Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką Somersby i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

W zeszłą sobotę Lord Somersby wyprawił bal w Instytucie Wysokich Napięć w Warszawie. Wiem, że to on chciał być tajemniczym spiritus movens całego wydarzenia. Komendantem melanżu, o którym wszyscy plotkują i chcą go poznać, a on tylko pojawia się i znika, elektryzując gości. Coś jak Wielki Gatsby na swoich prywatkach. Trochę tak było i rzeczywiście, gdy zjawiał się na scenie kilkanaście metrów nad ziemią wywoływał poruszenie i wszystkie oczy były zwrócone na niego. Ale bądźmy szczerzy, większość uwagi skupiało się na dziewczynach. No, przynajmniej mojej. Wybacz szefie.

To, jak to z nimi było, a konkretnie, co lubią dziewczyny Lorda Somersby?

 

Jeździć limuzyną

Party like a lord - impreza Lord Somersby (1)

Oczywiście najlepiej taką dwupoziomową, żeby, nie daj boże, nie trafił się ktoś w centrum stolicy, kto by jej nie zauważył.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (2)

Rozgrzewka w limo jednak nie zawsze wygląda tak dziko, jak na amerykańskich teledyskach. Czasem jest nuda i trzeba podpierać sufit.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (3)

Tak serio, to odkąd wesoły autobus ruszył (nie mylić ze smutnym), zaczęło się dziać i leciały pierwsze śmichy-chichy i „trąciłem cię? O przepraszam, a w ogóle to ładna sukienka, wymienimy się numerami?”. Aczkolwiek, gdyby już wtedy puścili muzykę nic by się złego nie stało. W zasadzie, to same dobre rzeczy.

Na szczęście warunki do tańczenia były już chwilę później.

 

Bawić się na koncertach

Party like a lord - impreza Lord Somersby (32)

Od wejścia wrażenie robiła nietypowa scena, bo nie widziałem jeszcze, żeby ktoś występował na piramidzie zbudowanej z sześcianów. Dyskdżokej grał w kostce niemal na samej górze, a w okół niego latały tematyczne wizualizacje i światła potęgujące klimat. No, w Aferze na Sławkowskiej to nie ma takich rzeczy.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (13)

Post użytkownika Stay Fly.

Gdy muzyka mechaniczna ustąpiła zespołom grającym na żywo, cała scena zamieniła się w jedną wielką trójwymiarową wizualizację i nie dało się nie załapać wczuty. Wyładowania atmosferyczne rzucane na piramidę sprawiały wrażenie, jakby za chwilę faktycznie miały posypać się gromy z nieba. Była moc!

Party like a lord - impreza Lord Somersby (28)

Najbardziej dało się odczuć, że jesteśmy w miejscu, gdzie faktycznie panuje wysokie napięcie, gdy za mikrofon złapała Elka Eyre. Mogłaby prowadzić szkolenia „Jak mieć 20 lat i zawładnąć salą pełną ludzi?”. Albo z profesjonalnego kręcenia włosów. No w każdym razie, dała czadu jak wybuch instalacji gazowej w bloku z wielkiej płyty.

Pić drinki

Party like a lord - impreza Lord Somersby (18)

Przygotowane przez kogoś, kto potrafi coś więcej, niż przelać, wstrząsnąć i zamieszać.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (7)

Na przykład połączyć piwo z whisky albo wiśniówką i zrobić to w taki sposób, że smakuje lepiej niż osobno. No muszę powiedzieć, że dobry gust mają te dziewczyny, nie spodziewałem się, że to będzie dobre. A było.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (10)

 

Robić dzióbek

Bez owijania w bawełnę, ani szary papier, to jest właściwa część wpisu. Czyli ilustrowany leksykon dzióbków na przykładzie dziewczyn Lorda Somersby.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (14)

Typ: Dzióbek niezdecydowany

Modelka: Smakowity Kąsek

Cechy charakterystyczne: Wywinięta dolna warga sugeruje, że to dzióbek, schowana górna, że jednak nie, przez co nigdy nie masz pewności, czy chce Ci dać buziaka, czy tylko się uśmiecha. Musisz sprawdzić na własną odpowiedzialność.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (15)

Typ: Dzióbek podpuszczający

Modelka: Glam Paula

Cechy charakterystyczne: Niby chce pocałować, ale jednak odchyla się do tyłu – klasyczna kokietka.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (16)

Typ: Dzióbek grzywiczny

Modelka: Segritta

Cechy charakterystyczne: Nie możesz skupić się na ustach, bo ciągle patrzysz na włosy. Ach, ta grzywka!

Party like a lord - impreza Lord Somersby (20)

Typ: Dzióbek czarnopolewkowy

Modelka: Honey

Cechy charakterystyczne: wciska wymówkę, że musi napić się kawy, ale tak naprawdę woli pocałować nawet filiżankę, niż Ciebie. Cóż, lepiej dostać kosza niż koszem.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (21)

Typ: Dzióbek rebeliancki

Modelka: Styl Oly

Cechy charakterystyczne: Nie zrobi dzióbka, choćbyś powiedział, że wiesz czym jest zalotka i baskinka albo czym różni się spódnica od sukienki. I faktycznie to wiedział.

Lord Somersby Party Like A Lord

Typ: Dzióbek dezorientujący

Modelka: BO4GO

Cechy charakterystyczne: Próbuje odwrócić nim uwagę od tego, co ma pod futrem.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (24)

Typ: Dzióbek na śpiocha

Modelka: Fashionelka

Cechy charakterystyczne: Jak otworzy oczy będzie mówić, że nic nie pamięta. Może też użyć popularnego zwrotu „a kim ty w ogóle jesteś?” lub „na śpiocha się nie liczy”.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (19)

Typ: Dzióbek cyklopiczny

Modelka: Pani Ekscelencja

Cechy charakterystyczne: Bierze Cię pół żartem, pół serio, dlatego patrzy tylko jednym okiem. Wzbudziłeś jej zainteresowane, ale nie wie czy można Ci zaufać, stąd chronienie twarzy dłońmi. Gdyby przypadkiem okazało się, że jesteś złodziejem pocałunków.

Party like a lord - impreza Lord Somersby (33)

Typ: Lisi dzióbek

Modelka: Ameliowy

Cechy charakterystyczne: Brak. Bo z lisami to nigdy nie wiadomo.

 

Skakać w deszczu konfetti

Processed with VSCOcam with f2 preset

Bo jak rzecz staropolskie przysłowie „kto nie miał konfetti na ramionach, temu opadną wymiona”.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Nie wiem, czy u Ciebie tak jest, ale ja dość prosto mogę posegregować ludzi po tym jak się do mnie zwracają. Na podstawie tego, czy używają zdrobnienia wypowiadając moje imię, czy pełnej formy, łatwo mi ich przyporządkować do kategorii z określonym poziomem zażyłości. Oczywiście zdarzają się wyjątki, jak jeden koleś z trzeciego roku studiów, który zawsze używał formy bezosobowej, mimo, że mieliśmy ze sobą dość bliski kontakt, ale zasadniczo działa.

I wygląda to mniej więcej tak:

Panie Janie – domena urzędników, akwizytorów, telemarketerów i pracowników banku – ludzi, z którymi nic mnie nie łączy. Zawsze, gdy słyszę to sformułowanie wiem, że rozmowa skończy się utarczce słownej. Albo oni nie będą chcieli załatwić sprawy, z którą przyszedłem, albo ja nie będę chciał oferty, którą chcą mi wcisnąć.

Jan – tak zwracają się do mnie nowo poznane osoby, zazwyczaj na konferencjach, które chcą dodać powagi naszej relacji. A w zasadzie, to ukazać siebie jako turbo profesjonalistę i poważnego gościa, który jest człowiekiem interesu. I piszę „gościa”, bo w 90% dotyczy to facetów.

Janek – najbardziej neutralna i najmniej nacechowana emocjami forma. Tego zdrobnienia używają głównie znajomi – ludzie, z którymi skądś tam się znam i co jakiś czas się widujemy, ale nie czytamy sobie przypowieści biblijnych na dobranoc. Ani nawet streszczenia „Calineczki”.

Jasiu – wołacz zarezerwowany dla najbliższych. Tylko przyjaciele i ludzie, z którymi przepłynąłem morze wódki tak do mnie mówią. A że nie uprawiam tego sportu od kilku lat, to jest ich niewielu.

Jasiek – ile bym nie miał lat dla mojej mamy zawsze będę „Jaśkiem”. Poza nią, ostatni raz tak zwracała się do mnie wychowawczyni w liceum. Wydawało jej się, że w ten sposób będzie bardziej po kumpelsku i szybciej się zziomujemy. No, nie wyszło.

Jaś – to dość zabawne, ale jedyną osobą, która kiedykolwiek użyła tej formy na głos jest mój przyjaciel Patryk. Co najlepsze, używał jej przez dobre 5 lat naszej znajomości, bo wydawało mu się, że to najsensowniejsze zdrobnienie mojego imienia. Później poszliśmy do liceum i okazało się, że to jednak siara.

Panie Janku – absolutny fenomen i hit hitów. Coś co zdecydowanie wyróżnia nas na arenie europejskiej i ogólnoświatowej, bo nie spotkałem się z tym, żeby podobne połączenie funkcjonowało w jakimś innym języku. Ta zbitka zwrotu „per pan” i zdrobnienia „Janku” powinna zostać wpisana na listę dóbr narodowych.

Z jednej strony niby komunikujemy się oficjalnie i wpychamy dialog w formalne ramy, a z drugiej chcemy by była to rozmowa kumpelska bez zachowywania dystansu adekwatnego dla pierwszej części zwrotu. Innymi słowy, sposób na bycie oficjalnym ziomem. Myślisz, że jakaś inna nacja by na to wpadł? Polak potrafi.

Ja najczęściej używałem „pani Halinko” w dziekanacie i „panie Heniu” do wszelkiej maści „fachowców”. Podwyższało to skuteczność kontaktu o jakieś 300%. Z kolei, w stosunku do mnie tę formę stosują najczęściej osoby, które muszą się ze mną komunikować na polu biznesowym. I robią to pierwszy raz. Niby czują, że powinno być oficjalnie, ale widzą, że mega młodo wyglądam, więc w sumie nie wiedzą jak zgadać, przez co są skonfundowane i wyjeżdżają z „pana Janka”. Ta zbitka wydaje mi się tak śmieszna, że przy drugim mailu zawsze proponuję, żebyśmy po prostu przeszli „na ty”.

A Tobie w jakich sytuacjach najczęściej się zdarza być jednocześnie oficjalnym i kumpelskim?

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (27)

Zeszłotygodniowy wyjazd (w sumie to wylot) był moim pierwszym razem w Grecji. Nie byłem nigdy wcześniej ani w Atenach, ani na Krecie, ani na Kos, więc nie mogę porównać mentalności Greków na Korfu do mieszkańców innych wysp, ale z rozmów ze znajomymi wnioskuję, że są dość reprezentatywni. Na tyle, by stwierdzić, że Grecy jeszcze mocniej praktykują tomiwisizm niż Hiszpanie. A byłem przekonany, że ci drudzy są liderami tej filozofii.

Przez te 7 dni, Grecy udowodnili mi, że żyją na większym luzie, niż rastamani na Jamajce. Czy polityk na diecie z immunitetem. Wszyscy przepracowani ludzie, nieradzący sobie z natłokiem obowiązków i stresem powinni do nich wpadać na miesięczną kurację. Po takiej terapii jedyne co by ich martwiło, to którą ręką podrapać się za uchem. W Grecji może i jest kryzys, ale to jeszcze nie powód, żeby się nim przejmować.

 

Punktualność

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (50)

W trakcie wyjazdu mieszkaliśmy w 3 różnych częściach wyspy – pierwsze 3 dni w stolicy – Kerkyrze, kolejne 2 dni w Rodzie i ostatnie 2 w Paleokastritsie (ała, prawie połamałem sobie język na odmianie tej miejscowości). Wynosząc się z Kerkyry byliśmy umówieni w Rodzie na 12:00 z właścicielem na odbiór mieszkania. Ale trochę nam się nie ogarnęło. I dotarliśmy 3,5 godziny później. Myślisz, że się wkurzył albo choć trochę zirytował? Nawet nie zareagował – „no problem my friend”.

 

Spożywczak

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (49)

Jeśli jesteś w jakiejś turystycznej miejscowości w Polsce i przy płaceniu brakuje Ci jakichś drobniaków z końcówki, to ekspedientka/sprzedawca/ktokolwiek nie popuści. W Bułgarii zaokrągli w górę i Cię orżnie. A w Grecji machnie rękę i oleje to, że nie masz 20 eurocentów. I to nie na zasadzie, że „doniesiesz”, czy „przy okazji”, po prostu oleje. I tak by mu się nie chciało wydawać.

 

Wypożyczenie rowerka wodnego

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (10)

Na Sosinie musisz zostawić dowód, pokwitować odebranie kamizelek ratunkowych i być z 5 minut przed czasem oddając rowerek. Na Korfu musisz tylko zapłacić. Najlepiej w jednym papierku, żeby nie męczyć nikogo liczeniem. Kapoki i zwrot na czas? A po co to komu?

 

Biznes

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (43)

Niektóre lokale w Kerkyrze miały naganiaczy. Niektóre, bo część knajp była prowadzona przez rdzennych, leciwych Greków, którzy bardziej niż ilość klientów cenili sobie spokój. I Ci, wręcz byli rozczarowani i zniesmaczeni, że burzysz im niezmąconą harmonię dnia pojawiając się w ich, jak dotąd, pustym lokalu.

 

Wynajem mieszkania

Processed with VSCOcam with c1 preset

Wydaje Ci się, że wynajęcie mieszkania (w dodatku swojego) to poważne przedsięwzięcie, przy którym ostrożność jest co najmniej wskazana i wypadałoby zapisać chociaż imię i nazwisko najemcy? Masz rację, wydaje Ci się. W Paleokastritsii wynajęliśmy apartament totalnie na gębę, nie podając nawet nazwiska, nie mówiąc już o dokładniejszych danych z dowodu. Mogliśmy je zalać, spalić albo wpuścić do niego studentów i nikt by nas nawet nie znalazł.

 

Czas

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (57)

Jest pojęciem bardzo rozciągliwym. Doba hotelowa nigdy nie trwa 24 godzin, a w przypadku Greków to już na pewno. Tyle, że w drugą stronę. Pierwsze mieszkanie niby wynajęliśmy na 2 doby. Niby, bo te 48 godzin trwało od 17-go od godziny 00:30 do 19-go do godziny 14:30. A mogłoby trwać jeszcze dłużej, bo właścicielka dając nam klucze pożegnał się słowami „left aparment when you want”. No spoko.

 

Knajpa

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (20)

Jesteś jednym z 8 klientów siedzących w lokalu, z czego 2 przyszło z Tobą? I tak poczekasz 10 minut na przyjęcie zamówienia, co najmniej 30 minut na jego realizację i 10 na wydawanie reszty. Tu NIKOMU się nie śpieszy. Z obsługi oczywiście.

 

Wypożyczenie auta

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (59)

O ile podejście Greków do wynajmowania mieszkań mogło Cię nie ruszyć, bo zasadniczo ciężko z takim uciec, to kwestia wypożyczania samochodów już powinna zmarszczyć Ci czoło.

Spisują imię i nazwisko z losowego prawa jazdy, dają kluczyki, nie biorą żadnej, ale to żadnej kaucji i życzą szerokiej drogi. A jak pytasz co ze zwrotem, mówią żebyś zostawił na lotniskowym parkingu i włożył kluczyki pod siedzenie. Tyle. Nikt nie zaprząta sobie głowy tym, że mógłbyś podać lewy dokument, porwać auto, sprzedać na czarnym rynku, albo faktycznie zostawić pod tym lotniskiem, ale ktoś inny by je ukradł, skoro zostawiasz kluczyki w środku. Mają to gdzieś. Dokładnie tam, gdzie wsadza się czopki.

Czy bycie Grekiem nie jest piękne? A już na pewno dobre dla cery.