Close
Close

Jak ustalić wiek nowo poznanej osoby?

Skip to entry content

Często kiedy poznaję się z kimś nowym, na podstawie wyglądu daje mi od 3 do 6 lat mniej. Śmieszna sprawa, bo z kolei kiedy miałem 17 lat dawano mi 19 albo więcej. Cóż, najwyraźniej dobre geny, że niezależnie od faktycznego wieku wyglądam na dwudziestolatka. Mam zamiar tak pociągnąć do 40-tki. Nie mniej, ja też miewam problemy z ustaleniem wieku rozmówcy i bywa, że rąbnę się o kilka lat w górę. Rzadziej w dół. Nie jest to problem, który  przyprawia mnie o migotanie przedsionków, ale chwilę zastanawiałem się, czy jest jakiś sposób by ustalić wiek nowo poznanej osoby.

I wymyśliłem. I jest ich kilka i różnią się od siebie w zależności, czy masz do czynienia z mężczyzną, czy z kobietą.

 

Dziewczyny

W przypadku płci rodzącej, trochę musisz się naobserwować i najlepiej bazować na kilku przesłankach naraz, ale temat jest do ogarnięcia.

Uzębienie – bierzesz młotek, ewentualnie tłuczek do mięsa, i stukasz. Jeśli wylatują wszystkie od pierwszego uderzenia, nawet lekkiego, to znaczy, że są sztuczne i trafiłeś na 60+. Jeśli zaczynają się kruszyć i musisz uderzyć wielokrotnie, żeby się ich pozbyć, to dziewczyna, a w zasadzie dziewczynka, ma mleczaki. Około 9-go roku życia. Jeśli natomiast musisz się natłuc jakbyś młócił kartofle na puree ziemniaczane, to ma zęby stałe. Znaczy, że egzemplarz jest dojrzały, ale jeszcze nie przejrzały.

Brokat na policzkach – trzydziecha. Dociera do niej, że kurze łapki nie biorą się z pierzastych myśli i chce zagiąć rzeczywistość stylizując się na nastkę z „Galerianek”.

„Śmieszna” obudowa do telefonu – trzeci rok studiów albo blogerka modowa. Co w sumie wychodzi na jedno. Nie zdążyła pójść jeszcze do normalnej pracy, żeby dowiedzieć się, że to infantylne.

[emaillocker]

Rozmiar stanika – A i dwie pary skarpetek – 13 lat. A i jedna para skarpetek – 15 lat. B ze stelażem – 17 lat. C ze stelażem – 19 lat. C z push-upem – 30+ po karmieniu piersią.

Leginsy w panterkę – czterdziecha. Wyczaiła to przeglądając zeszłoroczne egzemplarze pisemek nastoletniej córki.

Pałeczki do sushi w torbie – 25 lat – niedawno przeprowadziła się do Warszawy i woli mieć je zawsze przy sobie. Tak na wszelki wypadek.

Dredy – jeśli jest ich kilka, są krótkie, a ubrania nie śmierdzą marihuaniną, ma 16 lat. Poniosło ją w wakacje po gimnazjum i starzy nie zdążyli jej jeszcze wyperswadować, że to przypał. Jeśli dredy są dłuższe, niż zwoje mózgowe, grube i widać między nimi resztki jedzenia, a ciuchy śmierdzą jak po tygodniu na Cannabis Cup, ma 35+. Starzy już nie zdążyli jej wyperswadować, że to przypał.

Glany – podobnie jak wyżej, tylko zamiast marihuaniny wstaw jabola, a za Cannabis Cup daj Jarocin.

Tampony – 15+.

Błona dziewicza – 15-.

Pitbull na dzwonku – balachara. Ile by nie miała lat, uciekaj!

 

Chłopaki

Z chłopakami jest trochę łatwiej, jeśli chodzi o ustalanie wieku. Wystarczy zapytać.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Andreas

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

55
Dodaj komentarz

avatar
31 Comment threads
24 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
36 Comment authors
dzikikucyknadiaDotMagdalena ŚpiewakDawid Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Guest
Gość
Guest

glany = dready. postarałeś się, nie ma co ;>

obciagnijmikotku
Gość
obciagnijmikotku

dredy to przypał, a glany wystarczy przypisać do podobnego schematu? no nieźle.

Jan Favre
Gość

Karolina Franieczek | Życie Me
Gość

Oj tam, oj tam, dziewczynę o wiek też można pytać. Normalne się nie obrażają. ;) Mi tam do tej pory nikt nie wierzy, jak odpowiadam, ile mam lat. Chociaż, w sumie może już twierdzą, że ze mnie taki mamut, którego trzeba pocieszać, że na swoje nie wygląda. Kto ich tam wie. :D

Ania Abakercja
Gość

ja się co prawda nie obrażam, ale każę zgadywać. nie wiem, co gorsze ;)

Karolina Franieczek | Życie Me
Gość

Przy zgadywaniu można się uśmiać. Często jest tak, że jak ktoś zgadywany wiek zbyt przestrzeli, to się zaczyna tłumaczyć, szuka komplementów na siłę, etc. Ubaw jest. :)

Ola
Gość

Ale żeś stereotypami pojechał ;-))) I nie mam brokatu na policzkach !!!!! ;-))

Jan Favre
Gość

Skończył się w papierniczym? ;)

Ola
Gość

Pfffff… ;-))

margaritum
Gość

Możesz jeszcze natknąć się na tytanowe implanty. Wtedy wiesz, że masz do czynienia z dobrze sytuowaną pięćdziesiątką. I musisz tylko uważać, żeby nie namierzył cię jej mąż, lokalny mafioso ;)

Jan Favre
Gość

Ooo, zapomniałem o implantach. Dzięki!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Poniedziałkowe, słoneczne popołudnie. Siedzę na ławce w Parku Jordana, wiatr wieje, kwiaty pachną i mam jeszcze ponad połowę baterii w netbooku. Żyć, nie umierać. A w zasadzie to pisać, nie przestawać. I tak też robię, do momentu, gdy w moją ławkę wjeżdża 4-latek. Odbił się od niej jak kauczuk i zaliczył lądowanie bez telemarku, ale o dziwo, nie skończyło się to spazmem zakłócającym fale radiowe. Na dobrą sprawę, to nawet nie powiedział „ała”. Wstał, poprawił koszulkę z Kubusiem Puchatkiem, podniósł rower dla krasnoludków i ruszył dalej. Twardziel.

Wtem, z sielskiej scenerii krzaków, krzewów i krzaków wyłania się postać o głowę wyższa ode mnie, a od szkraba o jakieś 9 głów. Postać przemieszcza się chłodnym, posuwistym ruchem Buki z „Muminków” i gdy znajduje się na wyciągnięcie ręki małego rowerzysty, wyciąga swoją i łapie go za bark.

– Maciusiu. Nie wjeżdżaj na trawę.

– Tata, tata, ale czemu?

– Bo po trawie nie da się jeździć.

– Tata, tata, ale ja potrafię.

– Nie. Nie potrafisz. Mówiłem ci przecież, że po trawie nie da się jeździć.

Bywa, że zachowuję się jak gość, który zjadł wszystkie rozumy, łącznie ze swoim, po czym przetrawił je, wypluł i uformował legitymację uprawniającą do nauczania innych jak mają żyć i zwracania im uwagi, ale nigdy jeszcze nie poniosło mnie na tyle, by podejść do kogoś i mówić mu jak ma wychowywać swoje dziecko. No bo, co ja niby o tym wiem? No nic. Absolutnie nic. Poza jedną rzeczą.

Dla takiego szkraba jesteś największym autorytetem na tej planecie. Największym.

Nieznającą granic w żadnym z wymiarów skarbnicą wiedzy. Mesjaszem niosącym prawdę objawioną, który zna się lepiej na życiu, niż Bob Budowniczy na budowaniu, Tygrysek na brykaniu, a Czarodziejka z księżyca na dobieraniu kozaków do miniówki. Jesteś wyrocznią. Jeśli coś mówisz, to szkrab uznaje, że tak jest, zapamiętuje i przenosi to w dorosłe życie. Dlatego, zanim coś powiesz, weź się zastanów, kurwa.

A jeśli chcesz mu powiedzieć, że czegoś się nie da, zastanów się trylion razy. Albo i więcej.

Od przedszkola ciągle słyszałem, że czegoś się nie da zrobić. Najpierw, że nie mogę połączyć drewnianych klocków razem z tymi z Lego w jedną budowlę, ani próbować pisać lewą ręką skoro jestem praworęczny. Potem, że niemożliwe jest, aby grać cały dzień w piłkę i mieć dobre oceny. Dalej, że nie da się być rysownikiem bez szkoły plastycznej, lekarzem bez rodziców w szpitalu i aktorem bez znajomości w Warszawie. W liceum natomiast dowiedziałem się, że nie da się żyć z robienia muzyki i trzeba mieć normalną pracę.

Odkąd zacząłem raczkować, ciągle słyszałem od dorosłych, że czegoś nie potrafię albo nie mogę zrobić. I najczęściej wierzyłem im.

Tyle razy nie sprawdzałem, czy to prawda, czy tylko takie gadanie. Nie podejmowałem próby. Wierzyłem im na słowo. Tak jak ten szkrab z Parku Jordana, który uwierzył ojcu, że nie da się jeździć po trawie. A każdy z nas wie, że to możliwe i całkiem wykonalne. Może trudniejsze, niż jazda po betonie, czy ubitej ziemi, ale tylko trochę. I kiedy tak słuchałem ich rozmowy, nagle mnie olśniło – ile rzeczy, które zawsze chciałem zrobić jest wykonalnych, tylko nigdy nie zweryfikowałem tego empirycznie? Ile jest pomysłów, które DA SIĘ ZREALIZOWAĆ, a ja o tym nie wiem, tylko dlatego, że nie zakwestionowałem czyjegoś pierdolenia, że się nie da?

Od dzisiaj każde „nie da się”, „nie potrafisz” i „nie możesz” sprawdzam samemu. Po trawie da się jeździć rowerem.

autorem zdjęcia jest Arielle Nadel

Bez pracy nie ma kołaczy, bez imprez pozwów rozwodowych, a bez jedzenia nowych wpisów. To ostatnie wziąłem sobie bardzo do serca i będąc w Pradze starałem się zjeść tyle, na ile karta pamięci w telefonie pozwalała. Niby do Czech jest na tak blisko, że ich kuchnia nie powinna się jakoś specjalnie różnić od naszej, ale mimo to wszmałem kilka kąsków, których u nas nie tak łatwo znaleźć. A przynajmniej nie na każdym rogu ulicy, jak choćby taki…

 

Ser w bułce

Jednym ze sztandarowych dań Czechów jest smażony panierowany ser hermelin. Na co dzień funkcjonuje jako „normalne” danie knajpiano-obiadowe, ale stało się na tyle popularne, że zaadoptowały je także uliczne budy.

Fastfood - Praga 2 - smażony ser w bułce

Fastfood - Praga - smażony ser w bułce

I sieciowe fastfoody, bo jak widzicie poniżej, w McDonald’sie też można je dostać. Występuje tam pod nazwą McSmazak. Czekam na edycję polską pod hasłem „McStrażak” albo „YesSer”. Przyjęłaby się.

 

Fastfood - Praga - McSmazak

Co do walorów artystyczno-smakowych, to wersja „ser + buła” nie wprawia w osłupienie, ale jest całkiem znośna. I na pewno lepsza niż pseudo-burger, czy kebab z kurczaka. Miła odmiana.

Z ulicznego żarcia moją uwagę zwróciły też…

 

Budki z kiełbasami

W Krakowie jest nieśmiertelna i kultowa niebieska Nyska z kiełbami pod Halą Targową, ale w innych częściach miasta nie ma tego typu żarła. Nie mówiąc już o popularyzacji w innych miastach. W Pradze co rusz jest jakiś wózek albo wnęka z kiełbasami. I w odróżnieniu od Berlina, nie jest to curry wurst, tylko czosnkowa, paprykowa, zwykła albo biała kiełbasa z kiszoną kapustą.

Fastfood - Praga - kiełbasa

Jako, że jestem miłośnikiem białej kiełbasy, to bardzo podpasowała mi w tym wydaniu z majonezem (niestety niewidoczna na zdjęciu, bo znikła w czeluściach przełyku, zanim zdążyłem zrobić zdjęcie). Nie jest to najzdrowsze jedzenie, ale jak na szybką szamę bardzo sensowne, bo o wiele lepiej zabija głód, niż frytki. Czy hot-dog.

Z ciekawostek przyrodniczych, to będąc w Pradze jakimś cudem nie zaobserwowałem ani jednej kebabiarni. Albo nie lubią się z Turkami albo psy im się skończyły, bo tych też za bardzo nie było widać. Ale to tyle o ulicznym żarciu. Przejdźmy teraz do knajp, które polecaliście, a konkretnie do…

 

Pivovarsky Dum

Najlepsza z restauracji, które odwiedziliśmy. Miła obsługa, czysto i jasne nie-tak-bardzo-barowe wnętrze. I ceny też przyzwoite.

Pivovarsky Dum - Praga 2

Pivovarsky Dum - Praga 3 - ciemne piwo

W Czechach ciemne piwo jest obecne lokalach na równi z jasnym, co mnie bardzo cieszy, bo lubię je sobie trzasnąć co jakiś czas dla odmiany.

 

Pivovarsky Dum - Praga 3 - smażony ser

A tu panierowany smażony hermelin w wersji klasycznej, czyli na talerzu z kapustą i frytkami. Mięciutki, sycący, ciągnący się i nie za bardzo przypieczony. No i zdecydowanie lepszy, niż ten w bułce. Zresztą, czy może być adekwatniejsze połączenie, niż frytki i ser?

 

Pivovarsky Dum - Praga 3 - zupa czosnkowa

I tradycyjna czeska zupa czosnkowa. Nie wiem czemu jest taka ciemna szczerze mówiąc, ale jest w niej tyle czocha, że po spożyciu padają wszystkie wampiry w promieniu kilometra. Ale, żeby nie było, je się ze smakiem. I nawet grzanki tak szybko nie rozmakają na papkę.

Dobra, zaczęliśmy od najlepszej knajpy, to teraz będziemy schodzić w dół. Ale nie aż tak drastycznie. Na drugi ogień idzie jeden z najpopularniejszych lokali, czyli…

 

U Medvidku

Z zewnątrz wygląda dużo lepiej, niż w środku, a obsługa ma Cię głęboko w dupie. Na tyle głęboko, że jest obrażona, gdy musi do Ciebie podejść. Piwo przynosi w brudnym kuflu, lejąc nim po podłodze i sama zaokrągla rachunek w górę przy płaceniu. Spoko, co?

Restauracja U Medvidku - Praga

Restauracja U Medvidku - Praga 2

Restauracja U Medvidku - Praga 3

Restauracja U Medvidku - Praga - topinky z piwnym serem

Ten chleb dla konia, to topinky z tak zwanym „pivnim syrem”, który wygląda raczej jak gałki lodów waniliowych, niż ser. Albo pasta. Tak, czy inaczej, jest wyborny i świetnie sprawdza się jako przystawka, ale jak przypadkiem spadnie Ci na dłonie to nie zejdzie. Z 10 minut szorowałem mydłem, a i tak jego zapach utrzymywał się do końca dnia. No nic, ważne, że był dobry.

 

Restauracja U Medvidku - Praga - knedliki z kapustą i mięsem

To kolejne z typowych dań – knedle nadziewane wieprzowiną, podawane z kapustą. Całkiem pokrzepiające, mimo że jest ich mało. I smaczne. Choć byłyby lepsze, gdyby na stół wjechały ciepłe.

 

Restauracja U Medvidku - Praga 4

I zagadka dnia przy podawaniu rachunku. Biorąc pod uwagę, że jadłeś z trójką znajomych i każdy, poza piwem, zamawiał co innego, oszacuj ile masz zapłacić. Proste?

Jako lokal trzeciego sortu leci…

 

V Cipu

Czyli restauracja, z której cieszyłem się najmniej. Nie będę się nad nią pastwił, bo jest najtańsza, niemal przy samym Placu Wacława i jedzenie podają wyjątkowo szybko, ale nie polecam.

Restauracja V Cipu - Praga

Restauracja V Cipu - Praga 2

Restauracja V Cipu - Praga - naleśniki z lodami

Powiem tylko, że jedyna godna polecenia szama, to naleśnik z lodami. Naprawdę pyszny i jeśli już koniecznie coś chcecie zamówić w tej knajpie, to właśnie to. Lekki, nieprzesłodzony i rozpływa się w ustach. Za to cała reszta zasługuje na spuszczenie zasłony milczenia.

Ze słodkości, próbowałem też rzadko spotykanego ciasta, jakim są…

 

Trdelniki

Jadalne ludziki Michelin robi się z walcowanego ciasta, owijanego wokół kija, a następnie grillowanego i posypanego cukrem wymieszanym z orzechami i cynamonem. Środek wypełnia się czekoladą, wanilią albo jakąś inną polewą. O ile tylko dostaniecie świeże i miękkie trdelniki (i sprzedawca nie wciska Wam ciemnoty, że jeśli są twarde jak skała, to tak ma własnie być), to są naprawdę pyszne.

trdelnik - Praga

trdelnik - Praga 2

Czasem bywa, że polewa ze środka ląduje na koszulce, spodniach i butach, ale cóż, taka jest cena tego deseru.

Na koniec coś delikatnego do picia. Coś co tygryski lubią najbardziej, czyli…

 

Napój kokosowy

Nie jest to typowo czeski napój, bo producentem jest Korea Południowa, ale nie widziałem go wcześniej nigdzie indziej, a jest oszołamiający. Pomijam, że jestem fanatykiem kokosów (i ananasów), ale pływa w nim coś a la miąższ. Takie okrągłe, mięsiste kawałki kokosa, które sprawiają, że pijąc go „dzień po”, czujesz się jak młody bóg. Orzeźwia porównywalnie z prysznicem i ożywia bardziej, niż pozytywny wynik testu ciążowego.

Fastfood - Praga - sok kokosowy

Ktoś wie, czy da się to kupić w Polsce?

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!