Close
Close

Sytuacje w życiu, gdy przydaje się czekolada

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Beskidzkie

Post użytkownika Kochamy Łakocie.

„Czekolada nie jest substytutem miłości. To miłość jest substytutem czekolady”, „badania wykazują, że 14 na 10 osób lubi czekoladę”, „zrównoważona dieta, to czekolada w obu dłoniach” – te i inne mądrości znajdziecie na profilu „Kochamy Łakocie”. Jedne hasła są mniej serio, drugie również, ale nie ma co ukrywać, że jest kilka takich chwil w życiu człowieka, gdy czekolada staje się dobrą kumpelą. I to bardzo dobrą, a im zimniej tym częściej nią bywa.

Póki co na termometrze zera jeszcze nie ma, ale szalik, czapka i rękawiczki już wydostały się z mojej szafy, więc to chyba dobry moment, żeby zebrać do kupy sytuacje, kiedy czekolada wybitnie się przydaje.

 

Urodziny w podstawówce

Kiedy „Pana Tadeusza” znałem tylko w wersji pisanej, a nie lanej, mając urodziny zawsze przynosiło się do szkoły słodycze i rozdawało reszcie klasy. Cukierki Mini cieszyły się umiarkowaną popularnością, natomiast Mieszanka Krakowska miała wzięcie jak dopłaty z unii u rolników. Babcia zawsze dbała, żebym miał spory worek z galaretkami oblanymi czekoladą w dniu swoich urodzin, przez co, przy co drugiej ławce słyszałem: „mogę dwa?”. Co ciekawe, gdy poszedłem do pracy, okazało się, że to wciąż działa.

 

Gdy rzuci Cię chłopak

Oczywiście, jeśli jesteś dziewczyną, bo u chłopaków chyba jednak jest trochę inaczej. W sytuacjach nagłej zmiany statusu związku, gdy przyjaciółki nie mają czasu lub, co gorsza, zawiodą, sprawdza się zasada „czekolada nie pyta, czekolada rozumie”.

 

Wycieczka w góry

Smakołyk z ziaren kakaowca pobudza, dodaje energii i przyciąga zalotne spojrzenie wszystkich jednostek płci przeciwnej na szlaku. Info z pierwszej ręki od Michała – mojego kumpla, który w te wakacje zdobył Pik Lenina – jeden z trudniejszych siedmiotysięczników. Inni znajomi podróżnicy też potwierdzili pierwsze dwie właściwości.

 

Motywacja

Możesz uczyć się do sesji wmawiając sobie, że to dla Twojego dobra. Możesz klepać raport dla przełożonego mając nadzieję, że doceni to czymś więcej niż „dziś nie musisz zostawać po godzinach”. Możesz przygotowywać się do maratonu myśląc o tym, że w trakcie ćwiczeń stracisz piątkę albo nawet dychę. Ale nic Cię tak nie zmotywuje do ukończenia mało podniecającego zadania, jak nagroda po każdym jego etapie. Na przykład w postaci kostki czekolady. Czy tam tabliczki.

 

Gdy chcesz portollować ludzi

Napisz dla beki na Facebooku, że karmisz swojego psa czekoladą. Albo jeszcze lepiej, zrób zdjęcie jak wkładasz mu ją do miski. Działa na psiarzy jak czerwona płachta na byka.

 

Dzień nauczyciela

A w zasadzie to nauczycielki. Niby cieszą się na kwiaty, bo mogą je sobie postawić na biurku w pracy, albo jeszcze lepiej, na stole w domu i wzbudzić zazdrość i podejrzenia męża, który zapomniał, że to dziś TEN dzień, ale kogo chcą oszukać? Roślinek nie zjedzą i na zieleninę nie szklą im się tak oczy, jak na widok sporego pudełka brązowych łakoci.

 

Gdy masz dziewczynę

a) i chcesz, żebyście tym razem obejrzeli Twój film

b) usiłujesz wykręcić się od poznawania jej rodziców

c) próbujesz namówić ją na seks

d) pokłóciliście się

e) <wpisz_cokolwiek_innego_i_tak_się_ucieszy>

 

Walka z jesienną depresją

Jakiś temu pisałem Wam, że dołączam do manifestu Beskidzkich i będę zagryzał słotę za oknem czymś specjalnym od nich. Bo jak jest słodko, to samopoczucie lepsze, a tu w niej jeszcze i witaminy, i minerały, i proces starzenia opóźnia. Jeśli czytacie Segrittę, Nishkę albo Aurorę, to już wiecie co jest grane. Jak nie, to dobrze, bo ja chciałem Wam powiedzieć o co cho.

hdr

A chodzi o to, że pojawiło się coś słodkiego, czego wcześniej jeszcze nie próbowałem. Dobra, bez kozaczenia, wszystkich cukierków na świecie nie pozjadałem, ale o paluszkach (na słono) oblanych belgijską czekoladą (na słodko) nie słyszałem w ogóle. I do słuchania jest tu niewiele, za to do przegryzania, a w zasadzie pożerania, sporo. Na początku podchodziłem z dystansem, bo jak to tak słone ze słodkim? Nie po bożemu przecież. Ale z każdym gryzem dystans znikał, aż znikły wszystkie paluszki z paczki. To znaczy paczek. No bez kitu, dobre.

Beskidzkie łakocie - paluszki w mlecznej czekoladzie 2

W najbliższym czasie raczej nie grozi mi brak pomysłów na sytuacje w życiu, w których może się przydać czekolada, bo od tygodnia każda sytuacja jest taką, ale jeśli Wam przychodzi coś do głowy, poza wcześniej wymienionymi, to śmiało.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

“Lumberseksualizm”, czyli pierdolenie o modzie na prawdziwych mężczyzn z brodami

Skip to entry content

Praktykantów z naTemat poniosło i stwierdzili, że spróbują czegoś inny niż metody “kopiuj-wklej” przy klepaniu “artykułów”. Nie wiem, czy w “redakcji” obiecali im darmową kawę w nadgodzinach , czy przyjście jesieni zaburzyło ich gospodarkę hormonalną, ale jeden, a w zasadzie jedna z nich wpadła na szalony pomysł, że napisze coś sama. I napisała większy zbiór grafomańskich głupot, niż niusy na Pudelku (za co w jakimś sensie należy jej się uznanie, bo myślałem, że ten poziom jest już nie do przebicia), o tytule, który widzicie na grafice poniżej.

Farmazony na temat lumberseksualizmu (kolesi z brodami, którzy mają być odrodzeniem “prawdziwych mężczyzn”) są na tyle idiotyczne i żenujące, że musiałem się do nich odnieść.

Lumbersexual - mężczyźni drwaloseksualni

Stało się, koniec ery metroseksualnych mężczyzn. Potwierdzają to zgodnie “The Guardian”, “Newser” i “Cosmopolitan”. Czas na lumberseksualnych. Są brodaci, niesamowicie męscy i ubierają się jak drwale.

No jak “Cosmopolitan” coś potwierdza, to musi być to prawda. Nie ma wyjścia, z tak rzetelnym źródłem się nie dyskutuje.

Wprowadzone przez Marka Simpsona w 1994 roku w The Independent pojęcie, jako połączenie metropolii i heteroseksualizmu, szybko uległo stereotypom i dziś metroseksualny mężczyzna kojarzy nam się raczej pejoratywnie. “Kobiecy” mężczyźni, jak zwykło się mówić, powoli jednak zostają zastąpieni przez zupełnie inny typ.

Czyli wszyscy metroseksualiści zostaną teraz zagazowani, czy rytualnie spaleni na stosie, żeby ich miejsce mógł zająć “zupełnie inny typ”? Bo jak rozumiem, nie dochodzi tu do żadnej przemiany osobowościowej, tylko brodacze wchodzą do domów metro i mówią im, żeby sobie poszli i umarli, bo czasy się zmieniły i teraz oni tu będą mieszkać, tak?

Podczas gdy metroseksualizm odznaczał się przesadnym dbaniem o siebie, pożądaniem za modą i celebrowaniem własnej cielesności – lumberseksualizm stanowi zupełne przeciwieństwo. Mężczyzn takich nie interesują aż tak bardzo kosmetyki, nie usuwają nagminnie owłosienia, nie są wrażliwi i delikatni.

Po czym, autorka zamieszcza jedno zdjęcie…

lumberseksualny

…na którym chłopiec ma idealnie wystylizowaną fryzurę i wyregulowane brwi, a później drugie…

 [emaillocker]

lumberseksualizm

…gdzie typ ma dodatkowo wydepilowaną klatę. Brawo! W rzeczy samej z fotek, aż bije, że chłopaki ani przesadnie nie dbają o siebie, a nie celebrują własnej cielesności. Lepiej zobrazować się tego nie dało!

I tak, brody wcale nie znikają, a mężczyźni ubierają się w kraciaste koszule, toporne buty i z plecakiem na plecach biegną do lasu. Noszą tatuaże, jedzą prawdziwe mięso i potrafią naprawić zepsuty kran.

Te dwa zdania są tak komiczne, że chwilę zastanawiałem się, czy jest sens je w ogóle komentować. Rozumiem, że bieganie w topornych butach z plecakiem (koniecznie na plecach) ma dodać im charakterności? I biegną do tego lasu niezależnie, czy mieszkają w Zakopanem, czy w skutym betonem centrum Katowic? A ten motyw z “noszeniem tatuaży” i jedzeniem “prawdziwego mięsa” już w ogóle brzmi jak nieśmieszna parodia opiniotwórczego tekstu. No chyba, że te ich tatuaże faktycznie można nosić albo ściągać, a prawdziwe mięso to tylko to, które udusisz gołymi rękami na przebieżce po Puszczy Białowieskiej.

Bo dziewczyny się cieszą na myśl o facecie, który złoży kredens, przeprowadzi przez las, porąbie drewno do kominka i otworzy butelkę zębami.

Oczywiście każda kobieta już od piaskownicy marzy o mężczyźnie, który będzie jej otwierał butelki zębami, wbijał gwoździe dłonią, mieszał beton kolanem i zatrzymywał pędzący pociąg uchem. Pomijam to, że posiadanie brody nie jest równoznaczne z posiadaniem jakichkolwiek zdolności manualnych, ale rąbanie drewna do kominka w czasach, gdy mieszkamy w blokach i mamy miejskie ogrzewanie, to jakieś kuriozum. A sugerowanie, że każda dziewczyna marzy o neandertalu, bardziej urąga paniom, niż panom.

Który nie używa więcej kremu pod oczy od nich i nie podkrada jej maszynki do golenia.

Nie wiem z kim autorka tekstu spotykała się do tej pory, ale jeśli używali jednej maszynki na spółkę, to gratuluję doboru partnerów. I stosunku do zasad higieny.

Nie będę już się odnosił do tego, że tak lansowani przez Aleksandrę Zawadzką lumberseksualiści są równie wystylizowani co metroseksualiści, którymi tak gardzi, ale jeśli posiadanie brody jest dla niej kwintesencją męskości, to szczerze współczuję.

 [/emaillocker]

Blog? Aaa, taka stronka w internecie?

Skip to entry content

Raz na kwartał zdarza się cud. Ktoś zaprasza mnie na nie-branżową imprezę i mam okazję poznać ludzi, którym obce są takie pojęcia jak „WordPress”, „zasięg”, czy „cholerny-brief-z-którego-nic-nie-wynika”. Są śmichy-chichy, tańce-macańce i picie-jak-u-sołtysa-na-stypie, ale zawsze prędzej, czy później, przychodzi ten krępujący moment, kiedy ktoś mnie pyta czym się zajmuję. Odpowiadam, że prowadzę bloga, co dla rozmówcy brzmi mniej więcej jak „serwisuję zapalniczki jednorazowe”, po czym wypowiada kwestię z nagłówka mając przy tym szyderczy uśmiech politowania.

Przez długi czas przyjmowałem na klatę umniejszanie mojemu zajęciu i traktowanie go jak najbanalniejszej rzeczy na świecie, która jest mniej istotna niż to, czy banany na terenie Unii Europejskiej mają właściwą krzywiznę, czy nie. I nie odpierałem ataków. Piszę o tym w czasie przeszłym, bo mimo iż zawsze uważałem, że to co robię jest istotne, to jakiś czas temu wydarzyło się kilka sytuacji, które ucementowały mnie w tym przekonaniu. I stały się argumentami nie do zbicia w dyskusji na temat tego, czy blogowanie jest czymś ważnym.

Jest. Jest ważne jak cholera i ma niebagatelny wpływ na innych ludzi.

Oto 3 najistotniejsze sytuacje świadczące o tym.

 

List od czytelniczki

Długo zastanawiałam się czy napisać ten list ale uznalam, że jestem Ci to wina… ale po kolei.

Jestem z małego miasta, przyjechalam do Krakowa na studia ponad 2 lata temu i nie znalam tu nikogo, czułam się obca i wszystko było mi takie obce, ludzie miejsca, odnalezenie się na uczelni… no wszystko. Początki były trudne, jednak nawet gdy nie miałam się tu do kogo odezwac to wiedziałam, że jest mój chłopak i że jego mam. Mimo, że był daleko bo wiele kilometrów ode mnie w rodzinnym mieście, to czułam że jest i że mogę na niego liczyć nawet jak jest tu źle. Bardzo go kochałam ale on mi ciągle powtarzał że za mało i że niepotrzebnie wyjeżdzałam bo przez tojesteśmy daleko od siebie i nie może się nacodzień ze mną spotykać. Coraz częsciej robił mi wyrzuty i mówił, że musi się zastnowić czy to ma sens i przed samą sesję gdy miałam nawięcej nauki i do tego jeszcze awarię ogrzewania w mieszkaniu, bo coś się stało z instalacją elektryczną i nie dało się tam wytrzymać, a co dopiero uczyć zostawił mnie…

Szczerze mówiąc chciałam wtedy umrzeć… Nigdy nie miałam dobrego kontaktu z rodzicami, a jak dowiedzili się że mam problemy z nauką i że oblałam połowę egzaminów ojciec zrobił awanturę i powiedział, że szkoda pieniędzy na takiego darmo zjada a mama powiedziała, że się na mnie zawiodła. Była załamana, nie miałam sie do kogo zwrócić i cale dnie spędzałam w internecie na forach o depresji i szczerze mówiąc nie pamiętam już jak, ale to chyba z jakiegoś forum właśnie trafiłam na twojego bloga na artykuł ‘bez ciebie moje życie nie ma sensu’. Pamiętam że on otworzył mi oczy i dał do myślenia, że to że Sławek mnie zostawił to nie koniec świata i po nim zaczęłam się wczytywac w inne. Może to głupio zabrzmi ale poczułam, że znalazłam bratnią dusze i zaczęłam się wczytywać w inne artykuły i od jakiejś półtorej roku czytam Cię codziennie. Czasem się z Tobą nie zgadzam, ale zawsze dajesz mi do myślenia a przede wszystkim motywujesz zw łaszcza artykułami o rozwoju i spełnianiu marzeń! Jestem Ci bardzo wdzięczna za to co robisz bo nieraz Twoje artykuły wyciągały mnie z dołka i nie pozwalały poddać się depresji kiedy było już najgorzej!

Teraz jestem na trzecim roku, mam kilka kolezanek na roku i jedną taką bliższą chyba przyjaciółkę i polubiłam to miasto, mimo, że początkowo byłam negatywnie do niego nastawiona i nie czuję tak samotna, a w sumie to już prawie w ogóle. To tez dzięki Tobie bo pokazałeś mi że to miasto może być fajne i wcale nie musi być straszne dla kogoś z małego miasta i że jest dużo pieknych miejsc. Przepraszam że tak chaotycznie to piszę, ale po prostu chciałam Ci napisać, że robisz dobrą rzecz i zebyś nie przestawał bo ludziom to pomaga, a mnie pomogł to naprawdę bardzo dużo.

Dziękuję.

S.

 

Spotkanie z prezesem Raiffeisen Polbank

We wrześniu byłem w Londynie w związku z akcją reklamową na blogu. Pomijam, że w ramach wyjazdu jadłem tam świetne jedzenie w najlepszych restauracjach w ścisłym centrum miasta. Pomijam, że wjechałem na London Eye prywatną kapsułą, jakbym był co najmniej prezydentem miasta. Pomijam, że gdybym chciał zapłacić z własnej kieszeni za przelot w obie strony i wszystkie atrakcje, które miałem tego dnia, musiałbym poświęcić zarobki z całego miesiąca. Pomijam, nawet że za tę akcję dostałem całkiem przyzwoitą kasę.

To wszystko jest niczym w obliczu poznania Piotra Czarneckiego. Prezesa Raiffeisen Polbank.

Wielu moich znajomych z roku marzyło o pracy w banku. Żeby napisać magisterkę w terminie, obronić się i zagrzać krzesełko przy biurku, przy którym mogliby wysyłać maile z anglojęzyczną nazwą stanowiska w stopce. Ja nigdy nie miałem takich pomysłów, ale, gdyby mnie dziwnym trafem jakiś halny poniósł w tę stronę, nawet nie chcę się zastanawiać. Nie chcę się zastanawiać ile lat musiałbym klepać Excela, zostawać po godzinach, brać pracę do domu i rezygnować z życia nawet w weekendy, żeby móc choć zaparzyć kawę i powiedzieć „dzień dobry panie Piotrze”, „tak panie Piotrze” i „oczywiście panie Piotrze”.

A tak, piłem z panem Piotrem szampana.

Gadając jak dobrzy znajomi, o tym, o czym można gadać sobie przy szampanie. I to na szczycie London Eye. I to pan Piotr, a w zasadzie Piotrek, próbował zdobyć moją przychylność, bo wiedział, że jestem blogerem i zależało mu na tym, żebym miał pozytywne skojarzenia z jego bankiem. Z bankiem, w którym jest prezesem.

Jak zajebiste jest to?

 

Znalezienie 7 tutorów

We wrześniu też, razem z kilkoma innymi blogerami, szukałem tutorów do Akademii Przyszłości. Tutorów, czyli osób, które przez cały rok będą poświęcać swój czas na pracę z dzieciakami z trudnych rodzin. Na pomoc w nauce, odrabianiu lekcji, kłopotach z motywacją, ale przede wszystkim pomogą im uwierzyć w siebie i poczuć wartość własnej osoby.

Wśród moich czytelników znalazłem 7 osób, które zdecydowały się podjąć to wyzwanie.

7 osób, które zmienią losy 7 dzieciaków. Dzieciaków, o które nie ma kto zadbać, nie ma kto zainteresować się ich rozwojem i nie ma kto pokazać, że tylko niebo jest limitem, a życie może być spoko. Możesz powiedzieć, że 7 to nie dużo. Że 7 to tyle co nic. Ale biorąc pod uwagę, że te 7 dzieciaków będzie kiedyś dorosłymi ludźmi i być może, dzięki temu, że zajęli się nimi tutorzy, szczęśliwymi ludźmi, dla mnie to bardzo dużo.

Bo każde życie ma wpływ na dziesiątki innych.

 

***

 

Tak, prowadzę bloga. Taką stronkę w internecie.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Philippe Put