Close
Close

Pamiętacie parodię „Instagram Mixa”? Albo moją interpretację „Ulubieńców Miesiąca”? Tym razem biorę na warsztat kolejny trend z YouTube’a – „Unboxing”. Zasadniczo, polega to na rozpakowywaniu nowych produktów „na wizji” i dzieleniu się z widzami emocjami związanymi z tymi, że ma się daną rzecz pierwszy raz w dłoniach. W moim przypadku nie był to nowy telefon jak u vlogerów technologicznych, ani cień do powiek jak u kosmetyczek. Było to coś do jedzenia. Produkt z górnej półki, niedostępny dla śmiertelników.

I jak, przekonałem Was do zakupu?

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Czym różni się Warszawa od Krakowa?

Skip to entry content

Nigdy nie ciągnęło mnie do stolicy i idąc na studia nawet nie myślałem, żeby się tam wyprowadzić. Nie, żebym coś miał do Warszawy, po prostu zawsze czułem, że Kraków to moje miejsce. Póki co nie zamierzam tego zmieniać, ale od jakiegoś czasu jestem dość częstym gościem w stołecznym mieście i mocno je oswajam. Nie tylko ze względu na spotkania branżowo-blogowe, ale i przez to, że kilku moich dobrych znajomych się tam przeniosło. Poznaję Warszawę od bardzo różnych stron i na bieżąco konfrontuję z tym, co można zastać w Krakowie.

Poniżej to, co najbardziej rzuciło mi się w oczy porównując te dwa miasta.

 

Różnice

Przystanki. W Warszawie, tak jak w Krakowie, na głównych rondach, czy skrzyżowaniach jest od groma przystanków. Tyle, że są sensownie ponumerowane. Czyli jest „Rondo de Gaulle’a 1”, „Rondo de Gaulle’a 2”, „Rondo de Gaulle’a 15” i „Rondo de Gaulle’a 27”, przez co można się jakoś odnaleźć będąc w danym miejscu pierwszy raz. A nie tylko „Rondo Mogilskie” na wszystkich, co sprowadza się do biegania po 8 przystankach na 2 poziomach, żeby znaleźć właściwy. I zorientować się, że autobus odjechał z niego minutę temu.

Bójki. W stolicy możesz dostać prawego prostego w maskę, w Grodzie Króla Kraka kosę pod żebra. Taki urok Krakowa, że zamiast jedynki możesz od razu stracić życie. Czasem wystarczy zwrócić komuś uwagę na Grodzkiej albo Wielopolu. Czyli w ścisłym centrum miasta.

Kluby. W Krakowie 90% imprezowni zlokalizowanych jest przy Rynku Głównym. I jest ich sporo (20? 30? Nigdy nie liczyłem, ale w tych granicach). W związku z czym, jeśli w jednym z nich jest Twój były, to wystarczy przejść 50 metrów i już go nie ma, a zabawa trwa dalej. W Warszawie kluby rozsiane są po całym mieście, w związku z czym zmiana lokalu wiąże się z większą wyprawą, przez co najczęściej siedzi się w jednym miejscu.

Klimatyzacja w komunikacji miejskiej. W warszawskiej działa.

Tempo. Warszawa biegnie, Kraków przechadza się. Tempo poruszania się jest diametralnie inne i od momentu wyjścia z pociągu albo zaczynasz przyspieszać jak na zawodach chodziarzy, albo snujesz się jak geriatrycy, w zależności od tego gdzie wysiadasz.

Niedziela. Jeśli zabrałbym Ci kalendarz, nie zorientowałbyś się jaki dzień tygodnia jest w Krakowie. Zawsze w okolicach śródmieścia jest tyle samo ludzi, wycieczek, żebraków i studentów (no może poza wakacjami, wtedy jest więcej tych drugich, a mniej ostatnich). W Warszawie w ostatni dzień tygodnia robi się dużo spokojniej i przepływ ludzi zdecydowanie maleje.

[emaillocker]

Pijani Angole i Hiszpanie. W stolicy ich nie ma. W byłej stolicy robią takie bydło, że czasem wolisz spędzić weekend w domu.

Bilety komunikacji miejskiej. W Wawie są droższe, ale możesz za nie zapłacić PayPassem. Kilka razy uratowało mi to skórę, gdy wsiadłem rozanielony do tramwaju i po dojściu do biletomatu olśniło mnie, że przecież nie mam żadnego bilonu.

Wisła. U nas, jeśli siądziesz na bulwarach z piwem zaraz wyskakuje orszak dumnych z siebie policjantów, brawurowo udaremniając kryminogenny czyn wypicia piwa. Na barkach siedzą same dziadeczki, leci „Biały miś” i całość nadaje klimatu imprezy w remizie. W Syrenim Mieście natomiast, brzeg Wisły opanowany jest przez młodych. Wzdłuż kilkukilometrowych schodów ciągną się odkryte kluby, stylizowane na plażowe, a imprezy trwają do świtu. Albo i południa dnia następnego. A na samych schodkach, też nie ma problemu, żeby posiedzieć i napić się alkoholu.

Zdecydowanie najlepsze miejsce do imprezowania w stolicy. Przynajmniej latem. Jak złapię złotą rybkę, to zażyczę sobie, żeby w Krakowie też tak było.

 

Podobieństwa

Brak znajomości miasta. W obu miastach połowa przechodniów to przyjezdni, bądź chwilowi mieszkańcy, którzy nie mają pojęcia, gdzie co jest. Jeśli spytasz ich o drogę do jakiegokolwiek miejsca, poza największą galerią handlową, bądź głównym dworcem, nie pomogą Ci. Często nawet nie będą znali nazwy ulicy, na której stoją.

Absurdalne ceny mieszkań. Kraków bardzo się starał i w zasadzie dogonił Warszawę. Za dwupokojowe mieszkanie z miejskim ogrzewaniem, znajdujące się nie na wydupiu, płacisz od 2100zł wzwyż. To tyle co mediana zarobków w Polsce.

Metro. W Warszawie jest tylko jedna linia więcej, niż w Krakowie.

Ludzie kłamią, że tu mieszkają. Absolutnie nie mam nic do osób z małych miast, miasteczek, czy wsi. Serio. Śmieszy mnie natomiast, jak ktoś mieszka w miejscowości pod Warszawą, która nie jest jej częścią tak bardzo jak tylko się da, ale jak go spytasz skąd jest, to dumnie powie, że ze stolicy. Bo raz w miesiącu jeździ tam kupić klapki na bazarze. W Krakowie jest to samo. Wszyscy w promieniu 30 kilometrów od granic miasta są stąd.

 

To tyle z moich obserwacji. Jeśli Ty zwróciłeś uwagę na coś zupełnie innego, co dzieli, bądź łączy te dwa miasta, to śmiało. Komentarze są Twoje.

[/emaillocker]

Jak ustalić wiek nowo poznanej osoby?

Skip to entry content

Często kiedy poznaję się z kimś nowym, na podstawie wyglądu daje mi od 3 do 6 lat mniej. Śmieszna sprawa, bo z kolei kiedy miałem 17 lat dawano mi 19 albo więcej. Cóż, najwyraźniej dobre geny, że niezależnie od faktycznego wieku wyglądam na dwudziestolatka. Mam zamiar tak pociągnąć do 40-tki. Nie mniej, ja też miewam problemy z ustaleniem wieku rozmówcy i bywa, że rąbnę się o kilka lat w górę. Rzadziej w dół. Nie jest to problem, który  przyprawia mnie o migotanie przedsionków, ale chwilę zastanawiałem się, czy jest jakiś sposób by ustalić wiek nowo poznanej osoby.

I wymyśliłem. I jest ich kilka i różnią się od siebie w zależności, czy masz do czynienia z mężczyzną, czy z kobietą.

 

Dziewczyny

W przypadku płci rodzącej, trochę musisz się naobserwować i najlepiej bazować na kilku przesłankach naraz, ale temat jest do ogarnięcia.

Uzębienie – bierzesz młotek, ewentualnie tłuczek do mięsa, i stukasz. Jeśli wylatują wszystkie od pierwszego uderzenia, nawet lekkiego, to znaczy, że są sztuczne i trafiłeś na 60+. Jeśli zaczynają się kruszyć i musisz uderzyć wielokrotnie, żeby się ich pozbyć, to dziewczyna, a w zasadzie dziewczynka, ma mleczaki. Około 9-go roku życia. Jeśli natomiast musisz się natłuc jakbyś młócił kartofle na puree ziemniaczane, to ma zęby stałe. Znaczy, że egzemplarz jest dojrzały, ale jeszcze nie przejrzały.

Brokat na policzkach – trzydziecha. Dociera do niej, że kurze łapki nie biorą się z pierzastych myśli i chce zagiąć rzeczywistość stylizując się na nastkę z „Galerianek”.

„Śmieszna” obudowa do telefonu – trzeci rok studiów albo blogerka modowa. Co w sumie wychodzi na jedno. Nie zdążyła pójść jeszcze do normalnej pracy, żeby dowiedzieć się, że to infantylne.

[emaillocker]

Rozmiar stanika – A i dwie pary skarpetek – 13 lat. A i jedna para skarpetek – 15 lat. B ze stelażem – 17 lat. C ze stelażem – 19 lat. C z push-upem – 30+ po karmieniu piersią.

Leginsy w panterkę – czterdziecha. Wyczaiła to przeglądając zeszłoroczne egzemplarze pisemek nastoletniej córki.

Pałeczki do sushi w torbie – 25 lat – niedawno przeprowadziła się do Warszawy i woli mieć je zawsze przy sobie. Tak na wszelki wypadek.

Dredy – jeśli jest ich kilka, są krótkie, a ubrania nie śmierdzą marihuaniną, ma 16 lat. Poniosło ją w wakacje po gimnazjum i starzy nie zdążyli jej jeszcze wyperswadować, że to przypał. Jeśli dredy są dłuższe, niż zwoje mózgowe, grube i widać między nimi resztki jedzenia, a ciuchy śmierdzą jak po tygodniu na Cannabis Cup, ma 35+. Starzy już nie zdążyli jej wyperswadować, że to przypał.

Glany – podobnie jak wyżej, tylko zamiast marihuaniny wstaw jabola, a za Cannabis Cup daj Jarocin.

Tampony – 15+.

Błona dziewicza – 15-.

Pitbull na dzwonku – balachara. Ile by nie miała lat, uciekaj!

 

Chłopaki

Z chłopakami jest trochę łatwiej, jeśli chodzi o ustalanie wieku. Wystarczy zapytać.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Andreas

[/emaillocker]