Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką IKEA

Jeszcze kilka miesięcy temu każdy mój dzień wyglądał tak samo i za bardzo nie różnił się od dnia kogokolwiek innego pracującego na etacie. Większość poniedziałków, wtorków, śród, czwartków i piątków wyglądała niemal identycznie. Sobót i niedziel w zasadzie też. No, chyba, że była Wielkanoc, Boże Narodzenie albo wypłata. Ewentualnie awaria internetu w firmie. Wtedy faktycznie działy się rzeczy dalekie od przewidywalnych. Ostatnio sytuacja nieco się zmieniła. A zresztą, chrzanić tę kokieterię – zmieniła się diametralnie, bo zrezygnowałem z pracy.

Aktualnie mój typowy dzień wygląda tak.

 

Pobudka

Raz o 6:30, czasem o 13:00, najczęściej o 10:00. Rzadko kiedy na rozkaz budzika, zawsze w łóżku, prawie zawsze w swoim.

Jeśli poprzedniej nocy, niespodziewanie jak kontrola biletów w podmiejskim autobusie, naszła mnie wena i pisałem tekst, aż za oknem nie zrobiło się jaśniej, niż w pokoju, śpię dopóki się nie obudzę. Czyli do południa. Jak pójdę na premierę miesiącami wyczekiwanego filmu, potem na jedno małe, żeby uczcić to, że się na nim nie zawiodłem i w efekcie wyląduję w samym środku egzystencjalnej dysputy o wszystkim i o niczym, której nie da się skończy przed 3:00, to też za szybko nie wstaję.

No chyba, że następnego dnia mam gdzieś jechać. Na przykład 200 kilometrów do Rzeszowa, 300 do Warszawy, 400 do Płocka albo 500 do Pragi. Wtedy wstaję jak na sprawdzian w liceum. O 7:30 już jestem umyty, zwarty, gotowy i z zapasową szczoteczką do zębów w kosmetyczce. Czasem bez pasty, ale tę zawsze jakoś łatwiej pożyczyć.

Co by się jednak nie działo, dzień zaczynam w łóżku. I to ten dzień pracowo-blogowy. Znaczy się, zanim prawa stopa dotknie parkietu, lewa ręka odepchnie się od materaca, a oko zogniskuje na obiekty w dali i będzie wypatrywać lodówki, włączam telefon. I sprawdzam, czy blog nie spłonął przez noc, do komentarzy nie wpadła dzicz z Wykopu, a skrzynka mailowa nie jest zapchana przez roboty ze spamem o miliardowym spadku od krewnego, którego nigdy nie miałem. Po tym rytuale, wciąż z kołdrą pod brodą, wstaję.

 

Przedpołudnie

Tu jest kilka wariantów. Albo sprawdzam maile, odpisuję na maile, sprawdzam maile, odpisuję na maile, sprawdzam maile, odpisuję na maile. Albo jadę w pociągu i modlę się, żebym nie stracił zasięgu, bo własnie odpisuję na maila. Albo stoję w korku, w mieście, którego nie znam i modlę się, żeby za skrzyżowaniem nie okazało się, że źle skręciliśmy. Albo spaceruję po mieście, którego nie znam i jaram się jak tęcza z Placu Zbawiciela, że mogę to robić. Albo śpię.

 

Południe

Śniadanie, obiad albo kolacja. Albo na mieście, albo u mnie w domu własnymi ręcami, albo u mnie w domu czyimiś ręcami, albo u kogoś w domu wspólnymi ręcami.

 

Popołudnie

Tu też nie ma reguły. Najczęściej pisanie tekstu gdzieś w plenerze, na ławce albo na kocu. Chyba, że pada. Albo leje. Wtedy pisanie w domu, ale równie często w bibliotece albo kawiarni.

Jak jest dzień bez pisania, to alternatywnych scenariuszy jest trochę więcej. Czasem ścigam się z wiatrem na rowerze wzdłuży Wisły. Czasem łapię słońce na buźkę pływając po Zakrzówku. Czasem trenuję pamięć do imion czytając „Grę o Tron”. Czasem słucham Xxanaxxu gapiąc się w niebo i próbuję wyjść z szoku, że to naprawdę polski zespół. Czasem słucham Reno i przecieram oczy nie dowierzając, że ta płyta wyszła 10 lat temu, a jego porównania wciąż są świeże. A czasem stoję w kolejce do bramki, bo jestem na festiwalu i właśnie zaczynają się koncerty.

 

Wieczór

Kino. Grill. Domówka. Konferencja. Klub. Ognisko. Kawiarnia. Murek. Schodki. Ławka. Komp, popcorn i YouTube. Netbook, sorbet malinowy i pisanie tekstu. Leżenie na trawie, gapienie się w gwiazdy i gadanie o tym samym, co w 4-tym akapicie. Jedna z tych opcji.

 

Zasypianie

Raz o 1:15, czasem o 5:30, nigdy przed północą. Rzadko kiedy w stoperach, zawsze w łóżku, prawie zawsze w swoim.

Lubię spać. Bardzo. To jedna z trzech najprzyjemniejszych rzeczy na świecie, trudno ją przedawkować i nawet jeśli przesadzasz, to nikt nie patrzy na Ciebie krzywo. Mimo to, rzadko się zdarza, bym dwie noce z rzędu położył się o tej samej porze i spał tyle samo godzin. Czasem wieczór jest zbyt dobry, by kończyć go, gdy tylko zmieni się data w kalendarzu, a innym razem echo całodziennej ekscytacji ścina z nóg zanim zdążę pomyśleć „jeszcze zęby!”.

 

Start i meta

To truizm, że nie ma dwóch takich samych dni, ale u mnie jest ciut prawdziwszy, niż u Paulo Coelho. Mimo, że blogowanie jest czynnością powtarzalną i jest w nim wiele schematów, które nie ulegają zmianie, to u mnie każdy dzień jest inny. Nie mam czegoś takiego, jak „typowe 24 godziny”, czy „typowy tydzień”. Niektórzy nie wytrzymaliby z taką zmiennością organizacji dnia, bo większość osób potrzebuje stabilizacji i raczej większej, niż mniejszej przewidywalności.

Mnie to cieszy jak prezenty pod choinką, jak impreza-niespodzianka w urodziny, jak wakacje po roku siedzenia w szkolnej ławce, jak jak pierwszy komentarz pod tekstem. Nie wiem, czy zawsze będę tak chciał, ale zawsze tak chciałem. Jest super!

Ikea tutaj zaczyna się dobry dzień

I tylko jedno za każdym razem się powtarza – każdy dzień zaczynam i kończę w łóżku. I podejrzewam, że nie będę jasnowidzem, ani nawet namiastką Kaszpirowskiego, jeśli powiem, że Ty też. Dlatego, jeśli chcesz uprzyjemnić sobie start i metę, sprawdź nowy katalog IKEA, w którym znajdziesz sporo łóżek do dobrego wstawania i zasypiania. Albo na odwrót.

IKEA_roadshow

A jeśli wpadniesz do miejsc zaznaczonych na mapce w wyżej podanych terminach, zastaniesz tam mini-studio fotograficzne IKEA. Będziesz mógł trzasnąć sobie profesjonalne zdjęcie  i odebrać katalog z własną facjatą na okładce. I wkręcić znajomych, że to oficjalna wersja katalogu.

(niżej jest kolejny tekst)

37
Dodaj komentarz

avatar
18 Comment threads
19 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
24 Comment authors
RereUwolnić SmakiPoprostuBartosz.plAlankowo SzAgata Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Niśka in Warsaw
Gość

W końcu każdy marzy o okładce magazynu… :)

Jan Favre
Gość

W przyszłym tygodniu „Forbes” i „Mój pies”.

Aurora
Gość

Jaki przystojniak!!! :D
Baj de łej, a jak nie w swoim łóżku, to gdzie? :P hehe

Jan Favre
Gość

W hotelowym, ale podoba mi się Twój tok rozumowania ;)

Maja Sieńkowska
Gość
Maja Sieńkowska

A o mojej noclegowni to zapomniałeś? 3xFOCH!

Jan Favre
Gość

Napisałem przecież, że „w hotelowym”. W ogóle nie potrafisz przyjmować komplementów.

Maja Sieńkowska
Gość
Maja Sieńkowska

Dopiero to przerabiam z moim terapeutą. Trochę wyrozumiałości…

Rafał
Gość
Rafał

Izba wytrzeźwień?

Jan Favre
Gość

Schlebiasz mi, ale na tak drogi hotel jeszcze mnie nie stać.

tattwa
Gość

niezapomniane wrażenia ponoć gratis

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

O, masz kolorowe skarpetki!
Swoją drogą, marzę o takim wielkim wyrku, w którym można się wiercić do woli i nie ryzykować zaliczeniem gleby (urokis spania na jedynkach).

Almondcake
Gość
Almondcake

Jak dadzą Ikeję do Olsztyna, to chętnie :D

Zaciesz
Gość

Podobno ma być ,wstępne zgody są, więc jest szansa ;)

Magda
Gość
Magda

o, zaklaszczę z wrażenia jak otworzą :D

Karolina G.
Gość

Mimo ze wpis wspolpracowy to bardzo ciekawie napisany :-)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

5 kawałków, których nie da się przesłuchać tylko raz

Skip to entry content

5 kawałków, których nie da się przesłuchać tylko raz

Pamiętacie jak jakiś czas temu pisałem o jedzeniu, którego nie da się napocząć i tak po prostu odłożyć? Że pochłania się je całe za jednym zamachem, choćby nie wiem jak chciało się przestać? Teraz przełożymy tę niepohamowaną żądze konsumowania na bardziej niematerialny grunt. Pogadamy sobie o utworach muzycznych, które wchodzą do odtwarzacza i zostają tam na godzinę. Albo dwie. Albo cały dzień.

Na co dzień bardzo rzadko słucham pojedynczych kawałków, bo każdy z nich osadzony jest w jakimś szerszym kontekście, który tworzy album. W jakiejś większej całości, która nadaje mu sens i właściwy wydźwięk. Trudno zrozumieć o co chodzi w losowym kawałku z „Tylko dla dorosłych” Ostrego, nie słuchając całej płyty. Mimo to, są takie piosenki, które momentalnie się zapętlają i zanim się zorientujemy, lecą w kółko już od dobrych kilkunastu minut.

Wybrałem 5, które zawiesiły się w moich głośnikach najdłużej.

 

Fisz, Emade i Iza Lach – Ostrze

Równie niedoceniony, co kozacki numer. Ma taki trochę senny, trochę psychodeliczny klimat, a klip potęguje uczucie otumanionego niepokoju. Świetne przejścia między poszczególnymi częściami utworu, wczuty wokal i refren, na który wyczekujesz tak bardzo, że wracasz do niego od razu po skończeniu się utworu. To właśnie w „Ostrzu” po raz pierwszy usłyszałem słodziutką Izę Lach, w której zakochałem się od pierwszego usłyszenia (sprawdźcie jej płytę „Krzyk” – czysty obłęd!).

 

Disclosure – Latch

Benger razy milion! Nie dasz radu puścić na głośnikach i nie zacząć tańczyć. „Latch”  to jeden z najlepiej wyprodukowanych klubowych hitów w historii muzyki. Jak pierwszy raz na niego wpadłem, to zawiesił się na 3 godziny na liście odtwarzania. Od 2012 nie było domówki, na której by nie poleciał. W tym numerze wszystko się zgadza – dobre tempo, chwytliwy powtarzający się akcent, bujająca perka, mistrzowska aranżacja i szeroki wokal. No i ten klip, spróbuj nie pomyśleć przy nim o licealnej miłości.

 

Pezet – Ostatni track

Pezet to jeden z niewielu tekściarzy, który za każdym razem jak o czymś mówi, to trafia w samo sedno. Dotyka jądra prawdy, a potem je dźga rozżarzonym sztyletem i przenosi na podkład to, co się z niego wyleje. Czy to złość, czy gorycz, czy miłość, czy zwątpienie,  rymuje o tym tak, że zawsze czujesz to tak samo mocno jak on. Tu jest nie inaczej, odczucie potęguje wciąż świeży cloudowy bit Auera. Mam nadzieję, że tytuł to tylko kokieteria, bo ten numer znam już na pamięć i przydałby się nowy.

 

Pharrell Williams – Happy

375 476 482 wyświetleń na YouTube w niecały rok. Bez komentarza.

 

Andrzej Zaucha – Byłaś serca biciem

Do tej piosenki mam szczególny sentyment.  Odkryłem ją 3 lata temu podczas stażu w Onecie, gdy byłem przekonany, że wygrałem los na loterii, bo mogę pracować w biurze TEGO portalu. Za darmo, ale mniejsza z tym. I tak nic wtedy nie umiałem. W każdy razie, zajmowałem się nieistniejącym już serwisem karaoke JakElvis.pl, w którym dzieciaki mogły pośpiewać sobie „Orła cień”, czy „Budzikom śmierć”, a nawet to nagrać i wrzucić. Na szczęście nie musiałem tego słuchać.

Moim zdaniem za to było szukanie rodzimych przebojów do paska z hitami na stronie głównej. Jako, że nie jestem fanem współczesnego polskiego popu, to zacząłem grzebać w starociach. Przebiłem się przez Big Cyca, Kombi i Marka Grechutę, i doszedłem do Andrzeja Zauchy, którego kojarzyłem z kawałka Smarki Smarka. Zaryzykowałem i tak już nadwyrężone zdrowie psychiczne i odpaliłem „Byłaś serca biciem”. I przeszły mnie ciary. W mordę, to jeden z najbardziej przejmujących kawałków o miłości.

„Byłaś serca biciem, wiosną, zimą, życiem”  i w kółko, i w kółko, i w kółko. I jeszcze raz.

 

I znowu, i znowu, i znowu…

Wiem, że też Ty też znasz piosenkę, której nie da się przesłuchać tylko i wyłącznie jeden jedyny raz. Tylko jakieś pińćset razy. Śmiało, podziel się nią. A najlepiej linkiem do niej na YouTube. Niech moi sąsiedzi tez ją poznają.

Pamiętacie parodię „Instagram Mixa”? Albo moją interpretację „Ulubieńców Miesiąca”? Tym razem biorę na warsztat kolejny trend z YouTube’a – „Unboxing”. Zasadniczo, polega to na rozpakowywaniu nowych produktów „na wizji” i dzieleniu się z widzami emocjami związanymi z tymi, że ma się daną rzecz pierwszy raz w dłoniach. W moim przypadku nie był to nowy telefon jak u vlogerów technologicznych, ani cień do powiek jak u kosmetyczek. Było to coś do jedzenia. Produkt z górnej półki, niedostępny dla śmiertelników.

I jak, przekonałem Was do zakupu?

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!