Close
Close

11 profili, bez których Facebook byłby nudny

Skip to entry content

Ludzie lubią narzekać, że Facebook się kończy. Że nie ma tam już nic poza zdjęciami dzieci znajomych, kotami z farm fanów i zaproszeniami do wydarzeń „Zbuduj niezależność finansową i uzbieraj w miesiąc na Gallardo z FM Group”. Że nuda. Zawsze mówię w takich sytuacjach, że jeśli masz stajnię Augiasza w strumieniu aktualności, to zmień znajomych i profile, które polubiłeś, bo ten syf bierze się właśnie od nich. Na portalu Marka Zuckerberga, jak zresztą w całym internecie, jest dużo ciekawych treści, tylko trzeba po nie sięgnąć.

Żeby nie pozostawać gołosłownym, zrobiłem zestawienie 11 najciekawszych profili ze swojego Facebooka, które mogą pokolorować Ci szarość dnia w sieci.

 

Mordor Na Domaniewskiej

„Mordor Na Domaniewskiej” to taki warszawski „Kraków Business Park”. Nigdy nie pracowałem w korporacji, ale przeglądając kolejne statusy czuję się jakbym był już co najmniej team leaderem. Ambiwalentne uczucie.

 

Sztuczne Fiołki

„Sztuczne Fiołki” to Jeden z najinteligentniejszych profili na Facebooku, w każdym wpisie przemycający wiedzę z historii sztuki i komentarz cięty komentarz do aktualnych wydarzeń. Sam pomysł robienia memów z malarskich klasyków jest genialny, a wykonanie to czysty majstersztyk. A mówią, że mas nie da się zainteresować sztuką.

 

Chujowe mieszkania do wynajęcia

„Kraków, Wrocław, Poznań czy Warszawa, bo prysznic w salonie jest językiem wszechświata” parafrazując klasyka. Kto kiedykolwiek przeglądał Gumtree w poszukiwaniu dachu nad głową, poczuje się tu jak w domu. Z grzybem na suficie i bez drzwi do łazienki.

 

Przygody Oli Radomiak z Piotrkowa Trybunalskiego

Raz na kwartał jak przetrze mi się kabel od słuchawek, to zdarzy mi się podsłuchać jakiś zabawny dialog albo wspiąć się na wyżyny interakcji międzyludzkich i samemu nawiązać jakąś niesmutną konwersację. Ola natomiast tych statusów ze śmichami-chichami produkuje na potęgę, więc jeśli marzą Wam się anegdoty a la Karol Strasburger, tyle, że śmieszne, to właśnie u niej.

 

Piętrowa Wołowina


„Piętrowa Wołowina”, czyli McDonald’s od kuchni – dosłownie nie w przenośni – oczami pracowników. Absurdalne zamówienia klientów, szalone rozmowy w okienku McDrive i rysunki na kanapkach z Maków w całej Polsce. Im dłużej obserwuję ten profil, tym jeszcze bardziej lubiś tam jeść.

 

Brief – co znosi psychika grafika


Profil z kategorii branżowych, ale osoby spoza też powinny skumać i albo się zaśmiać, albo złapać za głowę, że cytaty na grafikach to autentyczne maile od klientów. Jeśli ktoś nie kuma, czemu to ma być śmieszne, niech w miejsce „projekt” i „logo” wstawi „samochód” i „dom”. Po tym zabiegu treść dalej może nie być śmieszna, ale przynajmniej zrozumiecie jak to jest.

 

Hype

Płaczący żółw ninja, to symbol aktualnej satyry hip-hopowej. Dużo prześmiewczych podpisów pod wizerunkami modnych wykonawców, sklejek w Paincie i kolaży z najdalszych zakątków internetu. Co jakiś czas wybitne blendy robiące lobotomię w głowie i pasty. Jeśli chcesz być na bieżąco z polskim rapem musisz obserwować Hype’a.

 

Żelazna logika

Nie czuję się ani lewakiem, ani prawicowcem, a w dobieraniu swoich pogladów na świat staram się kierować zdrowym rozsądkiem, jednak wielu moim znajomym aktywnym w sieci bliżej w lewo niż w prawo i takie tez treści pojawiają się na moim Facebooku. Dlatego obserwuję profil „Żelazna Logika” ponieważ jest dla nich świetną przeciwwagą, prezentującą punkt widzenia stojący w kontrze i przy okazji punktującą wszystkie bezsensowne wypowiedzi.

 

Janina Daily

Janinę poznałem na tegorocznym Blog Forum Gdańsk, gdy w atmosferze obliczania procentów składanych podeszła do mnie z Magdą z Krytyki Kulinarnej i powiedziała, że mnie czyta, co połechtało moje – i tak już bardzo mocno rozłechatne – ego. Po czym na drugi dzień dowiedziałem się, że to najświeższe odkrycie blogosfery. I nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady, gdy Janina w stopni mistrzowski opanowała prowadzenie – przede wszystkim – fanpage. Niby takie pitu-pitu, ale doczytujesz status do końca i myślisz sobie „łooo, w życiu nie przeczytałeś czegoś tak długiego na Fejsie, ale ona zajebiście opowiada”. Gdybym chodził w kapelusza, to teraz jeden z nich zdjąłbym z głowy.

 

Marta Frej

Post użytkownika Marta Frej.

Nie wiem co można powiedzieć więcej o Marcie poza tym, że jest asem. Jeszcze nie widziałem, żeby zrobiła słabą pracę albo taką, przy której bym się nie zaśmiał na głos. Memowo-artytyczna komentatorka rzeczywistości.

 

Patriota Mariusz

Zaczęło się od beki z robienia z chuliganów patriotów i wyśmiewania doczepiania do wszelkich produktów orzełka i symbolu Polski Walczącej, a skończyło się na komentowaniu bieżących wydarzeń z punktu widzenia dresiarza. I dalej jest trafnie i całkiem zabawnie, choć najczęściej to śmiech przez łzy.

Jak macie jeszcze coś nietuzinkowego, co potrafi urozmaicić Fejsa, to śmiało, komentarze są Wasze.

autorem zdjęcia w nagłówku jest mkhmarketing

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

Jak mieć spokój w trakcie podróży?

Skip to entry content
jak mieć spokój w trakcie podróży
autorem zdjęcia jest centralniak

Gdzieś od czerwca średnio raz w tygodniu jestem w trasie. Albo konferencja, albo koncert, albo akcja na blogu, albo wycieczka życioznawcza, albo mama. W pociągach/samolotach/autobusach/na lotniskach spędzam naprawdę dużo czasu. Jakbym był zezgredziałym piernikiem kursującym codziennie między Ruczajem a Business Parkiem powiedziałbym pewnie, że za dużo, ale że lubię swoje życie, to po prostu stwierdzam: dużo. Żeby nie marnować tego czasu na gapienie się w sufit i bicie rekordu odtworzeń „Happy”, staram się pracować.

Piszę „staram się” bo częściej, niż często jest to niemożliwe, przez współpasażerów, którzy albo mielą ozorem w bliżej nieokreśloną przestrzeń albo nieprzerwanie zagadują. I kompletnie do nich nie dociera, gdy mówisz im, że potrzebujesz się ciszy. Jak zmusić ich do rekacji? Co zrobić, żeby mieć spokój w trakcie podróży, gdy konwencjonalne metody zawiodą?

 

Zjedz śledzie

Na kogo działa? Głównie na młode laski, którym rozładował się telefon i empetrójka i mają przeogromną potrzebę paplania w Twoją stronę. O czymkolwiek.

Możesz doprawić czosnkiem i cebulą dla pewności, ale jeśli tylko zagadujące Cię dziewczę nie ma zapalenia zatok, to woń śledzi jest w stanie zabić każdą konwersację. Nawet tą opartą na jej monologu składającym się ze strumienia świadomości.

 

Wyciągnij „Twój Weekend”

Na kogo działa? Na starsze panie, zakonnice i matki z dziećmi. Choć jeśli te ostatnie od 5-ej rocznicy ślubu sprowadzają kontakt fizyczny do małżeńskiego obowiązku i są na ostrym głodzie, to mogą się tylko niepotrzebnie pobudzić.

Nawet najbardziej entuzjastyczne streszczanie ostatniego odcinka „Klanu”, bądź żywiołowa retrospekcja pod tytułem „Za moich czasów”, urwie się w pół słowa, gdy wzrok rozmówczyni napotka zdjęcie rozchylonych warg sromowych mniejszych. Co prawda, od tego momentu możesz czuć oblepiającą skronie atmosferę zniesmaczenia i obrazy uczuć religijnych, ale możesz też mieć to w dupie. Spokój jest tego wart.

 

Przelicytuj zwierzenia

Na kogo działa?  Na zwierzające się gimnazjalistki. No, licealistki też.

Mam taką twarz, że ludzie mi ufają i zaczynają się otwierać jakby leżeli na kozetce u amerykańskiego terapeuty (bo u polskich się siedzi). Pod wpływem mojej jestem-pluszowym-misiem-któremu-możesz-wypłakać-się-w-ramię aury zaczynają opowiadać historie. O tym, że chłopak zostawił, że kotek uciekł, że pracy nie ma, że mama nie kocha, że w dzieciństwie wszyscy śmiali się z jej odstających uszu i śmiechu wieprzka. Jako człowiek, który w ciągu najbliższego millenium jednak nie ma potrzeby zostania księdzem, ani psychologiem, nie mam ochoty tego słuchać.

Ale do nich to nie dociera.

Jeśli masz podobnie, musisz przelicytować zwierzenia, żeby odpierwiastkowały się od Ciebie na resztę trasy. Opowiedzieć z pięć, albo i dziesięć, razy mocniejszą historię od ich utyskiwania. Coś w stylu „urodziłem się dziewczynką i lubię sypiać ze zwierzętami” albo „nie zrozum mnie źle, ale nic tak nie smakuje jak ludzkie mięso z grilla”.

 

Noś ze sobą zatyczki do uszu

Na kogo działa?  Na doktorantów i menadżerów średniego szczebla. Ci z wyższego też wolą skupić się na pracy.

Nie ma tu większej filozofii: formujesz kształt pasujący do Twojego ucha i wkładasz do środka. I wszyscy wygrywają – Ty możesz skupić się na swoich rzeczach, a niespełniony orator ma jedyną szansę opowiedzieć komuś o sukcesach w swojej pracy, która nikogo nie interesuje.

 

Zacznij opowiadać o narkotykach

Na kogo działa?  Na stare panny, których jedyną okazją do konwersacji z drugim człowiekiem jest podróż środkami masowego transportu.

W zależności od poziomu irytacji paplaniną o kocie i paprotce możesz wybrać wersję łagodną lub ostrą. Łagoda to sfingowanie rozmowy przez telefon w trakcie, której zamawiasz 10 gram mefedronu, 10 gram metaamfetaminy i 2 tuziny tabletek extasy. Ostra, to poinformowanie rozmówczyni, że w trakcie wizyty w toalecie zjadłeś kilkadziesiąt grzybów, ale wolno wchodzą i chętnie odkupiłbyś od niej 3-4 centy heroiny, żeby dopalić. Nie zapomnij, żeby lekko obślinić się przy tym i powywracać gałkami ocznymi.

 

Idź na układ

Na kogo działa?  Na dzieciaki.

Wyciągasz TV Pakę Lay’sów i mówisz, że jak się zamkną na pół godziny, to dostaną po jednej. Niestety, jeśli jedziesz gdzieś dalej, trzeba się uzbroić w kilka paczek.

 

Wyciągnij maczetę

Na kogo działa? Na wszystkich.

---> SKOMENTUJ

wpis jest wynikiem inspiracji nowym filmem marki Grant’s i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

„Poznałem przyjaciół w biedzie, muszę też ich sprawdzić, kiedy przytulę zielone jak Święty Patryk” pada na ostatniej płycie Rasmentalismu i to fakt, że przyjaciół nie poznaje się tylko, gdy jest źle. Poznaje się ich także, gdy jest dobrze, bo jak mówi stare góralskie porzekadło „Polak Polakowi wybaczy wszystko oprócz sukcesu”. Wiele osób, gdy wejdziesz o stopień wyżej niż one, będzie próbowało za wszelką cenę ściągnąć Cię do swojego poziomu. Albo zacznie na Ciebie pluć, bo nie wniosłeś ich ze sobą na plecach.

Dlatego tym bardziej, warto docenić tych, którzy byli z Tobą, gdy jadłeś pasztet z puszki i są dalej, gdy możesz sobie pozwolić na kawior w knajpie.

Bo mimo iż rodzimy się i umieramy sami, to jednak czas pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami spędzamy z ludźmi. Ludźmi, którzy są dla nas nie tylko aniołem stróżem, czy kołem ratunkowym, gdy pojawiają się problemy, ale także kształtują nasze myślenie i często mają bezpośredni wpływ na to kim jesteśmy. Bo genialne pomysły, złote myśli, wariackie plany i szalone marzenia rzadko kiedy biorą się z powietrza. Najczęściej  są wynikiem inspiracji ze spotkania z drugim człowiekiem. I niejednokrotnie dochodzą do skutku również przy jego udziale.

Podobna myśl jest osią najnowszego wideo zrealizowanego przez markę Grant’s.

#IOU – I owe you, czyli przekładając na najpiękniejszy język świata – jestem ci coś winien. Mojej mamie sporo, ale przyjaciołom niewiele mniej, bo do setek rzeczy bym bez nich nie doszedł.

Nie chcę robić tu wyliczanki jak w pozdrowieniach na końcu płyty, bo musiałbym rozbić ten wpis na 7 części, a i tak pewnie bym o kimś zapomniał. Mimo, że jest ich znacznie więcej, odniosę się tylko do 3 osób, które miały na mnie silny wpływ w 3 różnych obszarach życia, co zaowocowało tym, że dotarłem do obecnego miejsca. Bardzo szczęśliwego miejsca.

Piotrek – pomógł mi – a w zasadzie to chyba nauczył – myśleć nieszablonowo, a przede wszystkim pokazał, że bariery są tylko w mojej głowie. Tam, gdzie ja widziałem przeszkody, on dostrzegał możliwości i nigdy nie przystawał na moje „nie da się”. Zawsze szukał jakiejś alternatywy, jakiegoś ukrytego rozwiązania, które znajdowało się zaraz za zakrętem, tylko trzeba było poszukać trochę głębiej.

Pamiętam jak na drugim roku robiliśmy reklamę na konkurs „Przyczłapka do kurczałki” – mieliśmy zrobić materiał promujący rzecz, która nie istnieje.

Wpadłem na pomysł, żeby ująć temat w postaci wideo-kolażu z wycinkami scen ze znanych filmów i narracją w postaci ironicznego dubbingu, który opowiada widzowi historię produktu. Po tygodniu przycinania, montowania, nagrywania, poprawiania i przycinania, montowania, nagrywania i znów poprawiania okazało się, że jury może nas zdyskwalifikować, bo nie mamy praw autorskich do użytych scen. Ja chciałem się załamać i zniknąć w otchłani łóżka. Piotrek zaczął się zastanawiać, szperać i dzwonić. I znalazł przepis o prawie cytatu. Zajęliśmy 4-te miejsce.

Bartek – gdy trzeba było lecieć do drugiej części Europy załatwić sprawę, która chodziła za mną pół życia, nie zastanawiał się czy ma hajs, czas i wolne w pracy. Powiedział, że leci. I poleciał.

Patryk – ostatni rebeliant. Buntownik z wyboru. Jak większość idzie w prawo, a nieliczni w lewo, to on chucha w dłonie i idzie prosto wdrapywać się na urwisko.

Znamy się od 10-go roku życia i zawsze był równie ambitny, co niepokorny. I niezrównoważony, bo wymyślił sobie, że będzie artystą w kraju, w którym ludzie kontakt ze sztuką mają najczęściej przy sprzedaży detalicznej. A z malarstwem to już w ogóle raz na 15 lat, jak robią remont generalny. Niemal wszyscy mówili mu, że życie z tworzenia obrazów, to zły pomysł, a już na pewno niedojrzały. Że to dobre dla nastolatka, a nie faceta. Ze trzeba zająć się czymś „poważny”. Nie słuchał ich ani przez chwilę.

Pokazał mi jak iść na przekór wszystkiemu, gdy wiatr wieje w oczy, kierując się tylko ślepą wiarą w siebie. Gdyby nie jego determinacja do życia snem na jawie, swój spełniałbym dużo trudniej.

Grants_IOU_141114

#IOU – jestem wam coś winien panowie.

---> SKOMENTUJ