Close
Close

Długo zastanawiałem się, czy poruszyć ten temat na blogu, bo intuicyjnie czułem, że spotkam się ze sporą dozą nierozumienia. Po pierwsze, przez długi czas sam miałem trudności z zajęciem stanowiska w tej sprawie, bo przesłanki z obu stron wydawały mi się sensowne. Po drugie, Wasza perspektywa – konsumentów treści, jest diametralnie inna niż moja – twórcy. Mimo, że mamy punkty styczności, to jednak patrząc globalnie, trochę jakbyśmy byli prostymi równoległymi.

No, to teraz wskoczycie na chwilę na moją trajektorię lotu.

W kółko słyszę, że kasowanie negatywnych komentarzy i banowanie ludzi to komunistyczna cenzura, zamach na wolność słowa i ocieranie się o nazizm. Bo Hitler też nie tolerował krytyki. Oprócz tego był wegetarianinem i malował obrazy, ale jakoś ten argument nigdy nie pada jako kontra do nie zabijania zwierząt, czy zajmowania się sztuką wizualną. I mam wrażenie, że takie poglądy głoszą tylko osoby, które jedyne za co mogłyby zostać skrytykowane, to zły dobór krawatu do koszuli albo zbyt wiele rodzynek w serniku.

Bo, co tak naprawdę daje krytyka?

Krytyka daje informację krytykowanemu, że robi coś źle. Że jego muzyka, film, drzeworyt, spaghetti nie podoba się odbiorcy. Jednemu. Nie wszystkim, bo wszyscy nigdy nie zabierają głosu. Obrazując to na moim przykładzie – każdy wpis czyta średnio 3000 osób, komentarzy jest przeciętnie 30. Kto zdał choćby podstawową maturę z matematyki, ten wie, że to 1% całości. Tak, 1% czytelników wyraża opinię na temat tego, co przeczytało.

Nawet jeśli wszystkich 30 komentujących negatywnie odnosiłoby się do treści posta, co można wywnioskować na tej podstawie? Że to beznadziejny tekst, czy że akurat jednemu procentowi czytających nie przypasował? A jeśli nie przypasowało, to co konkretnie? Co należy zmienić, żeby już było dobrze i żebyśmy wszyscy żyli w zgodzie i harmonii, aż jednorożce nie zaczną latać? Próżno szukać odpowiedzi w komentarzu „słabe te twoje wypociny”, czy „takiego gówna to nawet Augiasz w stajni nie miał”.

Krytyczne uwagi dają twórcy poczucie, że jest w dupie, tylko nie wiadomo w jakiej.

Jest oczywiście jeszcze tak zwana „konstruktywna krytyka”. Tym powiedzeniem, jak orzeczeniem o grupie inwalidzkiej w poczekalni do lekarza, machają wszyscy hejterzy, którzy chcieliby dopierdolić autorowi pod osłoną dobrych intencji i dokładania swojej cegiełki w budowaniu lepszego świata.

Farmazon, frazes, kłamstwo.

Prawdziwie konstruktywną krytykę może wyrazić jedynie osoba będąca co najmniej na Twoim poziomie w danej dziedzinie. A jeśli faktycznie ma przyczynić się do rozwoju tego co robisz, to lepsza od Ciebie. Czemu? No choćby dlatego, że odkąd świat istnieje, to mistrzowie uczą uczniów, a nie na odwrót i jeszcze nie słyszałem o tym, żeby ktoś z setki Forbesa czerpał rady od studenta pierwszego roku zarządzania. Jeśli nie jesteś asem w mojej materii i sam nie osiągnąłeś więcej niż ja, czemu miałbym przyjmować od Ciebie rady? Myślisz, że Messi powinien traktować serio uwagi dzieciaków kopiących piłkę na podwórku?

Dzięki za zaangażowanie, ale jeśli nie jesteś lepszy ode mnie, to mi nie pomożesz.

Spytacie pewnie, skąd w takim razie twórca ma wiedzieć, że robi coś źle, skoro opinia odbiorców jest mało istotna? Odpowiedź jest wyjątkowo banalna – po statystykach. Nagrywasz muzykę, która nikomu się nie podoba? Koncerty zaczynają świecić pustkami. Poniosło Cię na manowce artystycznej żeglugi i twoje prace przestały mieć „to coś”? Dobrze o tym wiesz, bo się nie sprzedają. Straciłem polot, a moich tekstów nie przedrukowaliby nawet w „Fakcie”? Widzę to momentalnie po statystykach odwiedzin.

Naprawdę, prosta matematyka bardzo chłodno i merytorycznie oznajmia, że autor robi coś źle.

Dlatego właśnie krytyka od odbiorców jest zupełnie niepotrzebna. Bo nie daje nic poza zniechęceniem do pracy. A to zawsze ma negatywne skutki dla obu stron.

autorem zdjęcia jest Jenn and Tony Bot
(niżej jest kolejny tekst)

86
Dodaj komentarz

avatar
38 Comment threads
48 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
41 Comment authors
MadixKamil SkrokJan FavreKonrad BodenKrzysztof Lancaster Kotkowicz Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Blog Ojciec
Gość

Jest jeden, mały wyjątek od tego co piszesz. Od własnych dzieci, można się niesamowicie wiele nauczyć :)

Karolina Gie
Gość

O tak :-)

Jan Favre
Gość

Blogu Ojcze, chcesz mi powiedzieć, że przyjmujesz od swoich dzieci rady na tematy pracy którą wykonujesz?

Blog Ojciec
Gość

Na pewno przyjmuję rady dotyczące czasu pracy, pt. „Chodź się z nami pobawić” :)

A na poważnie, nie chodziło mi o przyjmowanie rad od osób, które mają mniejsze doświadczenie. Nie do tego piłem. Ja odniosłem się do zdania: „Dzięki za zaangażowanie, ale jeśli nie jesteś lepszy ode mnie, to mi nie pomożesz.”

Myślę, że nawet Messi może poznać jakiś nowy trick od kopiącego nastolatka, więc nie warto się całkiem zamykać na nowicjuszy.

Jan Favre
Gość

Tak, tylko, że to działa w drugą stronę – jeśli, chce poszerzyć horyzonty, poznać jakąś świeżą myśl, która odmieni jego spojrzenie, to sam jej szuka i drąży w miejscach, które mogą go za inspirować, a nie przyjmuje uwagi na zasadzie „tak masz nie kopać” albo „masz kopać tak i tak”.

Blog Ojciec
Gość

W zasadzie to masz rację.

Jan Favre
Gość

:*

Karolina Gie
Gość

Trochę racji w tym co piszesz jest

Sywula
Gość
Sywula

Amen.

Łukasz Kowalczyk
Gość

Z jednej strony zgoda, a z drugiej – rada to nie to samo, co krytyka, szczególnie w przypadku hejterów. Poza tym na te 30 komentarzy możesz mieć 29 bezużytecznych tekstów, a ten jeden sprawi, że zaświeci Ci się w głowie jakaś żarówka. Generalnie rady są dobre, nawet od tych co teoretycznie wiedzą mniej czy mają słabszy skill, o ile nie są to „pseudo-rady”, a rady nastawione na szczerą pomoc. Zawsze to jest inny punkt widzenia i akurat z tym bym nie walczył.

Jan Favre
Gość

Tyle, że to mniej więcej tak jakby lekarz przyjmował rady od przechodniów odnośnie tego jak ma leczyć, bo a nuż się okaże, że któryś z nich miał rację.

Łukasz Kowalczyk
Gość

Wiesz, akurat lekarze, prawnicy czy inne specjalistyczne zawody, które studiujesz 5 i więcej lat, a potem robisz w tym do emerytury trochę się różnią od zawodu blogera.
Dam Ci inny przykład – związku mężczyzny i kobiety. Wiadomo, że zazwyczaj ich poglądy na wszystko są różne praktycznie we wszystkim, ale są momenty, że jedno drugiemu bardzo pomaga doradzając z punktu widzenia płci przeciwnej. W pół sekundy intuicyjnie wpadnie na to, nad czym drugie myślałoby 100 lat.

Jan Favre
Gość

„Wiesz, akurat lekarze, prawnicy czy inne specjalistyczne zawody, które studiujesz 5 i więcej lat, a potem robisz w tym do emerytury trochę się różnią od zawodu blogera.” – tak, różnią się tym, że przeciętny Kowalski pobieżną wiedzę na ich temat może zdobyć idąc do biblioteki i czytając fachową literaturę, a przypadku blogowania, wszystkie rozwiązania musi wypracować sam. Co do związku kobiety i mężczyzny, to porównanie nietrafione, bo oczywiście, że pytasz o zdanie, czy prosisz o radę, czy to swoją dziewczynę, czy przyjaciela, czy brata, ale w kwestiach, w których czujesz, że może Ci pomóc, bo jest mocny w danej dziedzinie.… Czytaj więcej »

Łukasz Kowalczyk
Gość

Poradników pt. „Jak blogować” w ostatnich latach masz przecież całą masę i teoretycznie każdy może być ekspertem – od rozwiązań technicznych nawet po dobór tematyki. Statystyka statystyką, ale ona powie Ci tylko tyle, jakie teksty sprzedają się dobrze, a jakie nie, powie Ci w którą stronę powinieneś iść, ale nie rozszerza percepcji i ogranicza wdrażanie zmian. Powiem tak – nie wiem do jakich konkretnie komentarzy się odnosisz, ale moim zdaniem jedynych „rad” jakich nie powinien przyjmować bloger, to jak ma pisać. Cała reszta jest do przyjęcia, o ile ten ktoś ma pozytywne intencje.

Jan Favre
Gość

„Poradników pt. „Jak blogować” w ostatnich latach masz przecież całą masę i teoretycznie każdy może być ekspertem – od rozwiązań technicznych nawet po dobór tematyki.” – to poproszę wymienienie 5 książek na ten temat, może dowiem się czegoś nowego ;)

„Cała reszta jest do przyjęcia, o ile ten ktoś ma pozytywne intencje” – to teraz wywnioskuj po komentarzu w internecie, czy ktoś ma pozytywne intencje ;)

Łukasz Kowalczyk
Gość

Janek wyszliśmy od czego innego – chodzi o to, że teoretycznie, jeśli wszyscy przeczytamy wszystkie najważniejsze poradniki o blogowaniu (2 książki Kominka + jego forum, które już nie działa, zaraz wyjdzie jego trzecia książka, Opydo i jego teksty, Andrzej Tucholski i cały jego nieaktualny projekt JestBlog, sam masz kategorię „blogowanie” + wszelkie konfy, szkolenia, warsztaty), to wszyscy będziemy takimi samymi ekspertami. To, co różni Ciebie od komentujących to to, że Ty prowadzisz popularnego bloga, a oni nie. Nie oznacza to jednak, że nie mogą Ci czegoś podpowiedzieć z punktu widzenia czytelnika czy obserwatora social media. To jak z prowadzeniem sklepu… Czytaj więcej »

Andrzej Tucholski
Gość

Nie zgadzam się z tymi intencjami.

Hejterzy już się nauczyli, że są banowani za agresywne wypowiedzi, więc lata 2012+ to często wylew – na przemian – agresywnego trollingu i pseudointelektualnej pseudotroski. Pseudointelektualną pseudotroskę świetnie podsumowała Kasia Garnek z paru komentarzy poniżej – to fałsz, w którym chodzi tylko o to, by autorowi dokopać. Udawanie, że jest inaczej to dawanie na taką żółć przyzwolenia.

Łukasz Kowalczyk
Gość

Andrzeju mi właśnie chodzi o odróżnianie hejtu, pseudomądrości, pseudotroski i rad, które rzeczywiście mogą coś wnieść. Wszystkie te formy występują naturalnie, tylko w różnych proporcjach u różnych blogerów. Kiedy prowadziłem bloga jednego czy drugiego, to większość komentarzy naznaczonych krytyką była z tych konstruktywnych i motywujących do działania. Być może u Janka tego nie ma, co pewnie jest ceną popularności, ale nie wiem tego na 100% bo nie czytam wszystkich komentarzy pod jego tekstami.

Jan Favre
Gość

„chodzi o to, że teoretycznie, jeśli wszyscy przeczytamy wszystkie najważniejsze poradniki o blogowaniu (2 książki Kominka + jego forum, które już nie działa, zaraz wyjdzie jego trzecia książka, Opydo i jego teksty, Andrzej Tucholski i cały jego nieaktualny projekt JestBlog, sam masz kategorię „blogowanie” + wszelkie konfy, szkolenia, warsztaty)” – to teoretycznie jest miliard publikacji na tematy medyczne, tylko, że to kompletnie sucha teoria, której przeczytanie nie tworzy z Ciebie eksperta. „To jak z prowadzeniem sklepu – sprzedajesz buty od lat, Twoi klienci nigdy tego nie robili, a jednak ich opinia o Twoim sklepie jest ważna i często kluczowa, jeśli… Czytaj więcej »

Łukasz Kowalczyk
Gość

Błagam, nie porównujmy lekarza do blogera. To dwa zupełnie różne światy, nie wiem czemu tego nie widzisz.
W przykładzie z butami nie porównuję prowadzenia bloga do prowadzenia sklepu 1:1 i wskazuję jaka jest różnica. Raczej nie udzielam się pod Twoimi wpisami, więc jeśli już to robię, to przyjmijmy że mam coś sensownego do powiedzenia ok?
Oczekiwania – jeśli czytelnik może się nimi podzielić poprzez ankietę, tzn. że zdanie czytelnika w temacie rozwoju Twojego bloga jest jednak dla Ciebie ważne.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Ojoj, nie zgadzam się. Prawnik też wypracowuje sobie własne, indywidualne techniki procesowe, o których nie poczytasz sobie w kodeksach, ani nawet w komentarzach.

Bartłomiej Panek
Gość

Mam wrażenie, że bardzo uprzejmie nazywasz „hejt” krytyką. Jak dla mnie jest spora różnica. Po pierwsze, to każdy ma prawo do opinii. Fajnie, jak to co piszesz trafia do czytelników, którzy też tak uważają, ale co z tymi, którzy myślą inaczej? Wtedy mogą wyrazić swoją opinię, powiedzmy negatywną. Tylko jeśli to będzie wypowiedź merytoryczna i podpisana, tak, że jesteś wstanie dotrzeć do autora, to mamy podstawę dyskusji. Jeśli jest inaczej, to zaczynamy wkraczać w hej, bo ciężko nazwać czasem inaczej komentarz typu „do dupy piszesz”. Blog to jednak miejsce bardziej prywatne niż publiczne, więc moderacja komentarzy jest wskazana. Co do… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

„Po pierwsze, to każdy ma prawo do opinii” – jak najbardziej, jest jakiś moment, gdzie napisałem że jest inaczej?
„Fajnie, jak to co piszesz trafia do czytelników, którzy też tak uważają, ale co z tymi, którzy myślą inaczej?” – czym innym jest powiedź „nie zgadzam się z twoim zdaniem bo XYZ”, a czym innym „nie powinieneś tak pisać/niedobrze, że poruszyłeś ten temat”.
Co do statystyki i Bibera, to w tej rozmowie nie oceniamy co jest obiektywnie i w skali całego świata dobre. Chodzi o to, że jeśli twórca jest zadowolony z tego co robi i widzi, że ma to znajduje odbiorców.

Bartłomiej Panek
Gość

Jedna z moich ulubionych anegdot Jeden ze znajomych Karola Szymanowskiego zwrócił się do niego z pytaniem: – Mistrzu, nie wydaje się panu, że to bardzo nudne tak całe życie nic nie robić, tylko komponować? – Tak, to dosyć nudne – zgodził się kompozytor – ale jeszcze nudniej całe życie nic nie robić, tylko słuchać tego, co ja skomponuję. Krytykować jest najłatwiej, tworzyć coś samemu znacznie trudniej. To co tworzysz, tworzysz dla pewnej grupy, która się z Tobą będzie utożsamiać. To znaczy, że na swoim podwórku, możesz być najlepszy. Statystyki nie są idealnym i do końca idealnym wyznacznikiem, ale fakt, na… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Na pochwały pod tekstami reaguję tak, jak na komplementy na wszystkich innych płaszczyznach ;) http://stayfly.pl/2014/07/jak-reagowac-na-komplementy/

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #4: iPhone dla nastolatki, uszczęśliwianie kobiet i Radek Sikorski

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Nakamari
autorem zdjęcia jest Nakamari

Grudzień zaczął się na dobre, ale dzięki dziurze ozonowej i efektowi cieplarnianemu śnieg jeszcze nie pada. Pociesza mnie to za każdym razem, kiedy kupuję bitą śmietanę w spreju i zostawiam niesprawną lodówkę w lesie. Jednak, to że da się wyjść z domu teraz, wcale nie znaczy, że będzie dało się też za godzinę, więc jeśli znienacka by Was przysypało, zostawiam Wam porcję gorących linków z tego tygodnia, przy których możecie się ogrzać.

Czy kupić nastolatce iPhone’a? Ciekawe spojrzenie na temat gadżetów i młodzieńczych fanaberii z perspektywy matki. A konkretnie Nishki – jednej z niewielu blogerek rodzicielskich (jeśli nie jedynej), którą da się czytać.

„Dziennikarska rzetelność”: czyli kolejny komentarz do głośnego artykułu o neurobiolożce z Wrocławia i jej 16-tu groszach napiwku. Tym razem nie kpiący z bohaterki tekstu, a autorki/pseudo-dziennikarki uprawiającej radosną fikcję literacką. Tak, Tattwa jasno i celnie pokazuje, że tamten tekst był ściemą.

Jak będzie „Janusz Korwin-Mikke” w dopełniaczu? Jeśli też masz problem z poprawną odmianą tego nietypowego nazwiska, to sprawdź rozpiskę deklinacyjną u Segritty.

Reedycja najlepszego poradnika o blogowaniu: powiększona o dodatkowy rozdział poświęcony mediom społecznościowym. Nasterydowany „Bloger” Kominka, to w sumie 700 stron wszystkiego co musisz wiedzieć, jeśli chcesz być opiniotwórcą w internecie.

7 zaskakujących postaci, które udzieliły poparcia Radkowi Sikorskiemu w sprawie wydatków na paliwo: jak w tytule. ASZdziennik nie zawodzi.

Jak uszczęśliwić kobietę pod choinką? W sensie co jej tam włożyć. To znaczy, co kupić dziewczynie (swojej) na gwiazdkę, żeby nie dostać patelnią w łeb. Zbiór rzeczowych rad.

Orange Video Fest: relacja z pierwszego festiwalu youtuberów pokazuje jak wielka siła tkwi w tym medium i ile osób angażuje kręcenie „filmików do neta”. Jeśli telewizja szybko nie zacznie adaptować się do nowych czasów, to za chwilę może się okazać, że już nie ma kto jej oglądać, bo wszyscy wolą YouTube’a. Przy okazji można zobaczyć w jakim wieku są najwierniejsi widzowie Wardęgi.

 

Klip tygodnia: dobra, tym razem nie klip, ale przynajmniej nie Quebo po raz czwarty. YouTube Rewind, to coroczne podsumowanie najbardziej hitowych produkcji wideo, które rządził siecią przez ostatnie 365 dni i nie dało się na nie nie natknąć, bo wyskakiwały i z lodówki, i z pralki. Jak zwykle mega dopracowane.

 

Damska stylówka tygodnia: Macademian Girl jako postać z anime. Tamara zasadniczo rzadko kiedy wygląda przeciętnie, typowo, czy normalnie, ale w tych krótkich, niebieskich włosach wygląda, mówiąc dosłownie, nieziemsko. Dodając do tego jej filigranową sylwetkę, zwiewną sukieneczkę, purpurową szminkę, lazurowe paznokcie i żółty toczek, jest totalnie zjawiskowo.

zdjęcie pochodzi z bloga macademiangirl.com
zdjęcie pochodzi z bloga macademiangirl.com

 

Męska stylówka tygodnia: kozacka koszula i oprawki 24-letniego FAISSALA YARTAA (nie mam najmniejszego pojęcia jak to się wymawia)! Krawat co prawda za długi i w życiu bym nie włożył takich butów, ale jakby więcej facetów wrzucało na luz ubierając się do pracy, to w porannych autobusach nie byłoby tak ponuro.

zdjęcie pochodzi z bloga  faissalyartaa.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga
faissalyartaa.blogspot.com

 

Fanpage tygodnia: jeden z najinteligentniejszych profili na Facebooku, w każdym wpisie przemycający wiedzę z historii sztuki. Sam pomysł robienia memów z malarskich klasyków jest genialny, a wykonanie czysty majstersztyk. Gdyby autor był vlogerem, Radek Kotarski czułby się poważnie zagrożony.

Post użytkownika Sztuczne Fiołki.

 

Jak będzie Wam się bardzo nudziło w weekend, to możecie podrzucić linki do jakichś męskich blogów modowych (tylko nie klasyczno-garniturowych, błagam!), bo straszna posucha ostatnio.

Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?

Skip to entry content

„Jak popełnić samobójstwo” to jedna z częściej wpisywanych fraz w Google, a w okresie przedświątecznym zainteresowanie nią nie maleje.

W momencie, kiedy cały świat mediów i witryn sklepowych wmawia nam, że to najszczęśliwszy okres w roku i powinniśmy pocić się samozadowoleniem i wymiotować entuzjazmem, często jest zupełnie inaczej. Często te kilka dni z rzędu, które trzeba spędzić razem, bo szkoła zamknięta, a w pracy wolne, to kara w najczystszej postaci, bo człowiek, który siedzi obok Ciebie przy stole jest ojcem tylko w ujęciu biologicznym. Choć bywa, że i tak to określenie na wyrost. A nie rzadziej te dni są katuszami, bo właśnie wtedy dobija Cię świadomość jak bardzo jesteś sam i jak strasznie nikogo nie obchodzisz.

Nastrój osiąga nadir i myśl o tym, żeby ze sobą skończyć przesłania Ci wszystko.

I szukasz po sieci informacji jak skutecznie i bez bólu odebrać sobie życie. Przeraża mnie, że dobrnąłeś, aż do tego momentu, by zacząć planować samounicestwienie i zacząłeś rozważać, który sposób będzie najlepszy. Przeraża mnie to, bo oznacza, że problemy zasypały Cię na tyle, by zasłonić wszystkie perspektywy, a jedynym pomysłem na ich rozwiązanie jest samobójstwo. Które de facto nie jest żadnym rozwiązaniem, a jedynie ucieczką donikąd. I to donikąd mówiąc dosłownie, bo jeśli jesteś wierzący, to wiesz, że to grzech ciężki, a jeśli jesteś ateistą, wiesz, że to koniec absolutny.

Mimo potępienia po śmierci lub całkowitego przejścia w niebyt, codziennie w Polsce zabija się 16 osób.

Nie chcę, żebyś był jedną z nich. Ani dziś, ani jutro, ani za pół roku. Wiem, że jest Ci ciężko, że masz już wszystkiego dość i że chcesz w końcu wyswobodzić się z tego ucisku, zrzucić ten ciężar, który Cię przygniata tamując oddech i poczuć ulgę. A w zasadzie to nic nie czuć i być poza wszystkim i wszystkimi. Ale nie pomogę Ci. Wiem, że liczysz na poradnik, który doradzi Ci jakie lekarstwa bez recepty zmieszać z wódką, żeby zapaść w sen i zatrzymać akcję serca, ale nie podam Ci brzytwy.

Podam Ci pomocną dłoń.

Ten tekst to koń trojański. Celowo zwabiłem Cię tu nagłówkiem i zdjęciem sugerującym, że dostaniesz przepis na szybką i łatwą śmierć, bo tak najskuteczniej mogłem ściągnąć Twoją uwagę gdy jesteś w dołku, i wskazać Ci miejsca, gdzie dostaniesz pomoc. Uwierz, że wiem jak to jest, gdy świat zaczyna Cię parzyć ogniem, aż wypuszczasz go z rąk i bezsilnie patrzysz jak zaczyna toczyć się w Twoją stronę, żeby Cię spopielić. Jak to jest, kiedy osuwa Ci się grunt pod stopami, a wszystko czego możesz się złapać, tylko Cię kaleczy. Przerabiałem to.

Nawet, gdy czujesz, że Twoja dusza jest zbyt ciężka, by nieść ją, zawsze jest jakieś wyjście. Zawsze!

Musisz tylko je dostrzec. Mnie ogromnie pomogli przyjaciele, za co będę im zawsze wdzięczny, ale wiem, że u Ciebie ten wariant niekoniecznie musi się sprawdzić. Dlatego przygotowałem listę miejsc, gdzie otrzymasz wsparcie i możesz porozmawiać z kimś, kto wysłucha Twoich problemów i rzuci Ci koło ratunkowe. Wiem, że może się wydawać, że sięgnąłeś dno dna albo nawet pukasz w nie od spodu, ale nie ma takiego mroku, którego nie dałoby się rozświetlić.

Zanim stąd uciekniesz, proszę Cię, zadzwoń pod jeden z poniższych numerów i przekonaj się o tym sam.

 

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym

22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna

116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży

801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”

800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

 

Pamiętaj, póki żyjesz piłka jest w grze, a Ty masz największy wpływ na wynik meczu!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Almond Duka