Close
Close

Układamy playlistę na imprezę z Lordem! [konkurs]

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Somersby i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Każdy typ imprezy ma swój odrębny klimat. Nie jest to stwierdzenie na miarę E=mc2, ale to fakt. Inaczej jest na domówce z przyjaciółmi, inaczej na Wigilii pracowniczej, a inaczej na stypie. Choć w sumie to ostatnie trudno nazwać imprezą. Na różnice między tymi wydarzeniami składa się kilka czynników, między innymi poziom zażyłości z uczestnikami, powód spotkania, miejsce w którym się odbywa i muzyka. Muzyka ma tu bardzo istotną rolę, bo podkreśla atmosferę i nadaje tempo zabawie.

Zupełnie inne kawałki usłyszymy na typowej dyskotece, inne festiwalu reggae’owym, inne na weselu, a kompletnie oderwane od rzeczywistości na posiadówie z YouTuberami. Bo tam w kółko leci „Sądołów” i Tiger Bonzo z Kobrą. Na chrzcinach organista też zapodaje nutę adekwatną do tej konkretnej sytuacji i raczej trudno ją pomylić z jakąś inną. Choć w sumie nigdy nie byłem na bierzmowaniu, to nie wiem. Może gra tego samego seta. Jak ktoś wie, niech da cynka.

Wracając do tematu, bywa tak, że słyszysz jakiś numer i od razu kojarzy Ci się z typem imprezy. Na przykład „Polonez” ze studniówką, „Sexy back” z chodzeniem po klubach, „Drin za drinem” z epicką domówką, a „Biały miś” z poprawinami w remizie. Dziś mocno podążymy tropem tych skojarzeń, bo…

 

Lord Somersby robi imprezę!

Party like a lord Somersby

W ostatnią sobotę września (czyli 27.09) o 20:30 w Instytucie Wysokich Napięć (w Warszawie przy ulicy Mory 8) wystartuje balet grubszy, niż „Jezioro łabędzie”. Jego Lordowska Mość robi prywatkę na skromne kilka tysięcy osób, a jedną z nich będzie Ella Eyre (to ta dziołszka, która rozniosła „Waiting all night” Rudimentalu swoim wokalem). Oprócz laserów, dzikich węży i samego Somersby w różnych postaciach, będzie też szamka z 10 najlepszych warszawskich foodtrucków (tłumacząc na polski – dobre hipsterskie jedzenie z przyczep). I kilku blogerów. W sensie, gdzieś koło setki, ale przynajmniej jeden, którego na pewno czytacie (tak, mówię teraz o sobie).

Mimo, ze Lord jest bardzo gościnny i z każdym chciałby zrobić sobie #friendsie albo dwa, to na imprezę nie da się wejść ot tak, z ulicy. Czy tam z chodnika. Trzeba mieć zaproszenie. I tak się, wcale nie przypadkowo, składa, że ja takie zaproszenia mam. I chętnie Ci je dam, bo właśnie na blogu startuje…

 

Muzyczny konkurs!

Party like a lord Somersby impreza

Akcja jest taka, że robimy playlistę na wspólne baunsy. Chodzi o to, żebyś wczuł się w klimat imprezy z Lordem (wąsy, cylindry, cydry, światła jupiterów, pozłacane laski, słonie i antylopy) i zaproponował kawałek, który najlepiej odda atmosferę takiego wydarzenia.

Od dzisiaj do 8 września, do godziny 23:59, masz czas, żeby w komentarzach wrzucić link do piosenki, która tekstem, podkładem, tytułem bądź teledyskiem będzie nawiązywać lub w jakiś sposób kojarzyć się z imprezą z Lordem. Taki znak rozpoznawczy tej biby. Masz pełną dowolność, od muzyki klasycznej, przez folk, po minimale i black metal. Może tylko disco-polo sobie odpuść.

Ze wszystkich propozycji, wybiorę 4 najciekawsze/najbardziej pasujące według mojego widzimisię. Zwycięzcy otrzymają po podwójnym zaproszeniu na imprezę i duże buzi, ewentualnie piąteczkę ode mnie na miejscu (gdyby nie udało się wygrać zaproszeń u mnie, to zawsze możecie próbować na oficjalnie stronie Somersby, gdzie odbywa się podobny konkurs).

Oczywiście biorąc udział w zabawie oświadczasz, że akceptujesz regulamin, masz 18-cie lat i jesteś w stanie wytrzymać całą noc w towarzystwie ludzi z internetu.

No to Panie didżej, puść Pan tego bengiera!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

---> SKOMENTUJ

9 błędów, których bym nie popełnił znów zaczynając liceum

Skip to entry content

Równo za tydzień pierwszy września – ważna data w historii świata, Polski i każdego z nas. Oprócz wybuchu II wojny światowej, to także początek roku szkolnego, o czym – ze względu na wiek – zdarza mi się zapominać. I Wam podejrzewam też, bo prawie wszyscy czytelnicy tego bloga są już po maturze. Ale, ale, jak już sobie przypomnę, że to właśnie wtedy moje koleżanki zakładały białe bluzeczki, granatowe spódniczki i szpilki, w których nie do końca potrafiły chodzić, ogarnia mnie nostalgia.

Ten jeden raz w roku wracam myślami do czasów, kiedy największym zmartwieniem był sprawdzian z historii i wkręcenie się na czyjąś 18-tkę bez zaproszenia. W te dni zastanawiam się co zrobiłbym inaczej, gdybym znów zaczynał liceum, a głównie, to jakich błędów bym nie popełnił. Oto one:

1. Nie przyszedłbym na rozpoczęcie roku na kacu. Zaczynanie nowego i, co by nie mówić, bardzo ważnego etapu w życiu, będąc „dzień po” nie jest najlepszym pomysłem. W zasadzie to jednym z najgorszych. Zamiast tryskać entuzjazmem jesteś apatyczny, stres bycia nowym potęguje się kilkukrotnie i masz wrażenie, że wszyscy dziwnie na Ciebie patrzą. Po czym okazuje się, że to nie wrażenie.

2. Nie wstydziłbym się nosić okularów. Przemogłem się dopiero pod koniec trzeciej klasy, wcześniej wydawało mi się, że wyglądam w nich jak dziobak. Jak już się przełamałem, okazało się, że całkiem mi w nich do twarzy i mogłem sobie podarować niedowidzenie i przepisywanie zadań od kolegi z zeszytu zamiast z tablicy. Głupie, co?

3. Bardziej olewałbym biologię, fizykę i chemię. Były nudniejsze niż transmisje z obraz sejmu, nic z tego już nie pamiętam, a oceny z nich i tak nie miały znaczenia przy dostawaniu się na studia.

4. Więcej przykładałbym się do polskiego. To był mój ulubiony przedmiot na równi z matematyką i nigdy nie traktowałem go po macoszemu, ale mimo wszystko mogłem się bardziej starać. I na przykład przeczytać jakąś lekturę w całości, a nie jechać na streszczeniach. Pewnie dziś miałbym bogatszy język o cały słownik Kopalińskiego i mniej problemów z interpunkcją.

5. Mniej przejmowałbym się opinią rówieśników. Na tym etapie rozwoju już nie żyłem pod presją grupy i raczej podejmowałem decyzje niezależnie, ale mimo wszystko, gdzieś tam z tyłu głowy jeszcze zostawało, że ktoś może to wyśmiać. Że zrobię coś odstającego od normy i reszta nazwie to przypałem. Wtedy brałem to pod uwagę, dziś nawet bym o tym nie pomyślał.

6. Nie garbiłbym się. Już nie pamiętam czy to choroba Scheuermanna, czy brak pewności siebie, ale okrągłe plecy i spuszczona głowa, to nie jest coś, co dobrze wygląda. A już na pewno nie coś, co magnetyzuje ludzi.

7. Brałbym udział w zajęciach pozalekcyjnych. Chociaż nie. Jednak nie. W mojej szkole nie było zajęć pozalekcyjnych. Ani kółka teatralnego, ani dyskusyjnego klubu filmowego. Może jedynie Stowarzyszenie Zgonujących Poetów.

8. Zagadałbym do tej dziewczyny z równoległej klasy. Tego zdecydowanie żałuję najbardziej.

Tyle razy mijałem ją na korytarzu, tyle razy odprowadzałem wzrokiem do drzwi klasy, tyle razy wpatrywałem się w nią na imprezach. I zawsze, gdy tylko złapaliśmy kontakt wzrokowy czułem się sparaliżowany jakbym miał przerwany rdzeń kręgowy. Codziennie obiecywałem sobie, że podejdę do niej na przerwie i zapytam o wspólnego kumpla, kartkówkę z WOSu albo ostatnią imprezę. Albo coś rezolutnego na miarę moich możliwości w tamtych czasach, typu: ile jest 2+2×2? Zawsze znajdowałem sobie jakąś wymówkę.

Gdybym tylko nie był wtedy takim tchórzem, dziś pewnie mielibyśmy trójkę dzieci, swoje imiona wytatuowane na przedramionach, kredyt na kawalerkę i niekończącą się sprawę rozwodową. Życie byłoby piękne. No, trudno.

9. Możesz dorzucić coś od siebie. Zrobiło się sentymentalnie i wiem, że Tobie też zaczęły po głowie latać klisze z jeszcze nie dorosłych, ale już nie dziecięcych lat słodkiej beztroski. Śmiało, napisz jakiego błędu Ty byś nie popełnił lub co zrobił inaczej, jeśli dziś znów zaczynałbyś średnią szkołę.

---> SKOMENTUJ

Cały świat jest winny, że masz gównianą pracę

Skip to entry content

Jakiś czas temu na rogu Szczepańskiej i Sławkowskiej usłyszałem rozmowę dwóch lasek rozdających zaproszenia do klubów, a wcześniej naczytałem się komentarzy pod tekstami o pracy w markecie i dowiedziałem się czegoś nowego. Dowiedziałem się kto jest winny temu, że mają – jak to poetycko określiły – gównianą pracę. W wypowiedziach padały różne typy – od złego układu planet, po żydomasonerię regulującą globalną gospodarkę – ale kilkoro winnych wielokrotnie się powtarzało.

Winę za trudne warunki pracy, niskie wynagrodzenie i brak poważania wykonywanego zawodu ponosi:

 

Rząd

Wina Tuska wiadomo. W kraju nie ma pracy, bo politycy kradną i zabijają gospodarkę. Albo będziesz walił na kasie za 1600zł na rękę albo wylot do Norwegii, bo Anglia przepełniona. Nie ma innych alternatyw, wiadomo. To nic, że potrzeba każdej ilości programistów i sporo dobrych fachowców po zawodówkach. To pewnie plotki.

 

Rodzice

Starzy Cię źle pokierowali i zamiast zostać rekinem biznesu wylądowałeś na szklance w lokalu dla metali. Zamiast układać Ci życie i dbać o Twoją przyszłość woleli oglądać „Plebanię” i jarać Popularne bez filtra. Szmaciarze. Gdyby się postarali tak jak ojciec tego bananowca od Ciebie z liceum, zaraz po maturze wbiłbyś na kierownicze stanowisko. A tak, co Ty biedny miałeś zrobić? Nie miałeś szans.

 

Kolesiostwo

Wszędzie rządzą układy, nepotyzm i bez gałki z połykiem nie masz co marzyć o umowie o pracę. Jedziesz od 2 lat na zleceniu tylko dlatego, że jesteś porządny i uczciwy, i nie masz zamiaru babrać się w tym szlamie. A tak w ogóle, to brzydzisz się kapitalizmem i zawsze przed wyjściem na zakupy do Biedronki modlisz się o powrót komuny.

 

Zły system edukacji

Oszukały Cię! Te skurwysyny z premedytacją Cię oszukały! Prowadzący na zajęciach w kółko Ci powtarzali, że tylko tytuł magistra jest przepustką do dobrej pracy. Że w momencie, gdy odbierzesz dyplom pracodawcy będą się gryźć po kostkach walcząc o Ciebie, telefon po kwadransie padnie od ilości połączeń, a skrzynka mailowa wybuchnie niszcząc internet w całej Polsce. A okazało się, że to nieprawda.

Bidula, byłeś tak zajęty siedzeniem na Kwejku i Demotach w trakcie sesji, że nie miałeś kiedy tego zweryfikować. I zorientować się, że w każdym zawodzie poza prawnikiem i lekarzem liczy się doświadczenie, a nie zaświadczenie o tym, że przez 5 lat uczyłeś się nieaktualnej teorii. Ale skąd Ty to miałeś wiedzieć? Przecież rodzice mówili, że studia ekonomiczne to dobry wybór i jedyna droga dla Ciebie. Miałeś kwestionować ich decyzję?

 

Otoczenie

Jesteś z osiedla, a wiadomo jak wygląda życie na blokach. Diler dilerowi wilkiem i wszędzie czai się policja. Browniarze okupują klatki, alkoholicy okupują ławki, a sąsiedzi w kółko wysyłają donosy i piszą podania do administracji o eksmisję. Matka chora na raka, ojciec na AIDS, najlepszy przyjaciel całe życie w poprawczaku, a pierwsza miłość zaczęła kupczyć ciałem na deptaku w centrum. W dodatku podała Cię o alimenty. Nie miałeś jak wyjść na ludzi. Los spisał Cię na straty. Skończyłeś na magazynie w Castoramie.

 

Przypadek

Nic tak nie usprawiedliwia każdej porażki życiowej, niezależnie czy chodzi o pracę, związki, czy zdrowie, jak argument-forteca „tak wyszło”. Spróbuj przebić to, koleżko!

 

A teraz oderwij się na chwilę od wymówek i spójrzmy przykrej prawdzie w oczy, albo chociaż w jedno oko.

 

To Twoja wina

Jeśli masz gównianą pracę, która Cię nie zadowala pod kątem finansowym, rozwojowym, obowiązków, atmosfery, czy jakimkolwiek innym, to tylko i wyłącznie Twoja wina. Niczyja inna. Przyjmij odpowiedzialność za to co robisz ze swoim życiem i pogódź się z tym, że cały świat nie złorzeczy przeciwko Tobie, tylko wpycha Cię tam, gdzie sam mu na to pozwalasz.

Jeśli coś Ci się nie podoba, to to zmień. Zapisz się na kurs językowy, podnieś kwalifikacje na szkoleniach, albo włącz internet, wpisz „tutorial” w Google i naucz się tego co chciałbyś robić. Cokolwiek by to było. W sieci jest wszystko! Naprawdę. A jeśli najzwyczajniej Ci się nie chce, to proszę Cię po stokroć, nie jęcz, że jest Ci źle i nie domagaj się od wszystkich, którzy mają lepiej, żeby litowali się nad Tobą i całowali Cię po rękach, że łaskawie wykonujesz swoją pracę.

Bo to nie ich wina. Tylko Twoja.

autorem zdjęcia w nagłówku jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ