Close
Close

Co jakiś czas dostaję maile od czytelników spoza Małopolski z pytaniami o Kraków. Zresztą, od tych z miast ościennych, czy nawet już tu mieszkających, ale dopiero od niedawna też się zdarza. Najczęściej piszecie, że wpadacie tu na kilka dni i chcielibyście rekomendacje odnośnie miejsc wartych odwiedzenia. Zabytki, plenery, muzea, imprezownie, teatry, kawiarnie, knajpy z jedzeniem. Dziś zajmiemy się tymi ostatnimi, czyli lokalami, gdzie można dobrze i tanio zjeść w samym centrum.

Przygotowałem dla Was 4 restauracje zróżnicowane pod kątem kuchni i klimatu, w których możecie zjeść obiad w Krakowie do 20zł, mimo iż są w bezpośrednim sąsiedztwie Rynku Głównego.

 

Na królewicza – Gessler we Francuskim

Owiana legendami restauracja Adama Gesslera.

Gessler we Francuskim restauracja Kraków 2

Zlokalizowana 350 metrów od Rynku Głównego (ulica Pijarska 13), czyli jakieś 5 gryzów obwarzanka. Z zewnątrz wygląda średnio…

Gessler we Francuskim restauracja Kraków

…ale w środku dużo lepiej.

Można poczuć się nieco jak szlachta – przy wejściu wita Was szarmancki szatniarz, cała obsługa wygląda bardziej elegancko, niż przeciętny student na obronie magisterskiej, a przy podawaniu jedzenia skaczą wokół Was trzy osoby, dbając, by to co zaraz skonsumujecie było najlepszą kuchnią staropolską, jakiej mieliście okazję próbować. Dołóżcie do tego epokową zastawę i sztućce, i macie „Miłość na bogato”. Tylko 50 lat wcześniej i bez pomarańczy. Ale za to z klasą.

I to całkiem tanio, bo cały obiad dnia, czyli bułeczka/przystawka + zupa + drugie + kompot + deser kosztuje równo 20zł. Cena za owy espresso lunch obowiązuje od poniedziałku do piątku, od 12:00 do 16:00.

Gessler we Francuskim restauracja Kraków - espresso lunch

Gessler we Francuskim restauracja Kraków - espresso lunch 2

Gessler we Francuskim restauracja Kraków - espresso lunch 3

Co do samego jedzenia, to są to typowo polskie potrawy w bardzo dobrym wykonaniu. Zupy są pełne składników, mięsa kruche, a ziemniaczki tak ubite, że chyba nawet moja babcia tak dobrych nie robiła. Do kompotów można się przyczepić. Może trochę za rzadkie, fakt. Za to funkcjonuje niekończąca się dolewka i jeszcze nie zdarzyło mi się trafić na słaby deser. Fani napoleonek powinni być zachwyceni.

 

Na hipstera – Moaburger

Pierwsze nowozelandzkie burgery w Krakowie.

Moaburger - burgery Kraków

Nowe burgerownie pojawiają się w Grodzie Króla Kraka szybciej, niż blogi o oszczędzaniu po sukcesie Michała Szafrańskiego, ale mało która ma do zaoferowania coś więcej, niż czystą toaletę. Dlatego w tym wypadku lepiej wybrać sprawdzone rozwiązanie i wpaść do Moaburgera (ulica Mikołajska 3), który stacjonuje 40 metrów od Kościoła Mariackiego (to ten wysoki budynek na Rynku Głównym, z którego co godzinę wychyla się jakiś wariant grając na trąbce).

Moaburger - burgery Kraków 2

Wnętrze jest jasne i estetyczne, a zastąpienie indywidualnych stolików ławami sprzyja integracji. Co czasem bywa problemem, bo nie zawsze masz ochotę być częścią wszechświata i momentami chciałbyś po prostu w spokoju zjeść. A w Moa w godzinach obiadowych i w weekendy bywa tłoczno jak w pociągu na Woodstock, ale wynika to tylko i wyłącznie z tego, że mają naprawdę smaczne i dobre jakościowo jedzenie. Zresztą nie tylko jedzenie, bo napitki w postaci szejków też są przepyszne (cynamonowy zniewala kubki smakowe).

Moaburger - burgery Kraków 3

Moaburger - burgery Kraków 4

Tutaj, żeby zmieścić się w dwóch dychach musieliśmy trochę przyciąć liczbę pozycji w menu obiadowym. Konkretnie to do jednej – burgera.

Szama w Moa nie jest tania, bo każda kanapka oscyluje w granicach 20zł, ale zdecydowanie jest warta swojej ceny. Warzywa są świeże, mięso soczyste i nie przesmażone, sosy nie zabijają jego smaku, a bułka nie rozlatuje się po trzecim gryzie. Posmak każdego kęsa zostaje w ustach jeszcze długą chwilę po połknięciu i po spałaszowaniu takiego burgera jesteś równie najedzony, co po pochłonięciu całego obiadu w restauracji wcześniej. Jeśli nie bardziej.

 

Na normalsa – Smakołyki

Normalne, zróżnicowane, codzienne jedzenie.

restauracja Smakołyki Kraków

Smakołyki to miejsce, w którym zdecydowanie bywam najczęściej. Ma ogromne okna z parapetem wyłożonym poduchami, co sprawia, że w lokalu jest bardzo przyjemnie i siedzi się naprawdę wygodnie. Obsługa jest bardzo serdeczna, nigdy nie robi krzywych min i mają tam faktycznie działający internet. No i jedzenie.

restauracja Smakołyki Kraków 4

Które jest zaraz przy Plantach, 400 metrów od Rynku Głównego (ulica Straszewskiego 28).

restauracja Smakołyki Kraków 2

restauracja Smakołyki Kraków 3

Jedzenie jest z gatunku normalnego-nienudnego. Codziennie jest inny zestaw dnia, w skład którego wchodzi zupa, drugie danie i kompot. I kosztuje ledwo 16 złociszy. A mówiąc „nienudne” mam na myśli, że nie dają tam w kółko pierogi-schabowy-gołąbki-pierogi-mielony-gołąbki, tylko trochę mniej oczywiste rzeczy. W zasadzie, to chyba jeszcze nie trafiłem dwa razy na to samo drugie danie, a serwują tam takie rarytasy jak szynka pieczona z rozmarynem, naleśniki po bolońsku, tagliatelle z kurczakiem i cukinią, czy rolada ze schabu z pieczarkami i serem.

O ile w innych knajpach zdarzało się, że coś mi nie smakowało, tak tutaj jedyne czym nie byłem zachwycony, to zupa chrzanowa. Reszta bardzo pierwszoklasowa, zwłaszcza rosołek. Zresztą co do jakości potraw, to chyba najlepszą rekomendacją będzie fakt, że za każdym razem, gdy jest u mnie mama, zawsze chce żebyśmy tam zjedli. A moja mama zdecydowane nie należy do mało wybrednych osób, którym wszystko pasuje. Wręcz przeciwnie.

 

Na Włocha – Invito

Choć w sumie nie wiem, czy nie powinienem napisać „na Polaka”, bo pizza chyba niedługo wejdzie na listę naszych narodowych potraw.

pizzeria inVito Kraków 2

Ten lokal to dla mnie swego rodzaju fenomen. Jest bardzo tanio, bardzo smacznie i bardzo blisko (300 metrów od Rynku – ulica Świętego Tomasza 33), a rzadko kiedy zdarza się, żeby było zajęte więcej niż 5 stolików. Jak to możliwe?

pizzeria inVito Kraków

pizzeria inVito Kraków pizza promocja

W Invito jest turbo promocja, która zdobyła moje serce, portfel i podniebienie. Średnia capricciosa kosztuje 11zł. Słownie JEDENAŚCIE ZŁOTYCH! I jest lepsza, niż połowa placków na dowóz dostępnych na terenie Krakowa. Serio, nie ma grubego napompowanego ciasta, ma normalny ser, szynkę i pieczarki i jest dobrze wypieczona. Żeby nie było niedomówień, to nie jest ten poziom co Garden Pizza na Konopnickiej (najlepsza włoska pizza jaką w życiu jadłem), ale jest naprawdę dobra i nic jej nie można ująć.

Dokładając do tego sok, cały obiad wynosi Cię 16zł. No chyba, że bierzesz ją z kimś na pół (bo szczerze mówiąc, to jak na jedną osobę jest trochę za duża), wtedy jeszcze mniej. Oprócz tego masz też codziennie inny zestaw obiadowy składający się z zupy i drugiego, za 15zł, ale nigdy tego nie próbowałem. Pozostaję wierny pizzy.

 

Jeśli chodzi o obiady w okolicach starego miasta to wszystko, natomiast w kolejnych wpisach możecie spodziewać się innych miejsc, które warto odwiedzić będąc w Krakowie. Ze względu na fakt, że tego typu posty wymagają ode mnie wyjątkowo dużo pracy, mam prośbę, jeśli przydał Ci się ten tekst i dowiedziałeś się z niego czegoś, co Ci pomoże, puść go dalej. Niech innym osobom zainteresowanym tematem również się przyda. Dzięki!

autorem zdjęcia jest Klearchos Kapoutsis

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Szoko Tubka

    Polecam restaurację Gąska na ul. Limanowskiego w Krakowie naprawdę pysznie i tanio

  • Zuzanna kliklak

    Ja często jadam w Quick house, mały bar w centrum przy zwierzynieckiej. WPadam tam na dobrego prawdziwego Tureckiego kebaba. Podaja go w tortilli a mięso jest zawsze świeże, świetnie przygotowane w postaci prawdziwego grillowanego szaszłyk mielonego. Często zamawiam u nich również zestawy lunchowe najbardziej polecam zestaw quick hosue koniecznie z kaszą, mają przepyszną super przyrządzoną kasze bulgur Smaczny jest również zestaw z grillowaną koftą i frytkami. Burgery tez niczego sobie. Ceny przystępne i dowożą, a to ważne.

  • majka

    Ja polecam Quick House, za ich wrapy z jagnięciną i wołowiną, lunche z jagnięciną. Mięso mają obłędnie dobre, świetnie doprawione, świeże. Bardzo dobre dodatki, ja zawsze dobieram jeszcze frytki belgijskie, które też są super. W krakowie lepszego kebaba z kofta nie jadłam. Bardzo dobre jedzenie mimo niepozornego lokalu, bo w środku jest ciasno, ale dowożą również na wynos i też jest wtedy dobry.

  • Darek Zalweski

    Nigdy nie byłem w restauracji
    Ganesh, ale catering nam stąd zamawiają i naprawdę muszę
    przyznać, że jedzenie jest dobre. Raczej jestem tradycjonalistą w
    sprawach kulinarnych, ale te ich indyjskie lunche są dobre, smakują
    mi. Na pewno się kiedyś do nich do lokalu przejdę.

  • Przydałoby sie wpis zaktualizować, u mnie na blogu powstaje właśnie aktualny spis, zapraszam http://meatporn.pl/tag/gdzie-na-lunch-w-krakowie/

  • Maria Jabłońska

    Podobało mi się w lokalu Ganesh,
    to kuchnia indyjska. Znajomi mnie zabrali tutaj ostatnio i najadłam
    się do syta. Akurat była poniedziałkowa promocja – all you can
    eat i faktycznie zjadłam wszystko co mogłam ;) Warto się tutaj
    wybrać. Co do aktualnych promocji to sporo info jest na FB:
    https://web.facebook.com/GaneshKrakow.

  • Monika Roniewicz

    A ja polecam Wam przepyszna pizze z House Pizza :)
    Cienkie ciasto , genialny sos pomidorowy i ogrom dodatków do wyboru. Chrupiąca i świeża !
    Przemiłe miejsce do posiedzenia zarówno wewnątrz, jak i w ogródku.
    http://gastrobooking.pl/restauracje/house-pizza/?d=0&o=0&g=0
    Zobaczcie koniecznie !

  • Madzienka

    Ja polecam MAMAŁYGA na Podwalu
    OBIAD dnia zupa,II danie,kompot 12 zł !!
    Inne zestawy obiadowe oscylują w granicy 15 zł (za 2 dania)
    Smacznie,szybko,świezo,miło

  • Rozczarowana

    We francuskim już NIE można poczuć się nieco jak szlachta – przy wejściu NIE wita Was szarmancki szatniarz, całej obsługi brak , a przy podawaniu jedzenia NIE skaczą wokół Was trzy osoby, dbając, by to co zaraz skonsumujecie było najlepszą kuchnią staropolską, jakiej mieliście okazję próbować. Dołóżcie do tego brak epokowej zastawy i sztućce z marketu, i macie gorzej niż w barze mlecznym. Nic nie zostało z niepowtarzalnego klimatu , nic, nic.

  • fordzik

    Na Francuza jest jeszcze Pies Pianista przy Starym Kleparzu :) 16zł zestaw i same pysznosci

  • Magda Szopa

    Dobrze można pojeść
    za nieduże pieniądze w lokalu o nazwie Orbit. To jest dokładnie na
    Wrocławskiej zlokalizowane, kawałek od centrum, ale generalnie
    łatwo trafić. Z takich lepszych rzeczy jakie podają to na pewno
    pierożki z sosem żurawinowym…prawdziwe delicje! Całe menu jest
    na ich stronie http://www.orbit.krakow.pl.

  • Alicja Lu

    ej, a coś takiego ja pierwszy ogólnopolski festiwal jedzenia? 39 pln za 3 dania, bilet na stronie http://www.apetytnamiasto.pl z czym do biletu dodatkowe zniżki na kino teatr itp. jest teraz, 20-26 kwietnia. wbijasz?

  • Izabela Korwińska

    Uwielbiam kuchnię orientalną więc zwykle wybieram restaurację Mekong ale kuchnia włoska też należy do moich ulubionych, wszystko zależy od nastroju. :D

  • Krzysztof Stark

    Wyjątkowo dużo promocji w stylu dwa
    za jeden nabitych jest na kartę rabatową z serwisu
    http://www.kartanaplus.pl. Zniżka dotyczyć może zamówień w restauracji
    np. dwa obiady w cenie jednego, ale też biletów do kina – dwa
    bilety w cenie jednego i wielu innych usług.

  • Małgorzata Sawicka

    Mi to danie z szaszłykiem podoba się, ale bym je zmodyfikowała na danie wegetariańskie. Od niedawna studiuję w Krakowie, możesz mi polecić jakieś miejsca gdzie są dania wegetariańskie? Znam Mekonga czasami wstępuję na pyszne tofu smażone z kiełkami oraz brokuły z czosnkiem.

    • Przymierzam się do osobnego wpisu na ten temat, także chwila cierpliwości ;)

  • Janusz

    Spróbujcie restaurację Szalone Widelce na ulicy Szpitalnej, lunch zestwa 17,90pln, zawszepięć dań do wyboru i trzy zupy, naprawdę pyszne jedzenie i duże porcje, wielu osób mówi że to najlepsze jedzenie. Nowa restauracja w działa od tego roku.

    • Ax X.

      Absolutnie nie polecam – ceny (oprócz pierogów oraz makaronów) co najmniej 30PLN, jedzenie przeciętne – pierogi dla dziecka pływały w wodzie, zamiast w sosie, makarony za to siermiężne w smaku, ciężkie. Nie wspomnę o jednej toalecie dla obojga płci ……

  • bardachosusika

    ja natomiast zdecydowanie polecałabym w tym budżecie restaurację Zlata Ulcika dla fanów czeskiego jedzenia i w sumie nie tylko bo są wpływy różnych kuchni.

  • Pan Ajken

    Jak pizza to polecam poza Gardenem tą w Forum Przestrzenie – jest kapitalna i nieszablonowa

  • Taką chęć ostatnio mam na porządne burgery. Co tam, że składniki na jutrzejszy obiad kupione. Lecę do Moa!

  • Zazie Bistro – najlepsza francuska kuchnia w moim życiu, moja nowa obsesja, polecam kaczkę i beef bourguignon (menu lunchowe 28zł za cały zestaw, a to jest naprawdę żarcie z górnej półki)
    HAMSA hummus & happiness israeli restobar – świetne, nietypowe żarcie
    Moment Resto Bar & Music – świetne na śniadanie i lunch
    Tektura – genialne sałatki, super ciasta i kawa.
    Cafe Magia – za wszystko <3

    to ode mnie :)

    • Księciunio Kaminski

      Mule w Zazie z powodzeniem mogą się śnić po nocach, choć w dwóch dyszkach jest tam bardzo trudno się z czymkolwiek konkretnym do jedzenia zmieścić

      • Racja, tam to raczej o 3 dyszek :)

  • Perturbator

    Ja moge serdecznie polecic lokal Dobra Kasza Nasza na rynku glownym 28. Jest to knajpa siostrzana do lokalu na zakopianskich Krupowkach, serwujaca przepyszne kasze z pieca. I prosze nie omieszkac sprobowac ichniejszych zapiekanych jablek z kruszonka i lodami ;]

    • Dobra, dobra, ale jak z cenami? Bo tu z obiadem mam się w dwóch dychach zamknąć.

      • Perturbator

        Każda kasza + surówka kosztuje poniżej 20zł i trudno się takim daniem nie najeść. Z tego co pamiętam do każdej kaszy jest bonus na piwo więc do dwóch dyszek dostaje się pełen zestaw ;]

  • Amanda Adamska

    Do listy konieczne trzeba dopisać restaurację u Romana w Akademii Muzycznej – ceny studenckie a widok niezapomniany :)

  • micha:)

    podbijcie do 308 na Ul Czystej 8 tam można zjeść naprawdę pyszne potrawy poniżej 20 zł :)))

  • Manka

    To ja dorzucę od siebie opcję wege – Glonojad na Placu Matejki. Dania oscylują około kwoty 15 złociszy i mimo, że wegetarianką bym siebie nie nazwała – uwielbiam tam jadać. Polecam wyprażany syr, lasagne, placuszki warzywne. Do większości dan otrzymujemy dodatkowo dwie, duże porcje wybranych surówek. Codziennie jest też inne danie dnia no i pyyyyyszne ciasta i smoothies. :)

    • o proszę, a właśnie miałam pytać o jakiś fajny lokal dla wegetarian :) dzięki!

    • Ania Piwowarczyk

      Glonojad jest super! Perfekcyjny stosunek ceny – jakości – ilości. A wyprażany syr z tzatzikami z powodzeniem zastąpi każdego schaboszczaka.
      Z wege to ostatnio Chmiera wróciła do mojego TOP3 – porcje znowu są większe. Specjalnie sprawdziłam, czy to tylko pomyłka kogoś, kto się uczy, czy powrócili do starych dobrych zwyczajów wypełniania talerza po brzegi. I jednak to drugie.

  • Robek

    aaa, no i chyba spokojnie mieszczące się w kategorii „okolice Rynku” Alebriche na Karmelickiej – fantastyczna, meksykańska kuchnia, przystępne ceny, rozkosznie niespieszna obsługa i śniadania po 13 ziko serwowane od południa…

  • BufKaa .

    Jeden jedyny raz byłam w Krakowie, nie przykładałam za bardzo wagi do tego gdzie idę coś zjeść, ale w rynku z mamą dostałyśmy jakąś ulotkę, więc stwierdziłyśmy że tam pójdziemy. Patrząc po zdjęciach, bo nazw nie pamiętam, było to Invito. Widać los chciał żebym dobrze trafiła :D Może się nie znam, nie powiem, żeby ta ich pizza jakoś wybitnie mnie zaskoczyła(może przez marudzenie mojej mamy, ale jej zawsze w lokalach coś nie pasuje), ale była smaczna :)

  • Agata Kruszka

    Nawet jeśli restauracja we Francuskim byłaby najlepsza na świecie, to Adama Gesslera bojkotuję zawsze i wszędzie. Wspierajmy ludzi i firmy, które działają uczciwie!

    „Adam Gessler zajmuje pierwsze miejsce na liście dłużników warszawskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej (zarządcy miejskich lokali)[4]. Przyczyną zadłużenia było nieregulowanie czynszu za wynajem lokalu (m.in. Restauracja Krokodyl, Karczma Wojtkowice, Dom Restauracyjny Gessler) na Rynku Staromiejskim w latach 1992 – 2007. W 2003 r. ukarany grzywną za sprzedaż alkoholu bez zezwolenia, a w 2004 r. skazany przez sąd na zakaz prowadzenia działalności gospodarczej (wcześniej karany w zawieszeniu m.in. za składanie fałszywych zeznań, wprowadzanie notariusza w błąd i zabór mienia)[5]. W 2007 r. komornik przeprowadził eksmisję z zadłużonego lokalu i nadal prowadzi egzekucję długu (ok. 50 mln zł)[6]. Do listopada 2012 r. udało się odzyskać z zasądzonej kwoty tylko około 50 tys. złotych[potrzebne źródło]. W październiku 2013 r. komornik zlicytował dom dłużnika za kwotę 3,85 mln zł. Adam Gessler posiada również długi wobec innych podmiotów[7].”

    źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Adam_Gessler

    • Nie znam tej sprawy na tyle by móc się wypowiadać, także wstrzymuję się od komentarza.

  • Kamcia

    A co z Chimerą? (ul. św. Anny)

    • Spójrz na komentarze poniżej, ok?

  • A i ja często goszczę w Smakołykach. Choć w zasadzie często zastanawiam się nad historią tego miejsca, relacją jego właściciela i wynajmujących. Ale to już zupełnie inna historia.
    No i właśnie zgodzę się z @wstgambiusa:disqus Koko jest również warte polecenia. Zwłaszcza za butelkowane piwko za 5 zł i frytki :-)

  • Pierwszy raz gdy jadłem przy Rynku Głównym byłem wielce zaskoczony że jednak da się zjeść tu tanio

  • Monika Grzebyk

    W In Vito mają „pizzę dnia” po 11 zł, każdego dnia tygodnia inna, więc można polować na swoje ulubione :) Też zadziwiło mnie, że jest tam tak pusto bo dobrze i tanio. Ja bardzo lubię Koko i nie zdarzyło mi się jeszcze trafić na rozczarowujące jedzenie, ale rzadko jadam w mieście :)

    • Też lubię Koko. Co prawda klimat tam jest mocno studencki i rodziców bym nie zaprosiła, ale jedzenie jest naprawdę dobre i w dodaku tanie ;)

      • Nie jestem z Krakowa, ale podczas mojej ostatniej wizyty w tym mieście jadłem w Koko i było to super. :)

      • Subintabula

        Byłam w Koko z Mamą swoją i jak tylko przyjeżdża do mnie to lecimy na grzybową <3 Do Moa też ją wzięłam i widzę, że mamy jeszcze kilka miejsc do zwiedzenia. Dzięki za listę! Na pewno skorzystam :)

  • misior

    Zapomniałeś o niebo w gębie! http://www.niebowgebie.com.pl/index.html

    • Nie zapomniałem.

    • Saga Sachnik

      Ja mam na przykład mieszane uczucia co do w Niebo w Gębie. Może trafiłam na nowego kucharza, nie wiem. Na pewno pierwszy obiady tam były ilustracją nazwy knajpy, ale potem kilka razy z rzędu zdarzyło mi siędostać rozgotowane kluchy, bo których byłam struta. Więc na razie omijam szerokim łukiem.

      • misior

        o popatrz, to kicha. Ja zawsze trafiałam na ekstra dania, chociaż czasem napój był za ciepły.
        Jednak obiad dla dwóch osób za niecałe 30 zł z napojami to przy rynku rzadkość :)

  • Ja polecam Kwadrans (Karmelicka i Grodzka) :) Pełny obiad można zjeść za mniej niż 20 zł, z legitymacją studencką jeszcze jest dodatkowo zniżka ;) I bardzo smaczne, duże porcje :)

    • Saga Sachnik

      Si, teraz za obiad z zupą płaci się około 14 zł, mają miłą obsługę, szczególnie na Grodzkiej :)

    • Riminta

      Skończyło sie ! Byłam pare miesiecy temu i sie załamałam. Małe, conajmniej 2 razy mniejsze niż kiedyś i nie smaczne porcje, straszny brud, w kącie ktoś popijał piwo, zero ludzi. Załamka bo to było fajne miejsce.

  • MOA. <3

  • aventia

    Brakowało mi tego :) już niedlugo znów wracam na nasze krakowskie podwórko, więc dwie ostatnie pozycje – strzeżcie się:D

    dzięki mega za ten wpis!

  • Agnieszka

    Gessler we Francuskim, to już chyba nie Gessler – wczoraj tam przechodziłam i nazwisko szanownego Pana zdrapane z okien doszczętnie :)

  • Wstęga Möbiusa

    No i jest jeszcze kultowe i też całkiem nienudne Koko na Gołębiej z zestawami za 14 zł, które, choć nadal ogromne, to i tak już mniejsze niż kiedyś ;)

    • Koko jest bardzo tanie to fakt, ale z jedzeniem bywa różnie – raz jest przypalone, raz odgrzewane, raz niedosmażone, panuje ciągła walka o stolik, musisz się nastać w kolejce i rzadko kiedy zjesz w spokoju, zazwyczaj jest harmider i ścisk. Ale jak masz budżet do 10zł, to polecam jak najbardziej, bo tańszego miejsca w takiej lokalizacji nie znajdziesz.

      • polon

        Dokładnie, dobre dla studentów i pod koniec miesiąca, ale normalnie lepiej iść do Smakołyków, wydasz 2 zł więcej a komfort nieporównywalny ;)

        • Wstęga Möbiusa

          true. true. :)

    • Justyna Oł

      za Koko podziękuję, zachwycałam się pewnego czasu tym miejscem, aż do
      momentu kiedy się zatrułam, oj i to jeszcze jak… nigdy więcej.

      • oi

        Solidaryzuję się z Tobą. Wiem co to znaczy zatrucie w Krakowie, bo mieszkałem tam swego czasu i jadłem wszystko co popadło na mieście, stołowałem się tylko na mieście i co? i raz wylądowałem w szpitalu a wiele razy miałem silne zatrucia… Praktycznie doszło do tego, że bałem się cokolwiek jeść po tych „restauracjach”…
        Od jakiegoś czasu mieszkam w Niemczech i tutaj uwaga ani razu nie miałem jeszcze zatrucia. Czyżby Niemcy bardziej się przykładali do jedzenia niż Polacy?

  • Ewe

    Ja z całego serca polecam moją nową kawiarnianą miłość, co prawda nie na rynku ale kawałek dalej – na Kleparzu. Na dachu, 5 piętro, Zielone Tarasy. Pycha! I jaki klimat, siedzenie na powietrzu, wiaterek wieje, słoneczko świeci, fajeczki można palić.

  • Paulina Patrylak

    A Chimera? byłam ostatnio i jestem zachwycona! Za 17 zł najadłam się po uszy!

    • Sałatki są dla kobiet i małych dzieci. Bez mięsa się nie liczy.

      • Saga Sachnik

        Też mają mięsko, możesz sobie kurczaka chapnąć.

        • Kurczak to przecież nie mięso ;)

      • Paulina Patrylak

        Lol :D :D

  • Paweł S. Pabiańczyk

    Moa wiadomo – bezkonkurencyjne, ale polecam też kanadyjskie burgery na Gołębiej – Antler Poutine&Burger. Za 20zł można zjeść np. małego Edmontona (świetny – z wędzonym serem, żurawiną…hmmm) + małe poutine (kanadyjski przysmak czyli ręcznie krojone frytki polane sosem pieczeniowym i posypane serem cheddar) :D

    • Byłem tam ostatnio, ale zupełnie bez rewelacji. Nie wiem, czy mieli słaby dzień, ale kompletnie mnie do siebie nie przekonali, typowy średniak.

      • Paweł S. Pabiańczyk

        Często tam bywam i za każdym razem trafiam na innych ludzi za ladą, więc może nie wszyscy są tak samo ogarnięci i wycelowałeś w słabszą zmianę. Na pewno nie polecam BobbyBurgera, chociaż to chyba jedno z nielicznych miejsc z burgerami w centrum, które w niedziele (mimo sezonu turystycznego…) nie jest zamykane o 21.

  • Maja Sieńkowska

    Ej, to ja chyba miałam mega pecha, skoro w Moa bułka rozpadła mi się po dwóch gryzach. Smakowałby mi ten burger, gdyby nie bułka właśnie.
    A Smakołyków to wam zazdroszczę, w Wawie chyba nie ma takiego fajnego miejsca z aż tak bardzo tanim i jednocześnie smacznym jedzeniem. Pamiętam, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy płaciłam rachunek. ;)

    • W Moa jedyny moment, gdy rozleciała mi się bułka, to gdy zamówiła tytułową kanapkę, czyli Moaburgera. Wtedy lekko mi rozmokła i przyleciała się, ale to przez ananasa i buraka, które mają w sobie bardzo dużo soku.

      • Maja Sieńkowska

        I wszystko jasne! Mój też był z burakiem.

  • Nie lubię jak coś (zwłaszcza coś fajnego…) robi się „modne”, ale akurat z tymi burgerami to niech ta moda trwa, kwitnie i przyprawia mnie o kolejne kilogramy :P

Sprzedałem 567 sztuk powieści zanim w ogóle się ukazała – to wybitnie czy tragicznie?

Skip to entry content

Mijają 2 tygodnie od dnia premiery „Lunatyków” – mojej pierwszej powieści wydanej własnymi siłami. Instagram rośnie w zdjęcia czytelników, odbiór jest bardzo pozytywny, w sieci pojawiają się pierwsze recenzje, średnia ocen na Lubimy Czytać to 7/10, a najmniej przychylna opinia zamieszczona tam zaczyna się od słów „zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę”. Myślę, że to dobry moment, żeby pokazać trochę liczb i podsumować okres przedsprzedaży. Zwłaszcza, że w końcu odespałem maraton pracy po kilkanaście godzin na dobę i powoli wracam do żywych.

Do dnia premiery (26 października), przy sprzedaży wyłącznie przez stronę www.Lunatycy.com, poszło 567 egzemplarzy. Czyli zanim ktokolwiek mógł zobaczyć książkę na oczy i potwierdzić, że w ogóle istnieje, ponad pół tysiąca osób stwierdziło, że chce ją mieć. Czy to dobry wynik? W porównaniu do twórców internetowy wydających poradniki to bardzo słabo. W porównaniu do gameplayerów wydających swoje biografie w wieku 19 lat, to nie wiadomo, bo tradycyjne wydawnictwa nie podają liczb. A w porównaniu do debiutujących powieściopisarzy, to świetnie.

Ale po kolei.

Ile pieniędzy trzeba zainwestować, żeby samemu wydać książkę?

Można 21 000 złotych, ale można też 0.

Co składa się na pierwszą kwotę?

Przede wszystkim druk, który jest jej większą częścią, bo wydrukowanie nakładu 2 100 egzemplarzy (2 000 sztuk na sprzedaż i 100 na przyciski do papieru) kosztowało  11 676zł. W dalszej kolejności: film promocyjny – 3 690zł, korekta – 1 900zł, skład – 1 230zł, okładka – 500zł, sesja zdjęciowa do materiałów promocyjnych– 430zł, sponsorowanie postów na Facebooku – 400zł, szablon strony sprzedażowej – 180zł i kilka innych pierdół. Normalnie powinienem jeszcze doliczyć redakcję i postawienie sklepu internetowego, ale Magda Stępień (odpowiedzialna za kontrolę jakości tekstu) i Andrzej Kozdęba (ustawiający w WordPressie wszystko, co powinno być ustawione) uparli się, że nie chcą pieniędzy i niestety nie byłem w stanie zmusić ich do przyjęcia gotówki. Cóż, jak pech, to pech.

Czy któraś z tych pozycji mogłaby być mniejsza lub zupełnie zniknąć? Z pewnością można by oszczędzić na filmie promocyjnym – na przykład nie robiąc go w ogóle, co z powodzeniem uskuteczniają tradycyjne wydawnictwa – ale z powodów, o których piszę w dalszej części, uważam, że był to konieczny wydatek. Można by też przyciąć na okładce i użyć fotki z darmowego banku zdjęć lub jakiegoś popularnego stocka – co najwyraźniej stosuje Czwarta Strona wydająca Remigiusza Mroza. W związku z tym, że jednak moim głównym celem przy tworzeniu „Lunatyków” nie było wyciskanie złotówek z papieru, aż lasy tropikalne zaczną płakać, tylko zrobienie czegoś zajebistego, co będzie mogło być moją wizytówką, nie płakałem nad każdym wydanym grosikiem.

Jak wydać samemu książkę za 0zł?

Przeprowadzając kampanię crowdfundingową („crowdfunding” to „finansowanie przez tłum” – zbieranie pieniędzy na dany cel, gdzie każdy z wpłacających, w zależności od wysokości wpłaty, uzyskuje jakąś korzyść) lub sensownie rozpisując przedsprzedaż. Mnie dotyczył częściowo wariant drugi.

Częściowo, bo przedsprzedaż była rozpisana na tyle sensownie, na ile byłem to w stanie zrobić, zajmując się tym pierwszy raz w życiu. Z różnych powodów była kilkukrotnie przesuwana i trwała krócej niż pierwotnie zakładałem, jednak efekt i tak był zadowalający. Z pieniędzy czytelników sfinansowałem cały druk, więc tak naprawdę z własnych środków musiałem pokryć tylko 9 000zł reszty kosztów. Czego i tak dałoby się uniknąć, gdybym podwykonawcom zapłacił dopiero 2 miesiące po wystawieniu faktury, co nagminnie się zdarza w branży reklamowej, jednak nie chciałem być człowiekiem, na którym wiesza się chuje w kuluarach i zapłaciłem wszystkim po tygodniu.

Ile się zarabia na wydawaniu samemu książki?

Jedyna prawdziwa odpowiedź brzmi: to zależy. Zależy od ceny za jaką będziesz chciał ją sprzedawać i kosztów jakie będziesz ponosił, żeby to się stało.

Średnia cena książki w Polsce oscyluje w granicach 40zł. Jeśli dodasz do tego 10zł kosztów wysyłki, to dalej będzie akceptowalne, ale przy wyższej kwocie musisz to już jakoś sensownie uzasadnić. Zatrzymajmy się więc przy standardowych 50zł, a w zasadzie 49zł, bo – wbrew rozsądkowi – ta złotówka różnicy naprawdę działa.

Jakie mamy koszta przy samo-publikowaniu (jak ktoś zna ładniejsze tłumaczenie dla self-publishingu, to śmiało)?

1. Druk – najoczywistsza składowa z oczywistych, przy czym już tu pojawiają takie wahania, że można dostać choroby morskiej. Twarda okładka, czy miękka? Jak miękka to karton satynowany, jednostronnie kredowany, czy matowy? I ze skrzydełkami, czy to jednak nie kubełek classic w KFC i może być bez? A co z papierem w środku? Offset, satynowany, ecobook, czy Munken Print Cream vol 1,8 (cokolwiek to znaczy)? I ile ma mieć gram?

To wszystko sprawia, że przy nakładzie 2 000 sztuk, koszt 1 egzemplarza może wynosić poniżej 5zł, a może i prawie 9zł. U mnie wyszło niecałe 6zł.

2. Platforma sprzedażowa – miejsce gdzie będzie można kupić książkę.

Czytałem o jednym przypadku, gdzie dziewczyna wydająca się samodzielnie postawiła sobie za punkt honoru wprowadzić swoją książką na półki w Empiku. I wyszła na tym jak fanka Popka na tatuowaniu gałki ocznej. W sensie nie straciła wzroku, no bez przesady, Empik jest straszny, ale są jakieś granice. Po prostu odbiło jej się to nieświeżym bigosem. Utopiła pieniądze (bo za bycie w sieciowych księgarniach się płaci) i zamroziła książki (bo ostatecznie nie wylądowały na półkach, tylko przeleżały pół roku w magazynach). Dlatego większość samo-publikujących się sprzedaje swoje książki wysyłkowo przez internet.

W opcjach jest wystawianie aukcji na Allegro lub własny sklep internetowy. W przypadku tego drugiego zazwyczaj mamy do czynienia z abonamentowym kosztem rzędu 60zł miesięcznie. Do tego dochodzi koszt obsługi szybkich płatności internetowych (żeby wpłaty od kupujących były księgowane natychmiast, a nie po tygodniu). W zależności czy wybierzesz PayU, czy Przelewy24, to może być 2,9% lub 1,9% wartości zamówienia. W moimi przypadku niecały 1zł.

3. Dystrybucja – innymi słowy: wysyłka. Za zrealizowanie jednej wysyłki do czytelnika – karton, pakowanie, druk i naklejenie etykiety, nadanie Kurierem48 Pocztexu – płacę niecałe 15zł podwykonawcy robiącemu to za mnie (Krzysztof Bartnik – ten sam człowiek, który wysyła książki Volantowi, Pani Swojego Czasu, Michałowi Szafrańskiemu, a od niedawna również Radkowi Kotarskiemu).

Są self-publisherzy (straszne słowo, wiem), którzy przycinają na tej składowej i wysyłają książki osobiście zwykłym listem poleconym, ale w mojej opinii – biorąc pod uwagę ile czasu każdorazowo trzeba poświęcić na ogarnianie tego – to wcale nie jest oszczędność. Bo gdy jesteś zarówno autorem jaki i wydawcą, to naprawdę ostatnia rzecz, którą powinieneś robić, to stać z siatą paczek w kolejce na poczcie. Zwłaszcza, gdy – tak jak ja – w momencie, kiedy w ciągu dnia masz zrobić więcej niż dwie rzeczy, nie robisz żadnej dobrze, bo podzielność uwagi to dla Ciebie koncept czysto teoretyczny.

Podsumujmy to: czytelnik za książkę płaci 49zł, odejmujesz od tego 6zł za druk, 1zł za szybkie płatności i 15zł za wysyłkę (powinniśmy jeszcze doliczyć wcześniej wymienioną redakcję, korektę, skład, okładkę, promocję itd., ale przyjmijmy, że już wyszedłeś na zero z kosztami startowymi), wychodzi 27zł dla Ciebie. Minus podatek dochodowy i VAT.

Czy 567 książek sprzedanych w przedsprzedaży to dużo, czy mało?

Dużo, ale tylko biorąc po uwagę, że to powieść.

Czemu jest to takie istotne?

Po pierwsze: motywacja do zakupu.

Ludzie kochają poradniki, bo dają im obietnicę bezpośredniego wpływu na ich życie i zmiany na lepsze (co prawda zapominają, że książka sama za nich tych zmian nie wprowadzi, ale w tym kontekście to nieistotne). Przykładowo: przy poradniku o odchudzaniu można wprost komunikować, że „kupując tę książkę dowiesz się jak schudnąć X kilogramów w Y miesięcy”. Potencjalny nabywca widzi bezpośrednie powiązanie między zakupem danego tytułu, a korzyścią jaką mu to przyniesie.

Z beletrystyką jest trudniej, bo – jak byśmy nie fetyszyzowali literatury i nie wynosili na piedestał czytania – to po prostu rozrywka. Czas umili, ale życia nie zmieni (a przynajmniej trudniej jest stosować tego typu narrację w materiałach promocyjnych). Oczywiście możemy próbować grać na tonach, że powieści nas rozwijają emocjonalnie, przez śledzenie trudnych losów bohaterów stajemy się bardziej empatyczni, dzięki odkrywaniu nowych środowisk poszerzamy swoje horyzonty, a przez samo czytanie stajemy się bardziej elokwentni, poza tym to kontakt z… <ziew> dobra, wiem, że absolutnie na nikim, poza nauczycielkami polskiego, to nie robi wrażenia.

Pośrednie korzyści z czytania jako takiego większość ma w dupie, powieści to rozrywka, więc przede wszystkim mają rozrywać. Problem jest tylko taki, że ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rozrywkę mają za darmo, zwłaszcza w internecie.

Po drugie: co jest w środku?

W przypadku poradników wystarczy pokazać spis streści, żeby było wiadomo z czym to się je. Przy biografiach tak naprawdę nie trzeba nic poza nazwiskiem opisywanej postaci. Z wielowątkową opowieścią na kilkaset stron jest nieco trudniej, bo co, będziesz streszczał po rozdziale co tam się dzieje? Zrobiłem to zanim zacząłem pisać, to się nazywa plan ramowy i wyszło 48 stron A4. Będziesz próbował zamknąć całość w jednym chwytliwym zdaniu? Świetnie, tylko, że to za mało.

Ludzie chcą wiedzieć co jest w środku, o czym to jest, i czy na pewno się wciągną, bo w momencie kiedy jesteś debiutantem (a jesteś), nie uwierzą Ci na słowo, że po prostu „warto”. Dlatego też postanowiłem wyprodukować zwiastun promocyjny na wzór zwiastunów filmowych, żeby na tyle zobrazować czytelnikom historię, by mogli ją poczuć i zapragnęli poznać jej dalszą część. W przypadku tego gatunku książki, uważam, że było to jedno z istotniejszych działań.

Po trzecie: wynik mierzenia zależy od punktu odniesienia.

Przy znajomych Youtuberach, którym w przedsprzedaży poszło po kilkanaście (a niektórym nawet po kilkadziesiąt) tysięcy sztuk, moje 567 egzemplarzy wygląda blado jak albinos na śniegu. Sytuacja jednak się zmienia, kiedy odrzucimy wartości bezwzględne i spojrzymy na sytuację pod kątem proporcji – to znaczy stosunku obserwatorów na Facebooku do liczby kupionych książek – bo absurdem byłoby oczekiwać, że moja niespełna dwudziestotysięczna społeczność wykręci taki sam wynik, jak ponad półmilionowa Ewy z Red Lipstick Monster (którą pozwolę sobie się tu posłużyć, bo robi świetną robotę i bardzo ją cenię). Gdy spojrzymy na procenty, okazuje się, że już przepaści nie ma.

Porównując się z kolei do debiutujących powieściopisarzy, wychodzi, że jest bardzo dobrze. Próbowałem znaleźć jakieś dane sprzedażowe dotyczące debiutów literackich w Polsce i jedyna liczba do jakiej udało mi się dotrzeć, to przedrukowany cytat z Forbesa, który mówi, że…

Zgodnie z niedawnymi informacjami podanymi przez magazyn „Forbes” średnia sprzedaż dobrego debiutu waha się od 500 do 1000 egz. Średni początkowy nakład debiutanta w naszym wydawnictwie to 400 egz.

Co by oznaczało, że ich roczny wyniki przebiłem w niecały miesiąc.

Czy dało się wycisnąć więcej z przedsprzedaży?

Jak najbardziej, tylko musiałaby się stać jedna z dwóch rzeczy: ja musiałbym mieć więcej doświadczenia lub doba więcej godzin.

Wszystko co miało miejsce podczas pisania i wydawania „Lunatyków” działo się w moim życiu po raz pierwszy. Od wybierania grubości papieru do książki, po wybieranie koloru przycisku w sklepie internetowym. A po drodze rejestrowanie działalności gospodarczej, pilnowanie korekty, składu, druku, terminów i tego, żeby zjeść choć dwa posiłki w ciągu dnia i przejść się dalej niż do toalety, bo bywało, że w obliczu nawarstwiającego się zapierdolu i setki spraw do załatwienia NA JUŻ, zwyczajnie o tym zapominałem. Albo nie miałem kiedy.

O naprawdę wielu rzeczach nie wiedziałem, o prawie tylu samo nie pomyślałem i musiałem się ich uczyć w biegu. Na szczęście miałem od kogo (za co serdecznie dziękuję Monice Kamińskiej, Bartkowi Popielowi, Michałowi Szafrańskiemu i wszystkim z grupy „Jak wydać książkę?”, bo dostałem od nich ogromne wsparcie merytoryczne), niestety nie zawsze było kiedy i część działań promocyjnych musiałem odpuścić, bo zwyczajnie coś by mi siadło pod kopułą z przepracowania. A nie po to trzy i pół roku temu odchodziłem z etatu, żeby teraz świat za oknem widywać tylko we vlogach na YouTube.

Jestem w pełni świadom, że w tej pierwszej fazie mogłem zrobić dużo więcej, ale raz, że pieniądze nie są dla mnie aż tak ważne, by zapracować się na śmierć, a dwa, że to był tylko jeden etap. Na szczęście, w odróżnieniu od tradycyjnych wydawnictw, nie jest tak, że książkę się promuje i sprzedaje tylko przez trzy miesiące, a potem idzie na przemiał i wszyscy zapominają o jej istnieniu. Przez to, że nikt poza mną nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z „Lunatykami”, mogę ich promować przez najbliższy rok, a nawet dwa, ciągle docierając do nowych grup odbiorców.

Co jest największym minusem wydawania się samemu?

To, że musisz być wydawcą, dystrybutorem, promotorem i sprzedawcą w jednym. I jeśli wielozadaniowość nie jest Twoją mocną stroną, to nie najlepiej. Gorzej jest tylko, gdy czujesz się artystą.

Tłumacząc to bardziej obrazowo: dopóki piszesz, zwłaszcza powieść, musisz być przekonany, że historia, którą opowiadasz, a zwłaszcza sposób w jaki to robisz, to najbardziej unikatowa rzecz na świecie. Pieprzony latający jednorożec albo nieodkryty dotąd pierwiastek chemiczny. Że po tej książce historia ludzkości się skończy i zacznie na nowo. Musisz wierzyć, że to coś absolutnie wyjątkowego, bo inaczej nie będziesz się starał i jarał tym co robisz i wyjdzie jakiś wymęczony od niechcenia gniot.

Z kolei, kiedy proces twórczy jest już skończony, oddałeś tekst do druku i nic więcej nie możesz w nim zmienić, musisz zrzucić skórę Michała Anioła i wejść w buty Raya Kroca. I przyjąć, że Twoje redefiniujące życie i śmierć dzieło, jest najzwyklejszym na świecie produktem, który po prostu trzeba sprzedać. Jak proszek do prania albo krem po oczy. Bo dla procesu jakim jest sprzedaż nie ma absolutnie żadnej różnicy, czy to, co stworzyłeś będzie nominowane do Paszportów Polityki, czy wyląduje w czyimś garnku, a później na talerzu, czy w ogóle będzie tym talerzem.

Teoretycznie – to oczywiste, praktycznie – dopiero się tego uczę.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

 

---> SKOMENTUJ

Błędy językowe w rapowych kawałkach

Skip to entry content

bilon hemp gru

Rapu słucham od 6-tej klasy podstawówki, a płyta „3:44” Kalibra była pierwszym albumem, który wybrałem sam, świadomie, a nie na zasadzie, że coś tam leci w tle, jak rozwiązuję równania z iksem na matematykę. Ten gatunek jest mi tak bliski ze względu na formę i gry słowne, które niejako są jego fundamentem. Mimo, że wielu raperów operuje językiem polskim na wyższym poziomie, niż profesorowie akademiccy, to nawet tym najlepszym zdarzają rażące wpadki. Które poprzez powagę z jaką są wypowiadane, brzmią wyjątkowo komicznie (coś jak z blogerami).

Poniżej najśmieszniej błędy językowe, jakie udało mi się wyłapać (u tych gorszych i lepszych).

 

„Zamykam wieko, kładę kamień na niego” – wjeżdżamy z grubej rury. Ten wers Bilona z Hemp Gru doczekał się dziesiątek wizualizacji w postaci memów i jest chyba najczęściej cytowaną wpadką zarejestrowaną na legalnym wydawnictwie. Od usłyszenia tej linijki nie byłem w stanie juz brać na poważnie żadnych jego moralizatorskich przesłań.

„Wstaję rano, zapalam papieros” – przez cały kawałek „Papierosy” Borixon stara się udowodnić, że deklinacja nie dotyczy wyrobów tytoniowych. Słowo „papieros” się nie odmnienia. Koniec i kropka.

„Ja pierdolę szczerze trendy, jestem oportunistą” – jak usłyszałem ten tekst Onara, to płakałem ze śmiechu przez tydzień zalewając sąsiada i piwnicę. Kiedy chce się poprzeć swoją niezależność i zamanifestować działanie na przekór obowiązujący trendom jakimś wyszukanym słowem, warto sprawdzić wcześniej jego znaczenie w słowniku. Bo oportunista, to nie osoba stawiająca opór, tylko płynąca z prądem. O czym podejrzewam, że Onar nie wie do tej pory.

„Winny zarzucanym czynom” – Pih miał gorszy dzień, zrobił krzywdę językowi polskiemu i zarzucanym czynom i jest im coś winien. Najprawdopodobniej przeprosiny. Bo jeśli chodziłoby o to, że przypisywanie mu autorstwa jakichś działań jest zgodne z prawdą, to nazwałby utwór „Winny zarzucanych czynów”.

„Wbrew systemu działam po swojemu”tej linijki Chady chyba nie trzeba komentować.

„Już miał pójść w siną dal, zrobić fade in” – żeby zrozumieć ten błąd i zdać sobie sprawę z jego śmieszności trzeba mieć doświadczenie z programami do edycji dźwięku. Lub znać język angielski. Nie zdziwiłbym się gdyby jakiś ulicznik rymujący przysłowia i hasła z dworcowych kibli nie wiedział, że „fade in” to znaczy wchodzić/pojawiać się/zgłaśniać, ale Ten Typ Mes? Musiał być chyba w stanie poważniejszej niedyspozycji pisząc numer „Prawda wanted (dead or alive)”, że użył tego zwrotu w znaczeniu „znikać”.

„Te suki mnie pragną jak zwrot podatku” – Jimson, przez wiele lat tytułowany mianem króla podziemia, w utworze „Eenie Meenie Miney Moe” stwierdził, że „zwrot” marzy o byciu opodatkowanym. Ewentualnie, że nie odmienianie pojęć ekonomicznych przez przypadki będzie bardziej poetyckie. Obstawiam to drugie.

„Za blatem chujowego komputera Atariego” – jakbym był agencją reklamową obsługującą markę „Atari”, to nie puściłbym Moleście przelewu za lokowanie produktu w kawałku „Klima”. A wszystko wina Vieniego.

„Siłę mózgu przeciwstawiam sile muskuł” – na koniec największy fan Marka Borowskiego i zarazem pierwsza osoba ze świata rymujących się końcówek, która sprzedała utwór partii politycznej. Mezo. Niby student, niby inteligent, niby gość wychodzący z bloków i będący ponad polskim bagienkiem, a nie udało mu się siły mózgu przeciwstawić sile muskułów. Cóż, takie reguły „Mezokracji”.

 

Ode mnie to tyle, ale oboje dobrze wiemy, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jeśli trafiłeś w innych pieśniach na błędy językowe, które przyprawiły Cię o ból brzucha, to dawaj do komentarzy. Nie muszą być koniecznie kawałki rapowe, mogą być równie dobrze rockowe, czy popowe. Byleby polskie.

---> SKOMENTUJ