Close
Close

Co jakiś czas dostaję maile od czytelników spoza Małopolski z pytaniami o Kraków. Zresztą, od tych z miast ościennych, czy nawet już tu mieszkających, ale dopiero od niedawna też się zdarza. Najczęściej piszecie, że wpadacie tu na kilka dni i chcielibyście rekomendacje odnośnie miejsc wartych odwiedzenia. Zabytki, plenery, muzea, imprezownie, teatry, kawiarnie, knajpy z jedzeniem. Dziś zajmiemy się tymi ostatnimi, czyli lokalami, gdzie można dobrze i tanio zjeść w samym centrum.

Przygotowałem dla Was 4 restauracje zróżnicowane pod kątem kuchni i klimatu, w których możecie zjeść obiad w Krakowie do 20zł, mimo iż są w bezpośrednim sąsiedztwie Rynku Głównego.

 

Na królewicza – Gessler we Francuskim

Owiana legendami restauracja Adama Gesslera.

Gessler we Francuskim restauracja Kraków 2

Zlokalizowana 350 metrów od Rynku Głównego (ulica Pijarska 13), czyli jakieś 5 gryzów obwarzanka. Z zewnątrz wygląda średnio…

Gessler we Francuskim restauracja Kraków

…ale w środku dużo lepiej.

Można poczuć się nieco jak szlachta – przy wejściu wita Was szarmancki szatniarz, cała obsługa wygląda bardziej elegancko, niż przeciętny student na obronie magisterskiej, a przy podawaniu jedzenia skaczą wokół Was trzy osoby, dbając, by to co zaraz skonsumujecie było najlepszą kuchnią staropolską, jakiej mieliście okazję próbować. Dołóżcie do tego epokową zastawę i sztućce, i macie „Miłość na bogato”. Tylko 50 lat wcześniej i bez pomarańczy. Ale za to z klasą.

I to całkiem tanio, bo cały obiad dnia, czyli bułeczka/przystawka + zupa + drugie + kompot + deser kosztuje równo 20zł. Cena za owy espresso lunch obowiązuje od poniedziałku do piątku, od 12:00 do 16:00.

Gessler we Francuskim restauracja Kraków - espresso lunch

Gessler we Francuskim restauracja Kraków - espresso lunch 2

Gessler we Francuskim restauracja Kraków - espresso lunch 3

Co do samego jedzenia, to są to typowo polskie potrawy w bardzo dobrym wykonaniu. Zupy są pełne składników, mięsa kruche, a ziemniaczki tak ubite, że chyba nawet moja babcia tak dobrych nie robiła. Do kompotów można się przyczepić. Może trochę za rzadkie, fakt. Za to funkcjonuje niekończąca się dolewka i jeszcze nie zdarzyło mi się trafić na słaby deser. Fani napoleonek powinni być zachwyceni.

 

Na hipstera – Moaburger

Pierwsze nowozelandzkie burgery w Krakowie.

Moaburger - burgery Kraków

Nowe burgerownie pojawiają się w Grodzie Króla Kraka szybciej, niż blogi o oszczędzaniu po sukcesie Michała Szafrańskiego, ale mało która ma do zaoferowania coś więcej, niż czystą toaletę. Dlatego w tym wypadku lepiej wybrać sprawdzone rozwiązanie i wpaść do Moaburgera (ulica Mikołajska 3), który stacjonuje 40 metrów od Kościoła Mariackiego (to ten wysoki budynek na Rynku Głównym, z którego co godzinę wychyla się jakiś wariant grając na trąbce).

Moaburger - burgery Kraków 2

Wnętrze jest jasne i estetyczne, a zastąpienie indywidualnych stolików ławami sprzyja integracji. Co czasem bywa problemem, bo nie zawsze masz ochotę być częścią wszechświata i momentami chciałbyś po prostu w spokoju zjeść. A w Moa w godzinach obiadowych i w weekendy bywa tłoczno jak w pociągu na Woodstock, ale wynika to tylko i wyłącznie z tego, że mają naprawdę smaczne i dobre jakościowo jedzenie. Zresztą nie tylko jedzenie, bo napitki w postaci szejków też są przepyszne (cynamonowy zniewala kubki smakowe).

Moaburger - burgery Kraków 3

Moaburger - burgery Kraków 4

Tutaj, żeby zmieścić się w dwóch dychach musieliśmy trochę przyciąć liczbę pozycji w menu obiadowym. Konkretnie to do jednej – burgera.

Szama w Moa nie jest tania, bo każda kanapka oscyluje w granicach 20zł, ale zdecydowanie jest warta swojej ceny. Warzywa są świeże, mięso soczyste i nie przesmażone, sosy nie zabijają jego smaku, a bułka nie rozlatuje się po trzecim gryzie. Posmak każdego kęsa zostaje w ustach jeszcze długą chwilę po połknięciu i po spałaszowaniu takiego burgera jesteś równie najedzony, co po pochłonięciu całego obiadu w restauracji wcześniej. Jeśli nie bardziej.

 

Na normalsa – Smakołyki

Normalne, zróżnicowane, codzienne jedzenie.

restauracja Smakołyki Kraków

Smakołyki to miejsce, w którym zdecydowanie bywam najczęściej. Ma ogromne okna z parapetem wyłożonym poduchami, co sprawia, że w lokalu jest bardzo przyjemnie i siedzi się naprawdę wygodnie. Obsługa jest bardzo serdeczna, nigdy nie robi krzywych min i mają tam faktycznie działający internet. No i jedzenie.

restauracja Smakołyki Kraków 4

Które jest zaraz przy Plantach, 400 metrów od Rynku Głównego (ulica Straszewskiego 28).

restauracja Smakołyki Kraków 2

restauracja Smakołyki Kraków 3

Jedzenie jest z gatunku normalnego-nienudnego. Codziennie jest inny zestaw dnia, w skład którego wchodzi zupa, drugie danie i kompot. I kosztuje ledwo 16 złociszy. A mówiąc „nienudne” mam na myśli, że nie dają tam w kółko pierogi-schabowy-gołąbki-pierogi-mielony-gołąbki, tylko trochę mniej oczywiste rzeczy. W zasadzie, to chyba jeszcze nie trafiłem dwa razy na to samo drugie danie, a serwują tam takie rarytasy jak szynka pieczona z rozmarynem, naleśniki po bolońsku, tagliatelle z kurczakiem i cukinią, czy rolada ze schabu z pieczarkami i serem.

O ile w innych knajpach zdarzało się, że coś mi nie smakowało, tak tutaj jedyne czym nie byłem zachwycony, to zupa chrzanowa. Reszta bardzo pierwszoklasowa, zwłaszcza rosołek. Zresztą co do jakości potraw, to chyba najlepszą rekomendacją będzie fakt, że za każdym razem, gdy jest u mnie mama, zawsze chce żebyśmy tam zjedli. A moja mama zdecydowane nie należy do mało wybrednych osób, którym wszystko pasuje. Wręcz przeciwnie.

 

Na Włocha – Invito

Choć w sumie nie wiem, czy nie powinienem napisać „na Polaka”, bo pizza chyba niedługo wejdzie na listę naszych narodowych potraw.

pizzeria inVito Kraków 2

Ten lokal to dla mnie swego rodzaju fenomen. Jest bardzo tanio, bardzo smacznie i bardzo blisko (300 metrów od Rynku – ulica Świętego Tomasza 33), a rzadko kiedy zdarza się, żeby było zajęte więcej niż 5 stolików. Jak to możliwe?

pizzeria inVito Kraków

pizzeria inVito Kraków pizza promocja

W Invito jest turbo promocja, która zdobyła moje serce, portfel i podniebienie. Średnia capricciosa kosztuje 11zł. Słownie JEDENAŚCIE ZŁOTYCH! I jest lepsza, niż połowa placków na dowóz dostępnych na terenie Krakowa. Serio, nie ma grubego napompowanego ciasta, ma normalny ser, szynkę i pieczarki i jest dobrze wypieczona. Żeby nie było niedomówień, to nie jest ten poziom co Garden Pizza na Konopnickiej (najlepsza włoska pizza jaką w życiu jadłem), ale jest naprawdę dobra i nic jej nie można ująć.

Dokładając do tego sok, cały obiad wynosi Cię 16zł. No chyba, że bierzesz ją z kimś na pół (bo szczerze mówiąc, to jak na jedną osobę jest trochę za duża), wtedy jeszcze mniej. Oprócz tego masz też codziennie inny zestaw obiadowy składający się z zupy i drugiego, za 15zł, ale nigdy tego nie próbowałem. Pozostaję wierny pizzy.

 

Jeśli chodzi o obiady w okolicach starego miasta to wszystko, natomiast w kolejnych wpisach możecie spodziewać się innych miejsc, które warto odwiedzić będąc w Krakowie. Ze względu na fakt, że tego typu posty wymagają ode mnie wyjątkowo dużo pracy, mam prośbę, jeśli przydał Ci się ten tekst i dowiedziałeś się z niego czegoś, co Ci pomoże, puść go dalej. Niech innym osobom zainteresowanym tematem również się przyda. Dzięki!

autorem zdjęcia jest Klearchos Kapoutsis

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Darek Zalweski

    Nigdy nie byłem w restauracji
    Ganesh, ale catering nam stąd zamawiają i naprawdę muszę
    przyznać, że jedzenie jest dobre. Raczej jestem tradycjonalistą w
    sprawach kulinarnych, ale te ich indyjskie lunche są dobre, smakują
    mi. Na pewno się kiedyś do nich do lokalu przejdę.

  • Przydałoby sie wpis zaktualizować, u mnie na blogu powstaje właśnie aktualny spis, zapraszam http://meatporn.pl/tag/gdzie-na-lunch-w-krakowie/

  • Maria Jabłońska

    Podobało mi się w lokalu Ganesh,
    to kuchnia indyjska. Znajomi mnie zabrali tutaj ostatnio i najadłam
    się do syta. Akurat była poniedziałkowa promocja – all you can
    eat i faktycznie zjadłam wszystko co mogłam ;) Warto się tutaj
    wybrać. Co do aktualnych promocji to sporo info jest na FB:
    https://web.facebook.com/GaneshKrakow.

  • Monika Roniewicz

    A ja polecam Wam przepyszna pizze z House Pizza :)
    Cienkie ciasto , genialny sos pomidorowy i ogrom dodatków do wyboru. Chrupiąca i świeża !
    Przemiłe miejsce do posiedzenia zarówno wewnątrz, jak i w ogródku.
    http://gastrobooking.pl/restauracje/house-pizza/?d=0&o=0&g=0
    Zobaczcie koniecznie !

  • Madzienka

    Ja polecam MAMAŁYGA na Podwalu
    OBIAD dnia zupa,II danie,kompot 12 zł !!
    Inne zestawy obiadowe oscylują w granicy 15 zł (za 2 dania)
    Smacznie,szybko,świezo,miło

  • Rozczarowana

    We francuskim już NIE można poczuć się nieco jak szlachta – przy wejściu NIE wita Was szarmancki szatniarz, całej obsługi brak , a przy podawaniu jedzenia NIE skaczą wokół Was trzy osoby, dbając, by to co zaraz skonsumujecie było najlepszą kuchnią staropolską, jakiej mieliście okazję próbować. Dołóżcie do tego brak epokowej zastawy i sztućce z marketu, i macie gorzej niż w barze mlecznym. Nic nie zostało z niepowtarzalnego klimatu , nic, nic.

  • fordzik

    Na Francuza jest jeszcze Pies Pianista przy Starym Kleparzu :) 16zł zestaw i same pysznosci

  • Magda Szopa

    Dobrze można pojeść
    za nieduże pieniądze w lokalu o nazwie Orbit. To jest dokładnie na
    Wrocławskiej zlokalizowane, kawałek od centrum, ale generalnie
    łatwo trafić. Z takich lepszych rzeczy jakie podają to na pewno
    pierożki z sosem żurawinowym…prawdziwe delicje! Całe menu jest
    na ich stronie http://www.orbit.krakow.pl.

  • Alicja Lu

    ej, a coś takiego ja pierwszy ogólnopolski festiwal jedzenia? 39 pln za 3 dania, bilet na stronie http://www.apetytnamiasto.pl z czym do biletu dodatkowe zniżki na kino teatr itp. jest teraz, 20-26 kwietnia. wbijasz?

  • Izabela Korwińska

    Uwielbiam kuchnię orientalną więc zwykle wybieram restaurację Mekong ale kuchnia włoska też należy do moich ulubionych, wszystko zależy od nastroju. :D

  • Krzysztof Stark

    Wyjątkowo dużo promocji w stylu dwa
    za jeden nabitych jest na kartę rabatową z serwisu
    http://www.kartanaplus.pl. Zniżka dotyczyć może zamówień w restauracji
    np. dwa obiady w cenie jednego, ale też biletów do kina – dwa
    bilety w cenie jednego i wielu innych usług.

  • Małgorzata Sawicka

    Mi to danie z szaszłykiem podoba się, ale bym je zmodyfikowała na danie wegetariańskie. Od niedawna studiuję w Krakowie, możesz mi polecić jakieś miejsca gdzie są dania wegetariańskie? Znam Mekonga czasami wstępuję na pyszne tofu smażone z kiełkami oraz brokuły z czosnkiem.

    • Przymierzam się do osobnego wpisu na ten temat, także chwila cierpliwości ;)

  • Janusz

    Spróbujcie restaurację Szalone Widelce na ulicy Szpitalnej, lunch zestwa 17,90pln, zawszepięć dań do wyboru i trzy zupy, naprawdę pyszne jedzenie i duże porcje, wielu osób mówi że to najlepsze jedzenie. Nowa restauracja w działa od tego roku.

    • Ax X.

      Absolutnie nie polecam – ceny (oprócz pierogów oraz makaronów) co najmniej 30PLN, jedzenie przeciętne – pierogi dla dziecka pływały w wodzie, zamiast w sosie, makarony za to siermiężne w smaku, ciężkie. Nie wspomnę o jednej toalecie dla obojga płci ……

  • bardachosusika

    ja natomiast zdecydowanie polecałabym w tym budżecie restaurację Zlata Ulcika dla fanów czeskiego jedzenia i w sumie nie tylko bo są wpływy różnych kuchni.

  • Pan Ajken

    Jak pizza to polecam poza Gardenem tą w Forum Przestrzenie – jest kapitalna i nieszablonowa

  • Taką chęć ostatnio mam na porządne burgery. Co tam, że składniki na jutrzejszy obiad kupione. Lecę do Moa!

  • Zazie Bistro – najlepsza francuska kuchnia w moim życiu, moja nowa obsesja, polecam kaczkę i beef bourguignon (menu lunchowe 28zł za cały zestaw, a to jest naprawdę żarcie z górnej półki)
    HAMSA hummus & happiness israeli restobar – świetne, nietypowe żarcie
    Moment Resto Bar & Music – świetne na śniadanie i lunch
    Tektura – genialne sałatki, super ciasta i kawa.
    Cafe Magia – za wszystko <3

    to ode mnie :)

    • Księciunio Kaminski

      Mule w Zazie z powodzeniem mogą się śnić po nocach, choć w dwóch dyszkach jest tam bardzo trudno się z czymkolwiek konkretnym do jedzenia zmieścić

      • Racja, tam to raczej o 3 dyszek :)

  • Perturbator

    Ja moge serdecznie polecic lokal Dobra Kasza Nasza na rynku glownym 28. Jest to knajpa siostrzana do lokalu na zakopianskich Krupowkach, serwujaca przepyszne kasze z pieca. I prosze nie omieszkac sprobowac ichniejszych zapiekanych jablek z kruszonka i lodami ;]

    • Dobra, dobra, ale jak z cenami? Bo tu z obiadem mam się w dwóch dychach zamknąć.

      • Perturbator

        Każda kasza + surówka kosztuje poniżej 20zł i trudno się takim daniem nie najeść. Z tego co pamiętam do każdej kaszy jest bonus na piwo więc do dwóch dyszek dostaje się pełen zestaw ;]

  • Amanda Adamska

    Do listy konieczne trzeba dopisać restaurację u Romana w Akademii Muzycznej – ceny studenckie a widok niezapomniany :)

  • micha:)

    podbijcie do 308 na Ul Czystej 8 tam można zjeść naprawdę pyszne potrawy poniżej 20 zł :)))

  • Manka

    To ja dorzucę od siebie opcję wege – Glonojad na Placu Matejki. Dania oscylują około kwoty 15 złociszy i mimo, że wegetarianką bym siebie nie nazwała – uwielbiam tam jadać. Polecam wyprażany syr, lasagne, placuszki warzywne. Do większości dan otrzymujemy dodatkowo dwie, duże porcje wybranych surówek. Codziennie jest też inne danie dnia no i pyyyyyszne ciasta i smoothies. :)

    • o proszę, a właśnie miałam pytać o jakiś fajny lokal dla wegetarian :) dzięki!

    • Ania Piwowarczyk

      Glonojad jest super! Perfekcyjny stosunek ceny – jakości – ilości. A wyprażany syr z tzatzikami z powodzeniem zastąpi każdego schaboszczaka.
      Z wege to ostatnio Chmiera wróciła do mojego TOP3 – porcje znowu są większe. Specjalnie sprawdziłam, czy to tylko pomyłka kogoś, kto się uczy, czy powrócili do starych dobrych zwyczajów wypełniania talerza po brzegi. I jednak to drugie.

  • Robek

    aaa, no i chyba spokojnie mieszczące się w kategorii „okolice Rynku” Alebriche na Karmelickiej – fantastyczna, meksykańska kuchnia, przystępne ceny, rozkosznie niespieszna obsługa i śniadania po 13 ziko serwowane od południa…

  • BufKaa .

    Jeden jedyny raz byłam w Krakowie, nie przykładałam za bardzo wagi do tego gdzie idę coś zjeść, ale w rynku z mamą dostałyśmy jakąś ulotkę, więc stwierdziłyśmy że tam pójdziemy. Patrząc po zdjęciach, bo nazw nie pamiętam, było to Invito. Widać los chciał żebym dobrze trafiła :D Może się nie znam, nie powiem, żeby ta ich pizza jakoś wybitnie mnie zaskoczyła(może przez marudzenie mojej mamy, ale jej zawsze w lokalach coś nie pasuje), ale była smaczna :)

  • Agata Kruszka

    Nawet jeśli restauracja we Francuskim byłaby najlepsza na świecie, to Adama Gesslera bojkotuję zawsze i wszędzie. Wspierajmy ludzi i firmy, które działają uczciwie!

    „Adam Gessler zajmuje pierwsze miejsce na liście dłużników warszawskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej (zarządcy miejskich lokali)[4]. Przyczyną zadłużenia było nieregulowanie czynszu za wynajem lokalu (m.in. Restauracja Krokodyl, Karczma Wojtkowice, Dom Restauracyjny Gessler) na Rynku Staromiejskim w latach 1992 – 2007. W 2003 r. ukarany grzywną za sprzedaż alkoholu bez zezwolenia, a w 2004 r. skazany przez sąd na zakaz prowadzenia działalności gospodarczej (wcześniej karany w zawieszeniu m.in. za składanie fałszywych zeznań, wprowadzanie notariusza w błąd i zabór mienia)[5]. W 2007 r. komornik przeprowadził eksmisję z zadłużonego lokalu i nadal prowadzi egzekucję długu (ok. 50 mln zł)[6]. Do listopada 2012 r. udało się odzyskać z zasądzonej kwoty tylko około 50 tys. złotych[potrzebne źródło]. W październiku 2013 r. komornik zlicytował dom dłużnika za kwotę 3,85 mln zł. Adam Gessler posiada również długi wobec innych podmiotów[7].”

    źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Adam_Gessler

    • Nie znam tej sprawy na tyle by móc się wypowiadać, także wstrzymuję się od komentarza.

  • Kamcia

    A co z Chimerą? (ul. św. Anny)

    • Spójrz na komentarze poniżej, ok?

  • A i ja często goszczę w Smakołykach. Choć w zasadzie często zastanawiam się nad historią tego miejsca, relacją jego właściciela i wynajmujących. Ale to już zupełnie inna historia.
    No i właśnie zgodzę się z @wstgambiusa:disqus Koko jest również warte polecenia. Zwłaszcza za butelkowane piwko za 5 zł i frytki :-)

  • Pierwszy raz gdy jadłem przy Rynku Głównym byłem wielce zaskoczony że jednak da się zjeść tu tanio

  • Monika Grzebyk

    W In Vito mają „pizzę dnia” po 11 zł, każdego dnia tygodnia inna, więc można polować na swoje ulubione :) Też zadziwiło mnie, że jest tam tak pusto bo dobrze i tanio. Ja bardzo lubię Koko i nie zdarzyło mi się jeszcze trafić na rozczarowujące jedzenie, ale rzadko jadam w mieście :)

    • Też lubię Koko. Co prawda klimat tam jest mocno studencki i rodziców bym nie zaprosiła, ale jedzenie jest naprawdę dobre i w dodaku tanie ;)

      • Nie jestem z Krakowa, ale podczas mojej ostatniej wizyty w tym mieście jadłem w Koko i było to super. :)

      • Subintabula

        Byłam w Koko z Mamą swoją i jak tylko przyjeżdża do mnie to lecimy na grzybową <3 Do Moa też ją wzięłam i widzę, że mamy jeszcze kilka miejsc do zwiedzenia. Dzięki za listę! Na pewno skorzystam :)

  • misior

    Zapomniałeś o niebo w gębie! http://www.niebowgebie.com.pl/index.html

    • Nie zapomniałem.

    • Saga Sachnik

      Ja mam na przykład mieszane uczucia co do w Niebo w Gębie. Może trafiłam na nowego kucharza, nie wiem. Na pewno pierwszy obiady tam były ilustracją nazwy knajpy, ale potem kilka razy z rzędu zdarzyło mi siędostać rozgotowane kluchy, bo których byłam struta. Więc na razie omijam szerokim łukiem.

      • misior

        o popatrz, to kicha. Ja zawsze trafiałam na ekstra dania, chociaż czasem napój był za ciepły.
        Jednak obiad dla dwóch osób za niecałe 30 zł z napojami to przy rynku rzadkość :)

  • Ja polecam Kwadrans (Karmelicka i Grodzka) :) Pełny obiad można zjeść za mniej niż 20 zł, z legitymacją studencką jeszcze jest dodatkowo zniżka ;) I bardzo smaczne, duże porcje :)

    • Saga Sachnik

      Si, teraz za obiad z zupą płaci się około 14 zł, mają miłą obsługę, szczególnie na Grodzkiej :)

    • Riminta

      Skończyło sie ! Byłam pare miesiecy temu i sie załamałam. Małe, conajmniej 2 razy mniejsze niż kiedyś i nie smaczne porcje, straszny brud, w kącie ktoś popijał piwo, zero ludzi. Załamka bo to było fajne miejsce.

  • MOA. <3

  • aventia

    Brakowało mi tego :) już niedlugo znów wracam na nasze krakowskie podwórko, więc dwie ostatnie pozycje – strzeżcie się:D

    dzięki mega za ten wpis!

  • Agnieszka

    Gessler we Francuskim, to już chyba nie Gessler – wczoraj tam przechodziłam i nazwisko szanownego Pana zdrapane z okien doszczętnie :)

  • Wstęga Möbiusa

    No i jest jeszcze kultowe i też całkiem nienudne Koko na Gołębiej z zestawami za 14 zł, które, choć nadal ogromne, to i tak już mniejsze niż kiedyś ;)

    • Koko jest bardzo tanie to fakt, ale z jedzeniem bywa różnie – raz jest przypalone, raz odgrzewane, raz niedosmażone, panuje ciągła walka o stolik, musisz się nastać w kolejce i rzadko kiedy zjesz w spokoju, zazwyczaj jest harmider i ścisk. Ale jak masz budżet do 10zł, to polecam jak najbardziej, bo tańszego miejsca w takiej lokalizacji nie znajdziesz.

      • polon

        Dokładnie, dobre dla studentów i pod koniec miesiąca, ale normalnie lepiej iść do Smakołyków, wydasz 2 zł więcej a komfort nieporównywalny ;)

        • Wstęga Möbiusa

          true. true. :)

    • Justyna Oł

      za Koko podziękuję, zachwycałam się pewnego czasu tym miejscem, aż do
      momentu kiedy się zatrułam, oj i to jeszcze jak… nigdy więcej.

      • oi

        Solidaryzuję się z Tobą. Wiem co to znaczy zatrucie w Krakowie, bo mieszkałem tam swego czasu i jadłem wszystko co popadło na mieście, stołowałem się tylko na mieście i co? i raz wylądowałem w szpitalu a wiele razy miałem silne zatrucia… Praktycznie doszło do tego, że bałem się cokolwiek jeść po tych „restauracjach”…
        Od jakiegoś czasu mieszkam w Niemczech i tutaj uwaga ani razu nie miałem jeszcze zatrucia. Czyżby Niemcy bardziej się przykładali do jedzenia niż Polacy?

  • Ewe

    Ja z całego serca polecam moją nową kawiarnianą miłość, co prawda nie na rynku ale kawałek dalej – na Kleparzu. Na dachu, 5 piętro, Zielone Tarasy. Pycha! I jaki klimat, siedzenie na powietrzu, wiaterek wieje, słoneczko świeci, fajeczki można palić.

  • Paulina Patrylak

    A Chimera? byłam ostatnio i jestem zachwycona! Za 17 zł najadłam się po uszy!

    • Sałatki są dla kobiet i małych dzieci. Bez mięsa się nie liczy.

      • Saga Sachnik

        Też mają mięsko, możesz sobie kurczaka chapnąć.

        • Kurczak to przecież nie mięso ;)

      • Paulina Patrylak

        Lol :D :D

  • Paweł S. Pabiańczyk

    Moa wiadomo – bezkonkurencyjne, ale polecam też kanadyjskie burgery na Gołębiej – Antler Poutine&Burger. Za 20zł można zjeść np. małego Edmontona (świetny – z wędzonym serem, żurawiną…hmmm) + małe poutine (kanadyjski przysmak czyli ręcznie krojone frytki polane sosem pieczeniowym i posypane serem cheddar) :D

    • Byłem tam ostatnio, ale zupełnie bez rewelacji. Nie wiem, czy mieli słaby dzień, ale kompletnie mnie do siebie nie przekonali, typowy średniak.

      • Paweł S. Pabiańczyk

        Często tam bywam i za każdym razem trafiam na innych ludzi za ladą, więc może nie wszyscy są tak samo ogarnięci i wycelowałeś w słabszą zmianę. Na pewno nie polecam BobbyBurgera, chociaż to chyba jedno z nielicznych miejsc z burgerami w centrum, które w niedziele (mimo sezonu turystycznego…) nie jest zamykane o 21.

  • Maja Sieńkowska

    Ej, to ja chyba miałam mega pecha, skoro w Moa bułka rozpadła mi się po dwóch gryzach. Smakowałby mi ten burger, gdyby nie bułka właśnie.
    A Smakołyków to wam zazdroszczę, w Wawie chyba nie ma takiego fajnego miejsca z aż tak bardzo tanim i jednocześnie smacznym jedzeniem. Pamiętam, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy płaciłam rachunek. ;)

    • W Moa jedyny moment, gdy rozleciała mi się bułka, to gdy zamówiła tytułową kanapkę, czyli Moaburgera. Wtedy lekko mi rozmokła i przyleciała się, ale to przez ananasa i buraka, które mają w sobie bardzo dużo soku.

      • Maja Sieńkowska

        I wszystko jasne! Mój też był z burakiem.

  • Nie lubię jak coś (zwłaszcza coś fajnego…) robi się „modne”, ale akurat z tymi burgerami to niech ta moda trwa, kwitnie i przyprawia mnie o kolejne kilogramy :P

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

---> SKOMENTUJ

Błędy językowe w rapowych kawałkach

Skip to entry content

bilon hemp gru

Rapu słucham od 6-tej klasy podstawówki, a płyta „3:44” Kalibra była pierwszym albumem, który wybrałem sam, świadomie, a nie na zasadzie, że coś tam leci w tle, jak rozwiązuję równania z iksem na matematykę. Ten gatunek jest mi tak bliski ze względu na formę i gry słowne, które niejako są jego fundamentem. Mimo, że wielu raperów operuje językiem polskim na wyższym poziomie, niż profesorowie akademiccy, to nawet tym najlepszym zdarzają rażące wpadki. Które poprzez powagę z jaką są wypowiadane, brzmią wyjątkowo komicznie (coś jak z blogerami).

Poniżej najśmieszniej błędy językowe, jakie udało mi się wyłapać (u tych gorszych i lepszych).

 

„Zamykam wieko, kładę kamień na niego” – wjeżdżamy z grubej rury. Ten wers Bilona z Hemp Gru doczekał się dziesiątek wizualizacji w postaci memów i jest chyba najczęściej cytowaną wpadką zarejestrowaną na legalnym wydawnictwie. Od usłyszenia tej linijki nie byłem w stanie juz brać na poważnie żadnych jego moralizatorskich przesłań.

„Wstaję rano, zapalam papieros” – przez cały kawałek „Papierosy” Borixon stara się udowodnić, że deklinacja nie dotyczy wyrobów tytoniowych. Słowo „papieros” się nie odmnienia. Koniec i kropka.

„Ja pierdolę szczerze trendy, jestem oportunistą” – jak usłyszałem ten tekst Onara, to płakałem ze śmiechu przez tydzień zalewając sąsiada i piwnicę. Kiedy chce się poprzeć swoją niezależność i zamanifestować działanie na przekór obowiązujący trendom jakimś wyszukanym słowem, warto sprawdzić wcześniej jego znaczenie w słowniku. Bo oportunista, to nie osoba stawiająca opór, tylko płynąca z prądem. O czym podejrzewam, że Onar nie wie do tej pory.

„Winny zarzucanym czynom” – Pih miał gorszy dzień, zrobił krzywdę językowi polskiemu i zarzucanym czynom i jest im coś winien. Najprawdopodobniej przeprosiny. Bo jeśli chodziłoby o to, że przypisywanie mu autorstwa jakichś działań jest zgodne z prawdą, to nazwałby utwór „Winny zarzucanych czynów”.

„Wbrew systemu działam po swojemu”tej linijki Chady chyba nie trzeba komentować.

„Już miał pójść w siną dal, zrobić fade in” – żeby zrozumieć ten błąd i zdać sobie sprawę z jego śmieszności trzeba mieć doświadczenie z programami do edycji dźwięku. Lub znać język angielski. Nie zdziwiłbym się gdyby jakiś ulicznik rymujący przysłowia i hasła z dworcowych kibli nie wiedział, że „fade in” to znaczy wchodzić/pojawiać się/zgłaśniać, ale Ten Typ Mes? Musiał być chyba w stanie poważniejszej niedyspozycji pisząc numer „Prawda wanted (dead or alive)”, że użył tego zwrotu w znaczeniu „znikać”.

„Te suki mnie pragną jak zwrot podatku” – Jimson, przez wiele lat tytułowany mianem króla podziemia, w utworze „Eenie Meenie Miney Moe” stwierdził, że „zwrot” marzy o byciu opodatkowanym. Ewentualnie, że nie odmienianie pojęć ekonomicznych przez przypadki będzie bardziej poetyckie. Obstawiam to drugie.

„Za blatem chujowego komputera Atariego” – jakbym był agencją reklamową obsługującą markę „Atari”, to nie puściłbym Moleście przelewu za lokowanie produktu w kawałku „Klima”. A wszystko wina Vieniego.

„Siłę mózgu przeciwstawiam sile muskuł” – na koniec największy fan Marka Borowskiego i zarazem pierwsza osoba ze świata rymujących się końcówek, która sprzedała utwór partii politycznej. Mezo. Niby student, niby inteligent, niby gość wychodzący z bloków i będący ponad polskim bagienkiem, a nie udało mu się siły mózgu przeciwstawić sile muskułów. Cóż, takie reguły „Mezokracji”.

 

Ode mnie to tyle, ale oboje dobrze wiemy, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jeśli trafiłeś w innych pieśniach na błędy językowe, które przyprawiły Cię o ból brzucha, to dawaj do komentarzy. Nie muszą być koniecznie kawałki rapowe, mogą być równie dobrze rockowe, czy popowe. Byleby polskie.

---> SKOMENTUJ

wpis jest wynikiem współpracy z marką IKEA

Jeszcze kilka miesięcy temu każdy mój dzień wyglądał tak samo i za bardzo nie różnił się od dnia kogokolwiek innego pracującego na etacie. Większość poniedziałków, wtorków, śród, czwartków i piątków wyglądała niemal identycznie. Sobót i niedziel w zasadzie też. No, chyba, że była Wielkanoc, Boże Narodzenie albo wypłata. Ewentualnie awaria internetu w firmie. Wtedy faktycznie działy się rzeczy dalekie od przewidywalnych. Ostatnio sytuacja nieco się zmieniła. A zresztą, chrzanić tę kokieterię – zmieniła się diametralnie, bo zrezygnowałem z pracy.

Aktualnie mój typowy dzień wygląda tak.

 

Pobudka

Raz o 6:30, czasem o 13:00, najczęściej o 10:00. Rzadko kiedy na rozkaz budzika, zawsze w łóżku, prawie zawsze w swoim.

Jeśli poprzedniej nocy, niespodziewanie jak kontrola biletów w podmiejskim autobusie, naszła mnie wena i pisałem tekst, aż za oknem nie zrobiło się jaśniej, niż w pokoju, śpię dopóki się nie obudzę. Czyli do południa. Jak pójdę na premierę miesiącami wyczekiwanego filmu, potem na jedno małe, żeby uczcić to, że się na nim nie zawiodłem i w efekcie wyląduję w samym środku egzystencjalnej dysputy o wszystkim i o niczym, której nie da się skończy przed 3:00, to też za szybko nie wstaję.

No chyba, że następnego dnia mam gdzieś jechać. Na przykład 200 kilometrów do Rzeszowa, 300 do Warszawy, 400 do Płocka albo 500 do Pragi. Wtedy wstaję jak na sprawdzian w liceum. O 7:30 już jestem umyty, zwarty, gotowy i z zapasową szczoteczką do zębów w kosmetyczce. Czasem bez pasty, ale tę zawsze jakoś łatwiej pożyczyć.

Co by się jednak nie działo, dzień zaczynam w łóżku. I to ten dzień pracowo-blogowy. Znaczy się, zanim prawa stopa dotknie parkietu, lewa ręka odepchnie się od materaca, a oko zogniskuje na obiekty w dali i będzie wypatrywać lodówki, włączam telefon. I sprawdzam, czy blog nie spłonął przez noc, do komentarzy nie wpadła dzicz z Wykopu, a skrzynka mailowa nie jest zapchana przez roboty ze spamem o miliardowym spadku od krewnego, którego nigdy nie miałem. Po tym rytuale, wciąż z kołdrą pod brodą, wstaję.

 

Przedpołudnie

Tu jest kilka wariantów. Albo sprawdzam maile, odpisuję na maile, sprawdzam maile, odpisuję na maile, sprawdzam maile, odpisuję na maile. Albo jadę w pociągu i modlę się, żebym nie stracił zasięgu, bo własnie odpisuję na maila. Albo stoję w korku, w mieście, którego nie znam i modlę się, żeby za skrzyżowaniem nie okazało się, że źle skręciliśmy. Albo spaceruję po mieście, którego nie znam i jaram się jak tęcza z Placu Zbawiciela, że mogę to robić. Albo śpię.

 

Południe

Śniadanie, obiad albo kolacja. Albo na mieście, albo u mnie w domu własnymi ręcami, albo u mnie w domu czyimiś ręcami, albo u kogoś w domu wspólnymi ręcami.

 

Popołudnie

Tu też nie ma reguły. Najczęściej pisanie tekstu gdzieś w plenerze, na ławce albo na kocu. Chyba, że pada. Albo leje. Wtedy pisanie w domu, ale równie często w bibliotece albo kawiarni.

Jak jest dzień bez pisania, to alternatywnych scenariuszy jest trochę więcej. Czasem ścigam się z wiatrem na rowerze wzdłuży Wisły. Czasem łapię słońce na buźkę pływając po Zakrzówku. Czasem trenuję pamięć do imion czytając „Grę o Tron”. Czasem słucham Xxanaxxu gapiąc się w niebo i próbuję wyjść z szoku, że to naprawdę polski zespół. Czasem słucham Reno i przecieram oczy nie dowierzając, że ta płyta wyszła 10 lat temu, a jego porównania wciąż są świeże. A czasem stoję w kolejce do bramki, bo jestem na festiwalu i właśnie zaczynają się koncerty.

 

Wieczór

Kino. Grill. Domówka. Konferencja. Klub. Ognisko. Kawiarnia. Murek. Schodki. Ławka. Komp, popcorn i YouTube. Netbook, sorbet malinowy i pisanie tekstu. Leżenie na trawie, gapienie się w gwiazdy i gadanie o tym samym, co w 4-tym akapicie. Jedna z tych opcji.

 

Zasypianie

Raz o 1:15, czasem o 5:30, nigdy przed północą. Rzadko kiedy w stoperach, zawsze w łóżku, prawie zawsze w swoim.

Lubię spać. Bardzo. To jedna z trzech najprzyjemniejszych rzeczy na świecie, trudno ją przedawkować i nawet jeśli przesadzasz, to nikt nie patrzy na Ciebie krzywo. Mimo to, rzadko się zdarza, bym dwie noce z rzędu położył się o tej samej porze i spał tyle samo godzin. Czasem wieczór jest zbyt dobry, by kończyć go, gdy tylko zmieni się data w kalendarzu, a innym razem echo całodziennej ekscytacji ścina z nóg zanim zdążę pomyśleć „jeszcze zęby!”.

 

Start i meta

To truizm, że nie ma dwóch takich samych dni, ale u mnie jest ciut prawdziwszy, niż u Paulo Coelho. Mimo, że blogowanie jest czynnością powtarzalną i jest w nim wiele schematów, które nie ulegają zmianie, to u mnie każdy dzień jest inny. Nie mam czegoś takiego, jak „typowe 24 godziny”, czy „typowy tydzień”. Niektórzy nie wytrzymaliby z taką zmiennością organizacji dnia, bo większość osób potrzebuje stabilizacji i raczej większej, niż mniejszej przewidywalności.

Mnie to cieszy jak prezenty pod choinką, jak impreza-niespodzianka w urodziny, jak wakacje po roku siedzenia w szkolnej ławce, jak jak pierwszy komentarz pod tekstem. Nie wiem, czy zawsze będę tak chciał, ale zawsze tak chciałem. Jest super!

Ikea tutaj zaczyna się dobry dzień

I tylko jedno za każdym razem się powtarza – każdy dzień zaczynam i kończę w łóżku. I podejrzewam, że nie będę jasnowidzem, ani nawet namiastką Kaszpirowskiego, jeśli powiem, że Ty też. Dlatego, jeśli chcesz uprzyjemnić sobie start i metę, sprawdź nowy katalog IKEA, w którym znajdziesz sporo łóżek do dobrego wstawania i zasypiania. Albo na odwrót.

IKEA_roadshow

A jeśli wpadniesz do miejsc zaznaczonych na mapce w wyżej podanych terminach, zastaniesz tam mini-studio fotograficzne IKEA. Będziesz mógł trzasnąć sobie profesjonalne zdjęcie  i odebrać katalog z własną facjatą na okładce. I wkręcić znajomych, że to oficjalna wersja katalogu.

---> SKOMENTUJ