Close
Close

Jak nie szukać chłopaka na Tinderze?

Skip to entry content

Kojarzysz Tindera? Tinder to taka Fotka.pl tylko okrojona do postaci prostej aplikacji na telefon. Rejestracja trwa jakąś sekundę (góra dwie) i już możesz szukać miłości do grobowej deski. Albo chociaż klozetowej.

Działa to tak, że system na podstawie geolokalizacji pokazuje osoby w Twojej okolicy, więc jeśli odpowiednio ustawisz zasięg nie będziesz musiał się obawiać, że będzie podrywać Cię ktoś z Prokocimia. Albo nie daj boże Łagiewników. Wyświetlają Ci się zdjęcia osób płci przeciwnej (chyba, że przestawisz w opcjach, to tej samej) i jeśli któraś Ci się spodoba, klikasz serduszko. Jeśli nie to krzyżyk. Jeśli zserduszkowana dziewczyna też kliknie czerwony symbol na Twoim zdjęciu, to system łączy Was w parę i możecie do siebie napisać.

Proste, szybkie i zabawne.

To ostatnie najbardziej, bo niektóre dziewczyny (posądźcie mnie o homofobię, ale chłopaków nie sprawdzałem) mają takie foty, jakby do końca życia chciały zostać starymi pannami. Albo singlami, jak to się teraz modnie mówi. Nie wiem, czy to z braku wyobraźni, niewiedzy, czy braku wyobraźni, ale niektóre zdjęcia naprawdę sugerują, że osoba znajdująca się na nich nie ma zamiaru zmieniać statusu związku w ciągu najbliższej dekady. A inne wręcz krzyczą: „zostaw, nie dotykaj, nie ruszaj, chcę umrzeć z kotem i paprotką!”.

Poniżej najmocniejsze chwyty jakich możesz użyć na Tinderze (przypomnę jeszcze raz – aplikacji opartej na fotkach), żeby nie znaleźć chłopaka.

 

Wrzucaj zdjęcia tyłem…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze

Niech omamią go Twoje zaokrąglone plecy, szwy na koszulce i tylne kieszenie na spodniach. Justin Timberlake nie przypadkiem nazwał jeden ze swoich największych hitów „Sexy back”. Albo jara się Twoim kręgosłupem, ale nie jest Ciebie wart!

 

…z oddali…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 2

To dobry test na wzrok, a wiadomo co mówi ludowe porzekadło – „kto ma słabe oczy, ten se nie radzi w nocy”. Albo jest w stanie dostrzec Twoje piękno na zdjęciu, na którym stoisz pół kilometra od obiektywu i nie różnisz się niczym od swoich dwóch kolegów, albo ma małego. Koniec i kropka.

 

…albo po prostu takie, na których nie widać Ci twarzy

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 3

Zrób sobie zdjęcie samej małżowiny usznej, pępka, albo brudu za paznokciami. Możesz też zasłonić facjatę włosami, naciągnąć sweter na jedynki lub wysmarować buźkę obornikiem. We wszystkich przypadkach wynika z tego to samo – gówno.

 

Nie dodaj żadnego zdjęcia, na którym jesteś sama

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 4

Oglądałaś „Gdzie jest Wally?” jak byłaś mała? Sprawdź czy on też! Jeśli znajdzie Cię na zdjęciu, znaczy, że jesteście sobie przeznaczeni!

 [emaillocker]

Zamiast siebie daj postać z kreskówki…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 5

Niech sobie wyobraża, że masz nogi jak Czarodziejka z księżyca, cyce jak Esmeralda z Dzwonnika z Notre Dame, a najlepiej, że srasz chabrami jak Dzwoneczek z Piotrusia Pana. W rzeczywistości bliżej Ci do Fiony ze Shreka? No cóż, życie to nie bajka, powinien o tym wiedzieć.

 

…ucięty skan strony z przypadkowej książki…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 6

Dobra książka to podstawa. Zwłaszcza, gdy braknie rozpałki do grilla.

 

…albo kolaż z Marylin Monroe…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 7

Marylin jest zajebista, różowa guma do żucia jest zajebista, a napisy bezszeryfową czcionką, to już w ogóle ogień z krzesiwa. Wrzuciłaś połączenie powyższych? Nie ma wyjścia, musisz być Kleopatrą Tindera. To droga bez odwrotu, już nie da się powstrzymać lawiny serduszkujących facetów, będziesz musiała ich spławiać jeden po drugim. Takie życie ikony seksu.

 

…ewentualnie mroczny park

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 8

To alternatywa dla tego powyżej. Zaintryguj go. Pokaż, że jesteś po drugiej stronie, że nie jesteś pustakiem, że masz coś w środku. Że tak jak mroczny las, między krzakami kryjesz tajemnicę do odkrycia. Depresję albo grzyba.

 

Załóż profil bez zdjęć

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 9

Bezdyskusyjnie udowodnij, że nie wiesz na czym polega aplikacja oparta na zdjęciach. I licz na to, że ktoś mając do wyboru setki ogarniętych kobiet zainteresuje się Tobą – bezosobowym człowiekiem-widmo. I akurat nie będzie psychopatą.

 

Już wiecie, co robić, żeby kolejne wieczory nadal spędzać w pojedynkę z paczką lodów gapiąc się w „Gotowe na wszystko”, więc powodzenia!

 [/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

43
Dodaj komentarz

avatar
28 Comment threads
15 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
25 Comment authors
mechatTinder: ksiażę nie z tej bajki i TinderellaJak nie szukać dziewczyny na Tinderze. – Na NowoVenDamian Górnik | damianovich Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Asia
Gość
Asia

„kto ma słabe oczy, ten se nie radzi w nocy” urzekające :D

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

A czy umieszczenie zdjęcia z balu przebierańców „Księża i kokoty”, na którym zawodniczka podduszona jest gorsetem z koronką i stąpa na nogach odzianych w pończochy na pasach i chybotliwe obcasy z pomponem z futerka – rodzi nadzieję na to, że w grach i zabawach łóżkowych można liczyć przynajmniej na strój lubieżnej pielęgniarki ;)?

Jan Favre
Gość

Nie, bo to przecież tylko takie przebranie, a ona wcale taka nie jest. Wy kobiety myślicie w kółko tylko o jednym. Fuj.

Joanna
Gość
Joanna

Szukasz dziewczyny przez aplikację? Romantyzm skulony płacze.

Patrycja
Gość

Faceci robią dokładnie to samo. :D

Jan Favre
Gość

Czekam właśnie na jakiś kontr-tekst z drugiej strony.

Patrycja
Gość

Jakbym miała napisać coś na podstawie spostrzeżeń z mojej strony było by to „Jak oszukać laski na Tinderze, że jesteś przystojny?” – Załóż okulary przeciwsłoneczne.

Jan Favre
Gość

O to widzę, że obie płcie stosują te same chwyty.

Patrycja
Gość

Jeszcze brakuje tutaj punktu (bo założę się, że u dziewczyn też się takie przypadki zdarzają): „zamiast swojego aktualnego zdjęcia dodaj zdjęcie z dzieciństwa” w końcu dobrze wiedzieć czy będziemy mieć ładne dzieci.

Jan Favre
Gość

O, to akurat dziewczyny takiego chwytu na Tinderze nie stosują, rozumiem, że u chłopaków to standard?

Patrycja
Gość

Standard to klata albo okulary, ale takie się zdarzają. :D

Patrycja
Gość

Obiecuje, że kiedyś wezmę i zbiorę męskie chwyty i napisze kontr-tekst bo teraz tego widzę coraz więcej. Właśnie widziałam zdjęcie pizzy na profilowym. :D

Po prostu Bartosz
Gość

Samo życie.. :D

Agata
Gość

Hahaha, mistrzowskie zestawienie. Aż sobie chyba to założę! :)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

„Sin City 2” – dlaczego warto zjeść odgrzewanego kotleta?

Skip to entry content

Sin City 2 - damulka warta grzechu recenzja

Pierwsza część „Sin City” była filmem mistrzowskim, przełomowym, epickim, kultowym, miażdżącym, epokowym, bądź określonym jakimkolwiek innym epitetem równoznacznym z ustaleniem nowego standardu. Robert Rodriguez z Frankiem Millerem i Quentinem Tarantino wyreżyserowali bombę, która rozsadziła kino rozrywkowo-sensacyjne zerując tym samym grę. W tym tytule wszystko się zgadzało, od fabuły przez grę aktorską po montaż. Majstersztyk, który można oglądać wielokrotnie za każdym razem odnajdując nowy smaczek.

Za sprawą powyższych (i nadziei, że Jessica Alba tym razem pokaże cycki) oczekiwania wobec kontynuacji były monstrualne. Prawie tak duże jak dług publiczny Hiszpanii.

Nie będę podkręcał napięcia w oczekiwaniu na puentę, bo po nagłówku wiecie, że klasyk z tego nie wyszedł. Druga część opowieści o mieście grzechu nie przebiła jedynki i nie sprowadziła innych twórców do parteru. W „Damulce wartej grzechu” nie dostaliśmy nowej jakości, którą można by się ekscytować przez kolejne 9 lat, ale to nie powód, żeby jej nie oglądać. To odgrzewany kotlet – fakt – ale odgrzany bardzo profesjonalnie i w pełni zjadliwie.

Skąd pewność, że klient nie dostanie biegunki, mimo tego, że podaje mu się drugi raz to samo danie?

Aktorzy. Ci sami co w jedynce plus Joseph Gordon-Levitt i Eva Green. I dwóch typów, których wcześniej nigdzie nie widziałem. Ci drudzy dają radę, ci pierwsi elektryzują atmosferę, aż iskrzy z ekranu. Mimo, ze „stara” ekipa nie zaskakuje niczym nowym i Mickey Rourke robi klasyczną rozjebundę, a Jessica Alba standardowo kusi jak w Księdze Rodzaju, to jest to rzemiosło na wysokim poziomie. Na tyle wysokim, by nie chciało się schodzić do rzeczywistości poniżej kinowego ekranu.

Dynamika. Jest miejsce na wprowadzanie widza w klimat korupcji i patologii, na budowanie tła nadchodzących wydarzeń i stopniowanie napięcia. Nie brakuje też przestrzeni na wartkie mordobicia, widowiskowe pościgi i huczne strzelaniny. W tym samym stężeniu i kolejności, co w pierwszej części. Na szczęście.

Główne wątki. Są dwa. Pierwszy jest rozwinięciem najwyrazistszego motywu z oryginału (zemsta i takie tam), drugi prawie świeży. Co prawda nie było go w jedynce, ale widzieliśmy go w „Nagim instynkcie”. Femme fatal, zakazany romans i facet-desperat, który byłby w stanie oddać wszystko. Tak, to zawsze działa, zwłaszcza, gdy nie ma do oddania nic i jest tylko czasowym narzędziem w rękach precyzyjnej manipulatorki. Oprócz dwóch głównych, jest kilka pobocznych mających pokazać miasto od jak najróżniejszych stron. Nawet udaje im się nie zepsuć filmu.

Komiksowość. Tego klimatu, że wszystko dzieje się na rysunkowym papierze, jest tylko czerń i biel sporadycznie doprawiona trzema kolorami cytrusów, a zaraz będą wyskakiwać dymki z tekstami, nie da się podrobić. Ale da się powielić. W taki sposób, żeby widz w trakcie oglądania nie czuł się znudzony konwencją, a raczej oswojony z nią. Jak gdyby wchodził do miejsca, gdzie ze wszystkimi się dobrze zna. Jak sprawdzony seks z eks.

Cycki Evy Green. Są. Całe. Nagie. Kilkukrotnie.

Kumulacja powyższych gwarantuje brak niestrawności. I dobrą, choć znaną już zabawę.

Chciałbym przeklnąć, ale się boję

Skip to entry content

Kojarzysz ludzi, którzy mówią „kuźwa” zamiast „kurwa”, „vaffanculo” zamiast „spierdalaj” i rozochoceni, jakby proboszcz smyrał ich za uchem śpiewają „I wanna fuck you” Akona, ale w życiu nawet by nie zanucili „A jebać mi się chce” Liroya? Kojarzysz. To starszy accountant od Ciebie z działu, córka dziekana z drugiego potoku, ostatni ministrant z Twojej klasy albo ta laska, która po kwartale podchodów powiedziała Ci, że seks dopiero po pierwszym dziecku.

Ci sami ludzie kropkują wulgaryzmy przeklinając w internecie.

Jak się irytują piszą „ja pie***le”, „k#^%a mać” i „to jest po…ane”. A jak chcą kogoś obrazić, to wklepują „sk&%!@syn” albo „ch*j”. I myślą, że są czyści. Że nie pobrudzili sobie języka dosadnymi określeniami narządów rozrodczych i najstarszego zawodu świata. Że nie ubabrali błotem białego płótna, tylko posadzili kilka przebiśniegów na rumowisku. Bo jak ocenzurują wulgaryzm, to wydaje im się, że już nie jest wulgaryzmem. Takiego rżnięcia głupa nie widziałem nawet w amatorskim porno.

Cenzurowanie wulgaryzmów, to esencja hipokryzji.

Bo co, chciałbyś tupnąć nóżką i rzucić chujem, ale boisz się, że mama zobaczy? Albo team leader? Napisałbyś leksykon synonimów do uprawiania stosunku płciowego z samym sobą, ale tylko gdyby nikt nie patrzył? Bo jak wypowiadasz się publicznie to wiesz, że to nie wypada? Jesteś obłudny do kwadratu, bo jak wstawisz gwiazdki i kratki w przekleństwo, to to nie przestaje być przekleństwem. I każdy doskonale wie jakie to słowo. I Ty też doskonale wiesz, że tak jest. Bo jeśli by tak nie było, to byś go nie napisał.

„K*rwa” jest taką samą rysą na porcelanie jak „kurwa”, tyle, że świadczy o tchórzostwie autora.

Jak chcesz przeklinać, to rób z jajami. Albo nie rób tego wcale.