Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką McDonald’s

W czasach naszych rodziców pracę zmieniało się 3, góra 4 razy w ciągu całego życia. Mnie od skończenia gimnazjum, gdy po raz pierwszy poszedłem w wakacje do fabryki, udało się zmienić pracę już 17 razy, a jedną z nich było stanowisko „kanapkowego” w Maku. Czyli człowieka, który smaży mięso, tostuje bułki, wyciska sos i nakłada warzywa. Zdarzenia te miały miejsce 6 lat temu, gdy byłem na pierwszym roku informatyki i ekonometrii i żyłem w przekonaniu, że w dniu skończenia studiów, każdy krezus z setki Forbesa będzie mnie błagał, żebym wpadł do jego biura na rozmowę rekrutacyjną. No, nie było tak, ale to innym razem.

Podczas przygody w McDonald’s – oprócz tego, że zarobiłem złocisze na i tak zbyt drogie pół pokoju w dużo zimniejszej kamienicy, niż mogłoby to wynikać z zapewnień właściciela – miałem okazję skonfrontować kilka powszechnie utrwalanych mitów na temat tej sieci z rzeczywistością. Tak, tych, które wypisuje się na forach i w komentarzach, gdy tylko ktoś wrzuci zdjęcie shake’a.

Oto najistotniejsze legendy krążące na temat Maka, które osobiście sprawdziłem.

Mit: W Maku pracuje się jak w obozie

McDonald’s jest jednym z niewielu miejsc, gdzie na starcie nie masz żadnej żałosnej umowy zlecenia, czy – nie daj boże! – o dzieło, tylko normalną, uczciwą umowę o pracę. Z którą możesz chorować, brać kredyt i płatne wolne. No i oczywiście – najważniejsza z ważnych rzeczy – nabijać sobie składkę emerytalną. Co do warunków pracy już „w środku”, to nie widziałem miejsca, gdzie przestrzegałoby się przepisów prawa pracy bardziej niż tam. Zbyt wiele oczu skierowanych jest na tak ogromną firmę, żeby mogła pozwalać sobie na jakieś nadużycia, typu brak przerw, podstaw socjalnych, czy bezpłatne nadgodziny.

Jeśli chodzi o samą pracę, to jest wymagającą i o obijaniu się nie ma mowy, a przynajmniej było tak w moim przypadku, bo pracowałem w Galerii Krakowskiej na -1. Czasem, gdy do lokalu wpadła wycieczka z bandą dzieciaków z podstawówki, to przez dobre pół godziny nie było szans, żeby choć na moment odejść od tostera. No, ale za to właśnie mi płacili. I to – jak na tamte czasy i to, że byłem człowiekiem „z ulicy” bez żadnych kwalifikacji – całkiem nieźle. Dodaj do tego fakt, że godziny pracy są bardzo elastyczne i grafik możesz sobie ułożyć jak chcesz – dostosowując go do harmonogramu studiów – a hasło „obóz pracy” zaczyna być nieudanym żartem.

Fakt: Kariera od zera do menadżera

To hasło ze spotów Maka, które internet przerobił na memy – a teraz mówią mi „panie kierowniku” – jest jak najbardziej prawdziwe.

Zaczynasz jako zwykły, szeregowy pracownik i z czasem przechodzisz szkolenia na wszystkich stanowiskach w lokalu. Jeśli wykonujesz czynności zgodnie z procedurami i dochodzisz do momentu, w którym się nie popełniasz błędów, zostajesz instruktorem. I szkolisz innych. Następnie – jeśli przejawiasz adekwatny poziom ogarnięcia i jesteś w stanie powiedzieć do drugiego człowieka coś więcej niż „cześć” – kierownikiem zmiany, a później całego lokalu. Ze względu na to, że na żadne stanowisko poza podstawowym, nie przyjmuje się osób „z zewnątrz”, droga „od zera do menadżera” jest całkowicie naturalną ścieżką kariery.

Mit: Dodawanie „czegoś od siebie” do jedzenia

Tak jak w przypadku pierwszego mitu, przy takiej ilości kontroli i audytu przez zewnętrzne jednostki, dodawanie do frytek, burgerów, czy napojów czegokolwiek poza składnikami, które powinny się tam znaleźć zgodnie z recepturą, jest niemożliwe. Mimo to, co jakiś czas powracają historie o robieniu psikusów klientom, chrzcząc kanapki, czy napoje „czymś od siebie”, więc postaram się ukręcić łeb tej plotce na tyle skutecznie na ile to możliwe. NIE MAM MOŻLIWOŚCI, ŻEBY TO ZROBIĆ. Ani technicznie, ze względu na ekspozycję maszyn i miejsce, w którym przygotowuje się jedzenie, ani ze względu na czas. Nie miałbyś kiedy dokonać takich operacji.

Fakt: Wysokie standardy jakości

Jak usłyszałem o tym pierwszy raz w jakiejś reklamie, to pomyślałem to, co każdy – standardowe PRowe pieprzenie. Bywałem w kuchniach innych restauracji i dobrze widziałem co tam się dzieje – przygotowywanie posiłków brudnymi rękami, żywność leżąca na podłodze i „reanimowanie” produktów, którym się przekroczyło datę ważności. W jednej krakowskiej pizzeri nawet byłem świadkiem, jak kucharz nałożył klientowi jedzenie na talerz bezpośrednio po tym, jak przypadkiem spadło na podłogę.

Po McDonald’sie spodziewałem się niewiele więcej. Zmieniłem zdanie, gdy zacząłem tam pracować.

Bardziej higienicznym miejscem od kuchni w Maku jest chyba tylko stół operacyjny. Osoba, która ma kontakt z jedzeniem, nie może mieć kontaktu z niczym innym i to mówiąc dosłownie. Tak jak pisałem we wstępie, zajmowałem się tam składaniem kanapek, co sprowadzało się to tego, że tą samą ręką, którą dotykałem mięsa, bułki, czy warzyw, nie mogłem dotknąć innego miejsca na mojej skórze, nie mówiąc już o podnoszeniu czegokolwiek z ziemi.

Jeśli, przykładowo, upuściłem ser, ogórka, czy cokolwiek, to nie mogłem go podnieść z podłogi, wyrzucić do kosza i wrócić do składania cheeseburgera. Od tego była specjalna osoba od utrzymania czystości w kuchni. Na początku wielokrotnie zdarzało mi się o tym zapomnieć i odruchowo schylić po coś, co miało znaleźć się w kanapce, ale wylądowało między moimi butami. Jeśli zapomniałem się i wziąłem to do ręki, żeby to wyrzucić, wtedy, bezdyskusyjnie i natychmiast musiałem iść umyć dłonie. Nawet, jeśli był to 4 raz w ciągu 10 minut.

Podobnie jest ze WSZYSTKIMI innymi procedurami związanymi z przygotowywaniem jedzenia. Od czystości maszyn zaczynając, na temperaturze mięsa kończąc. Tam po prostu każda rzecz MUSI być świeża.

Mit: Który sam chciałbyś sprawdzić i wygrać iPada, to…

Wszystkie obiegowe plotki i wątpliwości na temat sieci restauracji ze złotymi łukami możecie na bieżąco weryfikować na stronie Twoje Pytania Do McDonald’s. Można pytać o każdą jedną rzecz, która Was trapi i dostać odpowiedź na maila. Jednak jest też inna droga.

Możecie zgarnąć iPada i wycieczkę do dostawców McDonald’s!

ipad air retina konkurs

Chyba nie było jeszcze na blogu tak prostego konkursu z tak dobrymi nagrodami! Jeśli chcecie wygrać 2-dniowy wypad (w okolicach końca stycznia/początku lutego) do dostawców Maka, gdzie sami osobiście sprawdzicie jak powstają ich produkty, i zgarnąć jednego z 5 iPadów Air Retina, wystarczy, że w komentarzu pod tym tekstem napiszecie jaki mit chcielibyście zweryfikować.

Biorąc udział w konkursie oczywiście akceptujecie regulamin, a czas na podanie swojej odpowiedzi macie do końca tygodnia, czyli 29-go grudnia do końca dnia. 5 osób, które poda najciekawsze mity/najbardziej dociekliwe pytania wygra iPady i wypady. Wyniki pojawią się dzień później w tym samym miejscu.

3… 2… 1… obalanie mitów START!

(niżej jest kolejny tekst)

242
Dodaj komentarz

avatar
170 Comment threads
72 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
185 Comment authors
hubert czarnikmateuszxdmateuszpatrycjagosc Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Shaqqy
Gość
Shaqqy

Chciałbym dowiedzieć się czy to prawda że w mięsie w burgerach McDonalda za wiele mięsa to nie jest.

patrycja
Gość
patrycja

Kiedys, majac kilka lat czytalam, ze frytki w Maku powstaja z masy wytwarzanej w fabryce, gdzie miedzy innymi produkuje sie perfumy. Chcialabym dowiedziec sie czy to mit, poniewaz pytanie to siedzi mi w glowie juz dobre kilkadziescia lat ;-) bo skad sie biora takie dlugie frytki? :-)

Monika
Gość

O nie, to byl moj pomysl :/

patrycja
Gość
patrycja

Jak wygram iPada to Ci pozycze :-))

Jan Favre
Gość

@blackdresses:disqus upominaj się, bo @disqus_THvHRSDZP4:disqus wygrała ;)

Konrad
Gość

Ja siedzę i czekam na moment, w którym ktoś wykorzysta mój.

paranoJa
Gość

i mój :D

Sylwia Zaręba
Gość
Sylwia Zaręba

Byłam w fabryce w której się produkuje frytki dla Maka i nie było tam produkcji perfum :D To jest ta sama fabryka która robi np. wyroby Aviko :) Tylko dla Maka są hodowane specjalne ziemniaki ( specjalna odmiana żeby właśnie frytki były długie) a dla Aviko idą te krótsze, które nie spełniają standardów Makowych ;)

Andrzej Kulma
Gość
Andrzej Kulma

podpinam się pod pytanie o te długie frytki. te naprawdę długie. takie na pół łokcia.

Ania Łudzik
Gość
Ania Łudzik

chciałabym sprawdzić, czy prawdą jest to co było pokazane w filmie „Super size me”- początkowo zdrowy, młody facet odżywiając się przez 30 dni tylko w Maku, ponoć bardzo przytył oraz zepsuł swoje zdrowie

tak, że miał wyniki gorsze od niejednego staruszka (przede wszystkim wątroba). ciekawe, czy to prawda.

kasza
Gość
kasza

Zawsze mnie zastanawiało jak to jest, że frytki z maka są takie cieniutki i równe, chciałbym zobaczyć jak je robią.

W.
Gość
W.

Chciałabym się dowiedzieć czy w coli z maca faktycznie jest więcej wody i lodu niż samej coli.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

„Hobbit: bitwa pięciu armii” – czy normalni ludzie mają po co iść do kina?

Skip to entry content

Gdy w gimnazjum moi koledzy z klasy licytowali się liczbą przeczytanych tomów „Władcy pierścieni” i poprawnym wymówieniem „Silmarillion”, ja uczyłem się na pamięć tekstów ze „S.P.O.R.T.u” Tedego i przegrywałem każdy nielegal, który wpadł mi ręce. Nie było między nami jakiejś kosy, ale nicią porozumienia też bym tego nie nazwał. Tolerowałem ich rytualne szczytowanie związane z premierami kolejnych ekranizacji książek Tolkiena, aczkolwiek sam kompletnie tego nie czułem. W zasadzie, to podniecanie się fantasy było dla mnie równie niedorzeczne, co kupowanie nauczycielom kwiatów na zakończenie roku szkolnego.

Tak czy inaczej, wybrałem się na najnowszą część opowieści o przygodach hobbitów i wyszedłem z niej naprawdę zadowolony. W zasadzie to bawiłem się również dobrze, co na ostatnich „X-Menach„, którzy są dla mnie jednym z lepszych filmów rozrywkowych. Jak to możliwe? Co „Hobbit: bitwa pięciu armii” ma do zaoferowania komuś, kto nie jest psychofanem niziołków i męskiej biżuterii?

 

Młócka, czary i latające zwłoki

Czyli sceny walki! Jest ich więcej niż ludzi pod Bagatelą po 20:00 i są bardzo przyzwoicie poprowadzone. Nie młócą się w kółko dwaj i ci sami z przerwami na zmianę kadru z twarzy jednego na drugiego, tylko jak sam tytuł wskazuje, wojowników jest od cholery, bo armii jest aż 5. Pocieszne krasnoludki, metroseksualne elfy, przerażający orkowie, spadające z nieba niedźwiedzie i nudni ludzie. No i Pan Gandalf chowający pod spódnicą typa z owłosionymi stopami.

Robię sobie delikatne podśmiechujki, ale tak na serio, to chłopaki naprawdę robią konkretne przedstawienie.

Zwłaszcza smok, który jest pierwszym rzeczywiście przerażającym smokiem jakiego widziałem w kinie. W sumie to chyba nawet miałem ciary widząc scenę z nim. Oprócz tego, mamy przed oczami spory wachlarz ataków i scenerii bitewnych, ale przede wszystkim trup ściele się gęsto! To nie jest film, w którym kamera jest poprowadzona tak, że widać jakiś bliżej nieokreślony burdel, a potem pusty plac z kilkoma zwłokami. Tutaj głowy fruwają w powietrzu gęściej niż dwutlenek węgla w Krakowie, a sceny śmierci są bardzo malownicze i obfite w detale.

 

Dynamika

W filmie jest tylko jeden jedyny moment zamuły. Co prawda z 10-cio, czy nawet 15-minutowy, ale tylko jeden. I to na samym końcu, także po walce finałowej spokojnie można wyjść z kina i zjeść resztkę popcornu w drodze do domu.

 

3D, na które da się patrzeć

Nienawidzę filmów zrealizowanych w trójwymiarze i jeśli tylko mam możliwość zobaczenia tego samego tytułu w 2D, to wybieram płaski obraz. Nowy „Hobbit”, to pierwszy film po „Iron Man 3”, na którym się nie wkurwiałem, że mam dwie pary okularów na nosie. Postacie wychodzą z ekranu w uzasadnionych przypadkach, tworząc tym zabiegiem wartość dodaną filmu, a nie, jak to bywa najczęściej, skutecznie uniemożliwiając czerpanie przyjemności z seansu.

Szczególnie polecam wcześniej wspomnianą scenę ze smokiem. Szczególnie polecam ją reżyserowi „Tramsformersów”. Może po zapoznaniu się z nią, nie spieprzy kolejnej części przygód moich ulubionych zabawek z dzieciństwa, wciskając wszędzie na siłę trójwymiar.

 

Nie trzeba znać fabuły, żeby się dobrze bawić!

W zasadzie to chyba jest nawet lepsza zabawa jak się jej nie zna, bo nie trzeba przejmować się tym całym elfio-krasnoludkowym kontekstem i wczuwać się, że w tej rzeźni o coś chodzi, tylko można nacieszyć oko obrazem. Nie widziałem ani pierwszej częći „Hobbita”, ani drugiej, a z „Władcy pierścieni” pamiętam tylko tyle, że był jakiś pierścionek i dwóch kurdupli, a mimo to, film podobał mi się na tyle, że chętnie poszedłbym na niego jeszcze raz. Albo nawet z dwa razy, bo scena jak koleś strzela do gigantycznego smoka przęsłem wyciągniętym z ogrodzenia, robiąc łuk ze swojego syna, jest prześliczna.

Podsumowując, nawet jeśli jesteś normalny człowiekiem, który nie ma pojęcia o fantasy, warto iść na „Hobbit: bitwa pięciu armii”, bo to zajebista rozrywka!

Cotygodniowy Przegląd Internetu #5: łysienie, brzuch Maffashion i James Bond

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Yaniv Golan
autorem zdjęcia jest Yaniv Golan

Mimo, że do świąt zostało już tylko kilka dni, to tegotygodniowe wydanie „Przeglądu” jest całkowicie wolne od tematyki dzwoneczków, choinek, karpi i kaca po pasterce. Mam nadzieję, że to docenicie.

Jak poradzić sobie z łysieniem? Najlepiej z godnością, a Michał Górecki przy mały wsparciu innych chłopaków z łysosfery mówi jak to konkretnie zrobić.

Facebook wprowadzi przycisk „nie lubię tego”: taką informację podało wiele portali, jednak każdy kto trochę głębiej siedzi w temacie wie, że nie nigdy to nie nastąpi. Pijaru Koksu tłumaczy dlaczego.

Gdy Ci smutno, gdy Ci źle, imbirem natrzyj dziąsła swe: Klaudyna z Ziołowego Zakątka podaje przepis na imbirowy napar, którym be łykania lekarstw pokonamy przeziębienie, infekcję i urząd skarbowy. Niestety, na to ostatnie nie ma namacalnych dowodów.

Brzydkie strony społeczeństwa: to zbiór mocnych i dosłownych prac hiszpańskiego ilustratora, który, między innymi, porównuje serduszkowanie fotek na Instagramie do seksu oralnego.

James Bonda i polska wódka: brytyjski agent w „Spectre” – najnowszej części filmu o jego przygodach – będzie pił trunek, z którym najczęściej kojarzy się Polska poza jej granicami. Wódkę Belvedere.

Jak prawie darmowo ogarnąć nocleg na wyjeździe? Autorski patent Wędrownych Motyli na wykorzystanie luki w procesie rezerwacji noclegu na AirBnb.

Diagnoza bólu dupy: Moi krakowscy koledzy, najnowszą produkcję postanowili poświęcić niegasnącemu tematowi jednej z najpoważniejszych chorób XXI wieku.

 

Klip tygodnia: dobra, ten teledysk nie jest z tego tygodnia, ale nie widziałem go jeszcze na żadnym innym blogu, a obecność Maffashion w tym obrazie jest zdecydowanie warta odnotowania.Ta buzia, ten brzuch! Śliczniusia!

 

Damska stylówka tygodnia: tym razem złoto zgarnia moja przyjaciół Monika „Co za nogi!” Kamińska. Stworzyła pierwszą w swoim życiu autorską, klasyczną, czarną sukienkę i wygląda w niej tak dobrze, że nawet chyba nie ma sensu jej ściągać.

zdjęcie pochodzi z bloga blackdresses.pl
zdjęcie pochodzi z bloga blackdresses.pl

 

Męska stylówka tygodnia: Adam Szymczak to taki męski odpowiednik odpowiednik Macademian Girl. Na swoim blogu przesadza, daje się ponieść fantazji i nagina wszelkie standardy i ramy mody męskiej. Jeśli lubisz klimat filmów Quentina Tarantino, to powinieneś odnaleźć się w śród jego stylówek.

zdjęcie pochodzi z bloga FASHIONABLE INNOVATIONS
zdjęcie pochodzi z bloga FASHIONABLE INNOVATIONS

 

Fanpage tygodnia: pierwszy oficjalny profil marki, który polecam w tym zestawieniu. I to jakiej marki – środka na potencję! Bez silenia się na metafory, dochodzenie do tematu po nitce do kłębka i zastanawianie się przed 3 dni przed publikacją posta, czy to wypada. Prosto, nieraz prostacko, ale dobitnie i – co najważniejsze – śmiesznie!

 

Jeśli kojarzycie jakieś inne profile marek, które nie przebierają w słowach, tylko walą z przekazem prosto i po twarzy, to podrzućcie. Ciekaw jestem kto jeszcze odważyłby się na tak bezczelną komunikację.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!