Close
Close

Poleciałem na Pomorze zbić fortunę na bursztynie

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Pomorską Regionalną Organizacją Turystyczną

Jakiś czas temu pisałem Wam, że bursztyn zaczyna być towarem deficytowym i w zasadzie staje się droższy od złota. I że wyruszę to sprawdzić i przy okazji zobaczę co Pomorze ma do zaoferowania jesienią. Słowo ciałem się stało, a krakowski smog morską bryzą. W zeszłym tygodniu razem z Karoliną z Charlize Mystery, Karoliną z Old Fashioned Girl, Andrzejem z jestKultury, Asią ze Style Digger i grupą dziennikarzy polecieliśmy do Gdańska powdychać trochę jodu i sprawdzić, czy piasek tak samo wpada do butów we wrześniu jak w okresie letnio-wakacyjnym.

Odpowiedź na to pytanie nurtujące ludzkość od zarania dziejów znajdziecie na końcu relacji, ale po drodze przewinie się też obcy (tym razem bez predatora), złoto, kajdany, kanibalistyczne zdjęcia z kuchni, strzelanie z łuku i przede wszystkim…

 

Bursztyny za miliony monet

pomorskie pracownie bursztynu - NAC i studio art 7 (1)

Pierwszym punktem wycieczki była wizyta w studiach bursztynu. W Art 7 i NAC nie tylko oglądaliśmy jak z (z pozoru bezużytecznej i bezwartościowej) bryłki zastygniętej żywicy powstaje biżuteria za tysiące złotych, ale też dali nam się nią pobawić.

pomorskie pracownie bursztynu - NAC i studio art 7 (3)

Dostałem do ręki taką grudę…

pomorskie pracownie bursztynu - NAC i studio art 7 (4)

…starłem korę, poszlifowałem jak rasowy murarz-tynkarz-kombajnista…

pomorskie pracownie bursztynu - NAC i studio art 7 (5)

…zacząłem polerować…

pomorskie pracownie bursztynu - NAC i studio art 7 (6)

…i gdy sprawdziłem jak mi idzie, okazało się, że przydałoby się jeszcze trochę nad nią popracować…

pomorskie pracownie bursztynu - NAC i studio art 7 (9)

…i zanim doszedłem do takiej formy, jak widzicie na zdjęciu powyżej, udało mi się ją zepsuć i zaciąć szlifierkę. Cóż, najwyraźniej nie jest mi pisana kariera jubilera. A szkoda, bo…

pomorskie pracownie bursztynu - NAC i studio art 7 (2)

pomorskie pracownie bursztynu - NAC i studio art 7 (8)

…wszystkie osoby w jakikolwiek sposób związane z bursztynem potwierdziły, że to w tej chwili jeden z najbardziej dochodowych interesów w naszym kraju. Chińczycy wykupują bez zawahania każdą ilość zrobionej z niego biżuterii za cysterny złotówek, a ceny samego surowego materiału też sięgają niebotycznych kwot. Nie wiedzieć czemu upodobali sobie bursztynowe jajka i dla przykładu, bryła na takie jajo, która dopiero będzie czyszczona i szlifowana, kosztuje 4 000zł. Natomiast już gotowe, wypolerowane jajeczko to kasa rzędu 20 000zł. U producenta. W sprzedaży detalicznej jeszcze więcej.

pomorskie pracownie bursztynu - NAC i studio art 7 (10)

Natomiast, za to co mam na sobie można by kupić naprawdę niezłe auto albo dwa tuziny Polonezów. Swag, co?

Jeszcze bardziej lansiarsko byłoby grać w szachy mając…

 

Zestaw za równowartość kawalerki w Krakowie

Który widzieliśmy w Muzeum Bursztynu w Gdańsku.

pomorskie - muzeum bursztynu gdańsk (4)

Człowiek od razu nabiera ochoty na bardziej intelektualne sporty. I choć nie można powiedzieć, że…

pomorskie - muzeum bursztynu gdańsk (3)

…papierośnica, czy barometr z klejnotów morza nie zwracają uwagi lub, że…

pomorskie - muzeum bursztynu gdańsk (6)

…przybornik małej gwiazdy rocka z materiału, który powstał 40 milionów lat temu nie robi wrażenia, to…

pomorskie - muzeum bursztynu gdańsk (7)

…eksponatem, który faktycznie składał usta do wypowiedzenia „ŁOUŁ!”, jest obcy! Nie pasjonuje mnie zbieractwo i jako dzieciak też nie miałem zajawki na kolekcjonowanie figurek z Kinder Niespodzianki, czy kompletowanie kolekcji słoni, no ale takie rękodzieło, to bym sobie postawił na półce. Żeby strzegło od akwizytorów i ulotkarzy.

Zresztą nawet…

pomorskie - muzeum bursztynu gdańsk (5)

…Elton John i Lech Wałęsa mówią, że statuetki z bałtyckiego złota są spoko. Nie śmiałbym się kłócić z gościem, który robił muzykę do „Króla Lwa”. Jeszcze w komitywie z posiadaczem najcharakterystyczniejszego wąsa skazałby mnie na…

Post użytkownika Stay Fly.

…zakucie w kajdany. I o ile przez 5 minut jest śmiszno i można się powygłupiać, to po kwadransie jest już średnio i zastanawiasz się jak to możliwe, że ręce mogą być tak ciężkie. Nie chcę wiedzieć co się dzieje po całych dniach, które spędzali tam niegdyś gdańscy mieszczanie za niewielkie przewinienia.

Gdy już nas rozkuto poszliśmy na regionalną szamę i tu też nie mogło braknąć bohatera wycieczki. Tak jest, mieliśmy…

 

Bursztynowy obiad

jedzenie z bursztynu (4)

Zupa z ryb bałtyckich z kasztanowymi kluskami gotowana na bursztynowej nalewce na pierwsze…

jedzenie z bursztynu (5)

…łosoś ze słonecznikiem w sosie bursztynowo-różanym na drugie…

jedzenie z bursztynu (6)

…i melon z esencją bursztynową na deser.

Jak widzicie ze skamieniałej żywicy nie tylko robi się biżuterię, papierośnice, kremy i używa się jej do pokazów pirotechnicznych, ale i można ją jeść. Dzień dłużej na Pomorzu i zaryzykowałbym stwierdzenie, że ma więcej zastosowań, niż krem Nivea. Który nadaje się niemal do wszystkiego.

Pozostając w klimacie spożywczym, to o ile obiad nam podano i posmyrano za uchem, tak przy kolacji o pożywienie musieliśmy zadbać sami wpadając na…

 

Wegetariańskie warsztaty kulinarne

Trochę obawiałem się gotowania w Atelier Smaku, bo jestem zadeklarowanym mięsożercą, a żadna z potraw, którą mieliśmy przygotować nie zawierała w przepisie zwierzątka. W związku z tym, jako ostatnią deskę ratunku przewidywałem…

gdynia - atelier smaku (3)

…przyrządzenie jednego z uczestników. Myślicie, że z grilla w oprawie świeżych tzatzików byłaby smaczna?

gdynia - atelier smaku (10)

gdynia - atelier smaku (9)

Niestety okazało się, że nie da rady ogłuszyć człowieka plastikową łopatką do placków i jestem skazany na same warzywa.

gdynia - atelier smaku (8)

Zrobiliśmy krem z dyni, papryki faszerowane kapustą i prawdziwkami, pastę z marchewki, czipso-frytki z jakiegoś owocu, którego nie pamiętam, naleśniki z melonem i ja osobiście i własnoręcznie upiekłem pasztet z grochu (kozacki pasztet z grochu!). I wiecie co? Jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi, to wszystko było pyszne i baaardzo sycące, mimo, że nie było tam grama mięsa. Podobno sekretem są przyprawy. Możliwe. Co by to nie było, to wegetariańskie żarcie było na tyle dobre, że poważnie zastanawiam się nad zrezygnowaniem ze świnek, krówek i kurczaczków. Na miesiąc.

Gdyby jednak eksperyment się nie udał, to opanowałem nową umiejętność, która pomoże mi nakłaniać uciekające pożywienie do współpracy. Mianowicie…

 

Nauczyłem się strzelać z łuku

faktoria handlowa w pruszczu gdańskim (3)

faktoria handlowa w pruszczu gdańskim (2)

W Faktorii w Pruszczu Gdańskim, która niegdyś zamieszkiwana była przez Gotów…

faktoria handlowa w pruszczu gdańskim (1)

…i od 2 000 lat wstecz do XIX wieku pełniła rolę centrum handlowego. Tylko bez wózków na 2zł, bramek na podczerwień i drzwi na fotokomórkę. Za to z możliwością negocjacji ceny. Wszystko dzięki temu, że w przeszłości Pruszcz Gdański znajdował się nad jeziorem lagunowym, gwarantującym bezpośrednie połączenie z morzem. Tym samym, stanowił jeden z końcowych punktów na szlaku łączącym bursztynonośne wybrzeża Bałtyku z terenami Cesarstwa Rzymskiego.

I jak głosi legenda (stworzona przeze mnie), najlepsze interesy ubijało się mając za plecami…

 

Wschód słońca!

pomorskie - gdańsk (6)
Bursztyn jest ładny, smaczny, miły w dotyku, poprawia krążenie, gdy trzyma się go przy sercu i sprawność seksualną, gdy leży w przedniej kieszeni spodni, ale to wszystko nic przy żółtej kuli ognia wyłaniającej się zza horyzontu. Kiedy oczy kleją Ci się jak Butapren, a w głowie wiruje jak w bębnie pralki, bo położyłeś się o 4:00, a wstałeś o 6:00 i nagle ciemność rozrywa kanonada barw we wszystkich odcieniach czerwonego w akompaniamencie mew, czujesz, że ta chwila jest warta wszystkich bursztynów polskich plaż. No, a przynajmniej połowy.

Mimo, że piasek wpadał do butów jak w środku lipca, to warto było zwlec się z łóżka, żeby zobaczyć ten widok. Zabrzmię jak Paulo Coelho, ale wschody słońca mają w sobie coś z poezji.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

„Bogowie” – polski film, którego nie musisz się wstydzić

Skip to entry content

Z  polskim kinem jest jak ze spirytusem z Ukrainy – każdy chciałby się dobrze bawić i nie mieć kaca, ale wiadomo, że spotkanie nie obejdzie się bez bólu głowy. Moje ostatnie przygody z tym tematem, to migrena po „Obietnicy” i trepanacja czaszki po „Miasto 44”. Gdzieś po drodze było „Pod mocnym aniołem” Smarzowskiego, ale Wojtek to osobna kategoria – jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się zrobić słabego filmu. Natomiast reżyser „Bogów” miały wzloty i upadki, więc do tytułu podchodziłem jak do niedzielnego kierowcy – ze sporym dystansem. Jak się szybko okazało, niepotrzebnie.

„Bogowie” to dobry film i można go  oglądać bez uszczerbku na zdrowiu. A nawet warto to zrobić. Dlaczego? Bo…

 

Opowiada mocną, prawdziwą historię

Oparty jest na życiorysie Zbigniewa Religi – gościa, który jako pierwszy w Polsce dokonał udanego przeszczepu serca. W dobie Doktora House’a, komórek macierzystych i klonowania nie wydaje się to niczym niezwykłym, ale jest jedno duże „ale”. To nie działo się ani dzisiaj, ani wczoraj, tylko prawie 30 lat temu. W czasach, gdy po cukier i papier toaletowy stało się w dwudniowej kolejce, wyciąganie serca z jednego człowieka i wkładanie do drugiego budziło poruszenie. I sprzeciw. I zgorszenie. I odcięcie funduszy. I posądzanie o czarnoksięstwo, szamanizm i konszachty z diabłem.

Religa przemógł tę syzyfową pracę, pokonał kolejne przeszkody i wtoczył ten pieprzony kamień na górę. A w zasadzie serce do klatki piersiowej.

Historia jest poruszająca i istotna z punktu widzenia medycyny, naszego kraju i w zasadzie każdego z nas, ale jest nie jest pierwszą tego typu. Już wiele było legendarnych życiorysów, które przy ekranizacji zamieniały się w klozetową poezję. Na szczęście tym razem…

 

Twórcom „Bogów” udało się nie sprofanować tematu

Nie ma przerostu formy nad treścią, matrixowego zwolnienia czasu, laserów, helikopterów, reptilianów, ani na szczęście nawet 3D. Scenarzysty nie poniosło pióro, kamerzystów kamery, montażystów Adobe Premiere, a reżysera ego. Użyli wyobraźni, ale w odróżnieniu od osób pracujących przy „Mieście 44”, bez wspomagania się środkami psychoaktywnymi. Przynajmniej nie w zbyt dużej ilości.

Jedyne do czego można się przyczepić to muzyka. W kilku momentach – dosłownie dwóch, górach trzech – jest nieco tandetna, ale to nie wpływa na całościowy pozytywny odbiór filmu. Oczywiste jest, że produkcja to efekt pracy całego sztabu ludzi, ale z pewnością „Bogowie” nie odnieśliby sukcesu, gdyby nie…

 

Genialna kreacja aktorska Tomasza Kota!

Kojarzycie go z takich gówien jak „Idealny facet dla mojej dziewczyny”, „Ciacho”, „Hela w opałach” albo „Magda M.”? Wyrzućcie to skojarzenie do zsypu, podrzyjcie, spalcie, a potem dajcie 4-latkowi, żeby zepsuł. To co zrobił Kot w „Bogach” całkowicie zamazało wizerunek aktorzyny dorabiającej w szmirach na spłatę kredytu i wzniosło go do panteonu polskiej kinematografii. Ten gość w roli Zbigniewa Religi jest po prostu asem!

Pomińmy kwestię wypowiadania dialogów i wejścia w rolę lekarza, z tym radzą sobie nawet przeciętniacy. Skupmy się na mowie ciała, gestykulacji i manieryzmach, bo to prawdziwy majstersztyk.

Nie wiem jak on to zrobił, ale ze standardowego faceta o prostej sylwetce i normalnej budowie ciała, zamienił się w ogromnego stracha na wróble z okrągłymi plecami, pochyloną głową, złowieszczym uśmiechem i szaleństwem w oczach. W trakcie oglądania miałem wrażenie, że nawet twarz mu się zmieniła. Sposób poruszania się, każdy gest i spojrzenie doprowadził niemal do perfekcji. Po seansie złapałem się na tym, że nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć, jak on zachowuje się „naprawdę”.

Wszystko to sprawia, że…

 

„Bogowie” ściskają gardło i wyciskają łzy

To nie jest tytuł na niedzielę, gdy chcesz siąść w ostatnim rzędzie i smyrać koleżankę z działu po udzie. Czy tam kolegę. Jak wolisz. To nie jest obraz, który możesz oglądać jednym okiem, drugim przeklikując pary na Tinderze albo smsując z kumplami o wyniku meczu. To jest produkcja, która na wejściu łapie Cię pod żuchwą i trzyma w uścisku, aż nie będziesz miał problemów ze złapaniem oddechu. Po czym nie puszcza, tylko trzyma jeszcze chwilę, żeby mieć pewność, że przekaz do Ciebie dotarł.

Tak, od emocji jest gęsto.

„Bogowie” to nie tylko film, którego nie musisz się wstydzić. To film, z którego możesz być dumny.

#wyzwanie10jaków
autorem zdjęcia jest Ashley Wang

Jak (Bos grunniens) – gatunek dużego ssaka z rodziny krętorogich (Bovidae), rzędu parzystokopytnych. Zamieszkuje Tybet, Indie i Chiny, gdzie żyje zarówno w stanie dzikim, jak i udomowionym. Udomowione jaki są zwierzętami jucznymi, poza tym dają mleko i wełnę. Jaki są przeżuwaczami, żyją samotnie lub w niewielkich stadach, w stanie dzikim na wysokościach do 6 tys. m n.p.m. Stada zazwyczaj składają się z samic z młodymi. Samce dołączają do nich w okresie rui. Stare samce żyją oddzielnie. Samice opiekują się potomstwem przez rok. Potomstwo pełną dorosłość osiąga po 6-8 latach. Zwierzęta mogą dożyć kilkudziesięciu lat. Znoszą niekorzystne warunki otoczenia (niedobór paszy na wysoczyznach górskich, niedostatek tlenu i niskie temperatury średnia wynosi tam ok. 0 °C, zimą temperatury spadają niekiedy nawet do -50 °C).

Podobnie jest z dziećmi z trudnych rodzin. Często nie ma się kto nimi zająć i mimo, że nie są w pełni dorosłe, ani nawet częściowo, rodzice przestają się nimi opiekować i poświęcać tyle uwagi, ile powinni. Niby są wśród ludzi, ale tak naprawdę żyją samotnie, zmagając się w pojedynkę z problemami. Tak jak jaki, muszą znosić niekorzystne warunki – brak swojego miejsca w domu, brak podręczników i książek, brak flamastrów i zeszytów, brak ubrań, brak wsparcia ze strony dorosłych.

Ogólnie jeden wielki brak.

Aby te braki choć trochę zrekompensować Stowarzyszenie Wiosna powołało do życia Akademię Przyszłości. Powinniście kojarzyć tę inicjatywę, bo jakiś czas temu pisałem o niej na blogu. W uproszczeniu chodzi o to, że stowarzyszenie rekrutuje wolontariuszy, którzy zostają Tutorami i pomagają dzieciakom z rodzin z problemami uwierzyć we własne siły i dać poczucie wyjątkowości. Przez wspólne odrabianie lekcji i regularną motywację, mały student Akademii Przyszłości przechodzi od ciągłych porażek w szkole do lepszego życia.

Tutor pokazuje dziecku, że nie jest skazane na wydeptaną ścieżkę beznadziei, że ma alternatywy. I chcę, żeby #wyzwanie10jaków spełniło tę samą rolę.

W naszej kulturze od dziesiątek lat funkcjonują utarte, szablonowe porównania. Są używane tak często, że już w zasadzie na nikim nie robią wrażenia. A blogowanie, czy w ogóle, wychodząc po za tę konkretną formę, pisanie bez wywoływania u odbiorcy emocji mija się z celem. Stąd #wyzwanie10jaków. W akcji chodzi o to, że kreatywnie przerabiamy najbardziej oklepane porównania, żeby, tak jak Tutor pokazuje dziecku, że jest inna droga, udowodnić, że można złamać utarte schematy i nie wybierać oczywistej ścieżki.

Trzy, dwa, jeden, start! Moje jaki:

1. Klnie jak szewc. Klnie jak Bonus BGC w wywiadzie u Pakola.

2. Zabiera się jak pies do jeża. Zabiera się jak polityk do realizacji obietnic przedwyborczych.

3. Proste jak drut. Proste jak instrukcja młotka.

4. Idzie jak krew z nosa. Idzie jak przelew za akcję reklamową na blogu.

5. Brzydki jak noc listopadowa. Brzydki jak Anakin Skywalker po spotkaniu z lawą.

6. Nudne jak flaki z olejem. Nudne jak oglądanie maratonu szachowego. Przez niewidomego na telewizorze z zepsutą fonią.

7. Kłamie jak z nut. Kłamie jak DiCaprio w „Złap mnie jeśli potrafisz”.

8. Wyskoczył jak Filip z konopi. Wyskoczył jak Wardęga z liści.

9. Tani jak barszcz. Tani jak nagłówki w „Fakcie”.

10. Siedzi cicho jak mysz pod miotłą. Siedzi cicho jak przy zapaleniu strun głosowych.

Do dalszej zabawy słowem nominuję Monikę Kamińską z Black Dresses, Konrada Jureckiego z Moja Dziewczyna Czyta Blogi i Andrzeja Tucholskiego z jestKultury. Macie 24 godziny, żeby wrzucić swoje #wyzwanie10jaków i nominować kolejne 3 osoby. Jeśli nie zdążycie w ustawowym czasie, wpłacacie symboliczne 10zł na rozwój Akademii Przyszłości [klik]. Oczywiście może zrobić jedno i drugie.

Czekam z popcornem w mikrofali na teksty blogerów, ale Was drodzy czytelnicy też zapraszam do wzięcia udziału. Jeśli czytacie mnie dłuższy czas, któryś z tekstów Was rozśmieszył, pomógł, był szczególnie bliski albo pozwolił przetrwać wyjątkowo nudne podsumowanie miesiąca w pracy, też podejmijcie wyzwanie. Wpłaćcie dyszkę na dzieciaki albo wrzućcie swoje jaki w komentarzach.

Niech dobro i nieoczywiste rozwiązania niosą się po sieci!