Close
Close

„Ślepnąc od świateł” – rewelacyjna opowieść o kokainie i Warszawie

Skip to entry content

Nie czytałem „Zrób mi jakąś krzywdę”, a tym bardziej „Zmorojewo”. Jakuba Żulczyka kojarzyłem głównie z felietonów i programu w jakiejś telewizji, który zdjęli, zanim zdążyłem go obejrzeć. I pewnie by się to nie zmieniło, gdyby Sokół z Marysią Starostą nie polecili jego książki. Myślę sobie „dobra, sprawdzę. 4 dyszki to i tak mniej niż kotlet u Sowy i Przyjaciół. Najwyżej cofnę mu suba”. No i nie cofnąłem. Ba, gdybym mógł, dałbym drugiego, bo „Ślepnąc od świateł” jest najlepszą książką z jaką zetknąłem się w tym roku.

Chcesz wiedzieć dlaczego?

Bo czytając ją…

 

Czujesz oddech Warszawy na własnej skórze

Raz to słodki, mamiący zapach luksusu w akompaniamencie strzelającego Moeata, a chwilę później odór ludzkiej zgnilizny, przetrawiony z płynami ustrojowymi i krzepnącą krwią.

Głównym bohaterem nowej powieści Żulczyka jest około 30-letni diler kokainy, cechujący się zamiłowaniem do muzyki klasycznej i apatią. Jacek. Przez jego pryzmat poznajemy życie nocne Warszawy. Prawidłowości rządzące klubami, światem przestępczym, polityką i show-biznesem. Klientami Jacka są zarówno słoiki z Polski B, korpoludki, modelki i ekskluzywne prostytutki (choć w tym wypadku to w zasadzie synonimy), bananowcy trudniący się byciem synem i gwiazdy telewizji. W tym (jedna z kluczowych postaci), gość łudząco przypominający Kubę Wojewódzkiego.

Przez pierwszą część książki masz wrażenie, że główny bohatera jest tylko pretekstem do tego, aby przedstawić stolicę od zaplecza. Żeby pokazać jak zachowują się ludzie z pierwszych stron gazet, gdy nikt nie patrzy. Gdy mogą wyjść z ludzkiej skóry i pobyć przez chwilę zwierzętami, bo wiedzą, że kamery są wyłączone.  Dla kogoś, kto nigdy nie był w takim zoo, to dość intrygujący widok, a jego atrakcyjność potęguję fakt, że…

 

„Ślepnąc od świateł” napisana jest genialny językiem!

Gdy wydam książkę, chcę, żeby czytało się ją tak dobrze, jak tę!

Już po pierwszy 5 stronach wiedziałem, że wchłonę ją jak gąbka i musiałem dawkować sobie czytanie, żeby nie zaniedbywać czynności fizjologicznych. Ostatni raz chyba w liceum miałem tytuł, na który poświęcałbym każdą wolną chwilę (zresztą, część zajętych też) i notorycznie zmieniał swój plan dnia, po to by połknąć jeszcze kilka kartek. Bo tak jest – tę historię się połyka. Jak mocny alkohol, który miesza Ci w głowie, ale mimo to, chcesz więcej. I więcej, i więcej i więcej.

Żulczyk od tej chwili jest moim prywatnym platynowym mistrzem porównań w kategorii wagowej „proza”. Używa takich zestawień, że większość polskich raperów powinna czuć się zawstydzona i oddać pióra do lombardu. Pajęczyny opisów sytuacji, które tka ze słów są tak obrazowe, że mimowolnie masz je przed oczami. Niezależnie, czy pisze o ostrym seksie z topmodelką, wciąganiu zabrudzonej kokainy przez stuzłotówkę, czy miażdżeniu jedynek i siekaczy kolbą pistoletu. Wszystko to widzisz i czujesz.

Operowanie środkami stylistycznymi na najwyższym poziomie sprawia, że…

 

Fabuła pochłania bez reszty

Wcześniej pisałem, że główny bohater wydaje się być tylko pretekstem do wyważenia zamkniętych wrót do świata elit. Nie jest tak. Jacek jest zarówno motorem, jak i najważniejszym elementem wydarzeń.

Gdzieś w 1/3 powieści, gdy już jesteś oswojony ze światem handlu narkotykami, sylwetkami hurtowników i klientami detalistów, zaczyna się jazda bez trzymanki. Jacek otwiera puszkę Pandory i wpada w wir wydarzeń równie zaskakujący co kolejne odcinki „Breaking Bad”. Zresztą, między serialem, a jego pasmem niespodzianek, jest więcej analogii. On też raz jest ofiarą, a raz oprawcą, a raz jednym i drugim. Pobicia, trwałe okaleczenia, zabójstwa i ogromne ilości kokainy. I pieniędzy.

Czytając to pewnie myślisz, że Żulczyka poniosło i zrobił grafomański scenariusz pod hollywoodzki film? Nic z tych rzeczy.

Nie ma tu przerysowania, kiczu ani tandety. Ani przez chwilę nie zastanawiasz się, czy ta historia faktycznie mogła się wydarzyć. Jesteś niemal pewien, że się wydarzyła. A w zasadzie, to właśnie się wydarza. Na Twoich oczach. Autor postawił na tyle silny nacisk na realizm, że raczej łapiesz się na szukaniu w świecie realnym pierwowzorów książkowych postaci. I główkujesz, czy Procent pojawiający się w połowie powieści, to aby na pewno nie szef kultowej wytwórni hip—hopowej.

W okolicach trzysetnej strony jesteś pewien, że wiesz jak skończy się ta opowieść. Po czym, co 50 stron zmieniasz zdanie, będąc równie przekonany co do swojego przeczucia. I tak, aż do ostatniej. Do ostatniej, która zaskakuje Cię bardziej, niż wiadomość, że jesteś nosicielem wirusa HIV podczas rutynowego badania krwi.

Kup tę książkę. Poczuj się jak Walter White i daj się zaskoczyć.

(niżej jest kolejny tekst)

41
Dodaj komentarz

avatar
25 Comment threads
16 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
29 Comment authors
KasiaJakubMariusz GłuchKarolina Nitkachusteczka aha Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Joanna Janusz
Gość
Joanna Janusz

Wszystkie kampanie reklamowe powinny Cię zatrudniać. Mnie przekonałeś, możliwe, że zakupię :)

mańka
Gość
mańka

Głupio się przyznać bo nie lubię takich klimatów, ale mnie też.

Boomer
Gość
Boomer

No stary, jakby Cię kampania reklamowa zatrudniła… :D

Piro
Gość

Wiesz, cieszę się że sięgnąłeś po tę książkę. „Ślepnąc…” wstrzeliło się podobno na 4 miejsce w TOP Empikowej listy, ale to dlatego że ludzie tacy jak ja, po przeczytaniu „Zrób mi jakąś krzywdę” i „Instytut” po prostu czekali na jego następną książkę.
Przeczytaj obydwie pozycje, naprawdę je polecam, ja, randomowy użytkownik Internetu i Twój czytelnik.
Pozdrawiam.
Piro

Jan Favre
Gość

Co do miejsc w rankingu bestsellerów w Empiku, to ktoś z wydawnictwa podczas Blog Forum mówił mi, że za to po prostu się płaci i wstawiają Twoje książkę lub płytę, ale mniejsza z tym ;) Po „Ślepnąc od świateł” na pewno sięgnę po poprzednie pozycje, a w zasadzie to zrobię to już jutro, bo czuję straszny głód tego typu narracji i stylu pisania Żulczyka, nie mniej, dzięki za rekomendację.

Paulina Wnuk
Gość
Paulina Wnuk

Bycie w bestsellerach to kwestia kilku czynników, z czego jeden to rzeczywiście kwestia hajsu jaką da wydawnictwo ;)

Jakub
Gość
Jakub

Przeczytałem. Wspaniała. Czy poleciłbyś inny tytuł w podobnym typie narracji i stylu pisania :) ?

Jan Favre
Gość

Zdecydowanie polecam „Radio Armageddon” tego samego autora, również świetnie napisane i wciągająca historia.

Aurora
Gość

Ja obecnie chłonę coś równie namietnie (i nie jest to czekolada…) ale to zupełnie inna para kaloszy. Nie mniej, zdumiewa mniej, cieszy mnie że są takie książki, tacy autorzy, a najbardzie, tacy czytelnicy :P :D

Jan Favre
Gość

Dawaj, dawaj, co teraz czytasz?

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

Poprosiłabym Cię, żebyś mi pożyczył swój egzemplarz, ale pewnie pogniotłeś i pośliniłeś.

Jan Favre
Gość

Trochę tak, ale wciąż nadaje się do użytku. No i po ilości zagnieceń i śliny możesz wywnioskować, że już za chwilę, już za momencik, już przy końcu strony, stanie się… COŚ :)

Zuza Żochowska
Gość

chłopaku, bierz się „zrób mi jakąś krzywdę”!!!!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

11 profili, bez których Facebook byłby nudny

Skip to entry content

Ludzie lubią narzekać, że Facebook się kończy. Że nie ma tam już nic poza zdjęciami dzieci znajomych, kotami z farm fanów i zaproszeniami do wydarzeń „Zbuduj niezależność finansową i uzbieraj w miesiąc na Gallardo z FM Group”. Że nuda. Zawsze mówię w takich sytuacjach, że jeśli masz stajnię Augiasza w strumieniu aktualności, to zmień znajomych i profile, które polubiłeś, bo ten syf bierze się właśnie od nich. Na portalu Marka Zuckerberga, jak zresztą w całym internecie, jest dużo ciekawych treści, tylko trzeba po nie sięgnąć.

Żeby nie pozostawać gołosłownym, zrobiłem zestawienie 11 najciekawszych profili ze swojego Facebooka, które mogą pokolorować Ci szarość dnia w sieci.

 

Mordor Na Domaniewskiej

„Mordor Na Domaniewskiej” to taki warszawski „Kraków Business Park”. Nigdy nie pracowałem w korporacji, ale przeglądając kolejne statusy czuję się jakbym był już co najmniej team leaderem. Ambiwalentne uczucie.

 

Sztuczne Fiołki

„Sztuczne Fiołki” to Jeden z najinteligentniejszych profili na Facebooku, w każdym wpisie przemycający wiedzę z historii sztuki i komentarz cięty komentarz do aktualnych wydarzeń. Sam pomysł robienia memów z malarskich klasyków jest genialny, a wykonanie to czysty majstersztyk. A mówią, że mas nie da się zainteresować sztuką.

 

Chujowe mieszkania do wynajęcia

„Kraków, Wrocław, Poznań czy Warszawa, bo prysznic w salonie jest językiem wszechświata” parafrazując klasyka. Kto kiedykolwiek przeglądał Gumtree w poszukiwaniu dachu nad głową, poczuje się tu jak w domu. Z grzybem na suficie i bez drzwi do łazienki.

 

Przygody Oli Radomiak z Piotrkowa Trybunalskiego

Raz na kwartał jak przetrze mi się kabel od słuchawek, to zdarzy mi się podsłuchać jakiś zabawny dialog albo wspiąć się na wyżyny interakcji międzyludzkich i samemu nawiązać jakąś niesmutną konwersację. Ola natomiast tych statusów ze śmichami-chichami produkuje na potęgę, więc jeśli marzą Wam się anegdoty a la Karol Strasburger, tyle, że śmieszne, to właśnie u niej.

 [emaillocker]

Piętrowa Wołowina


„Piętrowa Wołowina”, czyli McDonald’s od kuchni – dosłownie nie w przenośni – oczami pracowników. Absurdalne zamówienia klientów, szalone rozmowy w okienku McDrive i rysunki na kanapkach z Maków w całej Polsce. Im dłużej obserwuję ten profil, tym jeszcze bardziej lubiś tam jeść.

 

Brief – co znosi psychika grafika


Profil z kategorii branżowych, ale osoby spoza też powinny skumać i albo się zaśmiać, albo złapać za głowę, że cytaty na grafikach to autentyczne maile od klientów. Jeśli ktoś nie kuma, czemu to ma być śmieszne, niech w miejsce „projekt” i „logo” wstawi „samochód” i „dom”. Po tym zabiegu treść dalej może nie być śmieszna, ale przynajmniej zrozumiecie jak to jest.

 

Hype

Płaczący żółw ninja, to symbol aktualnej satyry hip-hopowej. Dużo prześmiewczych podpisów pod wizerunkami modnych wykonawców, sklejek w Paincie i kolaży z najdalszych zakątków internetu. Co jakiś czas wybitne blendy robiące lobotomię w głowie i pasty. Jeśli chcesz być na bieżąco z polskim rapem musisz obserwować Hype’a.

 

Żelazna logika

Nie czuję się ani lewakiem, ani prawicowcem, a w dobieraniu swoich pogladów na świat staram się kierować zdrowym rozsądkiem, jednak wielu moim znajomym aktywnym w sieci bliżej w lewo niż w prawo i takie tez treści pojawiają się na moim Facebooku. Dlatego obserwuję profil „Żelazna Logika” ponieważ jest dla nich świetną przeciwwagą, prezentującą punkt widzenia stojący w kontrze i przy okazji punktującą wszystkie bezsensowne wypowiedzi.

 

Janina Daily

Janinę poznałem na tegorocznym Blog Forum Gdańsk, gdy w atmosferze obliczania procentów składanych podeszła do mnie z Magdą z Krytyki Kulinarnej i powiedziała, że mnie czyta, co połechtało moje – i tak już bardzo mocno rozłechatne – ego. Po czym na drugi dzień dowiedziałem się, że to najświeższe odkrycie blogosfery. I nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady, gdy Janina w stopni mistrzowski opanowała prowadzenie – przede wszystkim – fanpage. Niby takie pitu-pitu, ale doczytujesz status do końca i myślisz sobie „łooo, w życiu nie przeczytałeś czegoś tak długiego na Fejsie, ale ona zajebiście opowiada”. Gdybym chodził w kapelusza, to teraz jeden z nich zdjąłbym z głowy.

 

Marta Frej

Post użytkownika Marta Frej.

Nie wiem co można powiedzieć więcej o Marcie poza tym, że jest asem. Jeszcze nie widziałem, żeby zrobiła słabą pracę albo taką, przy której bym się nie zaśmiał na głos. Memowo-artytyczna komentatorka rzeczywistości.

 

Patriota Mariusz

Zaczęło się od beki z robienia z chuliganów patriotów i wyśmiewania doczepiania do wszelkich produktów orzełka i symbolu Polski Walczącej, a skończyło się na komentowaniu bieżących wydarzeń z punktu widzenia dresiarza. I dalej jest trafnie i całkiem zabawnie, choć najczęściej to śmiech przez łzy.

Jak macie jeszcze coś nietuzinkowego, co potrafi urozmaicić Fejsa, to śmiało, komentarze są Wasze.

autorem zdjęcia w nagłówku jest mkhmarketing

[/emaillocker]

wpis jest wynikiem inspiracji nowym filmem marki Grant’s i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

„Poznałem przyjaciół w biedzie, muszę też ich sprawdzić, kiedy przytulę zielone jak Święty Patryk” pada na ostatniej płycie Rasmentalismu i to fakt, że przyjaciół nie poznaje się tylko, gdy jest źle. Poznaje się ich także, gdy jest dobrze, bo jak mówi stare góralskie porzekadło „Polak Polakowi wybaczy wszystko oprócz sukcesu”. Wiele osób, gdy wejdziesz o stopień wyżej niż one, będzie próbowało za wszelką cenę ściągnąć Cię do swojego poziomu. Albo zacznie na Ciebie pluć, bo nie wniosłeś ich ze sobą na plecach.

Dlatego tym bardziej, warto docenić tych, którzy byli z Tobą, gdy jadłeś pasztet z puszki i są dalej, gdy możesz sobie pozwolić na kawior w knajpie.

Bo mimo iż rodzimy się i umieramy sami, to jednak czas pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami spędzamy z ludźmi. Ludźmi, którzy są dla nas nie tylko aniołem stróżem, czy kołem ratunkowym, gdy pojawiają się problemy, ale także kształtują nasze myślenie i często mają bezpośredni wpływ na to kim jesteśmy. Bo genialne pomysły, złote myśli, wariackie plany i szalone marzenia rzadko kiedy biorą się z powietrza. Najczęściej  są wynikiem inspiracji ze spotkania z drugim człowiekiem. I niejednokrotnie dochodzą do skutku również przy jego udziale.

Podobna myśl jest osią najnowszego wideo zrealizowanego przez markę Grant’s.

#IOU – I owe you, czyli przekładając na najpiękniejszy język świata – jestem ci coś winien. Mojej mamie sporo, ale przyjaciołom niewiele mniej, bo do setek rzeczy bym bez nich nie doszedł.

Nie chcę robić tu wyliczanki jak w pozdrowieniach na końcu płyty, bo musiałbym rozbić ten wpis na 7 części, a i tak pewnie bym o kimś zapomniał. Mimo, że jest ich znacznie więcej, odniosę się tylko do 3 osób, które miały na mnie silny wpływ w 3 różnych obszarach życia, co zaowocowało tym, że dotarłem do obecnego miejsca. Bardzo szczęśliwego miejsca.

Piotrek – pomógł mi – a w zasadzie to chyba nauczył – myśleć nieszablonowo, a przede wszystkim pokazał, że bariery są tylko w mojej głowie. Tam, gdzie ja widziałem przeszkody, on dostrzegał możliwości i nigdy nie przystawał na moje „nie da się”. Zawsze szukał jakiejś alternatywy, jakiegoś ukrytego rozwiązania, które znajdowało się zaraz za zakrętem, tylko trzeba było poszukać trochę głębiej.

Pamiętam jak na drugim roku robiliśmy reklamę na konkurs „Przyczłapka do kurczałki” – mieliśmy zrobić materiał promujący rzecz, która nie istnieje.

Wpadłem na pomysł, żeby ująć temat w postaci wideo-kolażu z wycinkami scen ze znanych filmów i narracją w postaci ironicznego dubbingu, który opowiada widzowi historię produktu. Po tygodniu przycinania, montowania, nagrywania, poprawiania i przycinania, montowania, nagrywania i znów poprawiania okazało się, że jury może nas zdyskwalifikować, bo nie mamy praw autorskich do użytych scen. Ja chciałem się załamać i zniknąć w otchłani łóżka. Piotrek zaczął się zastanawiać, szperać i dzwonić. I znalazł przepis o prawie cytatu. Zajęliśmy 4-te miejsce.

Bartek – gdy trzeba było lecieć do drugiej części Europy załatwić sprawę, która chodziła za mną pół życia, nie zastanawiał się czy ma hajs, czas i wolne w pracy. Powiedział, że leci. I poleciał.

Patryk – ostatni rebeliant. Buntownik z wyboru. Jak większość idzie w prawo, a nieliczni w lewo, to on chucha w dłonie i idzie prosto wdrapywać się na urwisko.

Znamy się od 10-go roku życia i zawsze był równie ambitny, co niepokorny. I niezrównoważony, bo wymyślił sobie, że będzie artystą w kraju, w którym ludzie kontakt ze sztuką mają najczęściej przy sprzedaży detalicznej. A z malarstwem to już w ogóle raz na 15 lat, jak robią remont generalny. Niemal wszyscy mówili mu, że życie z tworzenia obrazów, to zły pomysł, a już na pewno niedojrzały. Że to dobre dla nastolatka, a nie faceta. Ze trzeba zająć się czymś „poważny”. Nie słuchał ich ani przez chwilę.

Pokazał mi jak iść na przekór wszystkiemu, gdy wiatr wieje w oczy, kierując się tylko ślepą wiarą w siebie. Gdyby nie jego determinacja do życia snem na jawie, swój spełniałbym dużo trudniej.

Grants_IOU_141114

#IOU – jestem wam coś winien panowie.