Close
Close

Cały świat jest winny, że masz gównianą pracę

Skip to entry content

Jakiś czas temu na rogu Szczepańskiej i Sławkowskiej usłyszałem rozmowę dwóch lasek rozdających zaproszenia do klubów, a wcześniej naczytałem się komentarzy pod tekstami o pracy w markecie i dowiedziałem się czegoś nowego. Dowiedziałem się kto jest winny temu, że mają – jak to poetycko określiły – gównianą pracę. W wypowiedziach padały różne typy – od złego układu planet, po żydomasonerię regulującą globalną gospodarkę – ale kilkoro winnych wielokrotnie się powtarzało.

Winę za trudne warunki pracy, niskie wynagrodzenie i brak poważania wykonywanego zawodu ponosi:

 

Rząd

Wina Tuska wiadomo. W kraju nie ma pracy, bo politycy kradną i zabijają gospodarkę. Albo będziesz walił na kasie za 1600zł na rękę albo wylot do Norwegii, bo Anglia przepełniona. Nie ma innych alternatyw, wiadomo. To nic, że potrzeba każdej ilości programistów i sporo dobrych fachowców po zawodówkach. To pewnie plotki.

 

Rodzice

Starzy Cię źle pokierowali i zamiast zostać rekinem biznesu wylądowałeś na szklance w lokalu dla metali. Zamiast układać Ci życie i dbać o Twoją przyszłość woleli oglądać „Plebanię” i jarać Popularne bez filtra. Szmaciarze. Gdyby się postarali tak jak ojciec tego bananowca od Ciebie z liceum, zaraz po maturze wbiłbyś na kierownicze stanowisko. A tak, co Ty biedny miałeś zrobić? Nie miałeś szans.

 

Kolesiostwo

Wszędzie rządzą układy, nepotyzm i bez gałki z połykiem nie masz co marzyć o umowie o pracę. Jedziesz od 2 lat na zleceniu tylko dlatego, że jesteś porządny i uczciwy, i nie masz zamiaru babrać się w tym szlamie. A tak w ogóle, to brzydzisz się kapitalizmem i zawsze przed wyjściem na zakupy do Biedronki modlisz się o powrót komuny.

 

Zły system edukacji

Oszukały Cię! Te skurwysyny z premedytacją Cię oszukały! Prowadzący na zajęciach w kółko Ci powtarzali, że tylko tytuł magistra jest przepustką do dobrej pracy. Że w momencie, gdy odbierzesz dyplom pracodawcy będą się gryźć po kostkach walcząc o Ciebie, telefon po kwadransie padnie od ilości połączeń, a skrzynka mailowa wybuchnie niszcząc internet w całej Polsce. A okazało się, że to nieprawda.

Bidula, byłeś tak zajęty siedzeniem na Kwejku i Demotach w trakcie sesji, że nie miałeś kiedy tego zweryfikować. I zorientować się, że w każdym zawodzie poza prawnikiem i lekarzem liczy się doświadczenie, a nie zaświadczenie o tym, że przez 5 lat uczyłeś się nieaktualnej teorii. Ale skąd Ty to miałeś wiedzieć? Przecież rodzice mówili, że studia ekonomiczne to dobry wybór i jedyna droga dla Ciebie. Miałeś kwestionować ich decyzję?

 

Otoczenie

Jesteś z osiedla, a wiadomo jak wygląda życie na blokach. Diler dilerowi wilkiem i wszędzie czai się policja. Browniarze okupują klatki, alkoholicy okupują ławki, a sąsiedzi w kółko wysyłają donosy i piszą podania do administracji o eksmisję. Matka chora na raka, ojciec na AIDS, najlepszy przyjaciel całe życie w poprawczaku, a pierwsza miłość zaczęła kupczyć ciałem na deptaku w centrum. W dodatku podała Cię o alimenty. Nie miałeś jak wyjść na ludzi. Los spisał Cię na straty. Skończyłeś na magazynie w Castoramie.

 

Przypadek

Nic tak nie usprawiedliwia każdej porażki życiowej, niezależnie czy chodzi o pracę, związki, czy zdrowie, jak argument-forteca „tak wyszło”. Spróbuj przebić to, koleżko!

 

A teraz oderwij się na chwilę od wymówek i spójrzmy przykrej prawdzie w oczy, albo chociaż w jedno oko.

 

To Twoja wina

Jeśli masz gównianą pracę, która Cię nie zadowala pod kątem finansowym, rozwojowym, obowiązków, atmosfery, czy jakimkolwiek innym, to tylko i wyłącznie Twoja wina. Niczyja inna. Przyjmij odpowiedzialność za to co robisz ze swoim życiem i pogódź się z tym, że cały świat nie złorzeczy przeciwko Tobie, tylko wpycha Cię tam, gdzie sam mu na to pozwalasz.

Jeśli coś Ci się nie podoba, to to zmień. Zapisz się na kurs językowy, podnieś kwalifikacje na szkoleniach, albo włącz internet, wpisz „tutorial” w Google i naucz się tego co chciałbyś robić. Cokolwiek by to było. W sieci jest wszystko! Naprawdę. A jeśli najzwyczajniej Ci się nie chce, to proszę Cię po stokroć, nie jęcz, że jest Ci źle i nie domagaj się od wszystkich, którzy mają lepiej, żeby litowali się nad Tobą i całowali Cię po rękach, że łaskawie wykonujesz swoją pracę.

Bo to nie ich wina. Tylko Twoja.

autorem zdjęcia w nagłówku jest JD Hancock
(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Pojechałem do Czech za muzyką. Po raz drugi

Skip to entry content

Myślałem, że przy drugim podejściu do Hip-Hop Kempu nie będzie już takich emocji i euforii jak przy pierwszym, ale myliłem się. Nie wiem, czy to kwestia ludzi, z którymi byłem, czy tego, że ta muzyka jest mi tak bliska, czy specyficznej atmosfery jaka panuje na tej imprezie, ale od momentu wejścia do auta byłem nakręcony jak zegar z kukułką. I ta podjarka nie mijała, aż do powrotu do Krakowa. Przez całe 5 dni byłem na endorfinowym haju, ekscytując się każda minutą. No może poza kontaktami z obiektami sanitarnymi, bo pod względem higieny to najgorzej zorganizowane wydarzenie masowe jakie możesz sobie wyobrazić.

Ale, ale, w wypadzie do Hradec Kralove chodzi przede wszystkim o muzykę. A tej było pod dostatkiem.

Mam pytanie kontrolne do Was – jak Wam się podobają takie wideorelacje z wyjazdów? Są świetne, w porządku, czy beznadziejne i wolelibyście normalne/pisane posty? Dajcie znać, bo może tylko mnie się wydaje, że to coś ciekawego.

Co jakiś czas dostaję maile od czytelników spoza Małopolski z pytaniami o Kraków. Zresztą, od tych z miast ościennych, czy nawet już tu mieszkających, ale dopiero od niedawna też się zdarza. Najczęściej piszecie, że wpadacie tu na kilka dni i chcielibyście rekomendacje odnośnie miejsc wartych odwiedzenia. Zabytki, plenery, muzea, imprezownie, teatry, kawiarnie, knajpy z jedzeniem. Dziś zajmiemy się tymi ostatnimi, czyli lokalami, gdzie można dobrze i tanio zjeść w samym centrum.

Przygotowałem dla Was 4 restauracje zróżnicowane pod kątem kuchni i klimatu, w których możecie zjeść obiad w Krakowie do 20zł, mimo iż są w bezpośrednim sąsiedztwie Rynku Głównego.

 

Na królewicza – Gessler we Francuskim

Owiana legendami restauracja Adama Gesslera.

Gessler we Francuskim restauracja Kraków 2

Zlokalizowana 350 metrów od Rynku Głównego (ulica Pijarska 13), czyli jakieś 5 gryzów obwarzanka. Z zewnątrz wygląda średnio…

Gessler we Francuskim restauracja Kraków

…ale w środku dużo lepiej.

Można poczuć się nieco jak szlachta – przy wejściu wita Was szarmancki szatniarz, cała obsługa wygląda bardziej elegancko, niż przeciętny student na obronie magisterskiej, a przy podawaniu jedzenia skaczą wokół Was trzy osoby, dbając, by to co zaraz skonsumujecie było najlepszą kuchnią staropolską, jakiej mieliście okazję próbować. Dołóżcie do tego epokową zastawę i sztućce, i macie „Miłość na bogato”. Tylko 50 lat wcześniej i bez pomarańczy. Ale za to z klasą.

I to całkiem tanio, bo cały obiad dnia, czyli bułeczka/przystawka + zupa + drugie + kompot + deser kosztuje równo 20zł. Cena za owy espresso lunch obowiązuje od poniedziałku do piątku, od 12:00 do 16:00.

Gessler we Francuskim restauracja Kraków - espresso lunch

Gessler we Francuskim restauracja Kraków - espresso lunch 2

Gessler we Francuskim restauracja Kraków - espresso lunch 3

Co do samego jedzenia, to są to typowo polskie potrawy w bardzo dobrym wykonaniu. Zupy są pełne składników, mięsa kruche, a ziemniaczki tak ubite, że chyba nawet moja babcia tak dobrych nie robiła. Do kompotów można się przyczepić. Może trochę za rzadkie, fakt. Za to funkcjonuje niekończąca się dolewka i jeszcze nie zdarzyło mi się trafić na słaby deser. Fani napoleonek powinni być zachwyceni.

 

Na hipstera – Moaburger

Pierwsze nowozelandzkie burgery w Krakowie.

Moaburger - burgery Kraków

Nowe burgerownie pojawiają się w Grodzie Króla Kraka szybciej, niż blogi o oszczędzaniu po sukcesie Michała Szafrańskiego, ale mało która ma do zaoferowania coś więcej, niż czystą toaletę. Dlatego w tym wypadku lepiej wybrać sprawdzone rozwiązanie i wpaść do Moaburgera (ulica Mikołajska 3), który stacjonuje 40 metrów od Kościoła Mariackiego (to ten wysoki budynek na Rynku Głównym, z którego co godzinę wychyla się jakiś wariant grając na trąbce).

Moaburger - burgery Kraków 2

Wnętrze jest jasne i estetyczne, a zastąpienie indywidualnych stolików ławami sprzyja integracji. Co czasem bywa problemem, bo nie zawsze masz ochotę być częścią wszechświata i momentami chciałbyś po prostu w spokoju zjeść. A w Moa w godzinach obiadowych i w weekendy bywa tłoczno jak w pociągu na Woodstock, ale wynika to tylko i wyłącznie z tego, że mają naprawdę smaczne i dobre jakościowo jedzenie. Zresztą nie tylko jedzenie, bo napitki w postaci szejków też są przepyszne (cynamonowy zniewala kubki smakowe).

Moaburger - burgery Kraków 3

Moaburger - burgery Kraków 4

Tutaj, żeby zmieścić się w dwóch dychach musieliśmy trochę przyciąć liczbę pozycji w menu obiadowym. Konkretnie to do jednej – burgera.

Szama w Moa nie jest tania, bo każda kanapka oscyluje w granicach 20zł, ale zdecydowanie jest warta swojej ceny. Warzywa są świeże, mięso soczyste i nie przesmażone, sosy nie zabijają jego smaku, a bułka nie rozlatuje się po trzecim gryzie. Posmak każdego kęsa zostaje w ustach jeszcze długą chwilę po połknięciu i po spałaszowaniu takiego burgera jesteś równie najedzony, co po pochłonięciu całego obiadu w restauracji wcześniej. Jeśli nie bardziej.

[emaillocker]

Na normalsa – Smakołyki

Normalne, zróżnicowane, codzienne jedzenie.

restauracja Smakołyki Kraków

Smakołyki to miejsce, w którym zdecydowanie bywam najczęściej. Ma ogromne okna z parapetem wyłożonym poduchami, co sprawia, że w lokalu jest bardzo przyjemnie i siedzi się naprawdę wygodnie. Obsługa jest bardzo serdeczna, nigdy nie robi krzywych min i mają tam faktycznie działający internet. No i jedzenie.

restauracja Smakołyki Kraków 4

Które jest zaraz przy Plantach, 400 metrów od Rynku Głównego (ulica Straszewskiego 28).

restauracja Smakołyki Kraków 2

restauracja Smakołyki Kraków 3

Jedzenie jest z gatunku normalnego-nienudnego. Codziennie jest inny zestaw dnia, w skład którego wchodzi zupa, drugie danie i kompot. I kosztuje ledwo 16 złociszy. A mówiąc „nienudne” mam na myśli, że nie dają tam w kółko pierogi-schabowy-gołąbki-pierogi-mielony-gołąbki, tylko trochę mniej oczywiste rzeczy. W zasadzie, to chyba jeszcze nie trafiłem dwa razy na to samo drugie danie, a serwują tam takie rarytasy jak szynka pieczona z rozmarynem, naleśniki po bolońsku, tagliatelle z kurczakiem i cukinią, czy rolada ze schabu z pieczarkami i serem.

O ile w innych knajpach zdarzało się, że coś mi nie smakowało, tak tutaj jedyne czym nie byłem zachwycony, to zupa chrzanowa. Reszta bardzo pierwszoklasowa, zwłaszcza rosołek. Zresztą co do jakości potraw, to chyba najlepszą rekomendacją będzie fakt, że za każdym razem, gdy jest u mnie mama, zawsze chce żebyśmy tam zjedli. A moja mama zdecydowane nie należy do mało wybrednych osób, którym wszystko pasuje. Wręcz przeciwnie.

 

Na Włocha – Invito

Choć w sumie nie wiem, czy nie powinienem napisać „na Polaka”, bo pizza chyba niedługo wejdzie na listę naszych narodowych potraw.

pizzeria inVito Kraków 2

Ten lokal to dla mnie swego rodzaju fenomen. Jest bardzo tanio, bardzo smacznie i bardzo blisko (300 metrów od Rynku – ulica Świętego Tomasza 33), a rzadko kiedy zdarza się, żeby było zajęte więcej niż 5 stolików. Jak to możliwe?

pizzeria inVito Kraków

pizzeria inVito Kraków pizza promocja

W Invito jest turbo promocja, która zdobyła moje serce, portfel i podniebienie. Średnia capricciosa kosztuje 11zł. Słownie JEDENAŚCIE ZŁOTYCH! I jest lepsza, niż połowa placków na dowóz dostępnych na terenie Krakowa. Serio, nie ma grubego napompowanego ciasta, ma normalny ser, szynkę i pieczarki i jest dobrze wypieczona. Żeby nie było niedomówień, to nie jest ten poziom co Garden Pizza na Konopnickiej (najlepsza włoska pizza jaką w życiu jadłem), ale jest naprawdę dobra i nic jej nie można ująć.

Dokładając do tego sok, cały obiad wynosi Cię 16zł. No chyba, że bierzesz ją z kimś na pół (bo szczerze mówiąc, to jak na jedną osobę jest trochę za duża), wtedy jeszcze mniej. Oprócz tego masz też codziennie inny zestaw obiadowy składający się z zupy i drugiego, za 15zł, ale nigdy tego nie próbowałem. Pozostaję wierny pizzy.

 

Jeśli chodzi o obiady w okolicach starego miasta to wszystko, natomiast w kolejnych wpisach możecie spodziewać się innych miejsc, które warto odwiedzić będąc w Krakowie. Ze względu na fakt, że tego typu posty wymagają ode mnie wyjątkowo dużo pracy, mam prośbę, jeśli przydał Ci się ten tekst i dowiedziałeś się z niego czegoś, co Ci pomoże, puść go dalej. Niech innym osobom zainteresowanym tematem również się przyda. Dzięki!

autorem zdjęcia jest Klearchos Kapoutsis

[/emaillocker]