Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką Wizz Air i Raiffeisen Polbank

W zeszłym tygodniu razem z Konradem z szowinistyczno-feministycznego bloga „Moja dziewczyna czyta blogi” i ekipą dziennikarzy byliśmy w Londynie. Było to dla mnie szczególne przeżycie, bo ostatni raz byłem tam 2 lata temu, gdy razem z kumplem ruszyliśmy szlakiem polskich rodzin szukać pracy w magazynach. I wróciliśmy po 3 tygodniach na tarczy, kompletnie spłukani. Tym razem było diametralnie inaczej, bo też powód wypadu był zupełnie inny. Polecieliśmy do stolicy Anglii na konferencję. Ale o niej za chwilę. Najpierw…

 

Szok na Okęciu

Tak wygląda natężenie ruchu na Lotnisku Chopina w Warszawie…

Processed with VSCOcam with c1 preset

Processed with VSCOcam with b1 preset

…o godzinie 4:30!

Kilka razy w życiu samolotem już leciałem i to o różnych godzinach z różnych miejsc, ale takich tłumów nie widziałem nawet na lotnisku Charles de Gaulle pod Paryżem. W sumie to nawet na poświątecznych wyprzedażach jest mniej ludzi. Wielki brat jest pod wrażeniem.

Nie rzucił go na kolana za to…

 

English breakfast u Gordona Ramsaya

Możecie kojarzyć tego gościa z drobno siekanej pietruszki i równie ciętego języka, jakim operował w telewizyjnych programach kulinarnych. Zwłaszcza „Hell’s kitchen”. Jak nie kojarzycie, to Ramsay to taki Kuba Wojewódzki patelni. Po przylocie pojechaliśmy do jednej z jego restauracji w dość ekskluzywnym hotelu „Savoy” na typowe angielskie śniadanie.

raiffeisen wizzair karta kredytowa (6)

raiffeisen wizzair karta kredytowa (7)

Processed with VSCOcam with c1 preset

Było w porządku, absolutnie nic z nim nie było nie tak, ale jak na tego-gościa-z-telewizora „w porządku” to trochę za mało. Spodziewałem się czegoś ponad przeciętnego. Czegoś co rzuci mnie na kolana i powiem „łouł, ale miazga”. To wydobyło się z moich ust dopiero, gdy wjechaliśmy na szczyt…

 

London Eye

Czyli najpopularniejszej atrakcji w stolicy Anglii, z której…

raiffeisen wizzair karta kredytowa (13)

…rozpościera się widok na całe…

raiffeisen wizzair karta kredytowa (15)

…ale to całe miasto…

raiffeisen wizzair karta kredytowa (14)

…i jest przepiękny.

raiffeisen wizzair karta kredytowa (16)

Przed wejściem do kapsuły obsługa informowała nas, że przejazd będzie trwał pół godziny. Pomyślałem, że straszne nudy, bo patrzenia przecież będzie góra na 5 minut – 2 minuty w lewo, 2 w prawo i minuta na poprawianie okularów – ale trudno, jakoś się przemęczę. Jak wysiadaliśmy, te 30 minut to było zdecydowanie za mało. W Londynie jest tyle różnych architektonicznie budynków, że podziwiając miasto z wysokości 135 metrów przydałaby się co najmniej godzina. Albo trzy. Nowoczesność miesza się z zabytkami i jest na czym zawiesić oko.

Na brak bodźców z otoczenia też trudno narzekać na…

 

Piccadilly Circus

Czyli w centrum miasta, gdzie jest jakieś 1500 razy tłoczniej, niż pod Mariackim w południe, bo oprócz ławicy przechodniów jest też…

raiffeisen wizzair karta kredytowa (10)

raiffeisen wizzair karta kredytowa (5)

…trylion autobusów. Na szczęście ładnych, więc nawet, gdy masz wrażenie, że zaraz dojdzie do automobilicznego oblężenia, to wiesz, że nie ucierpi na tym Twój zmysł estetyczny.

raiffeisen wizzair karta kredytowa (9)

raiffeisen wizzair karta kredytowa (11)

Wypad do Anglii nie mógłby zostać uznany za udany, jeśli na obiad nie poszlibyśmy na…

 

Fish&chips

raiffeisen wizzair karta kredytowa (18)

Processed with VSCOcam with g3 preset

Sałatka w porządku, frytki z rybą bardzo spoko, natomiast tego zielonego musu z groszku nie byłem w stanie ogarnąć. To chyba coś na zasadzie czipsów z octem – musisz mieć brytyjski akcent, żeby się tym delektować. Natomiast murzynek z polewą waniliową obłędny. Gdybym był sam, pewnie wylizałbym talerz, bo bezdyskusyjnie orgazm dla podniebienia.

Ale, ale, nie dla orgazmów do Londynu polecieliśmy (przynajmniej nie tylko i wyłącznie). Głównym powodem, dla którego znaleźliśmy się na wyspie była konferencja związana z tym, że…

 

Wizz Air i Raiffeisen Polbank obniżają koszty latania

Latanie Wizz Airem nie należy do najdroższych, wie to każdy, kto choć raz porównywał ceny z Lufthansą, czy LOTem. Jeśli tylko kupi się bilet odpowiednio wcześniej, można podróżować mocno po taniości, ale dzięki nowej akcji promocyjnej da się to zrobić za jeszcze mniejsze pieniądze. Na przykład zapłacić za lot do Londynu połowę mniej.

raiffeisen wizzair karta kredytowa (22)

Od zeszłego czwartku ruszył program partnerski Wizz Aira i Raiffeisenu „Najsprytniejsi latają najtaniej” oparty na karcie kredytowej, która uprawnia do sporych zniżek przy kupnie biletów lotniczych. W twitterowym skrócie działa to tak, że mając kartę Wizz Air MasterCard macie:

– darmowe członkostwo w Wizz Discount Club (co sprowadza się do tego, że kupując bilety dla siebie oraz swoich najbliższych płacisz 45zł mniej)

– 1zł na tańsze bilety za każde 50zł wydane kartą na zakupy

– 1zł na tańsze bilety za każde 25zł wydane kartą na wizzair.com

– 50zł na tańsze bilety na dobry start przy założeniu karty

Biorąc pod uwagę, że korzystanie z programu przez pierwszy rok jest zupełnie bezpłatne, a wykonując transakcje za granicą jeszcze oszczędzacie na przewalutowaniu, to faktycznie jest to korzystne. Wiem, że przekroczyłem 140 znaków, ale to najistotniejsze rzeczy, które powinniście wiedzieć decydując się na kartę. Pozostałe szczegóły, jak i formularz do zmówienia znajdziecie TUTAJ.

I pamiętajcie, że przy sprytnym lataniu ważny jest też…

Processed with VSCOcam with f2 preset

…spryt przy robieniu zdjęć. Bo najlepsze foty wychodzą wtedy, gdy focony obiekt nie spodziewa się focenia.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Znasz kogoś, kto nie chciał być Supermanem w dzieciństwie? Wysuwać prawej pieści w górę, wzbijać się w powietrze i szybować nad miastem? A potem wypatrywać złoczyńców, spuszczać im manto i wybawiać mieszkańców swojego miasta z opresji? Albo jeszcze lepiej, mieszkanki? I potem czytać o swoich bohaterskich wyczynach w dziennikach i słuchać w głównym wydaniu wiadomości, z dumą spoglądając na pelerynę zwisającą z kanapy? Powiedzmy sobie wprost, znasz takich ludzi. I ja też ich znam. To ci, którzy woleli być Batmanem, Spidermanem, Wolverinem albo Kapitanem Żbikiem.

Ale nie znam nikogo, kto jako dzieciak nie chciał być superbohaterem.

Co prawda wraz ze zwiększaniem się liczby świadectw na koncie, myśl o nabyciu nadprzyrodzonych mocy wydawała się coraz mniej realna, ale wracała. Wracała, gdy tylko w kinach pojawiał się nowym film, TVN kupował prawa do serialu albo na targach staroci w ręce wpadała limitowana edycja komiksu. I ten pomysł, żeby być herosem walczącym ze złem i czyniącym dobro wraca nadal. W formie luźnej fantazji tuż przed przejściem w fazę R.E.M.

Choć jest do zrealizowania również w bardziej namacalnej formie. Poniżej kilka sposobów na zostanie superbohaterem mając dwucyfrową liczbę lat.

 

Możesz odpalić grę komputerową

Sposób najprostszy, najmniej wymagający, ale też dający najmniej radochy. Kupujesz pudełko z grą, odfoliowujesz, wkładasz do napędu, mordujesz się z instalacją (jeśli robisz to na kompie, a nie na konsoli), klikasz „play” i grasz. Skaczesz, latasz, bujasz się na pajęczynie, obijasz facjaty superzłoczyńcom i przez te kilka godzin decydujesz o tym, co zrobi ten typ w masce. Kogo uratuje, jakich efektownych umiejętności użyje i jak dużo zrobi, żeby świat był lepszy.

Tyle, że ten typ to nie Ty, a świat, po którym się poruszasz nie istnieje.

 

Możesz kupić kostium na Allegro

Po obejrzeniu „Kick-Assa” miałem ochotę zamówić sobie superbohaterskie przebranie, nauczyć się krav magi z tutoriali na YouTube i ruszyć nocą na patrol miasta. Poczuć adrenalinę, podniecenie, że robię coś na granicy prawa, ale mimo wszystko w imię dobra i to dobra społecznego, które przełoży się na moich bliskich, znajomych i ludzi, których po prostu mijam, ale żyjemy obok siebie. Cóż, maska na twarzy i slipy nałożone na spodnie dodają odwagi, ale nie na tyle, by udaremniać nikczemne występki oprychów pacyfikując ich pałką teleskopową. Najwyżej ustną reprymendą i nawołaniem do zreflektowania się nad sobą.

Poza tym, spójrzmy prawdzie w oczy – nie mam supermocy i szybciej policja zatrzymałaby mnie na 48 godzin, niż szóstym zmysłem zlokalizowałbym kolesi robiących napad na bank.

 

Możesz zostać tutorem Akademii Przyszłości

Rzadko angażuję się w akcje charytatywne i zbiórki pieniędzy, bo zazwyczaj cele, których dotyczą są mi bardzo odległe. Nie pomagam bezdomnym, narkomanom, alkoholikom, ginącym gatunkom zwierząt, topniejącym lodowcom, ani lasom tropikalnym. Po pierwsze nie każdy zasługuje na tę pomoc, a po drugie nie ma fizycznie takiej możliwości, aby pomóc wszystkim, więc trzeba ustalić jakąś hierarchię. I w tej hierarchii na pierwszym miejscu są dzieci. Dzieci, które są niewinne, bezbronne, a ich życie bezpośrednio zależy od dorosłych.

Processed with VSCOcam with g3 preset

Akademia Przyszłości to inicjatywa, która wspiera dzieciaki z problemami. Dzieciaki z trudnych rodzin. Z takich, w których nie lata się na zakupy do Mediolanu, wakacje na Majorkę i ferie w Alpy. Z takich, w których często nie ma na nowy plecak, kolorowe flamastry, czy w ogóle komplet podręczników. Z takich, w których nie ma czasu, by zająć się dzieckiem i pokazać mu, że życie jest spoko. W akcji nie chodzi stricte o hajs, bo są rzeczy za które nie zapłacisz kartą MasterCard. Tym czymś jest wsparcie i motywacja od bliskiej osoby, która w Ciebie wierzy.

Jeśli urodziłeś się w butach z betonu, ktoś musi pomóc Ci je zdjąć. Tą osobą jest tutor Akademii Przyszłości. Prywatny superbohater.

Ktoś kto pokaże jasne strony życia dzieciakowi, który mimo młodego wieku wszystko widzi jak przez mgłę. Ktoś kto wyciągnie z poczucia beznadziei i wyprowadzi z drogi donikąd, na którą dziecko zostało wepchnięte przez rodziców i otoczenie. Ktoś kto uwierzy w małego człowieka na tyle, by on sam odzyskał wiarę w to, że jest coś wart. Że potrafi latać. Że może odnosić sukcesy i spełniać marzenia. Że szczęście nie jest zarezerwowane tylko dla tych z „dobrych domów”. Że on też ma do niego prawo.

Zostając tutorem, zostajesz superbohaterem. Takim prawdziwym z krwi, kości i duszy, który faktycznie ma wpływ na czyjeś życie. Szczegółowy opis akcji znajdziesz TUTAJ. Użyj swoich mocy i zostań dla kogoś osobistym Spidermanem.

W ten sposób Peter Parker w Tobie naprawdę może zmienić świat.

(autorem zdjęcia w nagłówku jest Nicki Dugan Pogue)

Jak nie szukać chłopaka na Tinderze?

Skip to entry content

Kojarzysz Tindera? Tinder to taka Fotka.pl tylko okrojona do postaci prostej aplikacji na telefon. Rejestracja trwa jakąś sekundę (góra dwie) i już możesz szukać miłości do grobowej deski. Albo chociaż klozetowej.

Działa to tak, że system na podstawie geolokalizacji pokazuje osoby w Twojej okolicy, więc jeśli odpowiednio ustawisz zasięg nie będziesz musiał się obawiać, że będzie podrywać Cię ktoś z Prokocimia. Albo nie daj boże Łagiewników. Wyświetlają Ci się zdjęcia osób płci przeciwnej (chyba, że przestawisz w opcjach, to tej samej) i jeśli któraś Ci się spodoba, klikasz serduszko. Jeśli nie to krzyżyk. Jeśli zserduszkowana dziewczyna też kliknie czerwony symbol na Twoim zdjęciu, to system łączy Was w parę i możecie do siebie napisać.

Proste, szybkie i zabawne.

To ostatnie najbardziej, bo niektóre dziewczyny (posądźcie mnie o homofobię, ale chłopaków nie sprawdzałem) mają takie foty, jakby do końca życia chciały zostać starymi pannami. Albo singlami, jak to się teraz modnie mówi. Nie wiem, czy to z braku wyobraźni, niewiedzy, czy braku wyobraźni, ale niektóre zdjęcia naprawdę sugerują, że osoba znajdująca się na nich nie ma zamiaru zmieniać statusu związku w ciągu najbliższej dekady. A inne wręcz krzyczą: „zostaw, nie dotykaj, nie ruszaj, chcę umrzeć z kotem i paprotką!”.

Poniżej najmocniejsze chwyty jakich możesz użyć na Tinderze (przypomnę jeszcze raz – aplikacji opartej na fotkach), żeby nie znaleźć chłopaka.

 

Wrzucaj zdjęcia tyłem…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze

Niech omamią go Twoje zaokrąglone plecy, szwy na koszulce i tylne kieszenie na spodniach. Justin Timberlake nie przypadkiem nazwał jeden ze swoich największych hitów „Sexy back”. Albo jara się Twoim kręgosłupem, ale nie jest Ciebie wart!

 

…z oddali…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 2

To dobry test na wzrok, a wiadomo co mówi ludowe porzekadło – „kto ma słabe oczy, ten se nie radzi w nocy”. Albo jest w stanie dostrzec Twoje piękno na zdjęciu, na którym stoisz pół kilometra od obiektywu i nie różnisz się niczym od swoich dwóch kolegów, albo ma małego. Koniec i kropka.

 

…albo po prostu takie, na których nie widać Ci twarzy

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 3

Zrób sobie zdjęcie samej małżowiny usznej, pępka, albo brudu za paznokciami. Możesz też zasłonić facjatę włosami, naciągnąć sweter na jedynki lub wysmarować buźkę obornikiem. We wszystkich przypadkach wynika z tego to samo – gówno.

 

Nie dodaj żadnego zdjęcia, na którym jesteś sama

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 4

Oglądałaś „Gdzie jest Wally?” jak byłaś mała? Sprawdź czy on też! Jeśli znajdzie Cię na zdjęciu, znaczy, że jesteście sobie przeznaczeni!

 [emaillocker]

Zamiast siebie daj postać z kreskówki…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 5

Niech sobie wyobraża, że masz nogi jak Czarodziejka z księżyca, cyce jak Esmeralda z Dzwonnika z Notre Dame, a najlepiej, że srasz chabrami jak Dzwoneczek z Piotrusia Pana. W rzeczywistości bliżej Ci do Fiony ze Shreka? No cóż, życie to nie bajka, powinien o tym wiedzieć.

 

…ucięty skan strony z przypadkowej książki…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 6

Dobra książka to podstawa. Zwłaszcza, gdy braknie rozpałki do grilla.

 

…albo kolaż z Marylin Monroe…

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 7

Marylin jest zajebista, różowa guma do żucia jest zajebista, a napisy bezszeryfową czcionką, to już w ogóle ogień z krzesiwa. Wrzuciłaś połączenie powyższych? Nie ma wyjścia, musisz być Kleopatrą Tindera. To droga bez odwrotu, już nie da się powstrzymać lawiny serduszkujących facetów, będziesz musiała ich spławiać jeden po drugim. Takie życie ikony seksu.

 

…ewentualnie mroczny park

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 8

To alternatywa dla tego powyżej. Zaintryguj go. Pokaż, że jesteś po drugiej stronie, że nie jesteś pustakiem, że masz coś w środku. Że tak jak mroczny las, między krzakami kryjesz tajemnicę do odkrycia. Depresję albo grzyba.

 

Załóż profil bez zdjęć

jak nie szukać chłopaka na Tinderze 9

Bezdyskusyjnie udowodnij, że nie wiesz na czym polega aplikacja oparta na zdjęciach. I licz na to, że ktoś mając do wyboru setki ogarniętych kobiet zainteresuje się Tobą – bezosobowym człowiekiem-widmo. I akurat nie będzie psychopatą.

 

Już wiecie, co robić, żeby kolejne wieczory nadal spędzać w pojedynkę z paczką lodów gapiąc się w „Gotowe na wszystko”, więc powodzenia!

 [/emaillocker]