Close
Close

7 rzeczy, których nie wiedziałeś o bursztynie

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Województwem Pomorskim

Słysząc słowo „bursztyn” pewnie pierwsze co masz w głowie, to widok seniorki swojego rodu z połyskującym naszyjnikiem na imieninach. Albo wspomnienia z wyjazdów kolonijnych w podstawówce, gdy po plaży częściej biegałeś za muszelkami, niż dziewczynami. Nic dziwnego, to najczęstsze skojarzenia i sporadycznie zdarza się by ktoś wychodził poza stereotypowe postrzeganie zaschniętej żywicy jako reliktu przeszłości. A szkoda, bo zdecydowanie nim nie jest i ma dużo szersze zastosowania, niż tylko biżuteria dla emerytów.

Poniżej 7  ciekawostek, które sprawią, że spojrzysz na bursztyn z nowej perspektywy.

 

60

Tyle jest gatunków bursztynu na świecie – między innymi bursztyn japoński, meksykański, dominikański, czy właśnie bałtycki, który ma największe złoża. Mało kto o tym wie, ale paleta kolorów, w jakich występuje w Polsce jest dość szeroka i rozciąga się od najbardziej znanego żółto-złotego przez czerwony, brązowy, biały, aż po tak nietypowy jak zielony. Ciekaw jestem ile razy jako dzieciak wyrzuciłem taki rarytas, myśląc, że to po prostu oszlifowany przez wodę kawałek butelki.

 

+10 do obrony, +30 do seksapilu

Bursztyn od stuleci wykorzystywany był w medycynie naturalnej różnych kultur. W starożytności uważano, że  zapewnia młodość i piękno. Kleopatra paliła bursztynowe kadzidła, Rzymianie przypisywali mu moc ochronną, a we wczesnym średniowieczu mnisi przygotowywali bursztynowe nalewki na problemy z żołądkiem. Kilka wieków później nawet Mikołaj Kopernik przepisywał jego sproszkowaną formę jako lek na choroby serca. Istne panaceum.

 

Dobra inwestycja

Polskie złoża bursztynu były tak mocno eksploatowane, że od jakiegoś czasu zaczyna go brakować. Przez co powoli staje się niemal tak cenny jak złoto. A bywa nawet, że od niego droższy, bo w ciągu ostatniego roku ceny bursztynu skoczyły o 100 %. Brzmi jak dobra kasa, co?

 

Sztuka

W Gdańsku zobaczyć można instalację artystyczną wykonaną z kamieni z masy żywicznej z wbudowanym oświetleniem z lampek LEDowych – Amber Drops. Brzmi jak małe UFO? Możliwe, ale jest całkiem ludzkie. Światło wewnątrz kamieni jarzy się ze zmiennym natężeniem naśladując oddychającego człowieka, a w samych bryłach zatopione są rożne jego atrybuty. Takie jak telefon komórkowy i inne gadżety, bez których współczesny homo sapiens nie wyobraża sobie życia. Tak jak po owadach setki tysięcy lat temu zatopionych w bursztynie, tak po nas też zostanie wymowna pamiątka.

 

Czwarty atrybut Buddy

To właśnie skamieniała żywica. Młodzi Chińczycy są tak zajarani naszym polskim jantarem, że bursztynnicy na potęgę eksportują go do Państwa Środka. Chociaż w Chinach jesteśmy znani z czegoś innego niż wódka i znikające auta.

 

Twarzowy

Bursztyn trafia coraz częściej do kosmetyków i jest podstawą zabiegów pielęgnujących ciało. Kremiki z nim przeznaczone są do cery zmęczonej i wymagającej odnowy komórkowej. Smarowanie facjaty tymi specyfikami nawilża i natłuszcza skórę, przywracając jej jędrność i elastyczność. I zmniejsza zmarszczki. Aż chce się zacytować klasyka „dziś będzie na twarz, skarbie”.

 

Kamień, który się pali

Nazwa „bursztyn” pochodzi od niemieckiego „bernstein” i znaczy właśnie to, co widzisz u góry. Spodziewałbyś się?

 

Najcenniejszy skarb polskiego morza pojawia się na blogu nieprzypadkowo. W październiku z Andrzejem z jestKultury ruszymy na Pomorze, żeby odświeżyć spojrzenie na ten region i pokazać, że może być atrakcyjny także poza sezonem letnio-wakacyjnym. Że północ polski może być interesująca nawet, gdy rtęć w termometrze jest bliżej środka skali niż górnego wierzchołka. Tematem przewodnim wyjazdu będzie właśnie bursztyn i to, co można z nim zrobić.

Najciekawsze jantarowe atrakcje znajdą się w relacji na blogu za jakieś 3-4 tygodnie, ale warto tematem zainteresować się już teraz, bo…

 

Mamy konkurs

Konkurs, w którym możecie zatrzeć wspomnienie babcinych ozdób i przekonać się, że bursztyn to też biżuteria dla młodych. Do zgarnięcia, w przypadku chłopaków, jest wykonana ze srebra elegancka spinka do krawata lub wisior na rzemieniu z naturalnej skóry (do wyboru jedno z dwóch)…

Ciekawostki bursztyn konkurs 2

…a w przypadku dziewczyn również wykonany ze srebra, niemniej szykowny naszyjnik lub bransoleta (także do wyboru jedno z dwóch).

Ciekawostki bursztyn konkurs

Żeby zgarnąć któryś z tych klejnotów ze Studia Art7 (wartość każdego to około 700zł), wystarczy, że w komentarzu poniżej wymienicie jedną z atrakcji związanych z bursztynem na Pomorzu, która Waszym zdaniem jest ciekawa i warto ją odwiedzić będąc w tym regionie.

Jeśli chodzi o propozycje, to panuje pełna dowolność, byle wiązała się z bohaterem tego wpisu. Na wzięcie udziału w konkursie (co jest równoznaczne z akceptacją regulaminu) macie czas do 26-go września do godziny 23:59. Zwycięzcę jak zwykle wybiorę według własnego widzimisię i zostanie podany dnia następnego również w tym wpisie.

No dobra, to co tam ciekawego w tym Województwie Pomorskim z bursztynami się dzieje?

(niżej jest kolejny tekst)

44
Dodaj komentarz

avatar
33 Comment threads
11 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
32 Comment authors
Grażyna NowakGoogleK. Borowska (panika90) | PearltreesPoleciałem na Pomorze zbić fortunę na bursztynieJan Favre Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Karol Walesiak
Gość
Karol Walesiak

1. Poszukujecie Bursztynowej Komnaty, a nuż może jakieś ciekawe Urban Legend istnieje na Pomorzu.
2. Iznota, wioska Galindów, którzy podobno handlowali tymi kamieniami, w „rekonstrukcji” m.in. pieczary też pokazano motywy bursztynu. I mają fajne rzeźby z drewna. I statek. I ogólnie każdorazowo się jaram, jak tam pojadę.

La Ma
Gość
La Ma

Jarosławiec to moje wypoczynkowe letnie miejsce, bursztyny można spotkać na każdym kroku, ale to żadna nowość. Okolice w tym np Darłowo i Zamek Książąt Polskich, w środku można podziwiać bursztynowe ozdoby. Poza tym każdy nadmorski jarmark, można się zatrzymać i podziwiać :)

margaritum
Gość

Tak poza konkursem: te bursztynowe inwestycje skojarzyły mi się z Amber Gold, też niby można było się obłowić ;)
No i mimo że wpis reklamowy, to interesujący. As always.

Jan Favre
Gość

Dzięki, dzięki, dzięki :*

Paulina Wnuk
Gość
Paulina Wnuk

Jak byłam mała, to zbierałam z Babcią na plaży bursztyn. Nie raz po sztormie pełno tego było na brzegach plaż. I polecam moją ulubioną piosenkę z dzieciństwa :D https://www.youtube.com/watch?v=Si4YsuU26HM

PS Wpis reklamowy, a interesujący ;)

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

W internecie jesteś fajniejszy.

Jan Favre
Gość

Źle odmieniłaś przymiotnik, Paulina to dziewczyna.

Paulina Wnuk
Gość
Paulina Wnuk

Jeszcze odnośnie bursztynu, to najfajniejsze jest nielegalne wykopywanie bursztynu w lesie przy plaży na Stogach w Gdańsku. Nigdy tego nie robiłam, ale raz wpadłam w taką dziurę w lesie. Polecam.

Oleandrra
Gość

Jako mała dziewczynki wraz z kuzynką jeździłyśmy z dziadkami nad morze. Spacerowałyśmy po plaży godzinami poszukując ciekawych kamyków, w tym także bursztynów. Niektóre z nich (choć akurat bursztynom tego nie robiłyśmy, bo były zbyt piękne same w sobie) przepoławiałyśmy za pomocą dużego, ostrego kamola kładąc je na podstawce z jeszcze większego kamola. W środku czasem nie było nic ciekawego, ale zdarzały się przeróżne muszelki, a innym razem błyszczące mniejsze kamyczki. Gdy już uzbierałyśmy całe wiaderko z mieszanką bursztynów i przełamanych kamieni, sprzedawałyśmy je dziadkowi po 20zł za jedno. To był interes mojego życia. Gdybym miała polecić jakąś atrakcję nad morzem,… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Płacący w terminie kontrahent to 3/4 sukcesu, gratuluję głowy do interesów od małego.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Najlepsze uliczne historie: sierpień

Skip to entry content

Nie wszyscy z Was śledzą profil bloga na Facebooku, a oprócz linków do postów i zdjęć burgerów wrzucam tam też dialogi, monologi i ogólne opisy sytuacji, które zdarzyły się na mieście. Podobno zabawne. Tak przynajmniej twierdzą wszyscy ankietowani (spytałem współlokatora i kota – obaj kiwnęli głową na tak). Zresztą nieankietowani też, bo te uliczne historie zbierają zawsze od groma polubień i cieszą się największa popularnością. I momentami mam wrażenie, że mógłbym zrezygnować z pisania tekstów na bloga na rzecz chodzenia po Rynku Głównym i wyłapywania komicznych rozmów.

Spoko, nie zrobię tego, ale żeby nikogo nie ominęło, to co w mediach społecznościowych najlepsze (a w zasadzie, to w Krakowie po przeniesieniu do mediów społecznościowych), postanowiłem to zebrać do kupy i wrzucić na bloga. Sprawdźcie 10 najlepszych tekstów, jakie udało mi się usłyszeć na przestrzeni ostatniego miesiąca chodząc po mieście.

 

#1 Podryw na 80-latka w Parku Jordana:

– Bo wiedzą panie, ja nie dlatego chodzę bez koszuli, bo mnie nie stać. A skąd! Jakby panie do mnie przyszły, to by zobaczyły – ja mam całą szafę koszul! Ja tak chodzę, bo chcę skórę dotlenić.

 

#2 Spotkanie towarzyskie w którejś z knajp na Tomasza:

– Kochanie, przyniosłeś pieniążki z pracy?

– Przecież wiesz, że jestem bezrobotny.

– Wiem, chciałam się tylko pośmiać z ciebie przy Kaśce.

 

#3 Luźna bajerka w Pijalni Wódki:

– Nie wiedziałem za bardzo jak napisać jej smsa, więc po prostu wyrzuciłem ją ze znajomych. I tak to się skończyło. A ty w ogóle jakiej muzyki słuchasz?

 

#4 Z cyklu „randki nad Wisłą”:

– Yyy… no, tego… wolę uprzedzić cię, że jestem małomówny, bo moja była dziewczyna miała ciągle pretensje, że z nią rozmawiam tylko jak mam o czym.

 

#5 Mistrzyni ciętej riposty pod Bagatelą:

– Jechała już 14-tka?

– A czy ja wyglądam jak informacja MPK?

– Ale jest pani niemiła. Naprawdę. A jakbym była niewidoma? Nie byłoby pani wtedy głupio?

– Wtedy inaczej zadałabym pytanie.

 

#6 Miła rozmowa z panią ekspedientką w monopolowym:

– Dobry wieczór.

– …

– Nie trzeba było odpowiadać.

– Ale ja wcale nie odpowiedziałam.

– No właśnie.

 

#7 Z cyklu „rozmowy pod Bagatelą”:

– I jak z Tomkiem?

– Jakim Tomkiem?

– No twoim chłopakiem.

– Aaa, w porządku, ale pogadajmy o czymś interesującym.

 

#8 Skuteczny sposób na spławianie naganiaczy:

– Może Cocomo?

– Może kredyt hipoteczny?

– Eee… nie.

– To ja tez dziękuję.

 

#9 Rozmowa dwóch lasek w drodze do Warszawy:

– I ty go puściłaś na ten Woodstock?

– Musiałam.

– Niby czemu?

– Zagroził, że jak mu nie pozwolę, to przestanie mnie wozić na uczelnię, a wiesz jakie są tłumy rano w autobusach.

 

#10 Zwierzenia trzydziechy w burgerowni na Kazimierzu:

– …i wyobraź sobie, że ta sucz nie zaprosiła mnie na wesele. A ja jej trzymałam włosy przez całe liceum jak chodziłyśmy na 18-stki.

 

Jeśli macie jakiegoś faworyta wśród tej 10-tki lub swoje zasłyszane bekowe dialogi, to śmiało – komentarze są Wasze.

autorem zdjęcia w nagłówku Sanchstar

Mimo, że wpis reklamowy to interesujący

Skip to entry content
Mimo, że wpis reklamowy to interesujący
autorem zdjęcia jest Thomas Hawk

Hasło, które widzicie w nagłówku wpisała w komentarzu jedna z czytelniczek pod tekstem o nowym katalogu IKEA. I gdy je przeczytałem dosłownie mnie zatkało. Zatkało na tyle, że długo móżdżyłem się, jak się do niego odnieść, po czym stwierdziłem, że to zbyt istotny temat, by nie poruszyć go szerzej.

Jak to do cholery jasnej „mimo, że wpis reklamowy, to interesujący”?

Czyżby ta osoba była przyzwyczajona, że teksty na blogach w ramach współpracy są nieinteresujące? Że standardem dla niej są nudne zapychacze klepane na odwal się, które wrzuca się tylko dlatego, że marka zapłaciła? I to dla niej coś nowego, że post promujący jakąś akcję może być ciekawy? I napisany tak, że chce się go czytać, a nie omija wzrokiem jak artykuły sponsorowane na Pudelku?

Boli mnie taki komentarz z trzech powodów.

 

Po pierwsze, nie reklamuję gówna

Nie jestem gazetą ani portalem. Nie wrzucam każdego syfu jaki tylko się trafi. Nie biorę wszystkich propozycji jak leci, byle tylko wyrobić normę i nie odstać opierdolu od prezesa, że się wynik kwartalny nie zgadza. Przykładam wagę do tego jacy reklamodawcy pojawiają się na blogu i akcje, do których nie jestem przekonany lub produkty, które budzą moje wątpliwości odrzucam. Selekcjonuję oferty. Nie idę na ilość, idę na jakość.

 

Po drugie, każdy post ma być interesujący

KAŻDY.

Niezależnie jakiej tematyki dotyczy, bez znaczenia, czy ktoś mi za niego płaci, czy nie, staram się żebyście przy każdym nowym wpisie otwierali szeroko usta i mówili „ŁOUŁ!”. Albo przynajmniej uśmiechnęli się pod nosem. I nie dlatego, że to się opłaca. Nie. To kwestia ambicji.

Jaram się pisaniem, od 6-tej klasy podstawówki marzyłem o zawodowym – co prawda na innej płaszczyźnie, ale jednak – operowaniu słowem i chcę być NAJLEPSZY w tym co robię. Dlatego średni czas jaki poświęcam na przygotowanie wpisu, wraz ze znalezieniem ilustrującego go zdjęcia i formatowaniem tekstu, to przynajmniej 4 godziny. A w przypadku postów będących wynikiem współpracy 8. Tak, cały dzień, bo chcę żebyście odczuwali przyjemność z obcowania z reklamą i byli w nią zaangażowani, a nie czuli, że to kolejny śmieć, który ktoś w Was wpycha i powinien wylądować w koszu.

Bo szanuję Was jako odbiorców.

I podobne podejście prezentuje Paweł Opydo, który przy współpracy z serwisem zniżkowym, zamiast napisać zwykły poradnik zakupowy stworzył całą rozbudowaną mini-stronę, wyglądającą lepiej niż połowa polskich sklepów internetowych. Andrzej Tucholski pisząc o premierze nowej książki wydawnictwa Znak, też nie wrzucił standardowej notki informacyjnej, tylko przekształcił wygląd całego bloga tak, aby bezpośrednio do niej nawiązywał. Monika Kamińska zapisała się na kilkumiesięczny kurs fotograficzny, wydając na niego kilka tysięcy złotych, przez co zdjęcia, które umieszcza w postach reklamowych mogłyby bez problemu iść do druku wielkoformatowego, czy banków zdjęć.

Bo każdy z nich szanuje odbiorców.

 

Po trzecie, to przez słabych blogerów

To boli mnie najbardziej.

Ludzie faktycznie są zdziwieni, że tekst reklamujący jakiś produkt, czy akcję może wciągać, bo jest część blogerów, która robi to ŹLE. Piszą te posty tak, że nawet gdybym był psychopatycznym entuzjastą danej marki nie doczytałbym do końca. Już po układzie wpisu i pierwszym akapicie widzę, że czołówka „Mody na sukces” jest bardziej emocjonująca. I to nie dlatego, że produkt jest mało elastyczny i nie da się o nim opowiedzieć tak, żeby źrenice się powiększały i puls przyspieszał. Nie. Dlatego, że im się, kurwa, nie chce.

Nie chce im się pochylić nad tematem i pomyśleć godzinę, dwie albo pięć, jak go zaprezentować, żeby efekt końcowy wywołał to cholerne „ŁOUŁ!”. Nie chce im się, mimo, że – jakby na to nie patrzeć – to ich praca, której w dodatku nikt im nie narzucał. Wybrali ją sami.

I przez to czytelnicy przyjmują, że teksty będące wynikiem współpracy muszą być nudne.

Wstyd mi za takich blogerów.