Close
Close

Bez pracy nie ma kołaczy, bez imprez pozwów rozwodowych, a bez jedzenia nowych wpisów. To ostatnie wziąłem sobie bardzo do serca i będąc w Pradze starałem się zjeść tyle, na ile karta pamięci w telefonie pozwalała. Niby do Czech jest na tak blisko, że ich kuchnia nie powinna się jakoś specjalnie różnić od naszej, ale mimo to wszmałem kilka kąsków, których u nas nie tak łatwo znaleźć. A przynajmniej nie na każdym rogu ulicy, jak choćby taki…

 

Ser w bułce

Jednym ze sztandarowych dań Czechów jest smażony panierowany ser hermelin. Na co dzień funkcjonuje jako „normalne” danie knajpiano-obiadowe, ale stało się na tyle popularne, że zaadoptowały je także uliczne budy.

Fastfood - Praga 2 - smażony ser w bułce

Fastfood - Praga - smażony ser w bułce

I sieciowe fastfoody, bo jak widzicie poniżej, w McDonald’sie też można je dostać. Występuje tam pod nazwą McSmazak. Czekam na edycję polską pod hasłem „McStrażak” albo „YesSer”. Przyjęłaby się.

 

Fastfood - Praga - McSmazak

Co do walorów artystyczno-smakowych, to wersja „ser + buła” nie wprawia w osłupienie, ale jest całkiem znośna. I na pewno lepsza niż pseudo-burger, czy kebab z kurczaka. Miła odmiana.

Z ulicznego żarcia moją uwagę zwróciły też…

 

Budki z kiełbasami

W Krakowie jest nieśmiertelna i kultowa niebieska Nyska z kiełbami pod Halą Targową, ale w innych częściach miasta nie ma tego typu żarła. Nie mówiąc już o popularyzacji w innych miastach. W Pradze co rusz jest jakiś wózek albo wnęka z kiełbasami. I w odróżnieniu od Berlina, nie jest to curry wurst, tylko czosnkowa, paprykowa, zwykła albo biała kiełbasa z kiszoną kapustą.

Fastfood - Praga - kiełbasa

Jako, że jestem miłośnikiem białej kiełbasy, to bardzo podpasowała mi w tym wydaniu z majonezem (niestety niewidoczna na zdjęciu, bo znikła w czeluściach przełyku, zanim zdążyłem zrobić zdjęcie). Nie jest to najzdrowsze jedzenie, ale jak na szybką szamę bardzo sensowne, bo o wiele lepiej zabija głód, niż frytki. Czy hot-dog.

Z ciekawostek przyrodniczych, to będąc w Pradze jakimś cudem nie zaobserwowałem ani jednej kebabiarni. Albo nie lubią się z Turkami albo psy im się skończyły, bo tych też za bardzo nie było widać. Ale to tyle o ulicznym żarciu. Przejdźmy teraz do knajp, które polecaliście, a konkretnie do…

 

Pivovarsky Dum

Najlepsza z restauracji, które odwiedziliśmy. Miła obsługa, czysto i jasne nie-tak-bardzo-barowe wnętrze. I ceny też przyzwoite.

Pivovarsky Dum - Praga 2

Pivovarsky Dum - Praga 3 - ciemne piwo

W Czechach ciemne piwo jest obecne lokalach na równi z jasnym, co mnie bardzo cieszy, bo lubię je sobie trzasnąć co jakiś czas dla odmiany.

 

Pivovarsky Dum - Praga 3 - smażony ser

A tu panierowany smażony hermelin w wersji klasycznej, czyli na talerzu z kapustą i frytkami. Mięciutki, sycący, ciągnący się i nie za bardzo przypieczony. No i zdecydowanie lepszy, niż ten w bułce. Zresztą, czy może być adekwatniejsze połączenie, niż frytki i ser?

 

Pivovarsky Dum - Praga 3 - zupa czosnkowa

I tradycyjna czeska zupa czosnkowa. Nie wiem czemu jest taka ciemna szczerze mówiąc, ale jest w niej tyle czocha, że po spożyciu padają wszystkie wampiry w promieniu kilometra. Ale, żeby nie było, je się ze smakiem. I nawet grzanki tak szybko nie rozmakają na papkę.

Dobra, zaczęliśmy od najlepszej knajpy, to teraz będziemy schodzić w dół. Ale nie aż tak drastycznie. Na drugi ogień idzie jeden z najpopularniejszych lokali, czyli…

 

U Medvidku

Z zewnątrz wygląda dużo lepiej, niż w środku, a obsługa ma Cię głęboko w dupie. Na tyle głęboko, że jest obrażona, gdy musi do Ciebie podejść. Piwo przynosi w brudnym kuflu, lejąc nim po podłodze i sama zaokrągla rachunek w górę przy płaceniu. Spoko, co?

Restauracja U Medvidku - Praga

Restauracja U Medvidku - Praga 2

Restauracja U Medvidku - Praga 3

Restauracja U Medvidku - Praga - topinky z piwnym serem

Ten chleb dla konia, to topinky z tak zwanym „pivnim syrem”, który wygląda raczej jak gałki lodów waniliowych, niż ser. Albo pasta. Tak, czy inaczej, jest wyborny i świetnie sprawdza się jako przystawka, ale jak przypadkiem spadnie Ci na dłonie to nie zejdzie. Z 10 minut szorowałem mydłem, a i tak jego zapach utrzymywał się do końca dnia. No nic, ważne, że był dobry.

 

Restauracja U Medvidku - Praga - knedliki z kapustą i mięsem

To kolejne z typowych dań – knedle nadziewane wieprzowiną, podawane z kapustą. Całkiem pokrzepiające, mimo że jest ich mało. I smaczne. Choć byłyby lepsze, gdyby na stół wjechały ciepłe.

 

Restauracja U Medvidku - Praga 4

I zagadka dnia przy podawaniu rachunku. Biorąc pod uwagę, że jadłeś z trójką znajomych i każdy, poza piwem, zamawiał co innego, oszacuj ile masz zapłacić. Proste?

Jako lokal trzeciego sortu leci…

 

V Cipu

Czyli restauracja, z której cieszyłem się najmniej. Nie będę się nad nią pastwił, bo jest najtańsza, niemal przy samym Placu Wacława i jedzenie podają wyjątkowo szybko, ale nie polecam.

Restauracja V Cipu - Praga

Restauracja V Cipu - Praga 2

Restauracja V Cipu - Praga - naleśniki z lodami

Powiem tylko, że jedyna godna polecenia szama, to naleśnik z lodami. Naprawdę pyszny i jeśli już koniecznie coś chcecie zamówić w tej knajpie, to właśnie to. Lekki, nieprzesłodzony i rozpływa się w ustach. Za to cała reszta zasługuje na spuszczenie zasłony milczenia.

Ze słodkości, próbowałem też rzadko spotykanego ciasta, jakim są…

 

Trdelniki

Jadalne ludziki Michelin robi się z walcowanego ciasta, owijanego wokół kija, a następnie grillowanego i posypanego cukrem wymieszanym z orzechami i cynamonem. Środek wypełnia się czekoladą, wanilią albo jakąś inną polewą. O ile tylko dostaniecie świeże i miękkie trdelniki (i sprzedawca nie wciska Wam ciemnoty, że jeśli są twarde jak skała, to tak ma własnie być), to są naprawdę pyszne.

trdelnik - Praga

trdelnik - Praga 2

Czasem bywa, że polewa ze środka ląduje na koszulce, spodniach i butach, ale cóż, taka jest cena tego deseru.

Na koniec coś delikatnego do picia. Coś co tygryski lubią najbardziej, czyli…

 

Napój kokosowy

Nie jest to typowo czeski napój, bo producentem jest Korea Południowa, ale nie widziałem go wcześniej nigdzie indziej, a jest oszołamiający. Pomijam, że jestem fanatykiem kokosów (i ananasów), ale pływa w nim coś a la miąższ. Takie okrągłe, mięsiste kawałki kokosa, które sprawiają, że pijąc go „dzień po”, czujesz się jak młody bóg. Orzeźwia porównywalnie z prysznicem i ożywia bardziej, niż pozytywny wynik testu ciążowego.

Fastfood - Praga - sok kokosowy

Ktoś wie, czy da się to kupić w Polsce?

(niżej jest kolejny tekst)

33
Dodaj komentarz

avatar
22 Comment threads
11 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
17 Comment authors
gabryjuMagdalenaMaja SieńkowskaMariusz NoMiMagda Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Almondcake
Gość
Almondcake

Podobne do tego ostatniego, jeśli to nie to samo, jest u mnie w Almie.

Jan Favre
Gość

Bankowo? Jeśli tak, to będzie trzeba się przeprosić z Almą.

Łosiek
Gość
Łosiek

Nawet nie trzeba wybierać się do lansiarskiej almy – w Stokrotce mozna dostać to samo w wielkich (1.5 l) butlach ;)

Misia
Gość
Misia

Wiem, że ten napój kokosowy jest na Malcie, bo opijałam się nim do nieprzytomności na zmianę z Kinnie. Też szukam! (tz nie szukam, czekam aż wpadnę na niego gdzieś w sklepie, bo zawsze zapominam sprawdzić)

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

Było nie łazić za kiełbą, to byś zjadł dobry, twardy trdelnik z orzechami i czekoladą.

Jan Favre
Gość

„twardy trdelnik” – nie pisz mi takich rzeczy przed spaniem, bo będę miał koszmary.

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

Jak zamknąłeś w cudzysłów „twardy trdelnik” to się zarumieniłam.

Aurora
Gość

Mmm :)

margaritum
Gość

O! Z takim profesjonalnym rachunkiem też spotkałam się w czeskiej knajpie:) Menu było gadane. A kiedy ambitnie próbowaliśmy złożyć zamówienie po czesku, kelner popatrzył na nas z politowaniem i powiedział, że jest polakiem z Krakowa ;)

Jan Favre
Gość

Oni to chyba tam się Urzędu Skarbowego nie boją.

Magdalena Kajszczak
Gość
Magdalena Kajszczak

W Almie jest picie kokosowe też z kawałkami kokosa.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

„Hera, koka, hasz, LSD”, czyli jak zmarnować 36 000 złotych

Skip to entry content

Wczoraj światło dzienne ujrzał teledysk do kontrowersyjnej i – co wnioskuję z wypowiedzi autorki – mało przez kogo zrozumianej piosenki „Hera koka hasz LSD”. Pewnie przeszedłby bez echa, bo jest dużo mniej nośny niż sam utwór, gdyby nie sposób w jaki został sfinansowany. Otóż Karolina Czarnecka – autorka – postanowiła zdobyć pieniądze na klip przez portal crowdfundingowy – PolakPotrafi.pl. W skrócie działa to tak, że piszesz jaki masz pomysł, ile potrzebujesz i jeśli ludzie uznają, że to sensowne, zaczynają robić przelewy. Ot, takie oddolne wspieranie słusznych idei.

Hajs się zebrał, wideoklip się nakręcił, YouTube go udostępnił światu i zaczęła się burza gówna.

Gdzie tylko nie zostanie zalinkowany teledysk pojawia się fala komentarzy krytykujących go, a przede wszystkim Karolinę, na szereg sposobów. Że zmarnowała 36 000 złotych i powinna oddać pieniądze. Że taki klip to można by nakręcić za stówkę, a nie taką górę siana. Zresztą ze szwagrem zrobilibyśmy to za flaszkę. Że nudy, w klipie nic się nie dzieje i amatorka, bo nie ma laserów ani green boxa. Że teledysk w ogóle nie łączy się z piosenką, bo ani koki, ani haszu, ani nawet SLD nie ma. A wszyscy szykowali się na mocną wiksę i wciąganie węgorzy w rytm stroboskopu.

Czytam te komentarze i zastanawiam się, czy komuś przypadkiem sufit na głowę nie spadł. Albo czy nie zapomniał włożyć protezy mózgu przed wejściem do internetu.

Po pierwsze, to teledysk nie kosztował 36 000zł, tylko 8 000zł. Pozostałe 28 000zł zostanie wykorzystane na nagranie płyty i zorganizowanie recitalu piosenki aktorskiej. Jest to tak wyraźnie napisane, jak się da, na stronie ze zbiórką. No, ale żeby to wiedzieć, trzeba by na nią wejść, a nie bazować na informacji znikąd.

Po drugie, cieszy mnie bardzo, że oprócz polityki i piłki nożnej, jako ogół, znamy się też świetnie na wycenie produkcji filmowych. Rozumiem, że każdy z komentujących dziesiątki razy wynajmował kamery filmowe, kostiumy dla aktorów, pomieszczenia, tworzył w nich scenografię i zatrudniał statystów i epizodystów, że doskonale wie ile takie rzeczy kosztują. I przede wszystkim, że ma na tyle duże rozeznanie, by móc powiedzieć, że to za drogo. Już pomijam, że w kwotę którą zbierała Karolina wchodził też koszt nagrania utworu w studio oraz zmiksowania go.

To coś na zasadzie, że każdy internauta świetnie wie ile kosztuje zaprojektowanie loga dla miasta, czy instytucji, więc robi aferę, że kilkanaście tysięcy, to za drogo. Brawo.

Po trzecie, skąd pomysł by rozliczać cudze pieniądze? Jeśli nie jesteś ani darczyńcą, ani organizatorem zbiórki, to jakim prawem chcesz zaglądać komuś do kieszeni i oceniać co zrobił z NIE TWOIMI pieniędzmi?

Po czwarte,  ten utwór nie propaguje narkotyków, dlatego teledysk też tego nie robi. Mam wrażenie, że zawiedzeni klipem są najbardziej Ci, którzy „Kokę, herę, hasz, LSD” odebrali jako afirmację walenia w kanał. I spodziewali się, że zobaczą sceny z kibli na Maydayu. Albo chociaż z vip roomu w Energy 2000. A tu Czarnecka zburzyła ich świat, bo nie było dyskoteki, tylko degeneraci w końcowym stadium rozkładu. Dajmy jej pstryczka w nos, niech sobie nie myśli, że może interpretować swój utwór jak jej się podoba.

Internauta potrafi.

Praga część I – Ściana Johna Lennona, pływanie po Wełtawie i absynt

Skip to entry content

Ostatnio ciągle gdzieś mnie nosi i tym razem poniosło mnie do Pragi.  To nie tak, że marzyłem o tym od przedszkola i po nocach śniłem o zdjęciu z Krecikiem. Zasadniczo, to nigdy nie miałem zapędów, żeby odwiedzić Czechosłowację. Nawet gdy istniała. Ale jak Saga zadzwoniła i spytała, czy jedziemy do stolicy Czech, to puściłem sobie reklamę Play z 2008 i pomyślałem, że w sumie to czemu nie. Jeszcze nigdy tam nie byłem, daleko nie jest, a picie w plenerze zawsze spoko.

No i pojechaliśmy.

Mimo remontu autostrady już po czeskiej stronie, nie jechaliśmy jakoś ultra długo. W 6 godzin, byliśmy na miejscu. Czyli na ulicy Polskiej, skąd mieliśmy całkiem niedaleko do większości miejscówek, które wcześniej rekomendowaliście. Jeszcze raz wielkie dzięki, zwłaszcza za polecenie knajp. Ale o nich później. Teraz o klimacie miasta, który zaczynasz czuć od wejścia na…

 

Plac Wacława

Jak wychodzisz z metra w centrum Warszawy, to skąd byś nie był, mimowolnie zaczynasz przyspieszać kroku. Czujesz, że to główne miasto w państwie i wszyscy się gdzieś śpieszą. Albo na spotkania biznesowe, albo do pracy, albo tak po prostu z przyzwyczajenia. Jak wychodzisz na Plac Wacława, to masz wrażenie, że w Pradze zawsze jest niedziela i każdy z 4-go biegu wrzuca na luz. To nie jest to zlewanie wszystkiego i wszystkich po całości jakie uprawiają Hiszpanie, ale czujesz, że Czesi to raczej nie mają ciśnienia.

Plac Wacława - Praga

Plac Wacława - Praga 2

Dlatego, to dobre miejsce do relaksu. Zwłaszcza, gdy możesz wynająć rowerek wodny i…

 

Pływać po Wełtawie

Szeroka rzeka, ładne nabrzeża i pozytywni inni współpływający. Tak, na najdłuższym strumyku przepływającym przez Czechy są warunki, żeby się wyluzować. I poopalać. I poznać grupę Tunezyjczyków wpadając na nich swoim kajakiem przy zawracaniu pod mostem.

Wełtawa rowerki wodne - Praga 1

hdr

hdr

Wełtawa rowerki wodne - Praga 3

Wełtawa rowerki wodne - Praga 8

Jak boisz się wody i zamoczenia skarpet w sandałach, to zawsze możesz wyłożyć się na trawce, bo Praga jest obfita w…

 

Tereny zielone

To miasto naprawdę ma farta. Nie dość, że wojna potraktowała budynki wybitnie łaskawie i zdecydowanie jest na co popatrzeć, to nawet w ścisłym centrum jest dużo parków, skwerków i ogrodów. W których, tak jak w Paryżu, ludzie odpoczywają, piknikują, grają w planszówki i przede wszystkim, nie boją się siedzieć na trawie. Nie wiem dlaczego u nas to jest taki problem, że jak nie ma wolnych ławek, to nie siada się na ziemi. To jakiś wstyd, ujma czy coś?

Park - Praga

Park - Praga 2

Park - Praga 3

Czesi tyle mają tego zielonego, że nawet wódkę robią zieloną. Tak, mowa o legendą owianym trunku, zwanym…

 

Absynt

Potocznie tytułowanym zieloną wróżką. Kto nie pił, ten nasłuchał się, że tujon zawarty w nim wywołuje halucynacje i odlot jak stąd do stratosfery, przez co dzieją się nieziemskie historie. Najmocniej ten stereotyp utrwalił film „Eurotrip”, w którym rodzeństwo tak dało się ponieść melanżowi za sprawą absyntu, że wylądowało w miłosnym uścisku. Cóż, może i na szczęście, ale u nas takich historii nie było. W zasadzie nie było nic poza grymasem na twarzy i posmakiem kropli żołądkowych w ustach. Najbardziej przereklamowany alkohol jaki piłem.

Absynt - Praga

Absynt - Praga 2

Gdyby faktycznie działał tak jak o nim opowiadają, może bardziej urzekłaby mnie…

 

Ściana Johna Lennona

Nie wiem czy miałem zbyt duże oczekiwania, czy za mało jarałem się Beatlesami, ale dla mnie to zwykły, upaskudzony kawałek muru. Wiem, że ma wymiary ideowy i kawał historii za sobą. Wiem. Wiem, dla wielu to symbol walki z komunizmem i oda do młodości. Wiem. Nie mniej, wygląda to mało estetycznie i kiczowato. Przynajmniej obecnie, bo wierzę, że w latach 80-tych zeszłego stulecia nie był to przypadkowy bohomaz.

Ściana Johna Lenona - Praga

Ściana Johna Lenona - Praga 4

Za to bardzo pozytywnie odebrałem praski…

 

Rynek

Dość podobny do naszego krakowskiego. Też ludzi od groma,  też na środku zawsze coś się dzieje i też można ciekawie spędzić czas nie mając ani złotóweczki w kieszeni. Czy tam korony. Sielska atmosfera, nikomu za bardzo nigdzie się nie śpieszy i człowiek cieszy się z samego bycia w tym miejscu.

Rynek - Praga 2

Rynek - Praga 3

Rynek - Praga 4

I ludzie też nie mają problemu z tym, żeby usiąść na ziemi. Ot, tak po prostu.

Polubiłem Czechów.