Close
Close

Mimo, że wpis reklamowy to interesujący

Skip to entry content
Mimo, że wpis reklamowy to interesujący
autorem zdjęcia jest Thomas Hawk

Hasło, które widzicie w nagłówku wpisała w komentarzu jedna z czytelniczek pod tekstem o nowym katalogu IKEA. I gdy je przeczytałem dosłownie mnie zatkało. Zatkało na tyle, że długo móżdżyłem się, jak się do niego odnieść, po czym stwierdziłem, że to zbyt istotny temat, by nie poruszyć go szerzej.

Jak to do cholery jasnej „mimo, że wpis reklamowy, to interesujący”?

Czyżby ta osoba była przyzwyczajona, że teksty na blogach w ramach współpracy są nieinteresujące? Że standardem dla niej są nudne zapychacze klepane na odwal się, które wrzuca się tylko dlatego, że marka zapłaciła? I to dla niej coś nowego, że post promujący jakąś akcję może być ciekawy? I napisany tak, że chce się go czytać, a nie omija wzrokiem jak artykuły sponsorowane na Pudelku?

Boli mnie taki komentarz z trzech powodów.

 

Po pierwsze, nie reklamuję gówna

Nie jestem gazetą ani portalem. Nie wrzucam każdego syfu jaki tylko się trafi. Nie biorę wszystkich propozycji jak leci, byle tylko wyrobić normę i nie odstać opierdolu od prezesa, że się wynik kwartalny nie zgadza. Przykładam wagę do tego jacy reklamodawcy pojawiają się na blogu i akcje, do których nie jestem przekonany lub produkty, które budzą moje wątpliwości odrzucam. Selekcjonuję oferty. Nie idę na ilość, idę na jakość.

 

Po drugie, każdy post ma być interesujący

KAŻDY.

Niezależnie jakiej tematyki dotyczy, bez znaczenia, czy ktoś mi za niego płaci, czy nie, staram się żebyście przy każdym nowym wpisie otwierali szeroko usta i mówili „ŁOUŁ!”. Albo przynajmniej uśmiechnęli się pod nosem. I nie dlatego, że to się opłaca. Nie. To kwestia ambicji.

Jaram się pisaniem, od 6-tej klasy podstawówki marzyłem o zawodowym – co prawda na innej płaszczyźnie, ale jednak – operowaniu słowem i chcę być NAJLEPSZY w tym co robię. Dlatego średni czas jaki poświęcam na przygotowanie wpisu, wraz ze znalezieniem ilustrującego go zdjęcia i formatowaniem tekstu, to przynajmniej 4 godziny. A w przypadku postów będących wynikiem współpracy 8. Tak, cały dzień, bo chcę żebyście odczuwali przyjemność z obcowania z reklamą i byli w nią zaangażowani, a nie czuli, że to kolejny śmieć, który ktoś w Was wpycha i powinien wylądować w koszu.

Bo szanuję Was jako odbiorców.

I podobne podejście prezentuje Paweł Opydo, który przy współpracy z serwisem zniżkowym, zamiast napisać zwykły poradnik zakupowy stworzył całą rozbudowaną mini-stronę, wyglądającą lepiej niż połowa polskich sklepów internetowych. Andrzej Tucholski pisząc o premierze nowej książki wydawnictwa Znak, też nie wrzucił standardowej notki informacyjnej, tylko przekształcił wygląd całego bloga tak, aby bezpośrednio do niej nawiązywał. Monika Kamińska zapisała się na kilkumiesięczny kurs fotograficzny, wydając na niego kilka tysięcy złotych, przez co zdjęcia, które umieszcza w postach reklamowych mogłyby bez problemu iść do druku wielkoformatowego, czy banków zdjęć.

Bo każdy z nich szanuje odbiorców.

 

Po trzecie, to przez słabych blogerów

To boli mnie najbardziej.

Ludzie faktycznie są zdziwieni, że tekst reklamujący jakiś produkt, czy akcję może wciągać, bo jest część blogerów, która robi to ŹLE. Piszą te posty tak, że nawet gdybym był psychopatycznym entuzjastą danej marki nie doczytałbym do końca. Już po układzie wpisu i pierwszym akapicie widzę, że czołówka „Mody na sukces” jest bardziej emocjonująca. I to nie dlatego, że produkt jest mało elastyczny i nie da się o nim opowiedzieć tak, żeby źrenice się powiększały i puls przyspieszał. Nie. Dlatego, że im się, kurwa, nie chce.

Nie chce im się pochylić nad tematem i pomyśleć godzinę, dwie albo pięć, jak go zaprezentować, żeby efekt końcowy wywołał to cholerne „ŁOUŁ!”. Nie chce im się, mimo, że – jakby na to nie patrzeć – to ich praca, której w dodatku nikt im nie narzucał. Wybrali ją sami.

I przez to czytelnicy przyjmują, że teksty będące wynikiem współpracy muszą być nudne.

Wstyd mi za takich blogerów.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Rozmowa z Michałem:

– Ej, stary, wyczaiłem mega tanie loty do Bułgarii.

– I?

– Lećmy, będzie ciepło, mokro, tanio i ciepło.

– Wiesz, że 3 dni temu wróciłem z Kirgistanu, nie było mnie miesiąc, wszedłem na 7-tysięcznik, jestem wypluty i spłukany i muszę ogarnąć pracę? I życie?

– Czyli, że nie polecimy?

– No nie.

 

Rozmowa z Patrykiem:

– Ziom, nie poleciałbyś na Maltę?

– Byłem z tobą już rok temu w Barcelonie, a w podstawówce w Zakopanem, nie za dużo oczekujesz?

 

Rozmowa z Wojtkiem:

– Byku, jakie masz plany wakacyjne?

– Praca.

– A po pracy?

– Justin Timberlake.

– A potem?

– Praca.

– A nie chciał…

– Sorry, muszę kończyć, jestem w pracy.

 

Rozmowa z Marzeną:

– Hej Marze…

– Jeśli znowu dzwonisz spytać, czy nie polecę z tobą gdzieś tam, to nie, nie polecę, bo po raz setny mówię ci, że NIE MAM URLOPU, rozumiesz? UR-LO-PU! I nie dzwoń do mnie więcej, bo nawet jak znajdziesz tydzień na Majorce za pół funta w obie strony z all inclusive, to NIE MAM U-R-L-O-P-U!!!

 

Rozmowa z Cyganem:

– …no i wychodzi na to, że się zrobił wrzesień, a ja nie byłem na wakacjach.

– Przecież byłeś na Kempie.

– Stary, to był festiwal, ja tam krócej spałem i wcześniej wstawałem, niż normalnie w domu.

– No tak, w sumie racja. To jakby tak na to spojrzeć, to ja też nie byłem.

– A nie jechałbyś do Chorwacji?

– No dobra, ale to dopiero jutro. Dzisiaj już nie mam siły.

 

W takich oto okolicznościach przyrody, z odpowiednią rozwagą, przemyśliwszy, zbadawszy temat i skrzętnie zaplanowawszy program wycieczki, stwierdziliśmy, że…

 

Lecimy na Korfu!

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (33)

Zupełny spontan, zero przygotowania, zero szczepień na ebolę, wąglika i kryzys gospodarczy. Jedyne co sprawdziliśmy przed kupnem biletów, to pogoda. Choć nie, to w sumie zrobiliśmy dopiero jak hajs był już przelany. Tak, czy inaczej, coś tam o tej greckiej wyspie wiemy, ale to wciąż tyle, co minimalna krajowa – prawie nic. Dlatego, zapytowuję się Was drodzy Czytelnicy – albowiem wiem, że Was też nosi po świecie i od niejednego Greka gyrosa kupowaliście w życiu – co na Korfu TRZEBA:

– zobaczyć (budowle, place, parki)?

– zjeść (typowego dla tego regionu. I wypić w sumie też)?

– doświadczyć (nie mam pojęcia co tu wpisać, ale z pewnością na Korfu jest coś hiper zajebistego, co można zrobić tylko tam)?

Za wszystkie sensowne podpowiedzi odwdzięczę się w sensownych zdjęciach. Albo dzieciach. Jak wolicie.

9 sposobów na bycie oryginalną szafiarką

Skip to entry content
9 sposobów na bycie oryginalną szafiarką
autorem zdjęcia jest DeusXFlorida (6,057,836

Jeśli chcielibyśmy blogosferę dzielić pod kątem dominującej tematyki, to u podnóża piramidy byłaby moda i kulinaria. Szafiarki i kucharki zdominowały krajobraz internetowych pamiętników, bo też dziedziny, którymi się zajmują mają najniższą barierę wejścia. Każdy się w coś ubiera (poza ludnością z krajów trzeciego świata ostentacyjnie lansującą nagość) i każdy coś je (poza Stachurskym). I każdy ma aparat fotograficzny w telefonie (ewentualnie telefon w aparacie fotograficznym).

W związku z powyższym, założenie takiego bloga opartego na zdjęciach jest prostsze, niż powiedzenie „kajak” od tyłu. I dlatego też w sieci tych blogów jest więcej, niż reklam w TVN, a większość z nich wygląda niemal identycznie. A wcale tak wiele nie potrzeba, żeby wyróżnić się czymś z tej, nudnej jak lekcje historii w ogólniaku, szarej masy. Dzisiaj zajmiemy się dziewczynami wdzięczącymi się do obiektywu, a gotowanie zostawimy sobie na raz następny.

Poniżej 9 pomysłów na to, jak być blogerką modową i robić to ciut oryginalniej niż wszyscy.

 

1. Rób zdjęcia w nietypowych miejscach

Parki, galerie handlowe i miejsca w centrum miasta to nuda. Serio. Twoi czytelnicy albo byli tam wczoraj, albo są dzisiaj, albo będę jutro. Jeśli po raz 136 robisz sobie sesję nad Wisłą albo pod Galerią Krakowską, to choćbyś nie wiem jak rozsadzającą mózg miała stylówkę, wtopi się w monotonię otoczenia i zgaśnie. Nie musisz od razu wyjeżdżać na Grenlandię, żeby Twoje zdjęcia nabrały kolorów. Czasem wystarczy znaleźć otwarte wejście na dach w budynku nieopodal, zagadać do znajomego pracującego w fabryce, czy szpitalu albo wejść do rudery w mniej uczęszczanej części miasta.

 

2. Załóż maskę

autorem zdjęcia jest Max Boschini
autorem zdjęcia jest Max Boschini

W zasadzie jakąkolwiek, ale bardziej polecam zwierzęce, niż te z filmów grozy. Tak – to brzmi dziwnie, tak – środowisko nie będzie wiedziało co z tym zrobić, więc na początku będzie się śmiać, potem o tym dyskutować, a potem naśladować.

 

3. Obetnij się na łyso

9 sposobów na bycie oryginalną szafiarką 3

Zmarszczyłaś brwi i momentalnie odsunęłaś się od monitora? Na Amber Rose czy Natalię z SiStars też tak reagowali. Po czym zaczęli podziwiać za odwagę i inspirować się nimi, ale przede wszystkim – zapamiętali.

 

4. Naucz się lewitować

zdjęcie pochodzi z bloga Agaty Kabengele - Fitly.pl
zdjęcie pochodzi z bloga Agaty Kabengele – Fitly.pl

To bardzo proste, spytajcie Agatę z Fitly. Wystarczy wysoko skakać albo mieć zwinnego fotografa. Takie zdjęcia robią MEGA wrażenie, ZAWSZE zwraca się na nie uwagę i NIKT nie przechodzi obok nich obojętnie. Jedna taka fota w wpisie daje poczucie, że faktycznie starasz się, żeby blog był czymś więcej, niż fotoreportażem z szafy. Natomiast cała sesja wykonana w ten sposób sprawia, że czytelnicy klikają magiczny przycisk „lubię to” pod postem.

 

5. Rób odjechany makijaż

9 sposobów na bycie oryginalną szafiarką 5

I mówiąc odjechany, mam na myśli zauważalnie różniący się od tego czym tapetujesz twarz na co dzień. Bo zmiana szminki z magenty na różowy raczej nie zrobi na nikim wrażenia. Ale jeśli użyjesz fluorescencyjnych cieni do powiek, pudru, szminki i lakieru do paznokci, to to będzie COŚ. Coś czego na innych blogach nie widać.

 

6. Wyrażaj inną emocję niż radość

Niemal wszystkie szafiarki szczerzą się na fotkach, pokazując tym samym jakie są szczęśliwe i zadowolone z życia. Czasem, któraś otworzy usta do aparatu wyrażając zdziwienie, ale sporadycznie. Jasne, z uśmiechem prawie każdemu ładniej i pozytywne emocje są spoko, ale jeśli coś robi każdy, to to zwyczajnie jest mało interesujące. Jeszcze nie widziałem, żeby któraś z dziewczyn regularnie na zdjęciach pokazywała złość/furię albo głęboki smutek/rozpacz, a to faktycznie byłoby ciekawe. Bo byłoby czymś nowym.

 

7. Znajdź jakiś motyw przewodni swojego bloga

W zasadzie wszystkie poprzednie punkty do tego się sprowadzają. Jeśli będziesz mieć na swoim blogu coś charakterystycznego, typowego tylko i wyłącznie dla Ciebie, co będzie powtarzać się w każdym wpisie, czytelnikom łatwiej będzie go zapamiętać. I regularnie wracać.  Może to być specyficzne, ukierunkowane w jedną stronę podejście do mody – jak kanonada kolorów u Macademian Girl, czy streetwear u Pani Ekscelencji – ale równie dobrze coś kompletnie innego. Na przykład balonik na każdym zdjęciu, albo latawiec, albo rower. Albo robienie sobie zdjęć zawsze na tle murali.

 

8. Weź coś napisz

Coś więcej niż „hej kochani! Wracam z nowym lukiem, mam buty, sukienkę i kapelusz i świeci słońce, tyle u mnie. Co u was?!?!?!?!1jedenjeden Piszcie w komentarzach, ściskam :* z :P”. Jeśli faktycznie jesteś pasjonatką mody, wrzuć jakiegoś posta z historią baskinki. Albo o podwiązce jako jednym z istotniejszych elementów w filmach akcji. Albo porównaniu stylówek w „Seksie w wielkim mieście” i „Girls”. Albo błędach modowych popełnianych przez uczestników „Warsaw Shore”. No dobra, to ostatnie sobie odpuść, bo wyszłaby straszna kobyła, nie mniej, jeśli raz na tydzień dasz odbiorcom coś do czytania, zanotują sobie w głowie, że to właśnie Ty jesteś tą jedną z 7 szafiarek, które czasem coś piszą.

 

9. Załóż bloga na WordPressie

To wystarczy by być oryginalniejszą, niż 90% pozostałych blogerek modowych, mających brzydkie blogaski z domyślnym, byle jakim szablonem Blogspocie.