Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką IKEA

Jeszcze kilka miesięcy temu każdy mój dzień wyglądał tak samo i za bardzo nie różnił się od dnia kogokolwiek innego pracującego na etacie. Większość poniedziałków, wtorków, śród, czwartków i piątków wyglądała niemal identycznie. Sobót i niedziel w zasadzie też. No, chyba, że była Wielkanoc, Boże Narodzenie albo wypłata. Ewentualnie awaria internetu w firmie. Wtedy faktycznie działy się rzeczy dalekie od przewidywalnych. Ostatnio sytuacja nieco się zmieniła. A zresztą, chrzanić tę kokieterię – zmieniła się diametralnie, bo zrezygnowałem z pracy.

Aktualnie mój typowy dzień wygląda tak.

 

Pobudka

Raz o 6:30, czasem o 13:00, najczęściej o 10:00. Rzadko kiedy na rozkaz budzika, zawsze w łóżku, prawie zawsze w swoim.

Jeśli poprzedniej nocy, niespodziewanie jak kontrola biletów w podmiejskim autobusie, naszła mnie wena i pisałem tekst, aż za oknem nie zrobiło się jaśniej, niż w pokoju, śpię dopóki się nie obudzę. Czyli do południa. Jak pójdę na premierę miesiącami wyczekiwanego filmu, potem na jedno małe, żeby uczcić to, że się na nim nie zawiodłem i w efekcie wyląduję w samym środku egzystencjalnej dysputy o wszystkim i o niczym, której nie da się skończy przed 3:00, to też za szybko nie wstaję.

No chyba, że następnego dnia mam gdzieś jechać. Na przykład 200 kilometrów do Rzeszowa, 300 do Warszawy, 400 do Płocka albo 500 do Pragi. Wtedy wstaję jak na sprawdzian w liceum. O 7:30 już jestem umyty, zwarty, gotowy i z zapasową szczoteczką do zębów w kosmetyczce. Czasem bez pasty, ale tę zawsze jakoś łatwiej pożyczyć.

Co by się jednak nie działo, dzień zaczynam w łóżku. I to ten dzień pracowo-blogowy. Znaczy się, zanim prawa stopa dotknie parkietu, lewa ręka odepchnie się od materaca, a oko zogniskuje na obiekty w dali i będzie wypatrywać lodówki, włączam telefon. I sprawdzam, czy blog nie spłonął przez noc, do komentarzy nie wpadła dzicz z Wykopu, a skrzynka mailowa nie jest zapchana przez roboty ze spamem o miliardowym spadku od krewnego, którego nigdy nie miałem. Po tym rytuale, wciąż z kołdrą pod brodą, wstaję.

 

Przedpołudnie

Tu jest kilka wariantów. Albo sprawdzam maile, odpisuję na maile, sprawdzam maile, odpisuję na maile, sprawdzam maile, odpisuję na maile. Albo jadę w pociągu i modlę się, żebym nie stracił zasięgu, bo własnie odpisuję na maila. Albo stoję w korku, w mieście, którego nie znam i modlę się, żeby za skrzyżowaniem nie okazało się, że źle skręciliśmy. Albo spaceruję po mieście, którego nie znam i jaram się jak tęcza z Placu Zbawiciela, że mogę to robić. Albo śpię.

 

Południe

Śniadanie, obiad albo kolacja. Albo na mieście, albo u mnie w domu własnymi ręcami, albo u mnie w domu czyimiś ręcami, albo u kogoś w domu wspólnymi ręcami.

 

Popołudnie

Tu też nie ma reguły. Najczęściej pisanie tekstu gdzieś w plenerze, na ławce albo na kocu. Chyba, że pada. Albo leje. Wtedy pisanie w domu, ale równie często w bibliotece albo kawiarni.

Jak jest dzień bez pisania, to alternatywnych scenariuszy jest trochę więcej. Czasem ścigam się z wiatrem na rowerze wzdłuży Wisły. Czasem łapię słońce na buźkę pływając po Zakrzówku. Czasem trenuję pamięć do imion czytając „Grę o Tron”. Czasem słucham Xxanaxxu gapiąc się w niebo i próbuję wyjść z szoku, że to naprawdę polski zespół. Czasem słucham Reno i przecieram oczy nie dowierzając, że ta płyta wyszła 10 lat temu, a jego porównania wciąż są świeże. A czasem stoję w kolejce do bramki, bo jestem na festiwalu i właśnie zaczynają się koncerty.

 

Wieczór

Kino. Grill. Domówka. Konferencja. Klub. Ognisko. Kawiarnia. Murek. Schodki. Ławka. Komp, popcorn i YouTube. Netbook, sorbet malinowy i pisanie tekstu. Leżenie na trawie, gapienie się w gwiazdy i gadanie o tym samym, co w 4-tym akapicie. Jedna z tych opcji.

 

Zasypianie

Raz o 1:15, czasem o 5:30, nigdy przed północą. Rzadko kiedy w stoperach, zawsze w łóżku, prawie zawsze w swoim.

Lubię spać. Bardzo. To jedna z trzech najprzyjemniejszych rzeczy na świecie, trudno ją przedawkować i nawet jeśli przesadzasz, to nikt nie patrzy na Ciebie krzywo. Mimo to, rzadko się zdarza, bym dwie noce z rzędu położył się o tej samej porze i spał tyle samo godzin. Czasem wieczór jest zbyt dobry, by kończyć go, gdy tylko zmieni się data w kalendarzu, a innym razem echo całodziennej ekscytacji ścina z nóg zanim zdążę pomyśleć „jeszcze zęby!”.

 

Start i meta

To truizm, że nie ma dwóch takich samych dni, ale u mnie jest ciut prawdziwszy, niż u Paulo Coelho. Mimo, że blogowanie jest czynnością powtarzalną i jest w nim wiele schematów, które nie ulegają zmianie, to u mnie każdy dzień jest inny. Nie mam czegoś takiego, jak „typowe 24 godziny”, czy „typowy tydzień”. Niektórzy nie wytrzymaliby z taką zmiennością organizacji dnia, bo większość osób potrzebuje stabilizacji i raczej większej, niż mniejszej przewidywalności.

Mnie to cieszy jak prezenty pod choinką, jak impreza-niespodzianka w urodziny, jak wakacje po roku siedzenia w szkolnej ławce, jak jak pierwszy komentarz pod tekstem. Nie wiem, czy zawsze będę tak chciał, ale zawsze tak chciałem. Jest super!

Ikea tutaj zaczyna się dobry dzień

I tylko jedno za każdym razem się powtarza – każdy dzień zaczynam i kończę w łóżku. I podejrzewam, że nie będę jasnowidzem, ani nawet namiastką Kaszpirowskiego, jeśli powiem, że Ty też. Dlatego, jeśli chcesz uprzyjemnić sobie start i metę, sprawdź nowy katalog IKEA, w którym znajdziesz sporo łóżek do dobrego wstawania i zasypiania. Albo na odwrót.

IKEA_roadshow

A jeśli wpadniesz do miejsc zaznaczonych na mapce w wyżej podanych terminach, zastaniesz tam mini-studio fotograficzne IKEA. Będziesz mógł trzasnąć sobie profesjonalne zdjęcie  i odebrać katalog z własną facjatą na okładce. I wkręcić znajomych, że to oficjalna wersja katalogu.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: 50 kampanii z udziałem digital influencerów, które zawładnęły blogosferą – Współpraca z blogerami – blog agencji Blogs4shops()

  • Pingback: Mimo, że wpis reklamowy to interesujący()

  • brawo! najfajniejszy tekst w tegorocznej kampanii Ikei z blogerami :-)

  • Uwolnić Smaki

    Materac z Ikea okazał się wyzwaniem i może jednak skorzystam z gwarancji na zwrot…?

  • Alankowo Sz

    Ikea górą ;)

  • Fajny ten Twój dzień :)

  • Mam łóżko z Ikei i sobie chwalę ;) Ba, pół mieszkania mam z Ikei.

  • Michał Zieliński

    Hehe a właśnie dziś sobie myślałem, kiedy pojawi się kolejny tekst współpracujący, więc fajnie, że Ci się udaje.
    Jak chodzi o materace to dla mnie od zawsze istniała tylko Ikea. Duży wybór, szeroki przedział cenowy, kilka rozmiarów, zestawy ‚testowe’ no i dla mnie sprawa najważniejsza, czyli objaśnienia, jak wybrać odpowiedni materac. Bo łóżko to nie jest po prostu miejsce, w którym śpisz.

    • Jakich Ty masz Czytelników <3

  • Ze spaniem mam identycznie! Zwykle padam nad ranem i potem potrzeba naprawdę dobrego powodu, żebym wyszła z łóżka przed południem ;)

  • A ja jestem ciekaw co Cię tak rozśmieszyło na laptopie? :->

  • W tym mini studiu fotograficznym możliwe jest strzelenie sobie fotki na łóżku, tak jak ty, czy mają też może jakieś alternatywy? Na blacie kuchennym, na tle meblościanki, czy chociażby w pokoju dziecięcym? : )

    • W tym roku IKEA skupia się na łóżkach (stąd ta akcja), także sesję na blacie kuchennym będziesz musiał sam zaaranżować ;)

  • Dominika Iskra

    Do Ikei? W Bydgoszczy? Jaaasne. Na pewno zdążą ją wybudować w miesiąc.

    • Powinni się wyrobić przed zachodem słońca.

      • Saga Sachnik

        Żeby tylko śrubek nie pogubili.

  • Mimo ze wpis wspolpracowy to bardzo ciekawie napisany :-)

  • Almondcake

    Jak dadzą Ikeję do Olsztyna, to chętnie :D

    • Podobno ma być ,wstępne zgody są, więc jest szansa ;)

      • Magda

        o, zaklaszczę z wrażenia jak otworzą :D

  • Saga Sachnik

    O, masz kolorowe skarpetki!
    Swoją drogą, marzę o takim wielkim wyrku, w którym można się wiercić do woli i nie ryzykować zaliczeniem gleby (urokis spania na jedynkach).

  • Jaki przystojniak!!! :D
    Baj de łej, a jak nie w swoim łóżku, to gdzie? :P hehe

    • W hotelowym, ale podoba mi się Twój tok rozumowania ;)

      • Maja Sieńkowska

        A o mojej noclegowni to zapomniałeś? 3xFOCH!

        • Napisałem przecież, że „w hotelowym”. W ogóle nie potrafisz przyjmować komplementów.

          • Maja Sieńkowska

            Dopiero to przerabiam z moim terapeutą. Trochę wyrozumiałości…

    • Rafał

      Izba wytrzeźwień?

      • Schlebiasz mi, ale na tak drogi hotel jeszcze mnie nie stać.

        • niezapomniane wrażenia ponoć gratis

  • W końcu każdy marzy o okładce magazynu… :)

    • W przyszłym tygodniu „Forbes” i „Mój pies”.

Kilka szokujących liczb, które zmienią Twoje myślenie

Skip to entry content

Kilka dni temu wyemitowany został ostatni odcinek „Westworld” – genialnego serialu HBO z Anthonym Hopkinsem o ultranowoczesnym parku rozrywki stylizowanym na western, w którym główną atrakcją są roboty do złudzenia przypominające ludzi. Goście odwiedzający wesołe miasteczko przyszłości mogą uwolnić hamowane na co dzień popędy i ziścić skrywane na dnie moralności dzikie fantazje, strzelając do nich, gwałcąc je lub podbijając dziki zachód. Roboty po każdym dniu są czyszczone, naprawiane, pozbawiane wspomnień z mijającego dnia i podstawiane na swoje miejsce, aby mogły odegrać – jak jest to nazwane w serialu – swoją pętlę fabularną.

Mimo, że jest to turbo rozwinięta sztuczna inteligencja, to roboty nie zdają sobie sprawy z tego, że są tylko przedmiotem dostarczającym rozrywki ludziom, lecz są przekonane, że naprawdę żyją w drugiej połowie XIX wieku i są mieszkańcami miejscowości na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Mimo, że każdego są mordowane przez gości parku, nie są w stanie tego dostrzec, ponieważ żyją w swoich sztywnych, narzucających postrzeganie rzeczywistości pętlach, niepozwalających dostrzec im realnego obrazu sytuacji.

Z ludźmi jest tak samo.

Rzeczywistość wpycha nas w koleiny, którymi mozolnie idziemy, nie dostrzegając co jest poza nimi. Jesteśmy wtłaczani w schematy: wstań, umyj się, zjedz śniadanie, jedź do pracy, pracuj, wróć do domu, zjedz kolację, umyj się, idź spać, powtórz. Powtórz, powtórz, powtórz. Jesteśmy w pętlach codzienności, zupełnie jak roboty w „Westworld”, myśląc, że jest to jedyna możliwa droga i nie mając pojęcia o szablonie, który odrysowujemy na kalendarzu każdego dnia.

Roboty, żeby zyskać świadomość, zauważyć role, które odgrywają i zorientować się, że są robotami potrzebowały zmiany w kodzie, która uruchomiła efekt domina. Ludzie też potrzebują aktualizacji oprogramowania, aby wywołać taki efekt. Przed Wami kilka liczb, które mam nadzieję zmienią Wasze myślenie i pozwolą wyrwać się z pętli, w których tkwicie.

100% – tylu z nas na pewno umrze

1:1 000 000 – takie jest prawdopodobieństwo, że Twoje życie się zmieni, jeśli nic w nim nie zmienisz

50% – dorosły człowiek minimum tyle czasu, w którym nie śpi poświęca na pracę

5 – tyle lat miał Mozart, gdy skomponował pierwszy utwór

11 – a tyle, gdy skomponował pierwszą operę

0% – taki odsetek osób spotkał odpowiedniego partnera tworząc z nim szczęśliwy związek, czekając w domu, aż sam zapuka do ich drzwi

193 – tyle jest państw na świecie, w których mógłbyś mieszkać, daj +1 jeśli bierzesz pod uwagę też Watykan

0 – tyle razy średnio powtarza się niewykorzystana okazja

3 – tyle lat potrzebował Michał Szafrański, żeby zarobić milion złotych na blogu

1:13 983 816 – dokładnie tyle wynosi szansa trafienia 6 w Lotto

5,4 doby – statystycznie każdego miesiąca Polacy spędzają przed telewizorem

0,000001% – tyle wynosi ryzyko, że zjawiskowa dziewczyna, którą mijasz na ulicy da Ci w twarz, jeśli nawiążesz z nią kontakt

0,000000001% – tyle wynosi szansa, że jeśli teraz jej nie zaczepisz, to spotkasz ją drugi raz w życiu

6 – tyle kontaktów dzieli Cię od dowolnego człowieka na świecie, w tym Baracka Obamy i Krzysztofa Krawczyka

0 – o tyle centrumetrów będziesz bliżej realizacji swojego jutro, jeśli nie zaczniesz realizować go już dziś

40 – tyle lat miał założyciel KFC, gdy rozpoczął sprzedaż opiekanych kurczaków w panierce przy stacji benzynowej

10n – tyle masz możliwości na przeżycie swojego życia

1 – a tyle osób ponosi odpowiedzialność za to, którą z tych możliwości wybierzesz

autorem zdjęcia w nagłówku jest Emilio Garcia
---> SKOMENTUJ

5 kawałków, których nie da się przesłuchać tylko raz

Skip to entry content

5 kawałków, których nie da się przesłuchać tylko raz

Pamiętacie jak jakiś czas temu pisałem o jedzeniu, którego nie da się napocząć i tak po prostu odłożyć? Że pochłania się je całe za jednym zamachem, choćby nie wiem jak chciało się przestać? Teraz przełożymy tę niepohamowaną żądze konsumowania na bardziej niematerialny grunt. Pogadamy sobie o utworach muzycznych, które wchodzą do odtwarzacza i zostają tam na godzinę. Albo dwie. Albo cały dzień.

Na co dzień bardzo rzadko słucham pojedynczych kawałków, bo każdy z nich osadzony jest w jakimś szerszym kontekście, który tworzy album. W jakiejś większej całości, która nadaje mu sens i właściwy wydźwięk. Trudno zrozumieć o co chodzi w losowym kawałku z „Tylko dla dorosłych” Ostrego, nie słuchając całej płyty. Mimo to, są takie piosenki, które momentalnie się zapętlają i zanim się zorientujemy, lecą w kółko już od dobrych kilkunastu minut.

Wybrałem 5, które zawiesiły się w moich głośnikach najdłużej.

 

Fisz, Emade i Iza Lach – Ostrze

Równie niedoceniony, co kozacki numer. Ma taki trochę senny, trochę psychodeliczny klimat, a klip potęguje uczucie otumanionego niepokoju. Świetne przejścia między poszczególnymi częściami utworu, wczuty wokal i refren, na który wyczekujesz tak bardzo, że wracasz do niego od razu po skończeniu się utworu. To właśnie w „Ostrzu” po raz pierwszy usłyszałem słodziutką Izę Lach, w której zakochałem się od pierwszego usłyszenia (sprawdźcie jej płytę „Krzyk” – czysty obłęd!).

 

Disclosure – Latch

Benger razy milion! Nie dasz radu puścić na głośnikach i nie zacząć tańczyć. „Latch”  to jeden z najlepiej wyprodukowanych klubowych hitów w historii muzyki. Jak pierwszy raz na niego wpadłem, to zawiesił się na 3 godziny na liście odtwarzania. Od 2012 nie było domówki, na której by nie poleciał. W tym numerze wszystko się zgadza – dobre tempo, chwytliwy powtarzający się akcent, bujająca perka, mistrzowska aranżacja i szeroki wokal. No i ten klip, spróbuj nie pomyśleć przy nim o licealnej miłości.

 

Pezet – Ostatni track

Pezet to jeden z niewielu tekściarzy, który za każdym razem jak o czymś mówi, to trafia w samo sedno. Dotyka jądra prawdy, a potem je dźga rozżarzonym sztyletem i przenosi na podkład to, co się z niego wyleje. Czy to złość, czy gorycz, czy miłość, czy zwątpienie,  rymuje o tym tak, że zawsze czujesz to tak samo mocno jak on. Tu jest nie inaczej, odczucie potęguje wciąż świeży cloudowy bit Auera. Mam nadzieję, że tytuł to tylko kokieteria, bo ten numer znam już na pamięć i przydałby się nowy.

 

Pharrell Williams – Happy

375 476 482 wyświetleń na YouTube w niecały rok. Bez komentarza.

 

Andrzej Zaucha – Byłaś serca biciem

Do tej piosenki mam szczególny sentyment.  Odkryłem ją 3 lata temu podczas stażu w Onecie, gdy byłem przekonany, że wygrałem los na loterii, bo mogę pracować w biurze TEGO portalu. Za darmo, ale mniejsza z tym. I tak nic wtedy nie umiałem. W każdy razie, zajmowałem się nieistniejącym już serwisem karaoke JakElvis.pl, w którym dzieciaki mogły pośpiewać sobie „Orła cień”, czy „Budzikom śmierć”, a nawet to nagrać i wrzucić. Na szczęście nie musiałem tego słuchać.

Moim zdaniem za to było szukanie rodzimych przebojów do paska z hitami na stronie głównej. Jako, że nie jestem fanem współczesnego polskiego popu, to zacząłem grzebać w starociach. Przebiłem się przez Big Cyca, Kombi i Marka Grechutę, i doszedłem do Andrzeja Zauchy, którego kojarzyłem z kawałka Smarki Smarka. Zaryzykowałem i tak już nadwyrężone zdrowie psychiczne i odpaliłem „Byłaś serca biciem”. I przeszły mnie ciary. W mordę, to jeden z najbardziej przejmujących kawałków o miłości.

„Byłaś serca biciem, wiosną, zimą, życiem”  i w kółko, i w kółko, i w kółko. I jeszcze raz.

 

I znowu, i znowu, i znowu…

Wiem, że też Ty też znasz piosenkę, której nie da się przesłuchać tylko i wyłącznie jeden jedyny raz. Tylko jakieś pińćset razy. Śmiało, podziel się nią. A najlepiej linkiem do niej na YouTube. Niech moi sąsiedzi tez ją poznają.

---> SKOMENTUJ

Pamiętacie parodię „Instagram Mixa”? Albo moją interpretację „Ulubieńców Miesiąca”? Tym razem biorę na warsztat kolejny trend z YouTube’a – „Unboxing”. Zasadniczo, polega to na rozpakowywaniu nowych produktów „na wizji” i dzieleniu się z widzami emocjami związanymi z tymi, że ma się daną rzecz pierwszy raz w dłoniach. W moim przypadku nie był to nowy telefon jak u vlogerów technologicznych, ani cień do powiek jak u kosmetyczek. Było to coś do jedzenia. Produkt z górnej półki, niedostępny dla śmiertelników.

I jak, przekonałem Was do zakupu?

---> SKOMENTUJ