Close
Close

Błędy językowe w rapowych kawałkach

Skip to entry content

Rapu słucham od 6-tej klasy podstawówki, a płyta „3:44” Kalibra była pierwszym albumem, który wybrałem sam, świadomie, a nie na zasadzie, że coś tam leci w tle, jak rozwiązuję równania z iksem na matematykę. Ten gatunek jest mi tak bliski ze względu na formę i gry słowne, które niejako są jego fundamentem. Mimo, że wielu raperów operuje językiem polskim na wyższym poziomie, niż profesorowie akademiccy, to nawet tym najlepszym zdarzają rażące wpadki. Które poprzez powagę z jaką są wypowiadane, brzmią wyjątkowo komicznie (coś jak z blogerami).

Poniżej najśmieszniej błędy językowe, jakie udało mi się wyłapać (u tych gorszych i lepszych).

 

„Zamykam wieko, kładę kamień na niego” – wjeżdżamy z grubej rury. Ten wers Bilona z Hemp Gru doczekał się dziesiątek wizualizacji w postaci memów i jest chyba najczęściej cytowaną wpadką zarejestrowaną na legalnym wydawnictwie. Od usłyszenia tej linijki nie byłem w stanie juz brać na poważnie żadnych jego moralizatorskich przesłań.

„Wstaję rano, zapalam papieros” – przez cały kawałek „Papierosy” Borixon stara się udowodnić, że deklinacja nie dotyczy wyrobów tytoniowych. Słowo „papieros” się nie odmnienia. Koniec i kropka.

„Ja pierdolę szczerze trendy, jestem oportunistą” – jak usłyszałem ten tekst Onara, to płakałem ze śmiechu przez tydzień zalewając sąsiada i piwnicę. Kiedy chce się poprzeć swoją niezależność i zamanifestować działanie na przekór obowiązujący trendom jakimś wyszukanym słowem, warto sprawdzić wcześniej jego znaczenie w słowniku. Bo oportunista, to nie osoba stawiająca opór, tylko płynąca z prądem. O czym podejrzewam, że Onar nie wie do tej pory.

„Winny zarzucanym czynom” – Pih miał gorszy dzień, zrobił krzywdę językowi polskiemu i zarzucanym czynom i jest im coś winien. Najprawdopodobniej przeprosiny. Bo jeśli chodziłoby o to, że przypisywanie mu autorstwa jakichś działań jest zgodne z prawdą, to nazwałby utwór „Winny zarzucanych czynów”.

„Wbrew systemu działam po swojemu”tej linijki Chady chyba nie trzeba komentować.

„Już miał pójść w siną dal, zrobić fade in” – żeby zrozumieć ten błąd i zdać sobie sprawę z jego śmieszności trzeba mieć doświadczenie z programami do edycji dźwięku. Lub znać język angielski. Nie zdziwiłbym się gdyby jakiś ulicznik rymujący przysłowia i hasła z dworcowych kibli nie wiedział, że „fade in” to znaczy wchodzić/pojawiać się/zgłaśniać, ale Ten Typ Mes? Musiał być chyba w stanie poważniejszej niedyspozycji pisząc numer „Prawda wanted (dead or alive)”, że użył tego zwrotu w znaczeniu „znikać”.

„Te suki mnie pragną jak zwrot podatku” – Jimson, przez wiele lat tytułowany mianem króla podziemia, w utworze „Eenie Meenie Miney Moe” stwierdził, że „zwrot” marzy o byciu opodatkowanym. Ewentualnie, że nie odmienianie pojęć ekonomicznych przez przypadki będzie bardziej poetyckie. Obstawiam to drugie.

„Za blatem chujowego komputera Atariego” – jakbym był agencją reklamową obsługującą markę „Atari”, to nie puściłbym Moleście przelewu za lokowanie produktu w kawałku „Klima”. A wszystko wina Vieniego.

„Siłę mózgu przeciwstawiam sile muskuł” – na koniec największy fan Marka Borowskiego i zarazem pierwsza osoba ze świata rymujących się końcówek, która sprzedała utwór partii politycznej. Mezo. Niby student, niby inteligent, niby gość wychodzący z bloków i będący ponad polskim bagienkiem, a nie udało mu się siły mózgu przeciwstawić sile muskułów. Cóż, takie reguły „Mezokracji”.

Ode mnie to tyle, ale oboje dobrze wiemy, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jeśli trafiłeś w innych pieśniach na błędy językowe, które przyprawiły Cię o ból brzucha, to dawaj do komentarzy. Nie muszą być koniecznie kawałki rapowe, mogą być równie dobrze rockowe, czy popowe. Byleby polskie.

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

(niżej jest kolejny tekst)

31
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
18 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
21 Comment authors
anarchistaMichałKatarzyna WoźniakM.OrtycjaJoanna Kowalczyk Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
obserwatorin
Gość

Hemp Gru-słabe ale do pierwszej płyty czasami wracam
Borixon-dobry zawodnik rapowy, ale dziwny człowiek.
Onar-słabiak chociaż w Beefie z Tede napisał kilka dobrych punchy
Pih-nie trawię

Chada-idol dzieci ulicy…mieszkających z rodzicami
Mes-absolutnie pierwsza rap liga
Jimson-dobry beef z VNM
Vienio-słabiak
Mezo-gdyby nie porzucił rapu dziś zapewne byłby w pierwszej lidze to co wyrabiał skillsami na Mezokracji to większość do dziś nie daje rady.

Jan Favre
Gość

Też mi się wydaje, że gdyby nie poszedł w pop mógłby być jednym z lepszych. Porównania na tej płycie miał na bardzo przyzwoitym poziomie.

Dawid
Gość
Dawid

Mnie bardzo mocno drapała w ucho linijka wyniesionego ostatnimi czasy na wszystkie możliwe, komercyjne piedestały „My Słowianie” Donatana:
„A nasze panie nie mają kompleksów bo nie mają powodów ich mieć”

Rozumiem, że Kleo się frazy nie zgadzały, ale żeby zdanie „A nasze panie nie mają kompleksów bo nie mają powodów (a/że)by je mieć” sprowadzić do takiego polskopodobnego tworu, którym jeszcze potem nas media ze wszystkich stron atakowały? Martwię się o nasz język bardzo, skoro takie publiczne przyzwolenie jest, że nawet na eurowizję grafomanię wysyłamy :o

Agata
Gość

Ta linijka skojarzyła mi się mocno z utworem kabaretu na O:

„wszystko co miało być tak, a tak nie jest
jest tak jak nie miało tak być”

:)

M.Ortycja
Gość

o, mnie też to strasznie irytowało i za każdym razem, gdy słyszałam „my słowianie” w myślach poprawiałam Kleo i klęłam, na czym świat stoi :D

Marta Łukasik
Gość
Marta Łukasik

‚…nad tafli wodą’. Niech mi ktoś pomoże, bo myślę już 10 lat i nie rozumiem.

Jan Favre
Gość

O, to dobre, z jakiego to kawałka?

Justyna
Gość
Justyna
Marta Łukasik
Gość
Marta Łukasik

Otóż to ;)

Katarzyna Woźniak
Gość
Katarzyna Woźniak

Dokładnie, za każdym razem gdy tej piosenki słuchałam to myślałam i myślałam… z tym, że u mnie to było jakieś 8 lat :D

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

To nie jest hip-hopowy kawałek, ale w radiu katowany odkąd pamiętam:
De Mono, „Kochać inaczej”: „Wysoko Cię uniesie / Lecz nagle możesz zacząć spadać w dół”.

Ale jeszcze przypomniał mi się Łona: https://www.youtube.com/watch?v=imechhyBLEE

Jan Favre
Gość

U Łony, to akurat celowe, żarcik taki ;)

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

Si, dlatego mnie to tak bawi w zestawieniu z rozedrganym emocjami głosem z refrenu ;)

Frelka
Gość

Szłem… kurwa, szedłem! :) Łona jest mistrzem.

Frelka
Gość

Wina Vieniego? A nie ” wina Vienia” ? :)
A co do teksów rapowych, to mnie zawsze bawi powtarzane ” niech stanie, nie stanie” w jednym z kawałków Bisza, co brzmi jak modlitwa impotenta, nawet jeżeli ktoś zna kontekst :D

Jan Favre
Gość

Atariego – Vieniego. No nie mów, że nie załapałaś tego żartu ;)

Frelka
Gość

Ups. Mea Culpa!

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

wpis jest wynikiem współpracy z marką IKEA

Jeszcze kilka miesięcy temu każdy mój dzień wyglądał tak samo i za bardzo nie różnił się od dnia kogokolwiek innego pracującego na etacie. Większość poniedziałków, wtorków, śród, czwartków i piątków wyglądała niemal identycznie. Sobót i niedziel w zasadzie też. No, chyba, że była Wielkanoc, Boże Narodzenie albo wypłata. Ewentualnie awaria internetu w firmie. Wtedy faktycznie działy się rzeczy dalekie od przewidywalnych. Ostatnio sytuacja nieco się zmieniła. A zresztą, chrzanić tę kokieterię – zmieniła się diametralnie, bo zrezygnowałem z pracy.

Aktualnie mój typowy dzień wygląda tak.

 

Pobudka

Raz o 6:30, czasem o 13:00, najczęściej o 10:00. Rzadko kiedy na rozkaz budzika, zawsze w łóżku, prawie zawsze w swoim.

Jeśli poprzedniej nocy, niespodziewanie jak kontrola biletów w podmiejskim autobusie, naszła mnie wena i pisałem tekst, aż za oknem nie zrobiło się jaśniej, niż w pokoju, śpię dopóki się nie obudzę. Czyli do południa. Jak pójdę na premierę miesiącami wyczekiwanego filmu, potem na jedno małe, żeby uczcić to, że się na nim nie zawiodłem i w efekcie wyląduję w samym środku egzystencjalnej dysputy o wszystkim i o niczym, której nie da się skończy przed 3:00, to też za szybko nie wstaję.

No chyba, że następnego dnia mam gdzieś jechać. Na przykład 200 kilometrów do Rzeszowa, 300 do Warszawy, 400 do Płocka albo 500 do Pragi. Wtedy wstaję jak na sprawdzian w liceum. O 7:30 już jestem umyty, zwarty, gotowy i z zapasową szczoteczką do zębów w kosmetyczce. Czasem bez pasty, ale tę zawsze jakoś łatwiej pożyczyć.

Co by się jednak nie działo, dzień zaczynam w łóżku. I to ten dzień pracowo-blogowy. Znaczy się, zanim prawa stopa dotknie parkietu, lewa ręka odepchnie się od materaca, a oko zogniskuje na obiekty w dali i będzie wypatrywać lodówki, włączam telefon. I sprawdzam, czy blog nie spłonął przez noc, do komentarzy nie wpadła dzicz z Wykopu, a skrzynka mailowa nie jest zapchana przez roboty ze spamem o miliardowym spadku od krewnego, którego nigdy nie miałem. Po tym rytuale, wciąż z kołdrą pod brodą, wstaję.

 

Przedpołudnie

Tu jest kilka wariantów. Albo sprawdzam maile, odpisuję na maile, sprawdzam maile, odpisuję na maile, sprawdzam maile, odpisuję na maile. Albo jadę w pociągu i modlę się, żebym nie stracił zasięgu, bo własnie odpisuję na maila. Albo stoję w korku, w mieście, którego nie znam i modlę się, żeby za skrzyżowaniem nie okazało się, że źle skręciliśmy. Albo spaceruję po mieście, którego nie znam i jaram się jak tęcza z Placu Zbawiciela, że mogę to robić. Albo śpię.

 

Południe

Śniadanie, obiad albo kolacja. Albo na mieście, albo u mnie w domu własnymi ręcami, albo u mnie w domu czyimiś ręcami, albo u kogoś w domu wspólnymi ręcami.

 

Popołudnie

Tu też nie ma reguły. Najczęściej pisanie tekstu gdzieś w plenerze, na ławce albo na kocu. Chyba, że pada. Albo leje. Wtedy pisanie w domu, ale równie często w bibliotece albo kawiarni.

Jak jest dzień bez pisania, to alternatywnych scenariuszy jest trochę więcej. Czasem ścigam się z wiatrem na rowerze wzdłuży Wisły. Czasem łapię słońce na buźkę pływając po Zakrzówku. Czasem trenuję pamięć do imion czytając „Grę o Tron”. Czasem słucham Xxanaxxu gapiąc się w niebo i próbuję wyjść z szoku, że to naprawdę polski zespół. Czasem słucham Reno i przecieram oczy nie dowierzając, że ta płyta wyszła 10 lat temu, a jego porównania wciąż są świeże. A czasem stoję w kolejce do bramki, bo jestem na festiwalu i właśnie zaczynają się koncerty.

 

Wieczór

Kino. Grill. Domówka. Konferencja. Klub. Ognisko. Kawiarnia. Murek. Schodki. Ławka. Komp, popcorn i YouTube. Netbook, sorbet malinowy i pisanie tekstu. Leżenie na trawie, gapienie się w gwiazdy i gadanie o tym samym, co w 4-tym akapicie. Jedna z tych opcji.

 

Zasypianie

Raz o 1:15, czasem o 5:30, nigdy przed północą. Rzadko kiedy w stoperach, zawsze w łóżku, prawie zawsze w swoim.

Lubię spać. Bardzo. To jedna z trzech najprzyjemniejszych rzeczy na świecie, trudno ją przedawkować i nawet jeśli przesadzasz, to nikt nie patrzy na Ciebie krzywo. Mimo to, rzadko się zdarza, bym dwie noce z rzędu położył się o tej samej porze i spał tyle samo godzin. Czasem wieczór jest zbyt dobry, by kończyć go, gdy tylko zmieni się data w kalendarzu, a innym razem echo całodziennej ekscytacji ścina z nóg zanim zdążę pomyśleć „jeszcze zęby!”.

 

Start i meta

To truizm, że nie ma dwóch takich samych dni, ale u mnie jest ciut prawdziwszy, niż u Paulo Coelho. Mimo, że blogowanie jest czynnością powtarzalną i jest w nim wiele schematów, które nie ulegają zmianie, to u mnie każdy dzień jest inny. Nie mam czegoś takiego, jak „typowe 24 godziny”, czy „typowy tydzień”. Niektórzy nie wytrzymaliby z taką zmiennością organizacji dnia, bo większość osób potrzebuje stabilizacji i raczej większej, niż mniejszej przewidywalności.

Mnie to cieszy jak prezenty pod choinką, jak impreza-niespodzianka w urodziny, jak wakacje po roku siedzenia w szkolnej ławce, jak jak pierwszy komentarz pod tekstem. Nie wiem, czy zawsze będę tak chciał, ale zawsze tak chciałem. Jest super!

Ikea tutaj zaczyna się dobry dzień

I tylko jedno za każdym razem się powtarza – każdy dzień zaczynam i kończę w łóżku. I podejrzewam, że nie będę jasnowidzem, ani nawet namiastką Kaszpirowskiego, jeśli powiem, że Ty też. Dlatego, jeśli chcesz uprzyjemnić sobie start i metę, sprawdź nowy katalog IKEA, w którym znajdziesz sporo łóżek do dobrego wstawania i zasypiania. Albo na odwrót.

IKEA_roadshow

A jeśli wpadniesz do miejsc zaznaczonych na mapce w wyżej podanych terminach, zastaniesz tam mini-studio fotograficzne IKEA. Będziesz mógł trzasnąć sobie profesjonalne zdjęcie  i odebrać katalog z własną facjatą na okładce. I wkręcić znajomych, że to oficjalna wersja katalogu.

5 kawałków, których nie da się przesłuchać tylko raz

Skip to entry content

5 kawałków, których nie da się przesłuchać tylko raz

Pamiętacie jak jakiś czas temu pisałem o jedzeniu, którego nie da się napocząć i tak po prostu odłożyć? Że pochłania się je całe za jednym zamachem, choćby nie wiem jak chciało się przestać? Teraz przełożymy tę niepohamowaną żądze konsumowania na bardziej niematerialny grunt. Pogadamy sobie o utworach muzycznych, które wchodzą do odtwarzacza i zostają tam na godzinę. Albo dwie. Albo cały dzień.

Na co dzień bardzo rzadko słucham pojedynczych kawałków, bo każdy z nich osadzony jest w jakimś szerszym kontekście, który tworzy album. W jakiejś większej całości, która nadaje mu sens i właściwy wydźwięk. Trudno zrozumieć o co chodzi w losowym kawałku z „Tylko dla dorosłych” Ostrego, nie słuchając całej płyty. Mimo to, są takie piosenki, które momentalnie się zapętlają i zanim się zorientujemy, lecą w kółko już od dobrych kilkunastu minut.

Wybrałem 5, które zawiesiły się w moich głośnikach najdłużej.

 

Fisz, Emade i Iza Lach – Ostrze

Równie niedoceniony, co kozacki numer. Ma taki trochę senny, trochę psychodeliczny klimat, a klip potęguje uczucie otumanionego niepokoju. Świetne przejścia między poszczególnymi częściami utworu, wczuty wokal i refren, na który wyczekujesz tak bardzo, że wracasz do niego od razu po skończeniu się utworu. To właśnie w „Ostrzu” po raz pierwszy usłyszałem słodziutką Izę Lach, w której zakochałem się od pierwszego usłyszenia (sprawdźcie jej płytę „Krzyk” – czysty obłęd!).

 

Disclosure – Latch

Benger razy milion! Nie dasz radu puścić na głośnikach i nie zacząć tańczyć. „Latch”  to jeden z najlepiej wyprodukowanych klubowych hitów w historii muzyki. Jak pierwszy raz na niego wpadłem, to zawiesił się na 3 godziny na liście odtwarzania. Od 2012 nie było domówki, na której by nie poleciał. W tym numerze wszystko się zgadza – dobre tempo, chwytliwy powtarzający się akcent, bujająca perka, mistrzowska aranżacja i szeroki wokal. No i ten klip, spróbuj nie pomyśleć przy nim o licealnej miłości.

 

Pezet – Ostatni track

Pezet to jeden z niewielu tekściarzy, który za każdym razem jak o czymś mówi, to trafia w samo sedno. Dotyka jądra prawdy, a potem je dźga rozżarzonym sztyletem i przenosi na podkład to, co się z niego wyleje. Czy to złość, czy gorycz, czy miłość, czy zwątpienie,  rymuje o tym tak, że zawsze czujesz to tak samo mocno jak on. Tu jest nie inaczej, odczucie potęguje wciąż świeży cloudowy bit Auera. Mam nadzieję, że tytuł to tylko kokieteria, bo ten numer znam już na pamięć i przydałby się nowy.

 

Pharrell Williams – Happy

375 476 482 wyświetleń na YouTube w niecały rok. Bez komentarza.

 

Andrzej Zaucha – Byłaś serca biciem

Do tej piosenki mam szczególny sentyment.  Odkryłem ją 3 lata temu podczas stażu w Onecie, gdy byłem przekonany, że wygrałem los na loterii, bo mogę pracować w biurze TEGO portalu. Za darmo, ale mniejsza z tym. I tak nic wtedy nie umiałem. W każdy razie, zajmowałem się nieistniejącym już serwisem karaoke JakElvis.pl, w którym dzieciaki mogły pośpiewać sobie „Orła cień”, czy „Budzikom śmierć”, a nawet to nagrać i wrzucić. Na szczęście nie musiałem tego słuchać.

Moim zdaniem za to było szukanie rodzimych przebojów do paska z hitami na stronie głównej. Jako, że nie jestem fanem współczesnego polskiego popu, to zacząłem grzebać w starociach. Przebiłem się przez Big Cyca, Kombi i Marka Grechutę, i doszedłem do Andrzeja Zauchy, którego kojarzyłem z kawałka Smarki Smarka. Zaryzykowałem i tak już nadwyrężone zdrowie psychiczne i odpaliłem „Byłaś serca biciem”. I przeszły mnie ciary. W mordę, to jeden z najbardziej przejmujących kawałków o miłości.

„Byłaś serca biciem, wiosną, zimą, życiem”  i w kółko, i w kółko, i w kółko. I jeszcze raz.

 

I znowu, i znowu, i znowu…

Wiem, że też Ty też znasz piosenkę, której nie da się przesłuchać tylko i wyłącznie jeden jedyny raz. Tylko jakieś pińćset razy. Śmiało, podziel się nią. A najlepiej linkiem do niej na YouTube. Niech moi sąsiedzi tez ją poznają.