Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką Somersby i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

W zeszłą sobotę Lord Somersby wyprawił bal w Instytucie Wysokich Napięć w Warszawie. Wiem, że to on chciał być tajemniczym spiritus movens całego wydarzenia. Komendantem melanżu, o którym wszyscy plotkują i chcą go poznać, a on tylko pojawia się i znika, elektryzując gości. Coś jak Wielki Gatsby na swoich prywatkach. Trochę tak było i rzeczywiście, gdy zjawiał się na scenie kilkanaście metrów nad ziemią wywoływał poruszenie i wszystkie oczy były zwrócone na niego. Ale bądźmy szczerzy, większość uwagi skupiało się na dziewczynach. No, przynajmniej mojej. Wybacz szefie.

To, jak to z nimi było, a konkretnie, co lubią dziewczyny Lorda Somersby?

 

Jeździć limuzyną

Party like a lord - impreza Lord Somersby (1)

Oczywiście najlepiej taką dwupoziomową, żeby, nie daj boże, nie trafił się ktoś w centrum stolicy, kto by jej nie zauważył.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (2)

Rozgrzewka w limo jednak nie zawsze wygląda tak dziko, jak na amerykańskich teledyskach. Czasem jest nuda i trzeba podpierać sufit.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (3)

Tak serio, to odkąd wesoły autobus ruszył (nie mylić ze smutnym), zaczęło się dziać i leciały pierwsze śmichy-chichy i „trąciłem cię? O przepraszam, a w ogóle to ładna sukienka, wymienimy się numerami?”. Aczkolwiek, gdyby już wtedy puścili muzykę nic by się złego nie stało. W zasadzie, to same dobre rzeczy.

Na szczęście warunki do tańczenia były już chwilę później.

 

Bawić się na koncertach

Party like a lord - impreza Lord Somersby (32)

Od wejścia wrażenie robiła nietypowa scena, bo nie widziałem jeszcze, żeby ktoś występował na piramidzie zbudowanej z sześcianów. Dyskdżokej grał w kostce niemal na samej górze, a w okół niego latały tematyczne wizualizacje i światła potęgujące klimat. No, w Aferze na Sławkowskiej to nie ma takich rzeczy.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (13)

Post użytkownika Stay Fly.

Gdy muzyka mechaniczna ustąpiła zespołom grającym na żywo, cała scena zamieniła się w jedną wielką trójwymiarową wizualizację i nie dało się nie załapać wczuty. Wyładowania atmosferyczne rzucane na piramidę sprawiały wrażenie, jakby za chwilę faktycznie miały posypać się gromy z nieba. Była moc!

Party like a lord - impreza Lord Somersby (28)

Najbardziej dało się odczuć, że jesteśmy w miejscu, gdzie faktycznie panuje wysokie napięcie, gdy za mikrofon złapała Elka Eyre. Mogłaby prowadzić szkolenia „Jak mieć 20 lat i zawładnąć salą pełną ludzi?”. Albo z profesjonalnego kręcenia włosów. No w każdym razie, dała czadu jak wybuch instalacji gazowej w bloku z wielkiej płyty.

Pić drinki

Party like a lord - impreza Lord Somersby (18)

Przygotowane przez kogoś, kto potrafi coś więcej, niż przelać, wstrząsnąć i zamieszać.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (7)

Na przykład połączyć piwo z whisky albo wiśniówką i zrobić to w taki sposób, że smakuje lepiej niż osobno. No muszę powiedzieć, że dobry gust mają te dziewczyny, nie spodziewałem się, że to będzie dobre. A było.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (10)

 

Robić dzióbek

Bez owijania w bawełnę, ani szary papier, to jest właściwa część wpisu. Czyli ilustrowany leksykon dzióbków na przykładzie dziewczyn Lorda Somersby.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (14)

Typ: Dzióbek niezdecydowany

Modelka: Smakowity Kąsek

Cechy charakterystyczne: Wywinięta dolna warga sugeruje, że to dzióbek, schowana górna, że jednak nie, przez co nigdy nie masz pewności, czy chce Ci dać buziaka, czy tylko się uśmiecha. Musisz sprawdzić na własną odpowiedzialność.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (15)

Typ: Dzióbek podpuszczający

Modelka: Glam Paula

Cechy charakterystyczne: Niby chce pocałować, ale jednak odchyla się do tyłu – klasyczna kokietka.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (16)

Typ: Dzióbek grzywiczny

Modelka: Segritta

Cechy charakterystyczne: Nie możesz skupić się na ustach, bo ciągle patrzysz na włosy. Ach, ta grzywka!

Party like a lord - impreza Lord Somersby (20)

Typ: Dzióbek czarnopolewkowy

Modelka: Honey

Cechy charakterystyczne: wciska wymówkę, że musi napić się kawy, ale tak naprawdę woli pocałować nawet filiżankę, niż Ciebie. Cóż, lepiej dostać kosza niż koszem.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (21)

Typ: Dzióbek rebeliancki

Modelka: Styl Oly

Cechy charakterystyczne: Nie zrobi dzióbka, choćbyś powiedział, że wiesz czym jest zalotka i baskinka albo czym różni się spódnica od sukienki. I faktycznie to wiedział.

Lord Somersby Party Like A Lord

Typ: Dzióbek dezorientujący

Modelka: BO4GO

Cechy charakterystyczne: Próbuje odwrócić nim uwagę od tego, co ma pod futrem.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (24)

Typ: Dzióbek na śpiocha

Modelka: Fashionelka

Cechy charakterystyczne: Jak otworzy oczy będzie mówić, że nic nie pamięta. Może też użyć popularnego zwrotu „a kim ty w ogóle jesteś?” lub „na śpiocha się nie liczy”.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (19)

Typ: Dzióbek cyklopiczny

Modelka: Pani Ekscelencja

Cechy charakterystyczne: Bierze Cię pół żartem, pół serio, dlatego patrzy tylko jednym okiem. Wzbudziłeś jej zainteresowane, ale nie wie czy można Ci zaufać, stąd chronienie twarzy dłońmi. Gdyby przypadkiem okazało się, że jesteś złodziejem pocałunków.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (33)

Typ: Lisi dzióbek

Modelka: Ameliowy

Cechy charakterystyczne: Brak. Bo z lisami to nigdy nie wiadomo.

 

Skakać w deszczu konfetti

Processed with VSCOcam with f2 preset

Bo jak rzecz staropolskie przysłowie „kto nie miał konfetti na ramionach, temu opadną wymiona”.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

---> SKOMENTUJ

Nie wiem, czy u Ciebie tak jest, ale ja dość prosto mogę posegregować ludzi po tym jak się do mnie zwracają. Na podstawie tego, czy używają zdrobnienia wypowiadając moje imię, czy pełnej formy, łatwo mi ich przyporządkować do kategorii z określonym poziomem zażyłości. Oczywiście zdarzają się wyjątki, jak jeden koleś z trzeciego roku studiów, który zawsze używał formy bezosobowej, mimo, że mieliśmy ze sobą dość bliski kontakt, ale zasadniczo działa.

I wygląda to mniej więcej tak:

Panie Janie – domena urzędników, akwizytorów, telemarketerów i pracowników banku – ludzi, z którymi nic mnie nie łączy. Zawsze, gdy słyszę to sformułowanie wiem, że rozmowa skończy się utarczce słownej. Albo oni nie będą chcieli załatwić sprawy, z którą przyszedłem, albo ja nie będę chciał oferty, którą chcą mi wcisnąć.

Jan – tak zwracają się do mnie nowo poznane osoby, zazwyczaj na konferencjach, które chcą dodać powagi naszej relacji. A w zasadzie, to ukazać siebie jako turbo profesjonalistę i poważnego gościa, który jest człowiekiem interesu. I piszę „gościa”, bo w 90% dotyczy to facetów.

Janek – najbardziej neutralna i najmniej nacechowana emocjami forma. Tego zdrobnienia używają głównie znajomi – ludzie, z którymi skądś tam się znam i co jakiś czas się widujemy, ale nie czytamy sobie przypowieści biblijnych na dobranoc. Ani nawet streszczenia „Calineczki”.

Jasiu – wołacz zarezerwowany dla najbliższych. Tylko przyjaciele i ludzie, z którymi przepłynąłem morze wódki tak do mnie mówią. A że nie uprawiam tego sportu od kilku lat, to jest ich niewielu.

Jasiek – ile bym nie miał lat dla mojej mamy zawsze będę „Jaśkiem”. Poza nią, ostatni raz tak zwracała się do mnie wychowawczyni w liceum. Wydawało jej się, że w ten sposób będzie bardziej po kumpelsku i szybciej się zziomujemy. No, nie wyszło.

Jaś – to dość zabawne, ale jedyną osobą, która kiedykolwiek użyła tej formy na głos jest mój przyjaciel Patryk. Co najlepsze, używał jej przez dobre 5 lat naszej znajomości, bo wydawało mu się, że to najsensowniejsze zdrobnienie mojego imienia. Później poszliśmy do liceum i okazało się, że to jednak siara.

Panie Janku – absolutny fenomen i hit hitów. Coś co zdecydowanie wyróżnia nas na arenie europejskiej i ogólnoświatowej, bo nie spotkałem się z tym, żeby podobne połączenie funkcjonowało w jakimś innym języku. Ta zbitka zwrotu „per pan” i zdrobnienia „Janku” powinna zostać wpisana na listę dóbr narodowych.

Z jednej strony niby komunikujemy się oficjalnie i wpychamy dialog w formalne ramy, a z drugiej chcemy by była to rozmowa kumpelska bez zachowywania dystansu adekwatnego dla pierwszej części zwrotu. Innymi słowy, sposób na bycie oficjalnym ziomem. Myślisz, że jakaś inna nacja by na to wpadł? Polak potrafi.

Ja najczęściej używałem „pani Halinko” w dziekanacie i „panie Heniu” do wszelkiej maści „fachowców”. Podwyższało to skuteczność kontaktu o jakieś 300%. Z kolei, w stosunku do mnie tę formę stosują najczęściej osoby, które muszą się ze mną komunikować na polu biznesowym. I robią to pierwszy raz. Niby czują, że powinno być oficjalnie, ale widzą, że mega młodo wyglądam, więc w sumie nie wiedzą jak zgadać, przez co są skonfundowane i wyjeżdżają z „pana Janka”. Ta zbitka wydaje mi się tak śmieszna, że przy drugim mailu zawsze proponuję, żebyśmy po prostu przeszli „na ty”.

A Tobie w jakich sytuacjach najczęściej się zdarza być jednocześnie oficjalnym i kumpelskim?

---> SKOMENTUJ

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (27)

Zeszłotygodniowy wyjazd (w sumie to wylot) był moim pierwszym razem w Grecji. Nie byłem nigdy wcześniej ani w Atenach, ani na Krecie, ani na Kos, więc nie mogę porównać mentalności Greków na Korfu do mieszkańców innych wysp, ale z rozmów ze znajomymi wnioskuję, że są dość reprezentatywni. Na tyle, by stwierdzić, że Grecy jeszcze mocniej praktykują tomiwisizm niż Hiszpanie. A byłem przekonany, że ci drudzy są liderami tej filozofii.

Przez te 7 dni, Grecy udowodnili mi, że żyją na większym luzie, niż rastamani na Jamajce. Czy polityk na diecie z immunitetem. Wszyscy przepracowani ludzie, nieradzący sobie z natłokiem obowiązków i stresem powinni do nich wpadać na miesięczną kurację. Po takiej terapii jedyne co by ich martwiło, to którą ręką podrapać się za uchem. W Grecji może i jest kryzys, ale to jeszcze nie powód, żeby się nim przejmować.

 

Punktualność

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (50)

W trakcie wyjazdu mieszkaliśmy w 3 różnych częściach wyspy – pierwsze 3 dni w stolicy – Kerkyrze, kolejne 2 dni w Rodzie i ostatnie 2 w Paleokastritsie (ała, prawie połamałem sobie język na odmianie tej miejscowości). Wynosząc się z Kerkyry byliśmy umówieni w Rodzie na 12:00 z właścicielem na odbiór mieszkania. Ale trochę nam się nie ogarnęło. I dotarliśmy 3,5 godziny później. Myślisz, że się wkurzył albo choć trochę zirytował? Nawet nie zareagował – „no problem my friend”.

 

Spożywczak

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (49)

Jeśli jesteś w jakiejś turystycznej miejscowości w Polsce i przy płaceniu brakuje Ci jakichś drobniaków z końcówki, to ekspedientka/sprzedawca/ktokolwiek nie popuści. W Bułgarii zaokrągli w górę i Cię orżnie. A w Grecji machnie rękę i oleje to, że nie masz 20 eurocentów. I to nie na zasadzie, że „doniesiesz”, czy „przy okazji”, po prostu oleje. I tak by mu się nie chciało wydawać.

 

Wypożyczenie rowerka wodnego

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (10)

Na Sosinie musisz zostawić dowód, pokwitować odebranie kamizelek ratunkowych i być z 5 minut przed czasem oddając rowerek. Na Korfu musisz tylko zapłacić. Najlepiej w jednym papierku, żeby nie męczyć nikogo liczeniem. Kapoki i zwrot na czas? A po co to komu?

 

Biznes

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (43)

Niektóre lokale w Kerkyrze miały naganiaczy. Niektóre, bo część knajp była prowadzona przez rdzennych, leciwych Greków, którzy bardziej niż ilość klientów cenili sobie spokój. I Ci, wręcz byli rozczarowani i zniesmaczeni, że burzysz im niezmąconą harmonię dnia pojawiając się w ich, jak dotąd, pustym lokalu.

 

Wynajem mieszkania

Processed with VSCOcam with c1 preset

Wydaje Ci się, że wynajęcie mieszkania (w dodatku swojego) to poważne przedsięwzięcie, przy którym ostrożność jest co najmniej wskazana i wypadałoby zapisać chociaż imię i nazwisko najemcy? Masz rację, wydaje Ci się. W Paleokastritsii wynajęliśmy apartament totalnie na gębę, nie podając nawet nazwiska, nie mówiąc już o dokładniejszych danych z dowodu. Mogliśmy je zalać, spalić albo wpuścić do niego studentów i nikt by nas nawet nie znalazł.

 

Czas

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (57)

Jest pojęciem bardzo rozciągliwym. Doba hotelowa nigdy nie trwa 24 godzin, a w przypadku Greków to już na pewno. Tyle, że w drugą stronę. Pierwsze mieszkanie niby wynajęliśmy na 2 doby. Niby, bo te 48 godzin trwało od 17-go od godziny 00:30 do 19-go do godziny 14:30. A mogłoby trwać jeszcze dłużej, bo właścicielka dając nam klucze pożegnał się słowami „left aparment when you want”. No spoko.

 

Knajpa

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (20)

Jesteś jednym z 8 klientów siedzących w lokalu, z czego 2 przyszło z Tobą? I tak poczekasz 10 minut na przyjęcie zamówienia, co najmniej 30 minut na jego realizację i 10 na wydawanie reszty. Tu NIKOMU się nie śpieszy. Z obsługi oczywiście.

 

Wypożyczenie auta

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (59)

O ile podejście Greków do wynajmowania mieszkań mogło Cię nie ruszyć, bo zasadniczo ciężko z takim uciec, to kwestia wypożyczania samochodów już powinna zmarszczyć Ci czoło.

Spisują imię i nazwisko z losowego prawa jazdy, dają kluczyki, nie biorą żadnej, ale to żadnej kaucji i życzą szerokiej drogi. A jak pytasz co ze zwrotem, mówią żebyś zostawił na lotniskowym parkingu i włożył kluczyki pod siedzenie. Tyle. Nikt nie zaprząta sobie głowy tym, że mógłbyś podać lewy dokument, porwać auto, sprzedać na czarnym rynku, albo faktycznie zostawić pod tym lotniskiem, ale ktoś inny by je ukradł, skoro zostawiasz kluczyki w środku. Mają to gdzieś. Dokładnie tam, gdzie wsadza się czopki.

Czy bycie Grekiem nie jest piękne? A już na pewno dobre dla cery.

---> SKOMENTUJ