Close
Close

Jedz jabłka. Szkoda, że tylko na złość Putinowi

Skip to entry content
jedz jabłka na złośc putinowi
autorem zdjęcia jest Samantha Nason

Od kilku dni trwa akcja „#jedzjabłka”. W twitterowym skrócie chodzi o to, że Władimir Putin obraził się o to, że wsparliśmy Ukrainę i żeby nas ukarać chce nałożyć embargo na import polskich jabłek. Jakiś tam poseł policzył, że w wyniku sankcji w kraju zostanie 300-500 tys. ton jabłek. Które normalnie zostałyby sprzedane. I byłby z nich hajsik dla naszych producentów. W związku z tym, Grzegorz Nawacki (wicenaczelny „Pulsu Biznesu”) zaapelował, żeby zjeść jabłka, które zostały w kraju (lub wypić w postaci cydru), niwelując tym samym spory spadek sprzedaży.

Na złość Putinowi.

I co? I ludzie się rzucili i jedzą. Po Fejsie lecą zdjęcia i memy, po Twitterze hasztagi, po portalach artykuły, po naTemat przedruki z blogów i, z tego co dowiedziałem się od pań z warzywniaków na Nowym Kleparzu, ze sklepów jabłka. Działa. Super, rewelacja i jaranko w opór za to pospolite ruszenie. Jak chcemy, to potrafimy. Sadownicy znów zaczynają sypiać bez łykania benzodiazepinów, a minister spraw zagranicznych może wrócić do układania pasjansa na posiedzeniach sejmu. Ale jest jedno duże „ale”.

To nie dzieje się po to, żeby wesprzeć polskich przedsiębiorców. To dzieje się po to, żeby dopiec Putinowi.

Jesteśmy jakoś tak dziwnie pokręceni, że gdy jest dobrze mamy się gdzieś. I to nie gdzieś w okolicach Acapulco, a gdzieś w okolicach zakończenia jelita grubego. W sensie w dupie. Potrafimy jednoczyć się tylko w kryzysie i najlepiej wtedy, gdy mamy wspólnego wroga. Bo gdy jest jakiś problem po prostu – zamykają szpitale, likwidują domy dziecka, zwiększają wiek emerytalny – to poza głównymi zainteresowanymi i wąską grupką wokół nich, reszta olewa temat. Ale gdy mamy jakiegoś agresora, którego trzeba zbić linijką po łapkach, wtedy nikną podziały i wewnętrzne animozje.

I w przypadku afery jabłkowej jest tak samo. Mogę założyć się o cysternę cydru, że gdyby polscy sadownicy nie mogli sprzedać jabłek bez działania zewnętrznego wroga, temat przeszedłby bez echa. Bo wielokrotnie działo się tak wcześniej z płodami rolnymi. A na bieżąco można odnieść to do książek, których – w skali całego kraju – nikt nie kupuje. Może gdyby Władimir zakazał w Rosji importu polskiej literatury, nagle każdy zbiór opowiadań Sławomira Shutego byłby bestsellerem?

To przykre, że jako społeczeństwo potrafimy zmobilizować się do działania tylko na przekór czemuś.

(niżej jest kolejny tekst)

29
Dodaj komentarz

avatar
16 Comment threads
13 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
19 Comment authors
AnaVenegoorMjichał ZetAgnieszka PolakAleksandra Muszyńska Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Agnieszka Zelek
Gość
Agnieszka Zelek

Trochę mi to zalatuje malkontenctwem. Poza tym, to pijarowcy, a nie społeczeństwo wymyślili, że przewodnim hasłem dla jedzenia jabłek ma być „na złość Putinowi”. Zresztą -dokładając do tego cały kontekst polityczny i nastroje społeczne, to całkiem nieźle wymyślili, bo społeczeństwo nie zmobilizowało się dlatego, że Putin wypiął się na nasze owoce (nikogo to w sumie nie obchodzi), ale dlatego, że na naszych oczach rozpętał nam wojenkę za wschodnią granicą, przyczynił się do śmierci setek ludzi i generalnie „winter is coming” nawet nie ćwierć wieku po zakończeniu ostatniej. Gdybyśmy w ten „przykry” sposób, nie jednoczyli się jako społeczeństwo, to może dzisiaj… Czytaj więcej »

Blog Ojciec
Gość

To nie jest żadna „polaczkowatość”. Nawet elfy i krasnoludy we Władcy Pierścieni zjednoczyły się dopiero, gdy miały wspólnego wroga.

Jan Favre
Gość

Tyle, że to były 2 odrębne nacje/gatunki, więc nie jest to analogiczna sytuacja.

Blog Ojciec
Gość

A Gondor i Rohan? :)

lol
Gość
lol

to przede wszystkim jest ksiazka debilu

Blog Ojciec
Gość

No way! :)

Jan Favre
Gość

A Batman i Robin?

Guest
Gość
Guest

Moim zdaniem

Króliczek Doświadczalny
Gość

Moim też.

MalWieclaw
Gość

Moim zdaniem każda okazja jest dobra, żeby zjeść smaczne jabłko :) W moim przypadku akutrat nie jest to przelotna „moda”, chociaż podejrzewam, że wiele osób po wyciszeniu #jedzjablka o nich zapomni.

Justek aka cacko_z_dziurką
Gość
Justek aka cacko_z_dziurką

Nie lubię jabłek. Wolę czekoladę. Na zdrowie.

Aurora
Gość

:D :D :D

Ruszyła przedsprzedaż mojej nowej powieści!

Skip to entry content

Mija właśnie 7 lat odkąd założyłem bloga i rok odkąd wydałem własną powieść. Jaram się, że w tak piękną rocznicę, mogę Ci powiedzieć, że właśnie oddałem do druku nową książkę!

Przy pierwszej powieści musiałem udowodnić, że potrafię napisać coś dłuższego niż felieton do sieci na 6 000 znaków. „Lunatycy” mieli ich aż 610 000. Przy drugiej, że mam do opowiedzenia więcej niż jedną historię. „To tylko seks” przedstawiania losy 7 bohaterów – 3 mężczyzn i 4 kobiet.

Czego możesz się spodziewać po tej książce? Zapisu doby wyrwanej bez znieczulenia z życia Krakowa.

Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów. Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy? Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Jeśli brzmi intrygująco i chcesz poznać więcej szczegółów, to zapraszam na www.ToTylko.pl – w ramach przedsprzedaży cena jest niższa o 9,90zł (koszt wysyłki kurierem), a każdy zamówiony egzemplarz zostanie opatrzony moim podpisem (oczywiście, jeśli ktoś życzy sobie bez, to również do zrobienia).

Beng!

14 rzeczy, które powinieneś wiedzieć o sieci rowerów KMK Bike

Skip to entry content

Jestem dużym entuzjastą rowerów i uważam je za najlepszą formę transportu miejskiego. Jak już kiedyś pisałem, w tekście propagującym pedałowanie, zanim zdążyłem przywieźć do Krakowa komputer, miałem już tu rower. Dlatego, gdy w Mieście Królów powstała bezobsługowa wypożyczalnia jednośladów – KMK Bike – byłem bardzo podjarany.

Niestety jej pierwsza wersja była totalnie niefunkcjonalna i korzystali z niej tylko radykalni zapaleńcy, nie mający świadomości na co się piszą. Sieć przechodziła kolejne etapy ewolucji, a ja w międzyczasie miałem okazję korzystać z podobnej w Paryżu. I zobaczyć jak to powinno wyglądać. Osobom pracującym przy rozwoju tej krakowskiej niestety nie chciało się zajrzeć za granicę, ale i tak jest lepiej niż wcześniej.

Poniżej 14 najistotniejszych rzeczy, które powinieneś wiedzieć, na temat korzystania z KMK Bike.

 

1. Trudna rejestracja

To pierwsze i zarazem największe utrudnienie przy korzystaniu z sieci rowerów. Nie możesz zarejestrować się w 3 minuty bezpośrednio na stacji, tak jak jest to rozwiązane we Francji. Nie. Musisz założyć konto przez internet, wpłacić na nie 10zł i czekać. Czekać, aż wpłata zostanie zaksięgowana przez wypożyczalnię. Ktoś kto mieszka w Krakowie może i jeszcze to przeboleje, ale w przypadku turystów, którzy wpadają tu na 2-3 dni, a nie daj boże w weekend, to już jest porażka.

Zupełnie niefunkcjonalne.

 

2. Brak opłaty za korzystanie w wyznaczonym limicie czasowym

To najmocniejszy plus całej inicjatywy. Nie ma żadnego abonamentu miesięcznego, tygodniowego, ani opłaty dziennej czy startowej. Jeśli tylko przy jednorazowej jeździe trzymasz się limitu czasowego wyznaczonego przez wypożyczalnię, to możesz to robić całkowicie za friko. Tak, możesz korzystać z rowerów zupełnie za darmo.

 

3. Tylko 20 minut darmowej jazdy

To odnośnie tego limitu czasowego. Cóż, możesz jeździć bezpłatnie tylko przez 20 minut. Dziwi mnie, że tylko tyle bo podobne sieci w innych częściach Europy mają standardowo 30 minut. Może uznali, że Kraków jest mały to tyle wystarczy. Nie wiem. Co prawda, po tym czasie nie ma żadnych przeszkód, żebyś oddał rower do stacji i natychmiast znów go wypożyczył, ale to już jest mocno kłopotliwe z kilku powodów.

 

4. Stacje tylko w pobliżu centrum Krakowa

Wypożyczalnia rowerów miejskich w Krakowie KMK Bike (11)

Jeśli chciałbyś zapuścić się na Nową Hutę, czy, w przypływie letniej niepoczytalności, na Ruczaj, to oczywiście możesz to zrobić, ale jest jedno duże „ale”. Nie znajdziesz stacji, żeby odstawić rower. Bo ich tam nie.

 

5. Duża odległość między stacjami

W Paryżu to wygląda tak, że wypożyczasz rower, wsiadasz, jedziesz dokąd masz potrzebę, zsiadasz i zawsze za rogiem znajdzie się jakiś punkt, w którym możesz zostawić sprzęt. U nas jest tak, że wypożyczasz rower, wsiadasz, jedziesz dokąd masz potrzebę i przez  20 minut szukasz stacji, po czym przez kolejne 20 drepczesz do miejsca, w którym chciałeś się znaleźć. Punktów KMK Bike jest zdecydowanie za mało.

 

6. Brak stacji pod Galerią Krakowską

To zasadniczo tak duża wada jak utrudnienie przy rejestracji i bardzo skutecznie zniechęca do korzystania z wypożyczalni. Jak można nie zrobić punktu w takiej lokalizacji? Przecież tu dziennie przewijają się dziesiątki tysięcy ludzi i to najczęstsze miejsce spotkań w tym mieście, na równi z Bagatelą i Mariackim. Słabo razy milion!

 

7. Niewielkie opłaty po przekroczeniu 20 minut

Wyżej wymienione kwestie sprawiają, że nie trudno przekroczyć ten limit, zwłaszcza jeśli pierwszy raz jedziesz daną trasą i jeszcze nie znasz rozkładu stacji na pamięć. Na szczęście, jeśli zdarzy Ci się przeholować, to nie ma tragedii. Opłata za kolejne 40 minut to 2zł, za drugą i trzecią godzinę to 3zł, a za czwartą i każdą następną 4zł (właśnie po to była ta wpłata 10zł przy rejestracji). Do przeżycia.

 

8. Przy każdym wypożyczaniu i zwracaniu dostajesz smsa z potwierdzeniem

Wypożyczalnia rowerów miejskich w Krakowie KMK Bike (3)

To jest mega opcja i to jedyny aspekt, w którym KMK Bike przebija Veliby.

W momencie, gdy wypożyczasz jednoślad, dostajesz smsa z numerem Twojego roweru i szyfrem do zapięcia, które jest przy nim. To zapięcie, to na wypadek, gdybyś chciał skoczyć po mielonkę i przypiąć rower pod sklepem. Albo po pasztet. Gdy zwracasz sprzęt dostajesz esa potwierdzającego, że system zanotował zwrot i informację o ewentualnym koszcie za przekroczenie bezpłatnego limitu. To bardzo sensowne i wygodne i daje gwarancję, że wszystko jest w porządku i nagle nie okaże się, że naliczyli Ci kilka baniek za uprowadzenie sprzetu.

 

9. Mało rowerów na stacjach w głównych punktach

Wypożyczalnia rowerów miejskich w Krakowie KMK Bike (1)

Przez co jak się napalisz, że jest ładna pogoda i poniesie Cię fantazja, żeby po obiedzie na rynku przejechać się na lemoniadę na Kazimierz, możesz boleśnie zderzyć się z rzeczywistością. Stacje, nawet te w okolicach starego miasta, są małe (średnio po 10 stanowisk) i rowerów na nich też jest mało (pod Bagatelą nie widziałem nigdy więcej niż 5).

 

10. Dużo uszkodzonych rowerów

Nawet, gdy znajdziesz sobie stacyjkę, gdzie tych rowerów jest 8 (łouł, zacznij grać w Lotto z takim fartem!) i to tak najczęściej połowa z nich nie działa. A to łańcuch zerwany, a to pedały zablokowane, a to dętki przebite. Ewentualnie trafisz na stary niebieski model, z gównianym małym koszyczkiem, do którego nic się nie mieści.

 

11. Wygodnie się jeździ

Jeśli już trafisz na punkt gdzie są rowery, w dodatku działają i są z nowej linii, no to prawie jakbyś zaklepał sobie miejsce na Powązkach. Jest bardzo wygodnie. Masz 3 przerzutki w zależności czy jedziesz po prostym, pod górkę, czy z górki, hamulce hamują jak trza, do koszyczka zapakujesz siaty z Biedry i siodełko jest mięciutkie. Naprawdę w porządku, nie ma do czego się przyczepić.

 

12. Nie da się wypożyczyć roweru bez logowania

Za każdy razem musisz wklepać swój numer, pin i numer roweru. Nie jest to jakiś wielki problem, ale mając w pamięci rozwiązanie zastosowane dla stałych użytkowników Velibów – gdzie tylko podchodzisz z kartą do roweru i z miejsca go bierzesz – ma się poczucie, że dałoby się to zrobić wygodniej/szybciej/lepiej.

 

13. Można wypożyczyć 4 rowery na raz

Również bez dodatkowy opłat, na standardowych zasadach. To jest świetne, gdy wpadają do Ciebie znajomi z innego miasta. Zwłaszcza, gdy uciekł Wam nocny, a chcecie pocisnąć na melanż. Albo wrócić z niego. Tyle, że znaleźć 4 sprawne rowery na jednej stacji, to jak spotkać 2 dziewice w jednym klubie. Rzadko się zdarza.

 

14. Czy warto?

Wypożyczalnia rowerów miejskich w Krakowie KMK Bike (10)

KMK Bike nie ma racji bytu, jako normalny, stały środek transportu. Przez małą ilość stacji, w dodatku daleko od siebie rozrzuconych, swobodne przemieszczanie się po mieście jest bardzo trudne. Biorąc jednak pod uwagę, że korzystanie z wypożyczalni jest zupełnie darmowe (o ile mieścimy się w 20 minutach), to jest to dobre uzupełnienie tramwajów i autobusów. Oraz niezła opcja awaryjna/koło ratunkowe, gdy coś nam ucieknie albo nasz własny rower nawali.

I tak to trzeba traktować – jako plan b.

Z Audioriver jest trochę podobna historia jak z Hip-Hop Kempem, też zbierałem się kilka lat zanim w końcu pojechałem na festiwal. Zawsze coś stawało na drodze, zazwyczaj ze skrajności w skrajność – albo za mało kasy albo za dużo pracy. W tym roku w zasadzie z dnia na dzień stwierdziłem, że jadę, wydzwoniłem znajomych i ruszyliśmy do Płocka.

Nawet jeśli nie jarasz się muzyką elektroniczną, to warto umieścić Audioriver w swoich planach wakacyjnych ze względu lokalizację festiwalu. Jezioro, plaża i masa terenów zielonych tworzą niepowtarzalny klimat i dają poczuć, że jesteś daleko, daleko poza miastem. Choć do centrum jest jakieś 20 minut z buta.

Nie wiem na ile wideo z relacją to oddaje, ale było bardzo przyzwoicie. Napisałbym, że pierwszoklasowo, gdyby nie fakt, że impreza trwała tylko 2 dni. Za krótko! Jak ktoś był niech da znaka w komentarzach. A jak nie, to chętnie przyjmuję sugestię na jaki festiwal jeszcze warto wybrać się w tym roku. Poza Kempem oczywiście.