Close
Close

11 profili, bez których Facebook byłby nudny

Skip to entry content

Ludzie lubią narzekać, że Facebook się kończy. Że nie ma tam już nic poza zdjęciami dzieci znajomych, kotami z farm fanów i zaproszeniami do wydarzeń „Zbuduj niezależność finansową i uzbieraj w miesiąc na Gallardo z FM Group”. Że nuda. Zawsze mówię w takich sytuacjach, że jeśli masz stajnię Augiasza w strumieniu aktualności, to zmień znajomych i profile, które polubiłeś, bo ten syf bierze się właśnie od nich. Na portalu Marka Zuckerberga, jak zresztą w całym internecie, jest dużo ciekawych treści, tylko trzeba po nie sięgnąć.

Żeby nie pozostawać gołosłownym, zrobiłem zestawienie 11 najciekawszych profili ze swojego Facebooka, które mogą pokolorować Ci szarość dnia w sieci.

 

Mordor Na Domaniewskiej

„Mordor Na Domaniewskiej” to taki warszawski „Kraków Business Park”. Nigdy nie pracowałem w korporacji, ale przeglądając kolejne statusy czuję się jakbym był już co najmniej team leaderem. Ambiwalentne uczucie.

 

Sztuczne Fiołki

„Sztuczne Fiołki” to Jeden z najinteligentniejszych profili na Facebooku, w każdym wpisie przemycający wiedzę z historii sztuki i komentarz cięty komentarz do aktualnych wydarzeń. Sam pomysł robienia memów z malarskich klasyków jest genialny, a wykonanie to czysty majstersztyk. A mówią, że mas nie da się zainteresować sztuką.

 

Chujowe mieszkania do wynajęcia

„Kraków, Wrocław, Poznań czy Warszawa, bo prysznic w salonie jest językiem wszechświata” parafrazując klasyka. Kto kiedykolwiek przeglądał Gumtree w poszukiwaniu dachu nad głową, poczuje się tu jak w domu. Z grzybem na suficie i bez drzwi do łazienki.

 

Przygody Oli Radomiak z Piotrkowa Trybunalskiego

Raz na kwartał jak przetrze mi się kabel od słuchawek, to zdarzy mi się podsłuchać jakiś zabawny dialog albo wspiąć się na wyżyny interakcji międzyludzkich i samemu nawiązać jakąś niesmutną konwersację. Ola natomiast tych statusów ze śmichami-chichami produkuje na potęgę, więc jeśli marzą Wam się anegdoty a la Karol Strasburger, tyle, że śmieszne, to właśnie u niej.

 [emaillocker]

Piętrowa Wołowina


„Piętrowa Wołowina”, czyli McDonald’s od kuchni – dosłownie nie w przenośni – oczami pracowników. Absurdalne zamówienia klientów, szalone rozmowy w okienku McDrive i rysunki na kanapkach z Maków w całej Polsce. Im dłużej obserwuję ten profil, tym jeszcze bardziej lubiś tam jeść.

 

Brief – co znosi psychika grafika


Profil z kategorii branżowych, ale osoby spoza też powinny skumać i albo się zaśmiać, albo złapać za głowę, że cytaty na grafikach to autentyczne maile od klientów. Jeśli ktoś nie kuma, czemu to ma być śmieszne, niech w miejsce „projekt” i „logo” wstawi „samochód” i „dom”. Po tym zabiegu treść dalej może nie być śmieszna, ale przynajmniej zrozumiecie jak to jest.

 

Hype

Płaczący żółw ninja, to symbol aktualnej satyry hip-hopowej. Dużo prześmiewczych podpisów pod wizerunkami modnych wykonawców, sklejek w Paincie i kolaży z najdalszych zakątków internetu. Co jakiś czas wybitne blendy robiące lobotomię w głowie i pasty. Jeśli chcesz być na bieżąco z polskim rapem musisz obserwować Hype’a.

 

Żelazna logika

Nie czuję się ani lewakiem, ani prawicowcem, a w dobieraniu swoich pogladów na świat staram się kierować zdrowym rozsądkiem, jednak wielu moim znajomym aktywnym w sieci bliżej w lewo niż w prawo i takie tez treści pojawiają się na moim Facebooku. Dlatego obserwuję profil „Żelazna Logika” ponieważ jest dla nich świetną przeciwwagą, prezentującą punkt widzenia stojący w kontrze i przy okazji punktującą wszystkie bezsensowne wypowiedzi.

 

Janina Daily

Janinę poznałem na tegorocznym Blog Forum Gdańsk, gdy w atmosferze obliczania procentów składanych podeszła do mnie z Magdą z Krytyki Kulinarnej i powiedziała, że mnie czyta, co połechtało moje – i tak już bardzo mocno rozłechatne – ego. Po czym na drugi dzień dowiedziałem się, że to najświeższe odkrycie blogosfery. I nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady, gdy Janina w stopni mistrzowski opanowała prowadzenie – przede wszystkim – fanpage. Niby takie pitu-pitu, ale doczytujesz status do końca i myślisz sobie „łooo, w życiu nie przeczytałeś czegoś tak długiego na Fejsie, ale ona zajebiście opowiada”. Gdybym chodził w kapelusza, to teraz jeden z nich zdjąłbym z głowy.

 

Marta Frej

Post użytkownika Marta Frej.

Nie wiem co można powiedzieć więcej o Marcie poza tym, że jest asem. Jeszcze nie widziałem, żeby zrobiła słabą pracę albo taką, przy której bym się nie zaśmiał na głos. Memowo-artytyczna komentatorka rzeczywistości.

 

Patriota Mariusz

Zaczęło się od beki z robienia z chuliganów patriotów i wyśmiewania doczepiania do wszelkich produktów orzełka i symbolu Polski Walczącej, a skończyło się na komentowaniu bieżących wydarzeń z punktu widzenia dresiarza. I dalej jest trafnie i całkiem zabawnie, choć najczęściej to śmiech przez łzy.

Jak macie jeszcze coś nietuzinkowego, co potrafi urozmaicić Fejsa, to śmiało, komentarze są Wasze.

autorem zdjęcia w nagłówku jest mkhmarketing

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

108
Dodaj komentarz

avatar
78 Comment threads
30 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
73 Comment authors
Gaja AndrukowiczCotygodniowy Przegląd Internetu #26: słownik fotograficzny, Bronisław Komorowski i Hipsterski MaoizmCotygodniowy Przegląd Internetu #1: "Moda na sukces", Janusz Korwin-Mikke i księżniczka LeiaCotygodniowy Przegląd Internetu #1elaree Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Stare zdjęcia polskich celebrytów <3.

Jan Favre
Gość
Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Pszpraszam, nie skumałam, że trzeba.

Jan Favre
Gość

Wybaczam.

Aleksandra Wołodkiewicz (Olly)
Gość

Jejku, odlajkowałam te wszystkie strony właśnie dlatego, że miałam śmietnik w aktualnościach :( Z tego wszystkiego zostały mi chyba tylko Nagłówki nie do ogarnięcia…

Ada
Gość
Ada
Przemek Kosior
Gość

Troll :D

Ula
Gość

O, to mój tekst Loesje :D

Jan Favre
Gość

Tak żem czuł!

Przemek Kosior
Gość

Loesje wymiata, bez dwóch zdań.

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

wpis jest wynikiem inspiracji nowym filmem marki Grant’s i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

„Poznałem przyjaciół w biedzie, muszę też ich sprawdzić, kiedy przytulę zielone jak Święty Patryk” pada na ostatniej płycie Rasmentalismu i to fakt, że przyjaciół nie poznaje się tylko, gdy jest źle. Poznaje się ich także, gdy jest dobrze, bo jak mówi stare góralskie porzekadło „Polak Polakowi wybaczy wszystko oprócz sukcesu”. Wiele osób, gdy wejdziesz o stopień wyżej niż one, będzie próbowało za wszelką cenę ściągnąć Cię do swojego poziomu. Albo zacznie na Ciebie pluć, bo nie wniosłeś ich ze sobą na plecach.

Dlatego tym bardziej, warto docenić tych, którzy byli z Tobą, gdy jadłeś pasztet z puszki i są dalej, gdy możesz sobie pozwolić na kawior w knajpie.

Bo mimo iż rodzimy się i umieramy sami, to jednak czas pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami spędzamy z ludźmi. Ludźmi, którzy są dla nas nie tylko aniołem stróżem, czy kołem ratunkowym, gdy pojawiają się problemy, ale także kształtują nasze myślenie i często mają bezpośredni wpływ na to kim jesteśmy. Bo genialne pomysły, złote myśli, wariackie plany i szalone marzenia rzadko kiedy biorą się z powietrza. Najczęściej  są wynikiem inspiracji ze spotkania z drugim człowiekiem. I niejednokrotnie dochodzą do skutku również przy jego udziale.

Podobna myśl jest osią najnowszego wideo zrealizowanego przez markę Grant’s.

#IOU – I owe you, czyli przekładając na najpiękniejszy język świata – jestem ci coś winien. Mojej mamie sporo, ale przyjaciołom niewiele mniej, bo do setek rzeczy bym bez nich nie doszedł.

Nie chcę robić tu wyliczanki jak w pozdrowieniach na końcu płyty, bo musiałbym rozbić ten wpis na 7 części, a i tak pewnie bym o kimś zapomniał. Mimo, że jest ich znacznie więcej, odniosę się tylko do 3 osób, które miały na mnie silny wpływ w 3 różnych obszarach życia, co zaowocowało tym, że dotarłem do obecnego miejsca. Bardzo szczęśliwego miejsca.

Piotrek – pomógł mi – a w zasadzie to chyba nauczył – myśleć nieszablonowo, a przede wszystkim pokazał, że bariery są tylko w mojej głowie. Tam, gdzie ja widziałem przeszkody, on dostrzegał możliwości i nigdy nie przystawał na moje „nie da się”. Zawsze szukał jakiejś alternatywy, jakiegoś ukrytego rozwiązania, które znajdowało się zaraz za zakrętem, tylko trzeba było poszukać trochę głębiej.

Pamiętam jak na drugim roku robiliśmy reklamę na konkurs „Przyczłapka do kurczałki” – mieliśmy zrobić materiał promujący rzecz, która nie istnieje.

Wpadłem na pomysł, żeby ująć temat w postaci wideo-kolażu z wycinkami scen ze znanych filmów i narracją w postaci ironicznego dubbingu, który opowiada widzowi historię produktu. Po tygodniu przycinania, montowania, nagrywania, poprawiania i przycinania, montowania, nagrywania i znów poprawiania okazało się, że jury może nas zdyskwalifikować, bo nie mamy praw autorskich do użytych scen. Ja chciałem się załamać i zniknąć w otchłani łóżka. Piotrek zaczął się zastanawiać, szperać i dzwonić. I znalazł przepis o prawie cytatu. Zajęliśmy 4-te miejsce.

Bartek – gdy trzeba było lecieć do drugiej części Europy załatwić sprawę, która chodziła za mną pół życia, nie zastanawiał się czy ma hajs, czas i wolne w pracy. Powiedział, że leci. I poleciał.

Patryk – ostatni rebeliant. Buntownik z wyboru. Jak większość idzie w prawo, a nieliczni w lewo, to on chucha w dłonie i idzie prosto wdrapywać się na urwisko.

Znamy się od 10-go roku życia i zawsze był równie ambitny, co niepokorny. I niezrównoważony, bo wymyślił sobie, że będzie artystą w kraju, w którym ludzie kontakt ze sztuką mają najczęściej przy sprzedaży detalicznej. A z malarstwem to już w ogóle raz na 15 lat, jak robią remont generalny. Niemal wszyscy mówili mu, że życie z tworzenia obrazów, to zły pomysł, a już na pewno niedojrzały. Że to dobre dla nastolatka, a nie faceta. Ze trzeba zająć się czymś „poważny”. Nie słuchał ich ani przez chwilę.

Pokazał mi jak iść na przekór wszystkiemu, gdy wiatr wieje w oczy, kierując się tylko ślepą wiarą w siebie. Gdyby nie jego determinacja do życia snem na jawie, swój spełniałbym dużo trudniej.

Grants_IOU_141114

#IOU – jestem wam coś winien panowie.

Słów kilka o kreacji na blogu

Skip to entry content

KREOWANIE WIZERUNKU W INTERNECIE

Podczas tegorocznego Blog Forum Gdańsk jeden z paneli dyskusyjnych dotyczył prywatności i wyznaczania granic, kreowania marki osobistej w internecie i pochodnych z tym związanych. Pojawiały się różne zdania odnośnie tego, co można pokazać na blogu, a czego nie, czy zdjęcia dzieci i rodziny, to jeszcze dobry pomysł, czy już przegięcie i powinno chronić się ich anonimowość. Zasadniczo, ile matek tyle opinii, ale co do jednego dziewczyny były mniej więcej zgodne – na blogu są takie jak w rzeczywistości i nie próbują być kimś innym. Nie kreują się.

To podkreślenie i stawianie na piedestale pełnego naturalizmu było tak mocne, że mimowolnie nasunęło mi się pytanie…

 

Czy kreacja to coś złego?

Czy to, że ktoś wymyślił sobie jak chce być postrzegany w sieci i wdraża to w życie, to powód do wstydu?

Załóżmy, że Jurek ma najnudniejszą robotę na świecie – jest ochroniarzem w Tesco – ale w wolnym czasie interesuje się astronomią. Wolne dni spędza w bibliotece, wolne wieczory z teleskopem w oknie, a jego strona startowa to Astronet.pl (mimo, że strasznie brzydka). Założył bloga Ast.ro i pisze o niedźwiedzicach, wozach, drogach (mlecznych) i  dziurach (czarnych). Używa paranaukowego języka, ale posługuje się nim na tyle zgrabnie by pani Halinka pracująca na kasie też mogła coś z tego zrozumieć. I rozumie.

Blog rozchodzi się po sieci jak bekowy plakat przedwyborczy, pęka bariera 20 000 UU miesięcznie i zaczynają się pierwsze współprace komercyjne. Jurek jest zapraszany zarówno na konferencje branżowe, jak i te dla normalnych ludzi. Na jednych opowiada o popularyzowaniu nauki w sieci, na drugich o wietrze słonecznym, magnetosferze i zorzy polarnej. Ogólnie jest takim Michałem Szafrańskim układu słonecznego.

I nagle, w czeluściach komentarzy na Niemodnych Polkach, ktoś wyciąga, że Jureczek nie jest doktorem astronomii na jakiego się kieruje. Nie. Jest ochroniarzem bez licencji, któremu ledwo udało się skończyć technikum hotelarskie.

Czy to źle?

Czy jeśli w swoich tekstach nie rozmija się z prawdą, to przez to, że w internecie chce być kimś innym niż w rzeczywistości, tracą one na atrakcyjności? I równie istotne pytanie – od kiedy zaczyna się kreacja? Czy już w momencie wypowiadania się na temat, na który nie ma się papieru poświadczającego wykształcenie, czy dopiero, gdy zataja się, że zawodowo zajmuje się czymś innym? I kolejne, równie istotne…

 

Czy w sieci w ogóle da się być tym samym, kim się jest w rzeczywistości?

Czy to na blogu, czy na YouTube, czy na Facebooku, czy na Sexfotce, nigdy nie ma nas w całej okazałości.

Zawsze to jest jakiś wycinek naszej osoby. Mniejszy lub większy, ale wciąż to tylko fragment tego kim jesteśmy. Słowo pisane ma to do siebie, że każdy odbiera je inaczej, więc ilu czytelników, tyle może być w ich głowach postaci autora. Ze zdjęciami jest już lepiej, ale statyczny obraz wciąż może być mylący. Wydawać by się mogło, że wideo jest rozwiązaniem tego problemu, bo żeby oszukać kamerę, trzeba mieć zdolności aktorskie albo przynajmniej doświadczenie w występach na Wiejskiej, ale to też złudne.

To nadal jest tylko zbiór zachowań (starannie wyselekcjonowany zbiór zachowań), które chcemy pokazać. Wykadrowanie wycinka z pełnej fotografii, to stworzenie nowej. Świadoma kreacja. Zresztą…

 

W prawdziwym życiu też kreujemy się adekwatnie do sytuacji

I nawet nie próbuj zaprzeczać, że nie zachowujesz się inaczej w stosunku do przełożonego, księdza, mamy i kumpla z ławki (czy tam korpoboxu).

Gdy idziesz na rozmowę kwalifikacyjną zakładasz inne ciuchy niż to, w czym chodzisz po domu, bo chcesz być w dokładnie określony sposób postrzegany i wywrzeć z góry założone wrażenie. Również używasz innego słownictwa i manieryzmów, niż na co dzień. Gdy umawiasz się z dziewczyną na pierwszą randkę, także prezentujesz tylko jedno ze swoich oblicz i nie opowiadasz o faktach i przyzwyczajeniach, które mogłyby postawić Cię w złym świetle. Podobnie manipulujesz postrzeganiem swojej osoby mając kontakt z ludźmi na uczelni, czy z rodziną podczas świątecznego posiłku. Często nawet nieświadomie.

W każdej sytuacji społecznej, mniej lub bardziej, w jakiś sposób kreujesz swój wizerunek. Dlatego, nie wiem, czemu tworzenie kreacji na blogu miałoby być czymś złym.

Zresztą, gdy czytam Bukowskiego nie zastanawiam się, czy jego przeżycia są przerysowane. Myślę o tym, czy dobrze pisze.