Close
Close

Podczas tegorocznego Blog Forum Gdańsk jeden z paneli dyskusyjnych dotyczył prywatności i wyznaczania granic, kreowania marki osobistej w internecie i pochodnych z tym związanych. Pojawiały się różne zdania odnośnie tego, co można pokazać na blogu, a czego nie, czy zdjęcia dzieci i rodziny, to jeszcze dobry pomysł, czy już przegięcie i powinno chronić się ich anonimowość. Zasadniczo, ile matek tyle opinii, ale co do jednego dziewczyny były mniej więcej zgodne – na blogu są takie jak w rzeczywistości i nie próbują być kimś innym. Nie kreują się.

To podkreślenie i stawianie na piedestale pełnego naturalizmu było tak mocne, że mimowolnie nasunęło mi się pytanie…

 

Czy kreacja to coś złego?

Czy to, że ktoś wymyślił sobie jak chce być postrzegany w sieci i wdraża to w życie, to powód do wstydu?

Załóżmy, że Jurek ma najnudniejszą robotę na świecie – jest ochroniarzem w Tesco – ale w wolnym czasie interesuje się astronomią. Wolne dni spędza w bibliotece, wolne wieczory z teleskopem w oknie, a jego strona startowa to Astronet.pl (mimo, że strasznie brzydka). Założył bloga Ast.ro i pisze o niedźwiedzicach, wozach, drogach (mlecznych) i  dziurach (czarnych). Używa paranaukowego języka, ale posługuje się nim na tyle zgrabnie by pani Halinka pracująca na kasie też mogła coś z tego zrozumieć. I rozumie.

Blog rozchodzi się po sieci jak bekowy plakat przedwyborczy, pęka bariera 20 000 UU miesięcznie i zaczynają się pierwsze współprace komercyjne. Jurek jest zapraszany zarówno na konferencje branżowe, jak i te dla normalnych ludzi. Na jednych opowiada o popularyzowaniu nauki w sieci, na drugich o wietrze słonecznym, magnetosferze i zorzy polarnej. Ogólnie jest takim Michałem Szafrańskim układu słonecznego.

I nagle, w czeluściach komentarzy na Niemodnych Polkach, ktoś wyciąga, że Jureczek nie jest doktorem astronomii na jakiego się kieruje. Nie. Jest ochroniarzem bez licencji, któremu ledwo udało się skończyć technikum hotelarskie.

Czy to źle?

Czy jeśli w swoich tekstach nie rozmija się z prawdą, to przez to, że w internecie chce być kimś innym niż w rzeczywistości, tracą one na atrakcyjności? I równie istotne pytanie – od kiedy zaczyna się kreacja? Czy już w momencie wypowiadania się na temat, na który nie ma się papieru poświadczającego wykształcenie, czy dopiero, gdy zataja się, że zawodowo zajmuje się czymś innym? I kolejne, równie istotne…

 

Czy w sieci w ogóle da się być tym samym, kim się jest w rzeczywistości?

Czy to na blogu, czy na YouTube, czy na Facebooku, czy na Sexfotce, nigdy nie ma nas w całej okazałości.

Zawsze to jest jakiś wycinek naszej osoby. Mniejszy lub większy, ale wciąż to tylko fragment tego kim jesteśmy. Słowo pisane ma to do siebie, że każdy odbiera je inaczej, więc ilu czytelników, tyle może być w ich głowach postaci autora. Ze zdjęciami jest już lepiej, ale statyczny obraz wciąż może być mylący. Wydawać by się mogło, że wideo jest rozwiązaniem tego problemu, bo żeby oszukać kamerę, trzeba mieć zdolności aktorskie albo przynajmniej doświadczenie w występach na Wiejskiej, ale to też złudne.

To nadal jest tylko zbiór zachowań (starannie wyselekcjonowany zbiór zachowań), które chcemy pokazać. Wykadrowanie wycinka z pełnej fotografii, to stworzenie nowej. Świadoma kreacja. Zresztą…

 

W prawdziwym życiu też kreujemy się adekwatnie do sytuacji

I nawet nie próbuj zaprzeczać, że nie zachowujesz się inaczej w stosunku do przełożonego, księdza, mamy i kumpla z działu.

Gdy idziesz na rozmowę kwalifikacyjną zakładasz inne ciuchy niż to, w czym chodzisz po domu, bo chcesz być w dokładnie określony sposób postrzegany i wywrzeć z góry założone wrażenie. Również używasz innego słownictwa i manieryzmów, niż na co dzień. Gdy umawiasz się z dziewczyną na pierwszą randkę, także prezentujesz tylko jedno ze swoich oblicz i nie opowiadasz o faktach i przyzwyczajeniach, które mogłyby postawić Cię w złym świetle. Podobnie manipulujesz postrzeganiem swojej osoby mając kontakt z ludźmi na uczelni, czy z rodziną podczas świątecznego posiłku. Często nawet nieświadomie.

W każdej sytuacji społecznej, mniej lub bardziej, w jakiś sposób kreujesz swój wizerunek. Dlatego, nie wiem, czemu tworzenie kreacji na blogu miałoby być czymś złym.

Zresztą, gdy czytam Bukowskiego nie zastanawiam się, czy jego przeżycia są przerysowane. Myślę o tym, czy dobrze pisze.

(niżej jest kolejny tekst)

53
Dodaj komentarz

avatar
36 Comment threads
17 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
38 Comment authors
Nieobiektywny.plJakub UrbanHealthy Life ConnoisseurMaykotkaKondux Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
ambasadorp
Gość

Najwazniejsze zeby nie stala sie druga skora. Bo po rozmowie kwalifikacyjnej zalozysz stare gacie, a przy dziewczynie po jakims czasie zdarzy ci sie piernac. Tak, wiem, nikt nie pierdzi. Gorzej jezeli zaczynasz oszukiwac codziennie samego siebie

Aneta
Gość

Miałam to samo odczucie odnośnie dyskusji na BFGdańsk. Są blogi/vlogi, których atutem jest naturalność autora (ach te youtubowe vlogi;)), a są takie, które wygrywają dzięki kreacji (Kasia Tusk?) albo przejaskrawieniu (być może nawet prawdziwych) cech (Blogerki zniszczyły mi życie? – Konrad przyznaj się). A jeszcze inne po prostu mają wartościowy kontent i kreacja lub brak kreacji autora nie ma dla odbiorcy znaczenia, a może dodać profesjonalizmu (szczerze? mam gdzieś, czy Radek Kotarski na co dzień chodzi w garniaku i koszuli, bo polimaty oglądam przede wszystkim dla treści). Pomijając już kreowanie wizerunku, myślę sobie, że wszyscy zawsze chcemy pokazać lepszą wersję… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

No właśnie, tu będąc już przy YouTube przyszedł mi do głowy Krzysztof Kanciarz i Cyber Marian – postacie zupełnie nierealne i wykreowane od zera, a mimo to nikt nie ma do nich pretensji, że „nie są takie jak w rzeczywistości”.

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

Problem z kreacją leży w drugiej stronie, tej, która nie chce przyjąć do wiadomości, że te kilka cech charakteru, jakie w danym momencie się prezentuje nie świadczą o całym człowieku.

To, że kierowca skrzyczy cię za papierkową dychę nie znaczy, że jest skończonym łotrem i kolejka w Żabce niech sięga jego drzwi w bloku, ale mógł po prostu mieć zły dzień. To, że chłopiec jest dla ciebie miły, nie znaczy, że masz oglądać pierścionki zaręczynowe i tak dalej.

margaritum
Gość

A może problem zaczyna się w momencie, gdy bloger/autor/celebryta zaczyna świadomie sprzedawać swój fałszywy obraz. Nie tylko pomijając milczeniem to, najzwyczajniej w świecie chce pozostawić w cieniu sfery prywatnej. Ale sugerując odbiorcy, że jest kimś innym niż w rzeczywistości, zakłamując fakty. Przykładowo Twój pan Jurek, gdyby lansował siebie samego, jako wybitnego specjalistę ze stopniem naukowym. Jako znaczącą postać świata nauki. Prędzej czy później bańka kreacji pęka, a on traci całą wiarygodność. I sympatię. To jest rodzaj autokreacji, której się nie wybacza. To tak, jakby okazało się, że Aurora, (którą wszyscy kochamy), smak czekolady zna tak naprawdę tyko z opowieści, a… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Co do pierwszej części komentarz, to też pytania na jakiej zasadzie to robi, bo do Krzysztofa Kanciarza nikt nie ma pretensji, ze w rzeczywistości nie jest biznesmenem obracającym miliardami i kłamie. De facto, nawet jeśli oglądałby/czytał kogoś, kto byłby pełną kreacją zupełnie rozmijająca się z tym co pokazuje w rzeczywistości, ale byłby przekonujący, to nie miałbym z tym problemu.

margaritum
Gość

Jeśli taka jest formuła blog/volga, to nie nie ma problemu. To jest od początku uczciwe.
Ale bloger to jednak nie powieściopisarz. Jeśli opowiada o swoim życiu i nie mruga przy tym okiem – chciałoby mu się wierzyć.

Anna Tabak
Gość

Widzisz, dla mnie przykład jaki opisałeś, nie jest kreacją. Jurek nie „udaje” że interesuje się astronomią – interesuje się naprawdę ;) również pokazywanie czytelnikom tylko swoich dobrych cech/ukrywanie złych jest zwykle przemyślanym zabiegiem, ale czy to już kreacja? Tu problem leży w definicji. W moim rozumieniu, kreacją będzie sprzedawanie zupełnie nieprawdziwych informacji na swój temat. Tak jakbym ja pisała na swoim blogu, że umiem śpiewać i jestem mega gadułą… i już na pierwszym spotkaniu w klubie, połączonym z karaoke wyszłoby szydło z worka ;) a moja wiarygodność poleciałaby na łeb, na szyję.

Jan Favre
Gość

„pokazywanie czytelnikom tylko swoich dobrych cech/ukrywanie złych jest zwykle przemyślanym zabiegiem, ale czy to już kreacja?” – tu oczywiście każdy odpowiada sobie sam na to pytanie, ale trzymając się definicji (kreacja = akt tworzenia czegoś), to nie da się ukryć, że nie dokumentujesz swój wizerunek (wraz z zaletami i wadami), ale tworzysz, świadomie selekcjonując przesłanki, które będą miały wpływ na jego odbiór.

Ania
Gość

Cokolwiek byśmy nie mówili i nie pisali, to niezależnie od naszych przesłanek, będą ludzie którzy odbiorą nas w zupełnie inny sposób, niż chcemy. W internetach przekaz o tyle to prostszy, że ludzie mają chęć czytać, wnikać i myśleć nad tym, co piszemy. W realu zasięg jest mniejszy a czasu wcale niewiele więcej, żeby chcieć rozmówcę zrozumieć.
Kreacja będzie więc uwypuklaniem zalet, które faktycznie posiadamy, ale nie jest nią „stwarzanie” siebie na nowo, czyli udawanie kogoś, kim nigdy nie byliśmy.
Z resztą takie rzeczy się wyczuwa i takich ludzi się nie czyta.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

[akcja ma miejsce w jednej z krakowskich burgerowni na Kazimierzu w godzinach obiadowych, co dodaje dramatyzmu, bo aby znaleźć wolne miejsce trzeba było wypłoszyć hipsterów, stawiając zgrzewkę Fritz-Koli po przeciwnej stronie ulicy]

I jak w tym Wiedniu? – rezolutnie zagaiłem, stawiając akcent na „WIEDNIU” w nadziei, że któraś z dziewczyn siedzących przy stoliku obok odwróci się poruszona powiewem zachodu i zakochamy się w sobie bezpamiętnie od pierwszego wejrzenia

Dobrze – równie błyskotliwie zripostował Łukasz

Praca programisty nie wykańcza cię? – znów technika z poradników programowania neurolingwistycznego

Nie – i adekwatny ciąg emocjonującej konwersacji absorbującej uwagę wszystkich niewiast, obsługi, przechodniów, zwierząt parzystokopytnych, mórz, niebios i Oka Saurona

Przepraszam – wiedziałem, wiedziałem, że któraś w końcu będzie musiała połknąć haczyk i nie opanuje się. Podejdzie niesiona falą endorfin i wyzna mi miłość – można przyjąć zamówienie?

Yyyyy… tak. Poproszę burgera szefa i dużą waniliową colę – coś w końcu musi mi osłodzić tę gorycz rozczarowania

A dla pana? – dla pana? Że niby importowany Austriak, to od razu pan, tak?

– A dla mnie wegetariańskiego i też tę colę co kolega – że co on zamówił?

Że co ty zamówiłeś?

No też waniliową colę. Dużą.

Nie, nie. Wziąłeś BURGERA BEZ MIĘSA???

A, bo ci nie mówiłem. Od pół roku nie jem mięsa.

COOO??? – serio, że niby co? – Znamy się tyle lat, traktowałem cię jak najlepszego kumpla, przynosiłem ci paczki do więzienia i…

Ale ja nigdy nie byłem w więzieniu – musiał to zauważyć, cholera!

Nieważne. Dopóki nie wyjechałeś z Polski byliśmy jak Starsky i Hutch, jak Mel Gibson i ten drugi, jak Komisarz Alex i jego pies, a teraz robisz mi coś takiego?

Ale co? – jeszcze bezczelnie udaje, że nie wie

Jak mogłeś dołączyć do tej wegan-sekty? – jak mógł? – Te wszystkie krowy, które razem zjedliśmy nic dla ciebie nie znaczą?

Ej, ej, spokojnie. Nie ześwirowałem, nie jestem weganinem. – akurat

Akurat!

Czytałem pod koniec zeszłego roku kilka książek o wpływie mięsa na organizm człowieka, samopoczucie i ogólnie na życie i…

I co? Odwaliło ci tak? – niechże się w końcu przyzna

Daj mi dokończyć – ech, no dobra – A więc. Czytałem te książki i stwierdziłem, że na próbę ograniczę mięso przez miesiąc. Było na tyle w porządku, że pociągnąłem to kolejne dwa, a po czterech okazało się, że schudłem 10 kilo, mam więcej energii, mniej choruję i dostałem podwyżkę w pracy. W każdym razie, nie jest tak, że zacząłem jeść 7 razy dziennie soję i mi odwaliło. Po prostu, jeśli mogę, staram się nie jeść mięsa i czuję się dużo lepiej. Nie ma w tym żadnej ideologii, czysty racjonalizm.

 

***

 

Zawsze podchodziłem z dystansem do wegetarian. Dużym dystansem. Mniej więcej takim jak stąd do Saturna. Nie wspominając już o weganach. Wydawało mi się, że coś z ich mózgiem musi być nie tak, skoro negują smak mięsa, które przecież jest TAK DOBRE. Argumenty o obronie zwierząt nigdy do mnie nie trafiały, a w obliczu smaku karkówki z grilla, omletu z krewetkami, burgera z bekonem, czy – królowej szynek – prosciutto crudo, stawały się irracjonalne. To jest PRZEPYSZNE i nie mogłem pojąć, jak ktoś świadomie może z tego rezygnować.

Aż do rozmowy z Łukaszem.

Znamy się już dłuższy czas i oprócz tego, że jest nieprzeciętnie inteligentny, to wyjątkowo racjonalnie podchodzi do życia i podejmowanych wyborów. Niemal każdą decyzję jest w stanie logicznie i sensownie uargumentować. Za co bardzo go cenię, bo świadomość działań to cecha ludzi wielkich. W związku z tym, jeśli Łukasz mówi, że niejedzenie mięsa pozytywnie wpływa na ciało – i poniekąd duszę – to ja mu wierzę.

Na tyle by samemu spróbować.

Oficjalnie oświadczam, że od 1 listopada przez równe 30 dni nie tknę żadnego martwego zwierzątka. Już wiem, że będzie ciężko, bo jestem z tych ludzi, którzy jak nie zjedzą mięsa na obiad, to tak jakby nic nie zjedli, ale będę twardy. Twardy jak prawo podatkowe, jak Bruce Willis w „Szklanej pułapce”, jak szpony z adamantium, jak Trybson w bzy… No po prostu postaram się wytrzymać. Raz, że jak mam faktycznie mniej chorować i mieć większego kopa – zwłaszcza zimą – to świetnie, a dwa, że lubię trenować silną wolę.

Mam tylko do Was prośbę – czym najłatwiej zastąpić mięso? I to nawet nie tyle pod kątem wartości odżywczych, ale po porostu przyzwyczajenia i smaku? Co jeść zamiast mięsa, żeby najłatwiej o nim zapomnieć i nie wracać myślą do smaku wołowinki?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Luca Rossato

„Forbes” zajrzał do kieszeni Wardęgi. I co dalej?

Skip to entry content

wardęga spider dog 400 tys

Odkąd pojawiła się okładka najnowszego wydania polskiego „Forbesa” (magazynu o tematyce biznesowej), w internecie zawrzało jak w czajniku wielkości stadionu narodowego. Informacja o zarobieniu 400 000 złotych przez Sylwestra Wardęgę na filmie „Mutant Giant Spider Dog” rozniosła się po sieci szybciej, niż AIDS po Tajlandii. Mimo, że sam zainteresowany nie potwierdził tej kwoty (ani nie odniósł się do niej w żaden inny sposób), a akapit na ten temat w samym miesięczniku brzmi raczej jak luźna estymacja autora tekstu, niż informacja z pierwszej ręki.

Abstrahując od tego, czy 400 koła to rzeczywista liczba, czy nie, warto zastanowić się, czym poskutkuje publiczne zaglądanie do kieszeni youtubera. W tym, artykuł w „Forbsie”.

 

Więcej kasy pójdzie w internet

Tekst jest napisany trochę jak artykuł sponsorowany zamówiony przez LifeTube’a (agencję reklamową pośredniczącą między youtuberami, a markami). Pomijam, że nazwa agencji pada 12 razy (słownie DWANAŚCIE razy), ale zasadniczo ma to wydźwięk jakby telewizja miała stracić widzów i  zniknąć z powierzchni ziemi w przeciągu kilku najbliższych miesięcy, a YouTube miał się stać stroną startową każdego, kto ma choćby Pentium III i monitor kineskopowy.

Dla mnie – człowieka internetu – to dość oczywiste, ale dziwi mnie taka stronniczość, w magazynie nie mającym tak silnego powiązania z branżą.

Tak czy inaczej, przez tematykę i grono odbiorców „Forbesa” (biznesmeni, menadżerowie, media planerzy, start-upowcy), wielu osobom mającym wpływ na budżety reklamowe zaświeci się żarówka w szarej komórce z napisem „internet”. Zaczną zastanawiać się, czy telewizja faktycznie nie jest nieopłacalnym przeżytkiem i czy zamiast 3 spotów w przerwie „Na wspólnej”, czy innej „Plebani” nie zrobić lepiej akcji z kilkoma YouTuberami. Albo nawet kilkunastoma, generując większy zasięg i wydając mniej pieniędzy.

Po podjęciu takiej decyzji wszyscy będą wygrani.

Marki, bo dostaną dobrze dopasowane do odbiorców, faktycznie angażujące reklamy. Twórcy, bo będą mieli hajs na życie, picie i tworzenie materiałów, na które wcześniej nie mogli sobie pozwolić przez ograniczony budżet. Odbiorcy, bo jakość materiałów wzrośnie.

To jasna strona medalu. A jaka jest ciemna?

 

Wardęgą zainteresują się przyjaciele…

Hasło „400 000 złotych” działa na wyobraźnię jak pół naga Penelopa Cruz przygryzająca wargę na heteroseksualnego mężczyznę. Z pewnością dawni znajomi już przypomnieli sobie o jego istnieniu i zaczęli zapraszać na obiady, piwka i tak po prostu, żeby pogadać. I pożyczyć kilka tysi.

 

…i nieprzyjaciele…

Ale kasa, którą przeciętny Polak widzi najczęściej na tablicach obrandowanych logiem „Lotto” przyciąga uwagę nie tylko kumpli. Jednym z powodów, dla których w naszym kraju nie mówi się o posiadaniu dużych pieniędzy jest lęk przed ich utratą. I to nie bezpodstawny. Większość przedsiębiorców inwestuje w drzwi antywłamaniowe i systemy ochronne wcale nie dlatego, że znudziło im palenie pieniędzmi w piecu. Wręcz przeciwnie.

 

…i skarbówka…

No kto, jak kto, ale oni to sobie nie przepuszczą takiej okazji, żeby skontrolować, czy wszystko zgadza się na papierze i na koncie.

 

…i będzie miał rzeszę naśladowców

Psa-pająką straszącego ludzi zobaczyło ponad 100 milionów widzów. Na całym świecie. Wideo osiągnęło globalny sukces, przedostając się do mediów analogowych (w sensie telewizja, gazety), a sam Sylwester zasiadł na kanapie u Kuby Wojewódzkiego, co dla typowego Kowalskiego porównywalne jest ze zdobyciem Nagrody Nobla. A teraz dodaj do tego fakt, że największą grupą widzów na YouTube są dzieciaki w wieku 13-17 i wrzuć w dowolne miejsce tego równania kwotę kilkuset tysięcy złotych. Za jeden film.

Co Ci wychodzi? Bo mnie dziesiątki młodocianych naśladowców, którzy chcą zgarnąć łatwy hajs.

Życzę sobie i Tobie, żebym się mylił, ale nie zdziwiłbym się, gdyby teraz na każdym osiedlu ktoś wkładał sztuczne zwłoki do windy albo straszył ludzi kotem przebranym za boa dusiciela. Później kręcił komórką jak ktoś z Twoich sąsiadów dostaje ataku paniki i wrzucał to do sieci. Bo nie dość, że można zostać gwiazdą, to jeszcze góra złota czeka. Brzmi świetnie, co?

Szkoda, że nikt nie zajrzał Radkowi Kotarskiemu do kieszeni. Chciałbym zobaczyć wysyp programów historyczno-naukowych na YouTube.