

Jan Favre
Gość

O, to dobre, z jakiego to kawałka?

Justyna
Gość
Justyna
Marta Łukasik
Gość
Marta Łukasik

Otóż to ;)

Katarzyna Woźniak
Gość
Katarzyna Woźniak

Dokładnie, za każdym razem gdy tej piosenki słuchałam to myślałam i myślałam… z tym, że u mnie to było jakieś 8 lat :D

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

To nie jest hip-hopowy kawałek, ale w radiu katowany odkąd pamiętam:
De Mono, „Kochać inaczej”: „Wysoko Cię uniesie / Lecz nagle możesz zacząć spadać w dół”.

Ale jeszcze przypomniał mi się Łona: https://www.youtube.com/watch?v=imechhyBLEE

Jan Favre
Gość

U Łony, to akurat celowe, żarcik taki ;)

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

Si, dlatego mnie to tak bawi w zestawieniu z rozedrganym emocjami głosem z refrenu ;)

Frelka
Gość

Szłem… kurwa, szedłem! :) Łona jest mistrzem.

Frelka
Gość

Wina Vieniego? A nie ” wina Vienia” ? :)
A co do teksów rapowych, to mnie zawsze bawi powtarzane ” niech stanie, nie stanie” w jednym z kawałków Bisza, co brzmi jak modlitwa impotenta, nawet jeżeli ktoś zna kontekst :D

Jan Favre
Gość

Atariego – Vieniego. No nie mów, że nie załapałaś tego żartu ;)

Frelka
Gość

Ups. Mea Culpa!

11 rzeczy, których nie powinieneś robić na rozmowie o pracę

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z portalem Pracuj.pl

Wiele osób fiksuje się na tym, że jeszcze nie skończyło studiów i jest przekonanych, że przez to nie dostanie pracy, jak to się pięknie mówi, w zawodzie. Doświadczenie moje i wielu moich znajomych pokazuje, że to mit, powielany najczęściej przez rodziców, którzy wchodzili na rynek pracy w zupełnie innej rzeczywistości. I nie kumają, że trochę się zmieniło od czasów kiedy CV pisało się odręcznie na kartce i doczepiało spinaczem zdjęcie z dowodu. Pracuj.pl chce obalić kilka takich mitów i zachęcić młodych ludzi do szukania pracy zgodnej z ich zainteresowaniami trochę wcześniej, niż w dniu odbioru dyplomu magistra. Bo nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją dostali.

Ale, ale. Zanim wyruszysz w drogę musisz zebrać drużynę, a zanim zaczniesz mówić sobie z prezesem po imieniu, musisz przejść rozmowę kwalifikacyjną. Bieg z przeszkodami, który jest  jednym z bardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka. Zwłaszcza, jeśli doświadczasz go pierwszy raz.

Co zrobić, żeby nie połamać sobie nóg, dobiec do mety i jeszcze odebrać trofeum w postaci przyjęcia do pracy? Dobrze się przygotować. I nie robić na rozmowie rekrutacyjnej niczego z poniższej listy.

1. Nie przychodź niechlujnie ubrany

Stare góralskie przysłowie „jak cię widzą, tak cię piszą” niestety nie wzięło się znikąd. Da się zrobić tylko jedno pierwsze wrażenie, a rozmowa łatwiej Ci pójdzie, jeśli będzie ono dobre. Nie chodzi o to, żebyś od razu wbijał się w garnitur, ale dostosował swój wygląd do okazji. Przychodząc w wymiętej koszuli i brudnych butach, dajesz do zrozumienia, że w sumie to Ci nie zależy.

2. Nie spóźnij się, a już na pewno nie olewaj spotkania

Rozmowa kwalifikacyjna, to taka pierwsza randka z pracodawcą. Chodzi to, żeby się poznać i sprawdzić, czy do siebie pasujecie. Jeśli się spóźniasz, dajesz się poznać jak ktoś, kto nie potrafi ogarnąć działania zegarka, ale to i tak lepsze, niż wystawienie drugiej strony do wiatru i w ogóle odpuszczenie spotkania. Jeśli na rozmowę wyszedłeś odpowiednio wcześnie, ale na Twojej drodze właśnie wylądował meteoryt albo oddział obcych zablokował ulicę, poinformuj o opóźnieniu osobę, która na Ciebie czeka i wytłumacz sytuację. Doceni fakt, że dałeś jej znać i wie na czym stoi.

3. Nie ściemniaj, że w wieku 20 lat masz 30 lat doświadczenia

Pamiętam jak w pewnym momencie studiów miałem jeszcze bardziej beznadziejną sytuację finansową niż zazwyczaj i uparłem się, że dostanę normalną pracę biurową choćby nie wiem co. Podrasowałem swoje CV i zadowolony z siebie, że oszukałem system, w myślach już otwierałem szampana świętując sukces, bo zaprosili mnie na rozmowę do jednej z lepiej płacących korporacji. W trakcie spotkania pani rekruterka zapytała o moje doświadczenie, które posiadałem tylko w sferze fantazji i próbując na szybko wymyślić, co mogłem robić na wyimaginowanym stanowisku, moja twarz zapłonęła czerwienią żywą jak pieczony burak.

Kłamstwo, to najgłupsze co można zrobić. Wychodzi błyskawicznie i w zasadzie permanentnie skreśla Cię w danej firmie. Za to pochwalenie się umiejętnościami zdobytymi na przykład w trakcie organizowania juwenaliów, wychodzi tylko na plus.

4. Nie daj odczuć, że nie robi Ci różnicy, czy będziesz analitykiem danych, czy panem kanapką

Gdybym prowadził serwis o pączkach i szukał kogoś do redagowania artykułów, zależałoby mi na osobie, która jest tym zajarana i nie widzi się w niczym innym. Nie na kimś, komu nie udało się dostać na aplikację radcowską i z braku laku przyszedł do mnie. Domyślam się, że jeśli stawiasz pierwsze kroki w tematach zawodowych, to nie wiesz, czy bycie HRowcem jest Twoim przeznaczeniem i związkiem na całe życie. To jasne, bo jeszcze tego nie robiłeś, więc skąd masz wiedzieć. Ale pokaż zaangażowanie w tym temacie i wytłumacz czemu akurat zdecydowałeś się aplikować na to stanowisko.

Gdyby to była randka, chciałbyś się umówić na kolejne spotkanie z kimś, kto szuka partnera, ale jest mu obojętne, czy to będziesz Ty, czy przypadkowy przechodzień?

5. Nie bój się, nie mów szeptem, nie patrz w ścianę

Ja wiem, że im bardziej zależy Ci na pracy, tym większy stres i w ogóle matura ustna nie ma nawet podjazdu, ale wchodzenie do salki konferencyjnej z wypisany na czole „nie bijcie, ja nic nie wiem!” nie pomaga. Wręcz przeciwnie. Pomaga za to uśmiech, nawiązywanie kontaktu wzrokowego, bycie pewnym siebie i odpowiadanie na pytania więcej niż dwoma słowami. I przede wszystkim dobre przygotowanie się.

Tutaj znajdziesz przykładowe pytania, które mogą paść w trakcie rozmowy. A imię i nazwisko osoby, z którą będziesz rozmawiać w mailu z zaproszeniem.

6. Nie śmieszkuj na siłę, rozmowa rekrutacyjna to nie stand-up

Jeden żart jest w porządku, dwa to już granica, przy trzech przechodzisz na stronę pajacowania. O ile nie starasz się o angaż w cyrku, nie zaplusujesz takim zachowaniem.

7. Nie kozacz. Jesteś gościem, a nie gospodarzem

Przesada w każdą stronę jest zła. Zarówno bycie wycofanym i schowanym w sobie jest kiepskim pomysłem, jak i spychanie z biurka rzeczy, by móc postawić na nim swoje ego. Arogancja, buta i nonszalancja, to nie są magiczne składniki, po zmieszaniu których powstanie dobre wrażenie.

8. Nie szantażuj i nie mów, że coś Ci się należy. To nie spotkanie z politykiem

Mam zarówno znajomych pracujących w korporacjach, jak i tych prowadzących własne firmy, zdecydowanie większe niż jednoosobowe, i ci drudzy często opowiadają mi o tym, jak to jest być z drugiej strony ogłoszenia o pracę. Czyli jak to jest wylistować konkretne umiejętności, które powinien mieć kandydat, a potem spotykać się na rozmowach z ludźmi, którzy jedyne co umieją, to machać kartką z pieczątką uczelni i żądać 4 000 złotych netto.

To nie jest tak, że za sam fakt posiadania dyplomu magistra z urzędu należy Ci się praca i kilka tysięcy na rękę, a pracodawca jest tylko po to, by Ci je dać. Jeśli ktoś szuka programisty, to interesuje go tylko to, czy faktycznie potrafisz obsługiwać MySQLa, a nie czy masz zaświadczenie, że na trzecim roku studiów miałeś zajęcia z baz danych. W małych firmach często w ogóle nie zwraca się uwagi na to, w którym momencie zakończyłeś edukację, tylko na projekty, które zrealizowałeś.

9. Nie mieszaj z błotem byłego pracodawcy

Nawet jeśli uważasz, że na to zasługuje.

Wymaga tego zawodowy savoir-vivre. To jak wypowiadasz się o poprzednim człowieku, który Cię zatrudniał, daje do myślenia co będziesz mówił o obecnym, kiedy kolejny raz zmienisz pracę. Jeśli padnie pytanie, czemu odszedłeś z poprzedniej firmy, nie mów, że były szef był dupkiem. Powiedz, że nie widziałeś dla siebie możliwości rozwoju.

10. Nie zdradzaj sekretów – tajemnica rzecz święta

Tak jak poprzednio: jeśli na pierwszym spotkaniu wyjawiasz poufne informacje, to jaki to daje sygnał osobie, która być może w przyszłości też przekaże Ci coś w zaufaniu?

11. Nie mów, że nie masz pytań. Wykaż zainteresowanie przyszłą pracą

Rozmowa kwalifikacyjna to dobry moment, by omówić jakie masz opcje w kwestii łączenia nauki z pracą. I przy okazji pokazać, że faktycznie zależy Ci na tym stanowisku, dopytując o jego szczegóły.

Do momentu, w którym prowadzę własną działalność gospodarczą, doszedłem od sprzedawania gazet na plaży. W trakcie zahaczając o kilkanaście zawodów z najróżniejszy branż i po drodze studiując. Dziennie. Naprawdę, wszystko da się połączyć, wystarczyć tylko zapytać, czy jest taka możliwość i wykazać trochę zainteresowania.

Gdzie szukać pracy? W apce na telefonie

Jak pisałem we wstępie, odkąd nasi rodzice dostali pierwszą wypłatę trochę się zmieniło. Zmienił się nie tylko rynek, wygląd i forma dokumentów, czy rodzaj popularnych zawodów, ale też drogi jakimi tej pracy się szuka. Przeglądanie fizycznych tablic z ogłoszeniami, czy gazet, to już mocny archaizm. Tak jak Spotify zastąpił magnetofon z kasetami, tak aplikacja Pracuj.pl zastępuje chodzenie po przedsiębiorstwach i pytanie o wolną posadę.

Pomijając oczywiste oczywistości typu: apka jest wygodna, intuicyjna, ma trylion ogłoszeń i możesz korzystać z niej w każdej chwili, bo telefon masz zawsze przy sobie, to jest coś więcej, co sprawia, że faktycznie jest zajebista.

Pierwsza rzecz, to możliwość aplikowania na dane stanowisko z poziomu telefonu. Jeśli wklepałeś wcześniej dane ze swojego CV do konta na Pracuj.pl, to robisz jeden klik i beng! Już jesteś w procesie rekrutacji.

Druga, to JobAlerty. Ustawiasz filtr jakiego typu pracy szukasz i w jakim regionie, a aplikacja wrzuca Ci powiadomienie, gdy tylko pojawi się coś nowego.

Trzecia, to opcja sprawdzenia przeciętnego wynagrodzenia na danym stanowisku. Załóżmy, że chcesz pracować jako tłumacz holenderskiego: znajdujesz ofertę, pukasz w przycisk i masz podane widełki z zarobkami na tym stanowisku w Twoim regionie. Kozak! Szczerze mówiąc, to chyba najistotniejszy powód, dla którego warto pobrać tę apkę, bo wiem, że masę osób ma problem z wycenieniem swojej pracy.

Możesz ściągnąć ją, oczywiście za friko, stąd na Androida i stąd na iPhone’a, do czego zachęcam. Nawet, jeśli w tym momencie nie szukasz pracy. Może to praca szuka Ciebie.

wpis jest wynikiem współpracy z marką IKEA

Jeszcze kilka miesięcy temu każdy mój dzień wyglądał tak samo i za bardzo nie różnił się od dnia kogokolwiek innego pracującego na etacie. Większość poniedziałków, wtorków, śród, czwartków i piątków wyglądała niemal identycznie. Sobót i niedziel w zasadzie też. No, chyba, że była Wielkanoc, Boże Narodzenie albo wypłata. Ewentualnie awaria internetu w firmie. Wtedy faktycznie działy się rzeczy dalekie od przewidywalnych. Ostatnio sytuacja nieco się zmieniła. A zresztą, chrzanić tę kokieterię – zmieniła się diametralnie, bo zrezygnowałem z pracy.

Aktualnie mój typowy dzień wygląda tak.

 

Pobudka

Raz o 6:30, czasem o 13:00, najczęściej o 10:00. Rzadko kiedy na rozkaz budzika, zawsze w łóżku, prawie zawsze w swoim.

Jeśli poprzedniej nocy, niespodziewanie jak kontrola biletów w podmiejskim autobusie, naszła mnie wena i pisałem tekst, aż za oknem nie zrobiło się jaśniej, niż w pokoju, śpię dopóki się nie obudzę. Czyli do południa. Jak pójdę na premierę miesiącami wyczekiwanego filmu, potem na jedno małe, żeby uczcić to, że się na nim nie zawiodłem i w efekcie wyląduję w samym środku egzystencjalnej dysputy o wszystkim i o niczym, której nie da się skończy przed 3:00, to też za szybko nie wstaję.

No chyba, że następnego dnia mam gdzieś jechać. Na przykład 200 kilometrów do Rzeszowa, 300 do Warszawy, 400 do Płocka albo 500 do Pragi. Wtedy wstaję jak na sprawdzian w liceum. O 7:30 już jestem umyty, zwarty, gotowy i z zapasową szczoteczką do zębów w kosmetyczce. Czasem bez pasty, ale tę zawsze jakoś łatwiej pożyczyć.

Co by się jednak nie działo, dzień zaczynam w łóżku. I to ten dzień pracowo-blogowy. Znaczy się, zanim prawa stopa dotknie parkietu, lewa ręka odepchnie się od materaca, a oko zogniskuje na obiekty w dali i będzie wypatrywać lodówki, włączam telefon. I sprawdzam, czy blog nie spłonął przez noc, do komentarzy nie wpadła dzicz z Wykopu, a skrzynka mailowa nie jest zapchana przez roboty ze spamem o miliardowym spadku od krewnego, którego nigdy nie miałem. Po tym rytuale, wciąż z kołdrą pod brodą, wstaję.

 

Przedpołudnie

Tu jest kilka wariantów. Albo sprawdzam maile, odpisuję na maile, sprawdzam maile, odpisuję na maile, sprawdzam maile, odpisuję na maile. Albo jadę w pociągu i modlę się, żebym nie stracił zasięgu, bo własnie odpisuję na maila. Albo stoję w korku, w mieście, którego nie znam i modlę się, żeby za skrzyżowaniem nie okazało się, że źle skręciliśmy. Albo spaceruję po mieście, którego nie znam i jaram się jak tęcza z Placu Zbawiciela, że mogę to robić. Albo śpię.

 

Południe

Śniadanie, obiad albo kolacja. Albo na mieście, albo u mnie w domu własnymi ręcami, albo u mnie w domu czyimiś ręcami, albo u kogoś w domu wspólnymi ręcami.

 

Popołudnie

Tu też nie ma reguły. Najczęściej pisanie tekstu gdzieś w plenerze, na ławce albo na kocu. Chyba, że pada. Albo leje. Wtedy pisanie w domu, ale równie często w bibliotece albo kawiarni.

Jak jest dzień bez pisania, to alternatywnych scenariuszy jest trochę więcej. Czasem ścigam się z wiatrem na rowerze wzdłuży Wisły. Czasem łapię słońce na buźkę pływając po Zakrzówku. Czasem trenuję pamięć do imion czytając „Grę o Tron”. Czasem słucham Xxanaxxu gapiąc się w niebo i próbuję wyjść z szoku, że to naprawdę polski zespół. Czasem słucham Reno i przecieram oczy nie dowierzając, że ta płyta wyszła 10 lat temu, a jego porównania wciąż są świeże. A czasem stoję w kolejce do bramki, bo jestem na festiwalu i właśnie zaczynają się koncerty.

 

Wieczór

Kino. Grill. Domówka. Konferencja. Klub. Ognisko. Kawiarnia. Murek. Schodki. Ławka. Komp, popcorn i YouTube. Netbook, sorbet malinowy i pisanie tekstu. Leżenie na trawie, gapienie się w gwiazdy i gadanie o tym samym, co w 4-tym akapicie. Jedna z tych opcji.

 

Zasypianie

Raz o 1:15, czasem o 5:30, nigdy przed północą. Rzadko kiedy w stoperach, zawsze w łóżku, prawie zawsze w swoim.

Lubię spać. Bardzo. To jedna z trzech najprzyjemniejszych rzeczy na świecie, trudno ją przedawkować i nawet jeśli przesadzasz, to nikt nie patrzy na Ciebie krzywo. Mimo to, rzadko się zdarza, bym dwie noce z rzędu położył się o tej samej porze i spał tyle samo godzin. Czasem wieczór jest zbyt dobry, by kończyć go, gdy tylko zmieni się data w kalendarzu, a innym razem echo całodziennej ekscytacji ścina z nóg zanim zdążę pomyśleć „jeszcze zęby!”.

 

Start i meta

To truizm, że nie ma dwóch takich samych dni, ale u mnie jest ciut prawdziwszy, niż u Paulo Coelho. Mimo, że blogowanie jest czynnością powtarzalną i jest w nim wiele schematów, które nie ulegają zmianie, to u mnie każdy dzień jest inny. Nie mam czegoś takiego, jak „typowe 24 godziny”, czy „typowy tydzień”. Niektórzy nie wytrzymaliby z taką zmiennością organizacji dnia, bo większość osób potrzebuje stabilizacji i raczej większej, niż mniejszej przewidywalności.

Mnie to cieszy jak prezenty pod choinką, jak impreza-niespodzianka w urodziny, jak wakacje po roku siedzenia w szkolnej ławce, jak jak pierwszy komentarz pod tekstem. Nie wiem, czy zawsze będę tak chciał, ale zawsze tak chciałem. Jest super!

Ikea tutaj zaczyna się dobry dzień

I tylko jedno za każdym razem się powtarza – każdy dzień zaczynam i kończę w łóżku. I podejrzewam, że nie będę jasnowidzem, ani nawet namiastką Kaszpirowskiego, jeśli powiem, że Ty też. Dlatego, jeśli chcesz uprzyjemnić sobie start i metę, sprawdź nowy katalog IKEA, w którym znajdziesz sporo łóżek do dobrego wstawania i zasypiania. Albo na odwrót.

IKEA_roadshow

A jeśli wpadniesz do miejsc zaznaczonych na mapce w wyżej podanych terminach, zastaniesz tam mini-studio fotograficzne IKEA. Będziesz mógł trzasnąć sobie profesjonalne zdjęcie  i odebrać katalog z własną facjatą na okładce. I wkręcić znajomych, że to oficjalna wersja katalogu.

5 kawałków, których nie da się przesłuchać tylko raz

Skip to entry content

5 kawałków, których nie da się przesłuchać tylko raz

Pamiętacie jak jakiś czas temu pisałem o jedzeniu, którego nie da się napocząć i tak po prostu odłożyć? Że pochłania się je całe za jednym zamachem, choćby nie wiem jak chciało się przestać? Teraz przełożymy tę niepohamowaną żądze konsumowania na bardziej niematerialny grunt. Pogadamy sobie o utworach muzycznych, które wchodzą do odtwarzacza i zostają tam na godzinę. Albo dwie. Albo cały dzień.

Na co dzień bardzo rzadko słucham pojedynczych kawałków, bo każdy z nich osadzony jest w jakimś szerszym kontekście, który tworzy album. W jakiejś większej całości, która nadaje mu sens i właściwy wydźwięk. Trudno zrozumieć o co chodzi w losowym kawałku z „Tylko dla dorosłych” Ostrego, nie słuchając całej płyty. Mimo to, są takie piosenki, które momentalnie się zapętlają i zanim się zorientujemy, lecą w kółko już od dobrych kilkunastu minut.

Wybrałem 5, które zawiesiły się w moich głośnikach najdłużej.

 

Fisz, Emade i Iza Lach – Ostrze

Równie niedoceniony, co kozacki numer. Ma taki trochę senny, trochę psychodeliczny klimat, a klip potęguje uczucie otumanionego niepokoju. Świetne przejścia między poszczególnymi częściami utworu, wczuty wokal i refren, na który wyczekujesz tak bardzo, że wracasz do niego od razu po skończeniu się utworu. To właśnie w „Ostrzu” po raz pierwszy usłyszałem słodziutką Izę Lach, w której zakochałem się od pierwszego usłyszenia (sprawdźcie jej płytę „Krzyk” – czysty obłęd!).

 

Disclosure – Latch

Benger razy milion! Nie dasz radu puścić na głośnikach i nie zacząć tańczyć. „Latch”  to jeden z najlepiej wyprodukowanych klubowych hitów w historii muzyki. Jak pierwszy raz na niego wpadłem, to zawiesił się na 3 godziny na liście odtwarzania. Od 2012 nie było domówki, na której by nie poleciał. W tym numerze wszystko się zgadza – dobre tempo, chwytliwy powtarzający się akcent, bujająca perka, mistrzowska aranżacja i szeroki wokal. No i ten klip, spróbuj nie pomyśleć przy nim o licealnej miłości.

 

Pezet – Ostatni track

Pezet to jeden z niewielu tekściarzy, który za każdym razem jak o czymś mówi, to trafia w samo sedno. Dotyka jądra prawdy, a potem je dźga rozżarzonym sztyletem i przenosi na podkład to, co się z niego wyleje. Czy to złość, czy gorycz, czy miłość, czy zwątpienie,  rymuje o tym tak, że zawsze czujesz to tak samo mocno jak on. Tu jest nie inaczej, odczucie potęguje wciąż świeży cloudowy bit Auera. Mam nadzieję, że tytuł to tylko kokieteria, bo ten numer znam już na pamięć i przydałby się nowy.

 

Pharrell Williams – Happy

375 476 482 wyświetleń na YouTube w niecały rok. Bez komentarza.

 

Andrzej Zaucha – Byłaś serca biciem

Do tej piosenki mam szczególny sentyment.  Odkryłem ją 3 lata temu podczas stażu w Onecie, gdy byłem przekonany, że wygrałem los na loterii, bo mogę pracować w biurze TEGO portalu. Za darmo, ale mniejsza z tym. I tak nic wtedy nie umiałem. W każdy razie, zajmowałem się nieistniejącym już serwisem karaoke JakElvis.pl, w którym dzieciaki mogły pośpiewać sobie „Orła cień”, czy „Budzikom śmierć”, a nawet to nagrać i wrzucić. Na szczęście nie musiałem tego słuchać.

Moim zdaniem za to było szukanie rodzimych przebojów do paska z hitami na stronie głównej. Jako, że nie jestem fanem współczesnego polskiego popu, to zacząłem grzebać w starociach. Przebiłem się przez Big Cyca, Kombi i Marka Grechutę, i doszedłem do Andrzeja Zauchy, którego kojarzyłem z kawałka Smarki Smarka. Zaryzykowałem i tak już nadwyrężone zdrowie psychiczne i odpaliłem „Byłaś serca biciem”. I przeszły mnie ciary. W mordę, to jeden z najbardziej przejmujących kawałków o miłości.

„Byłaś serca biciem, wiosną, zimą, życiem”  i w kółko, i w kółko, i w kółko. I jeszcze raz.

 

I znowu, i znowu, i znowu…

Wiem, że też Ty też znasz piosenkę, której nie da się przesłuchać tylko i wyłącznie jeden jedyny raz. Tylko jakieś pińćset razy. Śmiało, podziel się nią. A najlepiej linkiem do niej na YouTube. Niech moi sąsiedzi tez ją poznają.