Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką McDonald’s

W czasach naszych rodziców pracę zmieniało się 3, góra 4 razy w ciągu całego życia. Mnie od skończenia gimnazjum, gdy po raz pierwszy poszedłem w wakacje do fabryki, udało się zmienić pracę już 17 razy, a jedną z nich było stanowisko „kanapkowego” w Maku. Czyli człowieka, który smaży mięso, tostuje bułki, wyciska sos i nakłada warzywa. Zdarzenia te miały miejsce 6 lat temu, gdy byłem na pierwszym roku informatyki i ekonometrii i żyłem w przekonaniu, że w dniu skończenia studiów, każdy krezus z setki Forbesa będzie mnie błagał, żebym wpadł do jego korpo na rozmowę rekrutacyjną. No, nie było tak, ale to innym razem.

Podczas przygody w McDonald’s – oprócz tego, że zarobiłem złocisze na i tak zbyt drogie pół pokoju w dużo zimniejszej kamienicy, niż mogłoby to wynikać z zapewnień właściciela – miałem okazję skonfrontować kilka powszechnie utrwalanych mitów na temat tej sieci z rzeczywistością. Tak, tych, które wypisuje się na forach i w komentarzach, gdy tylko ktoś wrzuci zdjęcie shake’a.

Oto najistotniejsze legendy krążące na temat Maka, które osobiście sprawdziłem.

 

Mit: W Maku pracuje się jak w obozie

McDonald’s jest jednym z niewielu miejsc, gdzie na starcie nie masz żadnej żałosnej umowy zlecenia, czy – nie daj boże! – o dzieło, tylko normalną, uczciwą umowę o pracę. Z którą możesz chorować, brać kredyt i płatne wolne. No i oczywiście – najważniejsza z ważnych rzeczy – nabijać sobie składkę emerytalną. Co do warunków pracy już „w środku”, to nie widziałem miejsca, gdzie przestrzegałoby się przepisów prawa pracy bardziej niż tam. Zbyt wiele oczu skierowanych jest na tak ogromną firmę, żeby mogła pozwalać sobie na jakieś nadużycia, typu brak przerw, podstaw socjalnych, czy bezpłatne nadgodziny.

Jeśli chodzi o samą pracę, to jest wymagającą i o obijaniu się nie ma mowy, a przynajmniej było tak w moim przypadku, bo pracowałem w Galerii Krakowskiej na -1. Czasem, gdy do lokalu wpadła wycieczka z bandą dzieciaków z podstawówki, to przez dobre pół godziny nie było szans, żeby choć na moment odejść od tostera. No, ale za to właśnie mi płacili. I to – jak na tamte czasy i to, że byłem człowiekiem „z ulicy” bez żadnych kwalifikacji – całkiem nieźle. Dodaj do tego fakt, że godziny pracy są bardzo elastyczne i grafik możesz sobie ułożyć jak chcesz – dostosowując go do harmonogramu studiów – a hasło „obóz pracy” zaczyna być nieudanym żartem.

 

Fakt: Kariera od zera do menadżera

To hasło ze spotów Maka, które internet przerobił na memy – a teraz mówią mi „panie kierowniku” – jest jak najbardziej prawdziwe.

Zaczynasz jako zwykły, szeregowy pracownik i z czasem przechodzisz szkolenia na wszystkich stanowiskach w lokalu. Jeśli wykonujesz czynności zgodnie z procedurami i dochodzisz do momentu, w którym się nie popełniasz błędów, zostajesz instruktorem. I szkolisz innych. Następnie – jeśli przejawiasz adekwatny poziom ogarnięcia i jesteś w stanie powiedzieć do drugiego człowieka coś więcej niż „cześć” – kierownikiem zmiany, a później całego lokalu. Ze względu na to, że na żadne stanowisko poza podstawowym, nie przyjmuje się osób „z zewnątrz”, droga „od zera do menadżera” jest całkowicie naturalną ścieżką kariery.

[emaillocker]

Mit: Dodawanie „czegoś od siebie” do jedzenia

Tak jak w przypadku pierwszego mitu, przy takiej ilości kontroli i audytu przez zewnętrzne jednostki, dodawanie do frytek, burgerów, czy napojów czegokolwiek poza składnikami, które powinny się tam znaleźć zgodnie z recepturą, jest niemożliwe. Mimo to, co jakiś czas powracają historie o robieniu psikusów klientom, chrzcząc kanapki, czy napoje „czymś od siebie”, więc postaram się ukręcić łeb tej plotce na tyle skutecznie na ile to możliwe. NIE MAM MOŻLIWOŚCI, ŻEBY TO ZROBIĆ. Ani technicznie, ze względu na ekspozycję maszyn i miejsce, w którym przygotowuje się jedzenie, ani ze względu na czas. Nie miałbyś kiedy dokonać takich operacji.

 

Fakt: Wysokie standardy jakości

Jak usłyszałem o tym pierwszy raz w jakiejś reklamie, to pomyślałem to, co każdy – standardowe PRowe pieprzenie. Bywałem w kuchniach innych restauracji i dobrze widziałem co tam się dzieje – przygotowywanie posiłków brudnymi rękami, żywność leżąca na podłodze i „reanimowanie” produktów, którym się przekroczyło datę ważności. W jednej krakowskiej pizzeri nawet byłem świadkiem, jak kucharz nałożył klientowi jedzenie na talerz bezpośrednio po tym, jak przypadkiem spadło na podłogę.

Po McDonald’sie spodziewałem się niewiele więcej. Zmieniłem zdanie, gdy zacząłem tam pracować.

Bardziej higienicznym miejscem od kuchni w Maku jest chyba tylko stół operacyjny. Osoba, która ma kontakt z jedzeniem, nie może mieć kontaktu z niczym innym i to mówiąc dosłownie. Tak jak pisałem we wstępie, zajmowałem się tam składaniem kanapek, co sprowadzało się to tego, że tą samą ręką, którą dotykałem mięsa, bułki, czy warzyw, nie mogłem dotknąć innego miejsca na mojej skórze, nie mówiąc już o podnoszeniu czegokolwiek z ziemi.

Jeśli, przykładowo, upuściłem ser, ogórka, czy cokolwiek, to nie mogłem go podnieść z podłogi, wyrzucić do kosza i wrócić do składania cheeseburgera. Od tego była specjalna osoba od utrzymania czystości w kuchni. Na początku wielokrotnie zdarzało mi się o tym zapomnieć i odruchowo schylić po coś, co miało znaleźć się w kanapce, ale wylądowało między moimi butami. Jeśli zapomniałem się i wziąłem to do ręki, żeby to wyrzucić, wtedy, bezdyskusyjnie i natychmiast musiałem iść umyć dłonie. Nawet, jeśli był to 4 raz w ciągu 10 minut.

Podobnie jest ze WSZYSTKIMI innymi procedurami związanymi z przygotowywaniem jedzenia. Od czystości maszyn zaczynając, na temperaturze mięsa kończąc. Tam po prostu każda rzecz MUSI być świeża.

 

Mit: Który sam chciałbyś sprawdzić i wygrać iPada, to…

Wszystkie obiegowe plotki i wątpliwości na temat sieci restauracji ze złotymi łukami możecie na bieżąco weryfikować na stronie Twoje Pytania Do McDonald’s. Można pytać o każdą jedną rzecz, która Was trapi i dostać odpowiedź na maila. Jednak jest też inna droga.

Możecie zgarnąć iPada i wycieczkę do dostawców McDonald’s!

ipad air retina konkurs

Chyba nie było jeszcze na blogu tak prostego konkursu z tak dobrymi nagrodami! Jeśli chcecie wygrać 2-dniowy wypad (w okolicach końca stycznia/początku lutego) do dostawców Maka, gdzie sami osobiście sprawdzicie jak powstają ich produkty, i zgarnąć jednego z 5 iPadów Air Retina, wystarczy, że w komentarzu pod tym tekstem napiszecie jaki mit chcielibyście zweryfikować.

Biorąc udział w konkursie oczywiście akceptujecie regulamin, a czas na podanie swojej odpowiedzi macie do końca tygodnia, czyli 29-go grudnia do końca dnia. 5 osób, które poda najciekawsze mity/najbardziej dociekliwe pytania wygra iPady i wypady. Wyniki pojawią się dzień później w tym samym miejscu.

3… 2… 1… obalanie mitów START!

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

242
Dodaj komentarz

avatar
170 Comment threads
72 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
185 Comment authors
hubert czarnikmateuszxdmateuszpatrycjagosc Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Shaqqy
Gość
Shaqqy

Chciałbym dowiedzieć się czy to prawda że w mięsie w burgerach McDonalda za wiele mięsa to nie jest.

patrycja
Gość
patrycja

Kiedys, majac kilka lat czytalam, ze frytki w Maku powstaja z masy wytwarzanej w fabryce, gdzie miedzy innymi produkuje sie perfumy. Chcialabym dowiedziec sie czy to mit, poniewaz pytanie to siedzi mi w glowie juz dobre kilkadziescia lat ;-) bo skad sie biora takie dlugie frytki? :-)

Sylwia Zaręba
Gość
Sylwia Zaręba

Byłam w fabryce w której się produkuje frytki dla Maka i nie było tam produkcji perfum :D To jest ta sama fabryka która robi np. wyroby Aviko :) Tylko dla Maka są hodowane specjalne ziemniaki ( specjalna odmiana żeby właśnie frytki były długie) a dla Aviko idą te krótsze, które nie spełniają standardów Makowych ;)

Monika
Gość

O nie, to byl moj pomysl :/

paranoJa
Gość

i mój :D

Konrad
Gość

Ja siedzę i czekam na moment, w którym ktoś wykorzysta mój.

patrycja
Gość
patrycja

Jak wygram iPada to Ci pozycze :-))

Jan Favre
Gość

@blackdresses:disqus upominaj się, bo @disqus_THvHRSDZP4:disqus wygrała ;)

Andrzej Kulma
Gość
Andrzej Kulma

podpinam się pod pytanie o te długie frytki. te naprawdę długie. takie na pół łokcia.

Ania Łudzik
Gość
Ania Łudzik

chciałabym sprawdzić, czy prawdą jest to co było pokazane w filmie „Super size me”- początkowo zdrowy, młody facet odżywiając się przez 30 dni tylko w Maku, ponoć bardzo przytył oraz zepsuł swoje zdrowie

tak, że miał wyniki gorsze od niejednego staruszka (przede wszystkim wątroba). ciekawe, czy to prawda.

kasza
Gość
kasza

Zawsze mnie zastanawiało jak to jest, że frytki z maka są takie cieniutki i równe, chciałbym zobaczyć jak je robią.

W.
Gość
W.

Chciałabym się dowiedzieć czy w coli z maca faktycznie jest więcej wody i lodu niż samej coli.

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

„Hobbit: bitwa pięciu armii” – czy normalni ludzie mają po co iść do kina?

Skip to entry content

Gdy w gimnazjum moi koledzy z klasy licytowali się liczbą przeczytanych tomów „Władcy pierścieni” i poprawnym wymówieniem „Silmarillion”, ja uczyłem się na pamięć tekstów ze „S.P.O.R.T.u” Tedego i przegrywałem każdy nielegal, który wpadł mi ręce. Nie było między nami jakiejś kosy, ale nicią porozumienia też bym tego nie nazwał. Tolerowałem ich rytualne szczytowanie związane z premierami kolejnych ekranizacji książek Tolkiena, aczkolwiek sam kompletnie tego nie czułem. W zasadzie, to podniecanie się fantasy było dla mnie równie niedorzeczne, co kupowanie nauczycielom kwiatów na zakończenie roku szkolnego.

Tak czy inaczej, wybrałem się na najnowszą część opowieści o przygodach hobbitów i wyszedłem z niej naprawdę zadowolony. W zasadzie to bawiłem się również dobrze, co na ostatnich „X-Menach„, którzy są dla mnie jednym z lepszych filmów rozrywkowych. Jak to możliwe? Co „Hobbit: bitwa pięciu armii” ma do zaoferowania komuś, kto nie jest psychofanem niziołków i męskiej biżuterii?

 

Młócka, czary i latające zwłoki

Czyli sceny walki! Jest ich więcej niż ludzi pod Bagatelą po 20:00 i są bardzo przyzwoicie poprowadzone. Nie młócą się w kółko dwaj i ci sami z przerwami na zmianę kadru z twarzy jednego na drugiego, tylko jak sam tytuł wskazuje, wojowników jest od cholery, bo armii jest aż 5. Pocieszne krasnoludki, metroseksualne elfy, przerażający orkowie, spadające z nieba niedźwiedzie i nudni ludzie. No i Pan Gandalf chowający pod spódnicą typa z owłosionymi stopami.

Robię sobie delikatne podśmiechujki, ale tak na serio, to chłopaki naprawdę robią konkretne przedstawienie.

Zwłaszcza smok, który jest pierwszym rzeczywiście przerażającym smokiem jakiego widziałem w kinie. W sumie to chyba nawet miałem ciary widząc scenę z nim. Oprócz tego, mamy przed oczami spory wachlarz ataków i scenerii bitewnych, ale przede wszystkim trup ściele się gęsto! To nie jest film, w którym kamera jest poprowadzona tak, że widać jakiś bliżej nieokreślony burdel, a potem pusty plac z kilkoma zwłokami. Tutaj głowy fruwają w powietrzu gęściej niż dwutlenek węgla w Krakowie, a sceny śmierci są bardzo malownicze i obfite w detale.

 

Dynamika

W filmie jest tylko jeden jedyny moment zamuły. Co prawda z 10-cio, czy nawet 15-minutowy, ale tylko jeden. I to na samym końcu, także po walce finałowej spokojnie można wyjść z kina i zjeść resztkę popcornu w drodze do domu.

 

3D, na które da się patrzeć

Nienawidzę filmów zrealizowanych w trójwymiarze i jeśli tylko mam możliwość zobaczenia tego samego tytułu w 2D, to wybieram płaski obraz. Nowy „Hobbit”, to pierwszy film po „Iron Man 3”, na którym się nie wkurwiałem, że mam dwie pary okularów na nosie. Postacie wychodzą z ekranu w uzasadnionych przypadkach, tworząc tym zabiegiem wartość dodaną filmu, a nie, jak to bywa najczęściej, skutecznie uniemożliwiając czerpanie przyjemności z seansu.

Szczególnie polecam wcześniej wspomnianą scenę ze smokiem. Szczególnie polecam ją reżyserowi „Tramsformersów”. Może po zapoznaniu się z nią, nie spieprzy kolejnej części przygód moich ulubionych zabawek z dzieciństwa, wciskając wszędzie na siłę trójwymiar.

 

Nie trzeba znać fabuły, żeby się dobrze bawić!

W zasadzie to chyba jest nawet lepsza zabawa jak się jej nie zna, bo nie trzeba przejmować się tym całym elfio-krasnoludkowym kontekstem i wczuwać się, że w tej rzeźni o coś chodzi, tylko można nacieszyć oko obrazem. Nie widziałem ani pierwszej częći „Hobbita”, ani drugiej, a z „Władcy pierścieni” pamiętam tylko tyle, że był jakiś pierścionek i dwóch kurdupli, a mimo to, film podobał mi się na tyle, że chętnie poszedłbym na niego jeszcze raz. Albo nawet z dwa razy, bo scena jak koleś strzela do gigantycznego smoka przęsłem wyciągniętym z ogrodzenia, robiąc łuk ze swojego syna, jest prześliczna.

Podsumowując, nawet jeśli jesteś normalny człowiekiem, który nie ma pojęcia o fantasy, warto iść na „Hobbit: bitwa pięciu armii”, bo to zajebista rozrywka!

Cotygodniowy Przegląd Internetu #5: łysienie, brzuch Maffashion i James Bond

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Yaniv Golan
autorem zdjęcia jest Yaniv Golan

Mimo, że do świąt zostało już tylko kilka dni, to tegotygodniowe wydanie „Przeglądu” jest całkowicie wolne od tematyki dzwoneczków, choinek, karpi i kaca po pasterce. Mam nadzieję, że to docenicie.

Jak poradzić sobie z łysieniem? Najlepiej z godnością, a Michał Górecki przy mały wsparciu innych chłopaków z łysosfery mówi jak to konkretnie zrobić.

Facebook wprowadzi przycisk „nie lubię tego”: taką informację podało wiele portali, jednak każdy kto trochę głębiej siedzi w temacie wie, że nie nigdy to nie nastąpi. Pijaru Koksu tłumaczy dlaczego.

Gdy Ci smutno, gdy Ci źle, imbirem natrzyj dziąsła swe: Klaudyna z Ziołowego Zakątka podaje przepis na imbirowy napar, którym be łykania lekarstw pokonamy przeziębienie, infekcję i urząd skarbowy. Niestety, na to ostatnie nie ma namacalnych dowodów.

Brzydkie strony społeczeństwa: to zbiór mocnych i dosłownych prac hiszpańskiego ilustratora, który, między innymi, porównuje serduszkowanie fotek na Instagramie do seksu oralnego.

James Bonda i polska wódka: brytyjski agent w „Spectre” – najnowszej części filmu o jego przygodach – będzie pił trunek, z którym najczęściej kojarzy się Polska poza jej granicami. Wódkę Belvedere.

Jak prawie darmowo ogarnąć nocleg na wyjeździe? Autorski patent Wędrownych Motyli na wykorzystanie luki w procesie rezerwacji noclegu na AirBnb.

Diagnoza bólu dupy: Moi krakowscy koledzy, najnowszą produkcję postanowili poświęcić niegasnącemu tematowi jednej z najpoważniejszych chorób XXI wieku.

 

Klip tygodnia: dobra, ten teledysk nie jest z tego tygodnia, ale nie widziałem go jeszcze na żadnym innym blogu, a obecność Maffashion w tym obrazie jest zdecydowanie warta odnotowania.Ta buzia, ten brzuch! Śliczniusia!

 

Damska stylówka tygodnia: tym razem złoto zgarnia moja przyjaciół Monika „Co za nogi!” Kamińska. Stworzyła pierwszą w swoim życiu autorską, klasyczną, czarną sukienkę i wygląda w niej tak dobrze, że nawet chyba nie ma sensu jej ściągać.

zdjęcie pochodzi z bloga blackdresses.pl
zdjęcie pochodzi z bloga blackdresses.pl

 

Męska stylówka tygodnia: Adam Szymczak to taki męski odpowiednik odpowiednik Macademian Girl. Na swoim blogu przesadza, daje się ponieść fantazji i nagina wszelkie standardy i ramy mody męskiej. Jeśli lubisz klimat filmów Quentina Tarantino, to powinieneś odnaleźć się w śród jego stylówek.

zdjęcie pochodzi z bloga FASHIONABLE INNOVATIONS
zdjęcie pochodzi z bloga FASHIONABLE INNOVATIONS

 

Fanpage tygodnia: pierwszy oficjalny profil marki, który polecam w tym zestawieniu. I to jakiej marki – środka na potencję! Bez silenia się na metafory, dochodzenie do tematu po nitce do kłębka i zastanawianie się przed 3 dni przed publikacją posta, czy to wypada. Prosto, nieraz prostacko, ale dobitnie i – co najważniejsze – śmiesznie!

 

Jeśli kojarzycie jakieś inne profile marek, które nie przebierają w słowach, tylko walą z przekazem prosto i po twarzy, to podrzućcie. Ciekaw jestem kto jeszcze odważyłby się na tak bezczelną komunikację.