Close
Close

Nie bądź egoistą! Nie używaj prądu w Wigilię i Sylwestra

Skip to entry content

zakupy w święta i sylwestra

Zawsze bardzo mnie cieszy, jak ktoś traktuje Demotywatory, Kwejka albo inny śmietnik z memami jako źródło wiedzy życiowej, bo prawie za każdym razem to świetny temat na bloga. Nie inaczej jest w tym przypadku. Powyższy obrazek stał się hitem internetu – ponad 33 000 udostępnień na Fejsie i fala żali, jakie to nieludzkie mieć czelność robić zakupy w Wigilię Bożego Narodzenia i w Sylwestra. Bo przecież to dni tuż przed świętami i na dobrą sprawę powinny być ustawowo wolne, bo… bo tak! A jak się nie zgadzasz, to jesteś zwykłą, bezduszną, kapitalistyczną świnią!

Nic bardziej mylnego. Przede wszystkim…

 

Jeśli ludzie w te dni nie robiliby zakupów, to część tych pracowników by zwolniono

To nie jest tak, że właściciel sklepu daje komuś zmianę w święto, dzień przed świętem, dzień po, czy w poniedziałek – który jak wiadomo jest dniem straszniejszym niż twarz Donatelli Versace – bo ma taki kaprys i nie wie co zrobić z pieniędzmi, a składanie z nich origami przestało być zabawne. Nie. Właściciel zatrudnia określoną liczbę pracowników, bo wie, że tyle osób jest potrzebnych, aby obsłużyć wszystkich klientów. I jeśli wzrasta popyt na jego produkty, zatrudnia więcej personelu, żeby obsłużyć wszystkie zamówienia, tym samym, dając ludziom pracę.

Wiedząc o powyższej zależności, wyobraź sobie co się stanie, gdy klienci przestaną robić zakupy w święta, soboty i inne losowo wybrane przez personel dni? Yhy, właśnie tak, okaże się, że część pracowników jest ZBĘDNA.

Innymi słowy, osoby pracujące w święta nie powinny narzekać, ci ludzie…

 

Powinni się cieszyć, że mają pracę

No chyba, że są obrażonymi na wszystko nierobami z roszczeniową postawą do życia, którzy uważają, że to cały świat jest winny, że mają gównianą pracę.

W innym przypadku, jeśli nie pasuje im obecna specyfika zatrudnienia, to po prostu…

 

Niech się zwolnią

Lub zmienią pracę. Albo w ogóle podniosą kwalifikacje, zdobędą nowe kompetencje i zupełnie zmienią branżę. Od dłuższego czasu jest większe zapotrzebowanie na informatyków, niż ich podaż, a wynagrodzenie co najmniej dwukrotnie wyższe, niż za siedzenie na kasie. I ani nie musisz mieć książeczki sanepidowskiej, ani drogich uprawnień na obsługę wózków widłowych, tylko internet. A jeśli udostępniłeś ten obrazek na Fejsie, to chyba go masz, co?

Przy okazji, za tą zmianą idzie również zmiana mentalności, bo jeszcze nie słyszałem, żeby programiści masowo się żalili, że muszą zarabiać pieniądze w środę popielcową. I jak jesteśmy już przy innych zawodach, to…

 

Co z lekarzami, policjantami i pracownikami elektrowni?

Kierowcami autobusów, strażakami, operatorami telefonicznymi i dziesiątkami innych zawodów, które są wykonywane niezależnie od pory dnia i roku? Czy oni nie mają rodzin? Czy w związku z tym, oni przychodzą do pracy bez względu na wszystko, ludzie nie powinni przemieszczać się, wzywać karetek, zgłaszać przestępstw, czy rozmawiać przez telefon 24-go i 31-go grudnia? Czy osoby czuwające nad zapewnieniem nam wody, gazu i prądu w mieszkaniach, też powinny wrzucić na Demotywatory grafikę nawołującą, aby nie gotować, nie myć się i nie oglądać telewizji, bo oni chcą iść na imprezę sylwestrową?

Mam nadzieję, że każdy, kto udostępnił obrazek z nagłówka, zastosuje się też do powyższych zaleceń. Inaczej jest niewrażliwym egoistą.

autorem zdjęcia w nagłówku jest renny67
(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

8 aplikacji na zgrabny telefon z dużym wyświetlaczem

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Huawei

Telefony komórkowe już od dawna nie służą tylko do dzwonienia. W zasadzie nigdy nie służyły, bo kiedy pojawiły się pierwsze modele wielkości zdrowego noworodka, to koszt minuty rozmowy był tak astronomiczny, że aparaty i tak bardziej służyły do lansu niż dzwonienia. To pierwsze nadal się nie zmieniło, ale kto ma telefon z Androidem, ten wie, że można go wykorzystać też do kilku innych, przydatnych rzeczy. I na dobrą sprawę, im większy wyświetlacz, tym więcej zastosowań można mu znaleźć.

Od jakiegoś czasu bawię się Huaweiem Ascend Mate 7 (gotowym pod nowego Andorida Lolipop), który ma aż 6-calowy ekran i przygotowałem zestaw aplikacji, które warto mieć na tego typu sprzęcie.

 

VSCO CAM

VSCO CAM Android (2)

VSCO CAM Android (1)

Prosty, wygodny i przede wszystkim efektowny zestaw filtrów do zdjęć. Po systemowej edycji, w postaci przycinania i obracania, to moje podstawowe narzędzie pracy przy tworzeniu relacji z wyjazdów. Nawet z najbardziej zwykłej i nudnej foty jest w stanie wyciągnąć coś interesującego, na co ostatecznie chce się patrzeć. Polecam wszystkim, którzy lubią robić zdjęcia, ale nie mają ambicji pracować w Vogue, bo póki co, nie ma nic lepszego dla amatorów.

 

TVN player

Android TVN Player

Na 6-ciu calach już da się coś obejrzeć bez trwałego wytrzeszczu oczu. Kuba Wojewódzki dobrze sprawdza się podczas awarii PKP, Magda Gessler przy pichceniu w kuchni, a Gosia Rozenek jako substytut nauk przedmałżeńskich. Bądźmy szczerzy, i tak wszystko sprowadza się do polerowania patelni i przeczyszczania komina.

 

Jakdojade.pl

Android Jak Dojadę

Część czytających wyśmieje ten akapit, stwierdzając, że posiadanie tej apki w telefonie to oczywista oczywistość, a reszta będzie przeszywać lustro pytającym wzrokiem, zastanawiając się jak mogła bez niej żyć. To dla tych drugich. Zwłaszcza, jeśli pierwszy raz wybieracie się do Krakowa i będziecie przemieszczać się komunikacją miejską z przesiadką na Rondzie Mogilskim. Uwierzcie, że system nawigacji pokazujący jak dojść na właściwy przystanek, który nazywa się tak samo jak 7 pozostałych, uratuje Wam tyłek.

 

Angry Birds Go!

Angry Birds Go

Grałem w wiele odmian „Wściekłych ptaków”, od klasycznej, przez „Gwiezdne Wojny”, po „Transformersy” i żadna nie daje tyle radochy z grania co wersja z wyścigami. Nie jest to co prawda „Mario Kart”, ani nawet „Crash Team Racing”, ale jak na darmówkę na telefon, to straszny kozak! Grywalność bardzo duża, grafika bardzo ładna, a scenariusz rozwoju bardzo wciągający. Za każdym razem mówię, że pyknę tylko jedną trasę i okazuje się, że minęło pół godziny.

 

Pocket

Androida Pocket

Na Ascend Mate 7 przydaje się z tego względu, ze na tym sprzęcie da się faktycznie sensownie czytać dłuższe treści. I bardzo wygodnie jest sobie pododawać artykułu na stacjonarce, a potem walnąć się na kanapie i w spokoju kontemplować dramat neurobiolożki z Wrocławia, czy epokowe dzieło Poli Dwurnik o wyjściu do klubu. W podróży Polskim Busem też się sprawdza. Oczywiście, jeśli masz dane pakietowe, bo na „darmowe wi-fi” nie masz co liczyć.

 

LookBook

Najczęściej stąd biorę stylówki do „Cotygodniowego Przeglądu Internetu”. Ciuchy z całego świata fotografowane w niecodziennych, często egzotycznych sceneriach. Nawet jeśli nie śledzisz modowych trendów, ani nie jesteś fanem turystyki, to świetne ubrane szafiarki nietuzinkowej urody powinny pobudzić Twój zmysł estetyki. No i czasem można podpatrzeć u kogoś dobre buty.

 

Linijka

Android linijka

Duży wyświetlacz, dużo mierzenia. „Jeśli wiesz co mam na myśli” cytując Jasia Fasolę.

 

Skype

Android Skype

Możecie się śmiać, ale bardzo późno dowiedziałem się, że można mieć Skype’a na telefonie i de facto, dzwonić sobie za friko albo prowadzić spontaniczne wideo-rozmowy gdziekolwiek. A nie tylko w domu na kamerce podpiętej do stacjonarki. Ale jak się już dowiedziałem, to korzystam na bieżąco i często, bo rozmiary ekranów w telefonach dojrzały już do tego, by komfortowo korzystać z tej apki. I widzieć czy ktoś za Twoim rozmówcą przypadkiem nie myje zębów.

 

To tyle ode mnie, jeśli chodzi o aplikacje na Androida w sprzęcie wielkości Ascend Mate 7, czyli dużym, ale wciąż możliwym do obsługi jedną ręką i nie utrudniającym dzwonienia. Starałem podejść się do tematu dość przekrojowo i nie skupiać tylko na programach graficznych lub tylko na grach, ale pokazać z czego korzystam najczęściej. Nie mniej, wiem, że w tej kwestii jest jeszcze dużo do powiedzenia i została ona zaledwie liźnięta.

Jeśli macie swoje typy aplikacji, które trzeba mieć w telefonie z dużym wyświetlaczem, wrzućcie je w komentarze, z jednym zdaniem wyjaśnienia o co cho.

Długo zastanawiałem się, czy poruszyć ten temat na blogu, bo intuicyjnie czułem, że spotkam się ze sporą dozą nierozumienia. Po pierwsze, przez długi czas sam miałem trudności z zajęciem stanowiska w tej sprawie, bo przesłanki z obu stron wydawały mi się sensowne. Po drugie, Wasza perspektywa – konsumentów treści, jest diametralnie inna niż moja – twórcy. Mimo, że mamy punkty styczności, to jednak patrząc globalnie, trochę jakbyśmy byli prostymi równoległymi.

No, to teraz wskoczycie na chwilę na moją trajektorię lotu.

W kółko słyszę, że kasowanie negatywnych komentarzy i banowanie ludzi to komunistyczna cenzura, zamach na wolność słowa i ocieranie się o nazizm. Bo Hitler też nie tolerował krytyki. Oprócz tego był wegetarianinem i malował obrazy, ale jakoś ten argument nigdy nie pada jako kontra do nie zabijania zwierząt, czy zajmowania się sztuką wizualną. I mam wrażenie, że takie poglądy głoszą tylko osoby, które jedyne za co mogłyby zostać skrytykowane, to zły dobór krawatu do koszuli albo zbyt wiele rodzynek w serniku.

Bo, co tak naprawdę daje krytyka?

Krytyka daje informację krytykowanemu, że robi coś źle. Że jego muzyka, film, drzeworyt, spaghetti nie podoba się odbiorcy. Jednemu. Nie wszystkim, bo wszyscy nigdy nie zabierają głosu. Obrazując to na moim przykładzie – każdy wpis czyta średnio 3000 osób, komentarzy jest przeciętnie 30. Kto zdał choćby podstawową maturę z matematyki, ten wie, że to 1% całości. Tak, 1% czytelników wyraża opinię na temat tego, co przeczytało.

Nawet jeśli wszystkich 30 komentujących negatywnie odnosiłoby się do treści posta, co można wywnioskować na tej podstawie? Że to beznadziejny tekst, czy że akurat jednemu procentowi czytających nie przypasował? A jeśli nie przypasowało, to co konkretnie? Co należy zmienić, żeby już było dobrze i żebyśmy wszyscy żyli w zgodzie i harmonii, aż jednorożce nie zaczną latać? Próżno szukać odpowiedzi w komentarzu „słabe te twoje wypociny”, czy „takiego gówna to nawet Augiasz w stajni nie miał”.

Krytyczne uwagi dają twórcy poczucie, że jest w dupie, tylko nie wiadomo w jakiej.

Jest oczywiście jeszcze tak zwana „konstruktywna krytyka”. Tym powiedzeniem, jak orzeczeniem o grupie inwalidzkiej w poczekalni do lekarza, machają wszyscy hejterzy, którzy chcieliby dopierdolić autorowi pod osłoną dobrych intencji i dokładania swojej cegiełki w budowaniu lepszego świata.

Farmazon, frazes, kłamstwo.

Prawdziwie konstruktywną krytykę może wyrazić jedynie osoba będąca co najmniej na Twoim poziomie w danej dziedzinie. A jeśli faktycznie ma przyczynić się do rozwoju tego co robisz, to lepsza od Ciebie. Czemu? No choćby dlatego, że odkąd świat istnieje, to mistrzowie uczą uczniów, a nie na odwrót i jeszcze nie słyszałem o tym, żeby ktoś z setki Forbesa czerpał rady od studenta pierwszego roku zarządzania. Jeśli nie jesteś asem w mojej materii i sam nie osiągnąłeś więcej niż ja, czemu miałbym przyjmować od Ciebie rady? Myślisz, że Messi powinien traktować serio uwagi dzieciaków kopiących piłkę na podwórku?

Dzięki za zaangażowanie, ale jeśli nie jesteś lepszy ode mnie, to mi nie pomożesz.

Spytacie pewnie, skąd w takim razie twórca ma wiedzieć, że robi coś źle, skoro opinia odbiorców jest mało istotna? Odpowiedź jest wyjątkowo banalna – po statystykach. Nagrywasz muzykę, która nikomu się nie podoba? Koncerty zaczynają świecić pustkami. Poniosło Cię na manowce artystycznej żeglugi i twoje prace przestały mieć „to coś”? Dobrze o tym wiesz, bo się nie sprzedają. Straciłem polot, a moich tekstów nie przedrukowaliby nawet w „Fakcie”? Widzę to momentalnie po statystykach odwiedzin.

Naprawdę, prosta matematyka bardzo chłodno i merytorycznie oznajmia, że autor robi coś źle.

Dlatego właśnie krytyka od odbiorców jest zupełnie niepotrzebna. Bo nie daje nic poza zniechęceniem do pracy. A to zawsze ma negatywne skutki dla obu stron.

autorem zdjęcia jest Jenn and Tony Bot