Close
Close

7 rzeczy, których nie wiedziałeś o bursztynie

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Województwem Pomorskim

Słysząc słowo „bursztyn” pewnie pierwsze co masz w głowie, to widok seniorki swojego rodu z połyskującym naszyjnikiem na imieninach. Albo wspomnienia z wyjazdów kolonijnych w podstawówce, gdy po plaży częściej biegałeś za muszelkami, niż dziewczynami. Nic dziwnego, to najczęstsze skojarzenia i sporadycznie zdarza się by ktoś wychodził poza stereotypowe postrzeganie zaschniętej żywicy jako reliktu przeszłości. A szkoda, bo zdecydowanie nim nie jest i ma dużo szersze zastosowania, niż tylko biżuteria dla emerytów.

Poniżej 7  ciekawostek, które sprawią, że spojrzysz na bursztyn z nowej perspektywy.

 

60

Tyle jest gatunków bursztynu na świecie – między innymi bursztyn japoński, meksykański, dominikański, czy właśnie bałtycki, który ma największe złoża. Mało kto o tym wie, ale paleta kolorów, w jakich występuje w Polsce jest dość szeroka i rozciąga się od najbardziej znanego żółto-złotego przez czerwony, brązowy, biały, aż po tak nietypowy jak zielony. Ciekaw jestem ile razy jako dzieciak wyrzuciłem taki rarytas, myśląc, że to po prostu oszlifowany przez wodę kawałek butelki.

 

+10 do obrony, +30 do seksapilu

Bursztyn od stuleci wykorzystywany był w medycynie naturalnej różnych kultur. W starożytności uważano, że  zapewnia młodość i piękno. Kleopatra paliła bursztynowe kadzidła, Rzymianie przypisywali mu moc ochronną, a we wczesnym średniowieczu mnisi przygotowywali bursztynowe nalewki na problemy z żołądkiem. Kilka wieków później nawet Mikołaj Kopernik przepisywał jego sproszkowaną formę jako lek na choroby serca. Istne panaceum.

 

Dobra inwestycja

Polskie złoża bursztynu były tak mocno eksploatowane, że od jakiegoś czasu zaczyna go brakować. Przez co powoli staje się niemal tak cenny jak złoto. A bywa nawet, że od niego droższy, bo w ciągu ostatniego roku ceny bursztynu skoczyły o 100 %. Brzmi jak dobra kasa, co?

 

Sztuka

W Gdańsku zobaczyć można instalację artystyczną wykonaną z kamieni z masy żywicznej z wbudowanym oświetleniem z lampek LEDowych – Amber Drops. Brzmi jak małe UFO? Możliwe, ale jest całkiem ludzkie. Światło wewnątrz kamieni jarzy się ze zmiennym natężeniem naśladując oddychającego człowieka, a w samych bryłach zatopione są rożne jego atrybuty. Takie jak telefon komórkowy i inne gadżety, bez których współczesny homo sapiens nie wyobraża sobie życia. Tak jak po owadach setki tysięcy lat temu zatopionych w bursztynie, tak po nas też zostanie wymowna pamiątka.

 

Czwarty atrybut Buddy

To właśnie skamieniała żywica. Młodzi Chińczycy są tak zajarani naszym polskim jantarem, że bursztynnicy na potęgę eksportują go do Państwa Środka. Chociaż w Chinach jesteśmy znani z czegoś innego niż wódka i znikające auta.

 

Twarzowy

Bursztyn trafia coraz częściej do kosmetyków i jest podstawą zabiegów pielęgnujących ciało. Kremiki z nim przeznaczone są do cery zmęczonej i wymagającej odnowy komórkowej. Smarowanie facjaty tymi specyfikami nawilża i natłuszcza skórę, przywracając jej jędrność i elastyczność. I zmniejsza zmarszczki. Aż chce się zacytować klasyka „dziś będzie na twarz, skarbie”.

 

Kamień, który się pali

Nazwa „bursztyn” pochodzi od niemieckiego „bernstein” i znaczy właśnie to, co widzisz u góry. Spodziewałbyś się?

 

Najcenniejszy skarb polskiego morza pojawia się na blogu nieprzypadkowo. W październiku z Andrzejem z jestKultury ruszymy na Pomorze, żeby odświeżyć spojrzenie na ten region i pokazać, że może być atrakcyjny także poza sezonem letnio-wakacyjnym. Że północ polski może być interesująca nawet, gdy rtęć w termometrze jest bliżej środka skali niż górnego wierzchołka. Tematem przewodnim wyjazdu będzie właśnie bursztyn i to, co można z nim zrobić.

Najciekawsze jantarowe atrakcje znajdą się w relacji na blogu za jakieś 3-4 tygodnie, ale warto tematem zainteresować się już teraz, bo…

 

Mamy konkurs

Konkurs, w którym możecie zatrzeć wspomnienie babcinych ozdób i przekonać się, że bursztyn to też biżuteria dla młodych. Do zgarnięcia, w przypadku chłopaków, jest wykonana ze srebra elegancka spinka do krawata lub wisior na rzemieniu z naturalnej skóry (do wyboru jedno z dwóch)…

Ciekawostki bursztyn konkurs 2

…a w przypadku dziewczyn również wykonany ze srebra, niemniej szykowny naszyjnik lub bransoleta (także do wyboru jedno z dwóch).

Ciekawostki bursztyn konkurs

Żeby zgarnąć któryś z tych klejnotów ze Studia Art7 (wartość każdego to około 700zł), wystarczy, że w komentarzu poniżej wymienicie jedną z atrakcji związanych z bursztynem na Pomorzu, która Waszym zdaniem jest ciekawa i warto ją odwiedzić będąc w tym regionie.

Jeśli chodzi o propozycje, to panuje pełna dowolność, byle wiązała się z bohaterem tego wpisu. Na wzięcie udziału w konkursie (co jest równoznaczne z akceptacją regulaminu) macie czas do 26-go września do godziny 23:59. Zwycięzcę jak zwykle wybiorę według własnego widzimisię i zostanie podany dnia następnego również w tym wpisie.

No dobra, to co tam ciekawego w tym Województwie Pomorskim z bursztynami się dzieje?

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Najlepsze uliczne historie: sierpień

Skip to entry content

Nie wszyscy z Was śledzą profil bloga na Facebooku, a oprócz linków do postów i zdjęć burgerów wrzucam tam też dialogi, monologi i ogólne opisy sytuacji, które zdarzyły się na mieście. Podobno zabawne. Tak przynajmniej twierdzą wszyscy ankietowani (spytałem współlokatora i kota – obaj kiwnęli głową na tak). Zresztą nieankietowani też, bo te uliczne historie zbierają zawsze od groma polubień i cieszą się największa popularnością. I momentami mam wrażenie, że mógłbym zrezygnować z pisania tekstów na bloga na rzecz chodzenia po Rynku Głównym i wyłapywania komicznych rozmów.

Spoko, nie zrobię tego, ale żeby nikogo nie ominęło, to co w mediach społecznościowych najlepsze (a w zasadzie, to w Krakowie po przeniesieniu do mediów społecznościowych), postanowiłem to zebrać do kupy i wrzucić na bloga. Sprawdźcie 10 najlepszych tekstów, jakie udało mi się usłyszeć na przestrzeni ostatniego miesiąca chodząc po mieście.

 

#1 Podryw na 80-latka w Parku Jordana:

– Bo wiedzą panie, ja nie dlatego chodzę bez koszuli, bo mnie nie stać. A skąd! Jakby panie do mnie przyszły, to by zobaczyły – ja mam całą szafę koszul! Ja tak chodzę, bo chcę skórę dotlenić.

 

#2 Spotkanie towarzyskie w którejś z knajp na Tomasza:

– Kochanie, przyniosłeś pieniążki z pracy?

– Przecież wiesz, że jestem bezrobotny.

– Wiem, chciałam się tylko pośmiać z ciebie przy Kaśce.

 

#3 Luźna bajerka w Pijalni Wódki:

– Nie wiedziałem za bardzo jak napisać jej smsa, więc po prostu wyrzuciłem ją ze znajomych. I tak to się skończyło. A ty w ogóle jakiej muzyki słuchasz?

 

#4 Z cyklu „randki nad Wisłą”:

– Yyy… no, tego… wolę uprzedzić cię, że jestem małomówny, bo moja była dziewczyna miała ciągle pretensje, że z nią rozmawiam tylko jak mam o czym.

 

#5 Mistrzyni ciętej riposty pod Bagatelą:

– Jechała już 14-tka?

– A czy ja wyglądam jak informacja MPK?

– Ale jest pani niemiła. Naprawdę. A jakbym była niewidoma? Nie byłoby pani wtedy głupio?

– Wtedy inaczej zadałabym pytanie.

 

#6 Miła rozmowa z panią ekspedientką w monopolowym:

– Dobry wieczór.

– …

– Nie trzeba było odpowiadać.

– Ale ja wcale nie odpowiedziałam.

– No właśnie.

 

#7 Z cyklu „rozmowy pod Bagatelą”:

– I jak z Tomkiem?

– Jakim Tomkiem?

– No twoim chłopakiem.

– Aaa, w porządku, ale pogadajmy o czymś interesującym.

 

#8 Skuteczny sposób na spławianie naganiaczy:

– Może Cocomo?

– Może kredyt hipoteczny?

– Eee… nie.

– To ja tez dziękuję.

 

#9 Rozmowa dwóch lasek w drodze do Warszawy:

– I ty go puściłaś na ten Woodstock?

– Musiałam.

– Niby czemu?

– Zagroził, że jak mu nie pozwolę, to przestanie mnie wozić na uczelnię, a wiesz jakie są tłumy rano w autobusach.

 

#10 Zwierzenia trzydziechy w burgerowni na Kazimierzu:

– …i wyobraź sobie, że ta sucz nie zaprosiła mnie na wesele. A ja jej trzymałam włosy przez całe liceum jak chodziłyśmy na 18-stki.

 

Jeśli macie jakiegoś faworyta wśród tej 10-tki lub swoje zasłyszane bekowe dialogi, to śmiało – komentarze są Wasze.

autorem zdjęcia w nagłówku Sanchstar

Mimo, że wpis reklamowy to interesujący

Skip to entry content
Mimo, że wpis reklamowy to interesujący
autorem zdjęcia jest Thomas Hawk

Hasło, które widzicie w nagłówku wpisała w komentarzu jedna z czytelniczek pod tekstem o nowym katalogu IKEA. I gdy je przeczytałem dosłownie mnie zatkało. Zatkało na tyle, że długo móżdżyłem się, jak się do niego odnieść, po czym stwierdziłem, że to zbyt istotny temat, by nie poruszyć go szerzej.

Jak to do cholery jasnej „mimo, że wpis reklamowy, to interesujący”?

Czyżby ta osoba była przyzwyczajona, że teksty na blogach w ramach współpracy są nieinteresujące? Że standardem dla niej są nudne zapychacze klepane na odwal się, które wrzuca się tylko dlatego, że marka zapłaciła? I to dla niej coś nowego, że post promujący jakąś akcję może być ciekawy? I napisany tak, że chce się go czytać, a nie omija wzrokiem jak artykuły sponsorowane na Pudelku?

Boli mnie taki komentarz z trzech powodów.

 

Po pierwsze, nie reklamuję gówna

Nie jestem gazetą ani portalem. Nie wrzucam każdego syfu jaki tylko się trafi. Nie biorę wszystkich propozycji jak leci, byle tylko wyrobić normę i nie odstać opierdolu od prezesa, że się wynik kwartalny nie zgadza. Przykładam wagę do tego jacy reklamodawcy pojawiają się na blogu i akcje, do których nie jestem przekonany lub produkty, które budzą moje wątpliwości odrzucam. Selekcjonuję oferty. Nie idę na ilość, idę na jakość.

 

Po drugie, każdy post ma być interesujący

KAŻDY.

Niezależnie jakiej tematyki dotyczy, bez znaczenia, czy ktoś mi za niego płaci, czy nie, staram się żebyście przy każdym nowym wpisie otwierali szeroko usta i mówili „ŁOUŁ!”. Albo przynajmniej uśmiechnęli się pod nosem. I nie dlatego, że to się opłaca. Nie. To kwestia ambicji.

Jaram się pisaniem, od 6-tej klasy podstawówki marzyłem o zawodowym – co prawda na innej płaszczyźnie, ale jednak – operowaniu słowem i chcę być NAJLEPSZY w tym co robię. Dlatego średni czas jaki poświęcam na przygotowanie wpisu, wraz ze znalezieniem ilustrującego go zdjęcia i formatowaniem tekstu, to przynajmniej 4 godziny. A w przypadku postów będących wynikiem współpracy 8. Tak, cały dzień, bo chcę żebyście odczuwali przyjemność z obcowania z reklamą i byli w nią zaangażowani, a nie czuli, że to kolejny śmieć, który ktoś w Was wpycha i powinien wylądować w koszu.

Bo szanuję Was jako odbiorców.

I podobne podejście prezentuje Paweł Opydo, który przy współpracy z serwisem zniżkowym, zamiast napisać zwykły poradnik zakupowy stworzył całą rozbudowaną mini-stronę, wyglądającą lepiej niż połowa polskich sklepów internetowych. Andrzej Tucholski pisząc o premierze nowej książki wydawnictwa Znak, też nie wrzucił standardowej notki informacyjnej, tylko przekształcił wygląd całego bloga tak, aby bezpośrednio do niej nawiązywał. Monika Kamińska zapisała się na kilkumiesięczny kurs fotograficzny, wydając na niego kilka tysięcy złotych, przez co zdjęcia, które umieszcza w postach reklamowych mogłyby bez problemu iść do druku wielkoformatowego, czy banków zdjęć.

Bo każdy z nich szanuje odbiorców.

 

Po trzecie, to przez słabych blogerów

To boli mnie najbardziej.

Ludzie faktycznie są zdziwieni, że tekst reklamujący jakiś produkt, czy akcję może wciągać, bo jest część blogerów, która robi to ŹLE. Piszą te posty tak, że nawet gdybym był psychopatycznym entuzjastą danej marki nie doczytałbym do końca. Już po układzie wpisu i pierwszym akapicie widzę, że czołówka „Mody na sukces” jest bardziej emocjonująca. I to nie dlatego, że produkt jest mało elastyczny i nie da się o nim opowiedzieć tak, żeby źrenice się powiększały i puls przyspieszał. Nie. Dlatego, że im się, kurwa, nie chce.

Nie chce im się pochylić nad tematem i pomyśleć godzinę, dwie albo pięć, jak go zaprezentować, żeby efekt końcowy wywołał to cholerne „ŁOUŁ!”. Nie chce im się, mimo, że – jakby na to nie patrzeć – to ich praca, której w dodatku nikt im nie narzucał. Wybrali ją sami.

I przez to czytelnicy przyjmują, że teksty będące wynikiem współpracy muszą być nudne.

Wstyd mi za takich blogerów.