Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką Wizz Air i Raiffeisen Polbank

jak przeżyć zimę
autorem zdjęcia jest Camera Eye Photography

Zaczęła się jesień. Balerinki zmieniają się na emu, mgiełki na parki, a dekolty na golfy. Póki co jest złota polska, ale nie daj się zwieść, to nigdy nie trwa długo. Nie zdążysz nawet dobrze zrobić samojebki na tle liści we wszystkich odcieniach żółtego, a już spadnie śnieg. A jak spadnie to będzie tak leżał do końca kwietnia. I blokował pikniki w Parku Jordana, randki na Wisłą, jeżdżenie na rolkach po Błoniach i spotkania w ogródkach. I w ogóle całe życie towarzyskie, bo jak jest zima, to każde wyjście z domu jest porównywalne z wyprawą do Mordoru. Też trzeba na siebie nałożyć tuzin warstw ochronnych.

Jak przeżyć te pół roku ciemności, gdy słońca za oknem jest mniej, niż owoców w jogurtach z Biedronki? Poniżej 6 sposobów, które pomogą Ci przetrwać zimę.

 

#1 – Kup lampę antydepresyjną

Znaną także jako lampa słoneczna, czy lampa do światłoterapii. Działa to tak, że sprzęt wydziela światło imitujące promienie słoneczne i człowiek ma wrażenie, jakby w jego zimowej norze był środek czerwca. Osobiście jeszcze tego nie testowałem, ale dwóch znajomych się tym nasłoneczniało. Pierwszy był hiper zadowolony, drugi trochę mniej. Powiedział, że już lepszym zakupem był fotel do masażu z Telezakupów Mango, który zepsuł się po tygodniu.

 

#2 – Wkręć się w słoneczny serial

Jeśli jeszcze jakimś cudem nie widziałeś, polecam „Californication”. Jeśli jednak z nowożytnym wcieleniem Bukowskiego byłeś na bieżąco, to sprawdź „90210”, w ostateczności „Życie na fali”. Fabuła bardziej infantylna, niż goście „Rozmów w toku”, ale jakie widok. Plaże, palmy, morza, oceany, jeziora, zatoki i foki. Jeden odcinek po przebudzeniu, jeden przed spaniem i zapominasz, że jedyny staw jaki masz w pobliżu to bajoro pod butami po przyjściu do domu.

 

#3 – Wmów sobie, że jesteś Hiszpanem

Albo innym mieszkańcem kraju latynoskiego. Zacznij uczyć się  portugalskiego, zapisz się na kurs rumby, ugotuj paellę bez zerkania na przepis, popij ją sangrią i słuchaj przy tym Enrique. Albo Julio. Jeden Inglesias. Kiedy zaczniesz na przywitanie całować w policzek także facetów, znaczy, że się udało. Podświadomość została oszukana i myśli, że jesteś na Półwyspie Iberyjskim.

 

#4 – Zrób poduszkojamę

To bardzo proste, wystarczy Ci:

– 1 materac małżeński

– 8 poduszek

– 3 kołdry

– 2 koce

– 1 frotowa piżama

Wkładasz piżamę i paralitycznym ruchem rzucasz poduszki, kołdry i koce na materac. Coś jakbyś tworzył instalację artstyczną. Wślizgujesz się pod nie, obkręcasz 3 razy wokół własnej osi i gotowe! Z chaosu artykułów łóżkowych powstaje cieplutka, odporna na mrozy, budzik i współlokatorów poduszkojama. Jak się dobrze w niej zabunkrujesz z zapasem wody i batoników, jesteś w stanie dociągnąć do połowy lutego. Później będziesz musiał iść na liposukcję.

 

#5 – Odpal „GTA: Vice City”

Rozboje, pościgi, strzelaniny. Jeśli nie rozpali Cię wartka akcja, gangsterskie intrygi, ani spalone słońcem Miami, to może chociaż zasilacz od komputera.

 

#6 – Poleć gdzieś, gdzie jest cieplej niż w Polsce

Najlepiej gdzieś gdzie nie jest -10, tylko +18. Albo i +25. Nic tak nie wyrywa z zimowego letargu i skutego lodem marazmu jak tygodniowy wypad do miejsca, w którym jest piasek i słońce. Albo zieleń i słońce. Albo po prostu słońce i można wyjść z domu bez kombinezonu NASA. Co może być takim miejscem? Ty mi powiedz, bo…

 

Mamy konkurs!

jak przetrwać zimę

W zeszłym miesiącu Wizz Air razem z Raiffeisen Polbank w ramach akcji „Najsprytniejsi latają najtaniej” wypuścił katę kredytową Wizz Air MasterCard, dzięki której można podróżować dużo taniej. Działa to tak, że za każdą transakcję, czy to podczas zakupów na mieście, czy przez internet, zbierasz punkty, które możesz wymienić na tańszy bilet lotniczy. Tutaj znajdziesz moją relację z premiery karty, a tutaj szczegóły promocji z kluczowymi korzyściami i formularz do zamówienia.  A od dzisiaj do przyszłego piątku możesz zgarnąć na blogu eleganckie podróżo-usprawniacze marki Wittchen.

Wizz Air Wittchen nagrody konkurs

I miejsce to zestaw trzech walizek na loty małe i duże, II miejsce to jedna walizka w wymiarach bagażu podręcznego, a III miejsce to szykowny portfel.

Żeby zdobyć którąś z nagród, wystarczy, że w komentarzu pod tym tekstem napiszesz wraz z uzasadnieniem do jakiego miejsca poleciałbyś za punkty zebrane na karcie  Wizz Air MasterCard, żeby przetrwać zimę. Im ciekawsze miejsce i uzasadnienie, tym lepiej. Nie musi być koniecznie z plażą, morzem i palmami, może być jakkolwiek inne, byleby pobyt w nim poprawiał samopoczucie i pozwalał naładować baterie na resztę zimy po powrocie.

Wszystkich trzech zwycięzców wybiorę według własnego widzimisię i jak zwykle punktowana będzie kreatywność odpowiedzi. Czas na wzięcie udziału w zabawie masz do piątku 17-go października, do godziny 20:00. Wyniki konkursu pojawią się w tym samym miejscu dzień później.

No to, gdzie lecimy złapać trochę słońca?

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Z wakacji wróciłem już jakiś czas temu, ale wciąż nie podzieliłem się z Wami najważniejszym punktem programu – jedzeniem i piciem! Przy wycieczce do każdego kraju szama i napitki są ważnym elementem kultury i miejsca, które poznaję i nie inaczej było podczas tygodnia na Korfu. Próbowaliśmy chyba wszystkich lokalnych specjałów, niektórych charakterystycznych dla całej Grecji, a innych tylko dla tej konkretnej wyspy. Większość była dobra albo bardzo dobra (dzięki za rekomendacje!), ale trafiły się też 3 niewypały.

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (8)

Odpuściliśmy sobie zupełnie zupy, więc pierwsze co wrzuciliśmy na ząb, to…

 

Drugie dania

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (19)

Pastitsada – posiłek na typowy niedzielny obiad na Korfu (coś jak u nas schabowy z ziemniakami). Składa się z koguta i penne okraszonych pomidorowym sosem (tak, tak, nie kury, a koguta). W innych miejscach spotkałem się z tym, że zamiast drobiu na talerzu pojawiała się cielęcina i wyglądało to po prostu jak „makaron z czymś tam”. Zdecydowanie lepiej prezentuje się i smakuje z kogutem. Mimo świadomości, że zjadasz faceta.

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (18)

Sofrito – kolejny stricte korfucki przepis. Wołowinka przyrządzana w czosnku, białym winie i ziołach podawana z ryżem. Soczysta, krucha i bardzo smaczna, choć gdy ląduje na stole nie masz wrażenia, że to coś niewiarygodnego, po co musiałeś specjalnie lecieć samolotem.

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (40)

Moussaka – pierwszy niewypał. Lazanio-zapiekanka z ziemniakami, bakłażanem i sosem mięsno-pomidorowym. Choć w zasadzie słowo „mięso” w składzie tej potrawy jest sporym nadużyciem, bo było go tyle, co spełnionych obietnic przedwyborczych. Niewiele. Oprócz tego moussaka smakuje jak wygląda – jak rozciapana żółto-czerwona  breja. Nie polecam.

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (23)

Souvlaki – kawałki kurczaka lub świni nabite na szpadę i pieczone na rożnie. Czyli taki szaszłyk tylko bez warzyw.  Za to podawany z pitą (taką cienką bułką) i tzatzikami (sosem z ogórka, czosnku i oliwy). Mięso samo w dobre, nie ma do czego się przyczepić, ale moje serce, a w zasadzie żołądek, zdobyły tzatziki. Tak świeżych i aromatycznych nie jadłem jeszcze nigdzie w Polsce, pycha (nie mówiąc już o o tym, że wersja sklepowa w ogóle się nie umywa)!

Z lokalnych greckich potraw próbowaliśmy jeszcze gyrosa, ale jest on na tyle popularny i dopracowany pod kątem przyrządzania w Polsce, że odpuściłem sobie wrzucanie go do wpisu. Za to po jedzeniu, nie zabrakło takiej atrakcji jak…

 

Alkohol

[emaillocker]

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (41)

Post użytkownika Stay Fly.

Likier z kumkwatu – do destylarni nie dotarliśmy, ale do trunku tak. Będę nieobiektywny (nie żebym kiedykolwiek wcześniej był), bo uwielbiam słodkie alkohole – pomarańczowy płyn był idealną opcją deserowo-poobiadową. Aromatyczna woń owoców, ładny kolor i przyjazna dla dalszego funkcjonowania liczba procentów (15-20%). Wchodził jak Norek do Krawczyków.

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (24)

Tanie wino – bynajmniej nie jabol. W Grecji tak jak w Hiszpanii, czy Francji za 2,5 euro kupicie już naprawdę przyzwoite wino, które doznaniowo przewyższa te dostępne u nas za 20 złotych. To, które widzicie na zdjęciu kosztowało właśnie jakieś 10 złociszy, a było ponadprzeciętne. No Spohia, ani Fresco to się z tym na pewno nie mogą równać.

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (4)

Korfuckie piwo – drogie (2 euro w sklepie), małe (0,4 litra) i byle jakie (dopiłem do końca, ale przez myśl mi nie przeszło żeby pójść po następne). Z Corfu Beer jest jak z filmami na podstawie gier komputerowych z kategorii bijatyk – można wiedzieć, że powstało, ale nie ma sensu doświadczać na własnej skórze.

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (38)

Ouzo – tradycyjna grecka wódka. Z anyżku. Jeśli nigdy nie byłeś fanem żelek z lukrecji, to z tym trunkiem też się nie zakolegujesz. Ouzo można pić czyste albo z wodą i lodem. Tak, tę wódę pije się rozcieńczoną z wodą, W-O-D-Ą. Brzmi ohydnie? No to przygotuj się, że też tak smakuje. Łykając to przypomniały mi się złote licealne czasy, kiedy na 18-stkach piło się spirytus z 5-litrowych baniaków przez zaciśnięte zęby, bo inaczej nie dało rady tego wprowadzić do gardła. Z ouzo jest podobnie.

Post użytkownika Stay Fly.

Niby pisałem, że alkohol był po jedzeniu, ale między jednym łykiem trunków z kieliszka Rosenthal, a drugim, podjadaliśmy jakieś…

 

Przegryzki

Korfu - Grecja - zabytki atrakcje restauracje (54)

Oliwki – zielone albo czarne, drylowane albo z pestkami, nadziewane albo w zalewie ziołowej, świeże albo suszone, łagodne albo ostre. Każde! Mistrzowska przegryzka do wina, czy piwa, czy po prostu. „Świeże” z targu równie dobre, co te „gotowe” ze sklepu.

Niby były też inne łakocie, które można przekąszać, jak kozie sery, czipsy o smaku octu i soli morskiej i niecodzienne owoce pokroju pigwy, ale oliwki zdominowały wyjazd. Na tyle, że będąc teraz w Polsce i sięgając w sklepie po piwo, odruchowo chcę do koszyka wrzucić też zielone kuleczki.

 [/emaillocker]

Anna Przybylska nie żyje

W niedzielę zmarła Anna Przybylska. Aktorka. Wiesz kim była, bo każdy kojarzy Marylkę ze „Złotopolskich”. Wiesz, że nie żyje, bo każdy portal informacyjny już kwadrans po jej śmierci miał gotową notkę zawiadamiającą o zgonie. I galerię z jej najlepszymi zdjęciami. I artykuł z cytatami, przeglądem ról filmowych albo wypowiedziami innych aktorów na jej temat. I odkąd tylko dowiedziano się, że ma raka pozycjonował link na frazę „przybylska nie żyje”, żeby być pierwszym.

No w każdym razie wiesz o tym, że jest martwa.

Wiedzą Twoi znajomi, wie Twoja była, Twoja babcia, pan Henio z portierni i ta raszpla spod czwórki, co cały dzień siedzi w oknie. No wszyscy wiedzą. Ale przede wszystkim, wie o tym jej rodzina. Ta najbliższa, czyli trójka dzieci i ich ojciec. Chcieliby udać, że to zły sen, ohydny żart albo nieporozumienie, ale wiedzą. Wiedzą, że nie ma jej wśród nich i już nigdy nie będzie. Że to nie chwilowe zniknięcie, wyjazd w delegację, czy długie wakacje, z których wróci. Że to na stałe. Że tego nie da się odkręcić, ani cofnąć wypowiadając zaklęcie.

Wiedzą, że ONA NIE ŻYJE!

Nie oddycha, nie rusza się, a jej ciało to już tylko worek z mięsem i kośćmi, który zresztą za chwilę zacznie się rozkładać. Była przepiękną kobietą, obiektem pożądania dla mężczyzn i wzorem do naśladowania dla dziewczyn, a teraz jest truchłem. Zwykłym, czekającym na zagrzebanie w ziemi, truchłem. Od dzisiaj, przez bardzo długi czas, jej dzieci będą zanosić się łzami, za każdym razem gdy ktokolwiek użyje słowa „mama”, a jego brzmienie będzie je parzyć w uszy i wypalać dziurę w rozszarpanym sercu, które nie może się zagoić.

Jej mąż nie dość, że musi pogodzić się z tym, że po uczestniczeniu w wielomiesięcznej walce z rakiem poległ i choroba strawiła jego miłość, to jeszcze będzie musiał wziąć na barki trud wychowania trójki dzieci w pojedynkę. Bycia dla nich tatą i mamą, i dwojenia i trojenia się, aby zastąpić im permanentny brak jednego z rodziców. Ogromny trud. Przez kilka najbliższych lat wszystkie święta, urodziny, dni matki, dni dziecka, uroczystości rodzinne i sytuacje, w których zawsze wcześniej byli w piątkę nie będą takie same. Będą chujowe. I każdy z nich będzie modlił się, żeby minęły jak najszybciej zaciskając zęby.

W rodzinie Ani Przybylskiej pojawi się ból. I będzie trwać.

Nie uśmierzy go ani cysterna wódki, ani kontener lodów, ani wanna czekoladek. Ani nawet wiadro kokainy. Każdy z jej bliskich – nie czytelniczek „Bravo Girl”, które chciały mieć grzywkę jak ona, nie karierowiczek, które wkręcały sobie, że są równie samowystarczalne i przebojowe oglądając „Klub szalonych dziewic”, nie typów którzy marszczyli się do jej pierwszej sesji w „Playboyu”- każdy z jej prawdziwych bliskich będzie musiał poradzić sobie zupełnie sam z tym, że jej nie ma. I nie wróci, choćby na Facebooku pojawiło się miliard profili z biciem rekordu lajków. Bo tak jak w przypadku dzieci chorych na białaczkę, czy głodujących w Etiopii, to nie ma znaczenia. Żadnego.

Ta kobieta nie żyje, a ty myślisz, że ulżysz komukolwiek w cierpieniu albo oddasz jej cześć stawiając internetowy znicz. Weź się, kurwa, ogarnij.