Close
Close

Nie jadłem mięsa przez miesiąc. Przeżyłem

Skip to entry content

Poniosło mnie jak Luxurię Astaroth u Wojewódzkiego i zrobiłem sobie postanowienie, że przez cały listopad nie będę jadł mięsa. Nie chcę się powtarzać, więc jeśli interesuje Was powód dla, którego podjąłem to wyzwanie, to wszystko w tekście „Miesiąc bez mięsa”. W skrócie, chciałem sam się sprawdzić, czy dam radę i zobaczyć, czy wegetarianizm coś daje. Przeżyłem, nie umarłem, wytrzymałem, minął miesiąc i wypadałoby odpowiedzieć na kilka pytań związanych z tym, jak to było.

Zacznijmy od najbardziej oczywistego, które z pewnością nurtuje wszystkich, chcących zrobić to samo, czyli…

 

Czy trudno było zacząć?

Trudno, ale nie z powodów przyzwyczajeniowo-uzależnieniowych, a, że tak powiem, rodzinnych.

1-szy listopada to Dzień Wszystkich Święty, w związku z czym wróciłem do domu na weekend, w związku z czym, mama przygotowała jedzenia jak dla trzech jednostek wojskowych, w związku z czym nie było szans, żeby jej wytłumaczyć, że „mamo, ale ja od dzisiaj nie jem żadnych, ale to żadnych zwierzątek”, w związku z czym zaliczyłem falstart, w związku z czym musiałem ruszyć z akcją dwa dni później jak już wybyłem od rodzicielki. Niestety, ale siła wyższa.

Jak już tego 3-go listopada obudziłem się w Krakowie, to nie miałem jakichś większych trudności, żeby podarować sobie szyneczkę na śniadanie. I dnia następnego też. I następnego, i następnego, i następnego, i tak, aż do dzisiaj. Poszło całkiem gładko i bez niespodziewanych zwrotów akcji.

Pewnie zastanawiacie się…

 

Co jadłem zamiast mięsa?

Głównie przerabiałem „normalne” przepisy na wegetariańskie po prostu usuwając z nich mięcho, ale nie ukrywam, że ze sporą pomocą przyszedł mi też polecany przez Was blog Jadłonomia.

Ale konkrety, konkrety, bo takie pitolenie to nikogo nie obchodzi.

Przede wszystkim jadłem sporo sera i szpinaku. Tagliatelle z lazurem i szpinakiem, lazania szpinakowa, pierogi ze szpinakiem i fetą i inne wariacje na ten temat. Z własnych dokonań kulinarnych niezwierających ulubionego składnika Popeye’a, jestem szczególnie dumny z wegetariańskiego burrito. Polega na tym, że robisz dokładnie to samo co zwykłe, tylko zamiast przemielonej świnki wrzucasz więcej fasoli. Poza własnym pichceniem, moimi przyjaciółmi były burgery wegetariańskie na mieście, ale to materiał na cały oddzielny wpis, więc tylko powiem, że bywało z nimi różnie i nie wszystkim knajpom to wychodzi.

To były opcje obiadowe. Co do kolacjowych, to bardzo polubiłem kremy z brokułów, dyni i w zasadzie wszystkiego innego, co da się zmiksować na jednolitą papkę. Jeśli natomiast chodzi o śniadania, to tu nie było żadnych odkryć godnych Nobla. Albo jajecznica, albo kanapki z kozim serem, albo pomidor z mozzarellą, albo omlet, albo tosty z goudą i rukolą. No raczej standard.

Czas żebym przeszedł do meritum i powiedział Wam…

 

Jakie miałem trudności w przetrwaniu tych 30 dni?

Kompletnie się tego nie spodziewałem i przyznam, że byłem szczerze zaskoczony, ale…

 

[jesteście na to gotowi?]

 

[jeśli nie poszliście po popcorn, herbatę, albo pies szarpie Was za nogawkę, bo musi wyjść na dwór, to ostania chwila]

 

[dzwonki w telefonie wyciszone, pokój zamknięty, rolety zaciągnięte?]

 

…nie miałem kompletnie żadnych trudności z tym, żeby wyeliminować mięso z diety na cały miesiąc. Serio! Przy moim wcześniejszym trybie życia i żarciu mięcha przy każdej możliwej okazji, nawet jako przegryzka do filmu, spodziewałem, że to będzie ciągła walką z samym sobą. A przynajmniej starymi nawykami i faktem, że często ktoś jadł przy mnie kotlety, szynki, kiełbasy i kanapki z hajsem. To znaczy z salami.

Ani nie śliniłem się na widok jajecznicy na podwawelskiej, ani nie rzucało mną, gdy ktoś rozcinał schabowego przy mnie, ani nawet wzrok mi specjalnie nie skręcał, kiedy mijałem dział mięsny podczas zakupów. Wynikało to chyba z tego, że wegetariańskie potrawy, które jadłem, były na tyle dobre i sycące, że nie czułem jakiegoś dyskomfortu ani psychicznego, ani fizycznego.

Jedyne nieudogodnienie, jakie pojawiało się w trakcie tego listopada, polegało na tym, że zdarzało mi się zapomnieć o moim postanowieniu. I przypomnieć ułamek sekundy przed złożeniem zamówienia, gdy kelnerka chciała je zapisać. Z perspektywy trzeciej osoby musiało wyglądać to dość komicznie, kiedy chciałem powiedzieć „poproszę devolaya” i tuż przed wypowiedzeniem literki „d” robiłem grymas jakby mnie podłączono do linii wysokiego napięcia, po czym nienaturalnie pobudzony rzucałem „a nie, nie, przepraszam, muszę się jeszcze chwilę zastanowić”.

Starość nie radość, pamięć nie zdjęcie wrzucone do internetu – nie zostaje na zawsze. Nie mniej, na szczęście ani razu nie zdarzyło mi się zapomnieć i włożyć jakiegoś kurczaka do ust.

Dobra, nie było jakichś specjalnych problemów, ale…

 

Czy widzę jakieś efekty z tego, że nie jadłem mięsa?

To z kolei mnie jakoś specjalnie nie zdziwiło, ale…

 

[pobawimy się jeszcze trochę w napisy w kwadratowych nawiasach?]

 

[może jakiś niepoprawny politycznie suchar dla rozładowania napięcia?]

 

[na przykład ten: czemu mężczyźni nie mają cellulitu?]

 

[wiecie?]

 

[bo to brzydko wygląda, hehehe]

 

[że co, że nie śmieszny?]

 

[aaa, niech Wam będzie]

 

…nie widzę większej różnicy między spożywaniem, a niespożywaniem zwierząt.

Popełniłem duży błąd, bo nie zrobiłem sobie badań przed rozpoczęciem eksperymentu i po, ale z własnych oględzin, nie zauważyłem, ani żebym schudł, ani dostał jakiegoś specjalnego kopa. Nie wiem na ile to faktyczny wpływ wegetarianizmu, a w jakim stopniu to autosugestia, ale (jakkolwiek dziwnie to brzmi) czuję się „lżej”. I mówiąc „lżej”, nie wiem jak to bardziej obrazowo doprecyzować, ale po prostu mam wrażenie, że jestem jakby ciut lżejszy i mniej zalega mi w żołądku.

Zdaję sobie sprawę z tego, że 30 dni, to zdecydowanie za mało na jakieś wymierne efekty i jednoznaczną odpowiedź na egzystencjalne pytanie „jeść mięcho, czy nie jeść mięcha?”, dlatego chwilę zastanawiałem się…

 

Co dalej?

Z tej całej akcji najbardziej cieszy mnie to, że odzależniłem się (jeśli nie ma takiego słowa, to właśnie je wymyśliłem) od mięsa. Wcześniej nie mieściło mi się w głowie, jak można nie zjeść przez cały dzień kurczaka albo krowy, a obiad bez kotleta był jak banknot 300-złotowy. Nie istniał. Teraz zupełnie nie mam z tym problemu, w związku z czym, wrócę do zwierzątek tylko częściowo. Powiedzmy, że będę jadł mięso maksymalnie 4 razy w tygodniu. Myślałem o tym, żeby pociągnąć wege-wyzwanie jeszcze 2 miesiące i dobić do kwartału, ale jednak zbyt lubię włoskie szynki i prawdziwe, wołowe burgery.

Tak, czy inaczej, polecam każdemu kto jest uzależniony od mięsa zrobić sobie taki 30-dniowy eksperyment i zobaczyć, że bez niego też da się żyć. I to wcale nie w jakichś mękach i bólach (a jeśli jeszcze będziesz do tego jeść siemię lniane, to szybciej urosną Ci włosy).

I jeszcze jedno, kiedy pisałem Wam o moim postanowieniu, kilka osób zadeklarowało, że przyłączy się do mnie i też je podejmie, jak Wam poszło?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Flood G.
(niżej jest kolejny tekst)

91
Dodaj komentarz

avatar
36 Comment threads
55 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
47 Comment authors
selavievaJoanna MariaAngelika Gugułkachiyome.blogspot.comMadix Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ania Abakercja
Gość

a ryby jadłeś?

Jan Favre
Gość

Tak, 4 razy zjadłem łososia, bo dostałem zapewnienie od dwóch wegetarian, że to nie mięso i że można.

Kasia Kasieńka
Gość
Kasia Kasieńka

Właśnie, jak to jest? Krówek nie można jeść, a rybki można, bo co? Rybki nie mają uczuć, czy o co chodzi?

Jan Favre
Gość

Tu nie chodzi o uczucia, tylko o wnętrze. Ryby to nie mięso. Przynajmniej z tego co ustaliłem.

Kasia Kasieńka
Gość
Kasia Kasieńka

I w przypadku krówki i w przypadku rybki trzeba zabić żywe stworzenie. Nie jestem wegetarianką, nie mam też nic przeciwko nim, tylko zastanawiam się skąd taki podział. Wszak rybkom też jest niemiło, kiedy muszą się powstrzymywać od radosnego pluskania w tescowej wannie.

Jan Favre
Gość

Tylko, że tu się sprawa nie rozgrywała o to, czy stworzonkom jest przykro, tylko jaki one mają wpływ na organizm ludzki i rybki jest mają zdecydowanie inny niż zwierzątka chodzące, czy latające.

Kasia Kasieńka
Gość
Kasia Kasieńka

No tutaj się z Tobą, Janku, zgodzę, zdecydowanie rybki są lżejsze. Nadal jednak uważam, że ryba to też mięsko. Bardzo smaczne mięsko :D Aż zgłodniałam, co o tej porze jest nieprzyzwoite.

Dee
Gość
Dee

Ryby to mięso i nie ma co z tym dyskutować. Sama we wczesnym okresie wegetarianizmu popełniłam taka gafę z rybami, bo patrzyłam właśnie przez pryzmat religii, a nie faktów. Ryba to zabite stworzenie czyli mięso (tak w skrócie).

szarri
Gość
szarri

„Ryby to nie mięso” wyłącznie w ujęciu religijnym (w sensie – są postne). Wegetarianie – tacy bez cudzysłowu – ryb nie jedzą ;) Nie jedzą też mięczaków, owadów ani niczego, co należy do królestwa zwierząt.

Heronika
Gość

Okej, tę dyskusję trzeba raz na zawsze wyjaśnić. Ryby to mięso. Normalnie, biologicznie, no błagam was. Dlaczego niektórzy wegetarianie jedzą ryby? Bo nie są wegetarianami. Wegetarianie nie jedzą ryb ani kurczaczka ‚raz na jakiś czas’. Dlaczego ryby nie są uważane za mięso? Bo BYŁY postne. Jedzenie postne nie równa się wcale nie jedzeniu mięsa. W czasie postu chodzi o to by jeść skromnie, prosto…POSTNIE. W dawnych czasach, Chrystusowych jeszcze, ryby były najtańszym jedzeniem, były proste i dla biednych. Dlatego je jedzono. Nasz post jest sztucznym postem. Jedząc łososia ze szpinakiem i serem NIE POŚCISZ. Już prędzej będziesz pościł jedząc suchą… Czytaj więcej »

Katsunetka
Gość

Nie wiem czy bym podołałam, mi już wystarczy przymus rezygnacji z glutenu. Chyba nie miała bym co jeść przy tym jako wegetarianka. Podziwiam Cię za podjecie wyzwania i wytrwanie. :)

Jan Favre
Gość

Dzięki, dzięki, ale naprawdę nie było tak trudno. Gorzej byłoby z dietą Stachursky’ego :D

Katsunetka
Gość

A co to za dieta? Albo może wolę nie wiedzieć, teraz tyle tego się narobiło. :)

Dotee
Gość

Miałabyś, bezglutenowych dań wege jest chyba więcej niż mięsnych:) jest ich tyle że sama ostatnio rzadko kiedy jem gluten, chociaż nie jestem na żadnej specjalnej diecie.

Nishka
Gość

Mój eksperyment trwa już z [liczy] 6000 dni:))) I żyję i mam się dobrze :)

Jan Favre
Gość

Ej, musiałem aż na kalkulatorze liczyć ile to jest ;)

Dzikie Ziemniaki
Gość

Hehe, mój eksperyment też jakoś się tak przeciągnął… od 1999 roku :) Żyję, a nawet daję życie – wielkie dziecko urodziłam (4300 g).

Edyta Lech
Gość

Nie mogę zrezygnować z mięsa. Próbuję przytyć. Nawet zmusiłam się do przejadania. Efektów na razie brak. :(

Jan Favre
Gość

Hmmm, dietetykiem nie jestem, ale białe pieczywo, w kółko makaron, słodycze i siedzący tryb życia powinny załatwić sprawę.

Edyta Lech
Gość

Nie jem nic poza białym pieczywem, makaronem, mięsem, kawą i słodyczami, nie uprawiam sportu, nie mam ciężkiej pracy, w której mogłabym spalać kalorię, a i tak nie tyję. Taki nieprzydatny dar od Boga. :) Teraz próbuję się przejadać. Kto wie, może zadziała.

Jan Favre
Gość

Właśnie widzę jak 90% lasek z Kafeterii układa Ci stos i podkłada ogień z zazdrości :D

Hubert Górowski
Gość
Hubert Górowski

Ten sam problem, ale z męskiej strony. Jem i nie potrafię nabrać masy. Co robić, jak żyć?

Martyna Lipiec
Gość

Współczuję, jak chcesz to możemy się zamienić. :D

Edyta Lech
Gość

Białko od koksów ze stoiska w supermarkecie plus siłownia? Może pomogą wyrobić masę? :)

Monika Loryńska
Gość

Poczekaj, aż będziesz miała 50-tkę, będziesz kombinować jak wrócić z powrotem do tej wagi, którą masz teraz :)

Edyta Lech
Gość

To mi nie grozi. Ja nie dożyję trzydziechy. :D

Jan Favre
Gość

Widzę, że rozmowa idzie w coraz bardziej radosnym kierunku :D

Bartek Garnuch
Gość

Czytałem to zajadając się burgerem. Wspaniałe uczucie.

Jan Favre
Gość

Jesteś okrutny!

Bartek Garnuch
Gość

Ale za to jak najedzony!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

11 wkurzających zachowań u współlokatorów

Skip to entry content

Ci co czytają czytają mnie trochę dłużej, niż od tekstu o drwaloseksualnych (straszne słowo), znają z pewnością moje zamiłowanie do przeprowadzek i wiedzą, że w maju przewoziłem swoje graty po raz 15-ty. W trakcie tej tułaczki po kamienicach, akademikach i blokach w Krakowie, dane mi było mieszkać w sumie z kilkudziesięcioma osobami wszystkich płci i większości orientacji seksualnych. Jedni byli świetnymi kompanami do opróżniania butelek, a drudzy do rozbicia im ich na głowie, a przebywanie z nimi w jednej szerokości geograficznej było bardziej uciążliwe, niż angina latem.

Dziś zajmiemy się tymi drugimi. Wiecie co najbardziej wkurzało mnie u współlokatorów?

 

#1 – Podjadanie jedzenia

Wjeżdżamy z grubej rury. Wiele jestem w stanie wybaczyć – i jak ktoś mówi „spoczi”, i jak nie wie, że Sosnowiec to nie Śląsk, i nawet jak puści Jeden Osiem L będąc święcie przekonanym, że to dobry rap. Ale są pewne granice. Jak ktoś mi tknie moją półkę w lodówce bez pytania, to łamię palce, przywiązuję do krzesła i puszczam wystąpienie Joanny Senyszyny zapętlone do wersji 10-godzinnej.

 

#2 – Okupowanie łazienki

Zwłaszcza, gdy wanna i muszla są w tym samym pomieszczeniu. Ja rozumiem, że ktoś jest psychofanem higieny. Serio, kumam, że moczenie pośladów i golenie nóg w tempie włosek na minutę jest super, ale na miłość Łysego z Brazzers, nie o 8 rano, gdy inni chcieliby oddać matce naturze to, co jej, przed pracą!

 

#3 – Niemycie się

Nie chcę się zalać rzewnymi łzami wracając do tego wspomnienia, więc poprzestańmy na tym, że to totalne przeciwieństwo poprzedniego punktu.

 

#4 – Składanie ślubów milczenia

Czyli ludzie duchy, którzy tylko przemykają między drzwiami swojego pokoju, a wejściowymi, a najdłuższa wypowiedź, jaką możesz od nich usłyszeć, to „cześć”, gdy przypadkiem trafisz na nich w kuchni. Na szczęście zdarzyło mi się tylko dwukrotnie mieszkać z takimi pustelnikami, nie mniej, to unikanie kontaktu za wszelką cenę i udawanie, że żyje się obok było strasznie męczące.

 

#5 –  Finansowy Alzheimer

Dotyczy sytuacji, kiedy jesteś tą pechową osobą, która ma przelewać właścicielowi hajs za całe mieszkanie. I co miesiąc musisz się prosić o czynsz, tak jakby ta kasa szła co najmniej do Ciebie. I tak się składa, że jeden z Twoich współlokatorów, mimo, że ma ledwo dwadzieściakilka lat, to już w tak młodym wieku cierpi na alzheimera. I bidulkowi zawsze się zapomni, że trzeba zapłacić, że to dziś i, co więcej, że co miesiąc to ten sam dzień i ta sama kwota.

 [emaillocker]

#6 – Robienie z mieszkania noclegowni

W piątek wpadł kuzyn z narzeczoną na weekend, bo we wtorek mieli coś tam do załatwienia w Krakowie. W środę przyszła koleżanka po notatki i tak się zagadała, że nie miała jak wrócić. W czwartek znajomy wracał z Londynu po roku emigracji. Został do niedzieli. W poniedziałek żal się zrobiło bezdomnego pod monopolowym, to przecież wiadomo, że może przekimać kilka nocy u nas. Bo mieszkanie to przecież taki eufemizm przytułku.

 

#7 – Magazynowanie słoików

Puste, pełne, nieważne. Ważne, że są WSZĘDZIE, bo przecież trudno wymagać od dorosłej osoby, mieszkającej poza rodzinnym domem, żeby potrafiła gotować prawda?

 

#8 – Robienie imprez bez zapowiedzi

Jestem ostatnią osobą, która ma coś przeciwko spotkaniom towarzyskim, ale są momenty, kiedy melanż jest niewskazany. Na przykład kiedy jest środek nocy, a Ty za kilka godzin musisz wstać do pracy i być w życiowej formie, bo masz spotkanie z klientem, na którym będziesz prezentował projekt za 120 000 złotych. Albo, gdy to 8 impreza w tym tygodniu.

 

#9 – Wprowadzanie godziny policyjnej

Mimo, że kompletne przeciwieństwo poprzedniego zachowania, to równie irytujące. Bo powiedz, że nie wkurza Cię, gdy ktoś w piątek, świątek, a zwłaszcza w sobotę idzie spać o 20:00 i wymusza na Tobie grobową ciszę, robiąc aferę za każdym razem, kiedy odkręcisz wodę w łazience albo głośniej mlaśniesz ustami. Ona chce spać, więc powinieneś przestać oddychać.

 

#10 – Dzielenie się orgazmami

Seks jest spoko. Co prawda nie miałem jeszcze okazji samemu się o tym przekonać, ale tak mówią bliscy znajomi, więc im wierzę. Mimo wszystko, wydaje mi się, że jest najbardziej spoko, kiedy nie angażujesz do niego osób trzecich, które nie mają na to ochoty. Na przykład waląc pięścią w ścianę graniczącą z kuchnią i drąc się „ja pierdolę, dochodzę, dochodzę, do-ooo-ooo-ooo-chodzę”, gdy inni domownicy akurat gotują obiad.

 

#11 – Niesprzątanie

Wanna oblepiona włosami, miniaturka Krzywej Wieży w Pizie z brudnych kubków w zlewie, wały przeciwpowodziowe z pełnych worków ze śmieciami i udawanie, że kłęby kurzu na podłodze, to chmury burzowe, które same znikną, to cienie mocno przysłaniające blaski mieszkania ze współlokatorami.

 [/emaillocker]

Cotygodniowy Przegląd Internetu #2: pieniądze, „Gwiezdne Wojny” i Make Life Harder

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Marcelo Braga
autorem zdjęcia jest Marcelo Braga

Tematy w drugim odcinku „Cotygodniowego Przeglądu Internetu” nieco bardziej serio niż w pierwszym, bo jest trochę o pracy, pieniądzach i najbardziej kultowej serii filmów fantastyczno-naukowych. Ale żeby nie było, że same poważne rzeczy, to fanpage, klip i gry tygodnia starają się to balansować.

 

Ile przepłacasz na jedzeniu? Pierwszy skarbnik polskiej blogosfery – Szaffi znany także jako Michał Szafrański – pisze o tym, że Monte w zależności od sklepu, może kosztować nawet 71% więcej. Brzmi śmiesznie dopóki nie przełożysz sobie tej zależności na cały koszyk z zakupami.

Pierwsze miasto wolne od reklam: władze francuskiego miasta Grenoble postanowiły usunąć z ulic wszystkie billboardy, a w ich miejscu posadzą drzewa. Podeślecie tę publikację samorządowcom w swoich miejscowościach?

Jaki język programowania jest najbardziej dochodowy? Jeśli doszło do Ciebie, że studiowanie zarządzania to większa pomyłka, niż wprowadzenie amnestii w 2007 i myślisz o zajęciu się programowaniem, to sprawdź ten tekst.

Jak to jest być korektorem? Najbardziej znana krakowska poprawiaczka przecinków – Ula Łupińska – mówi o tym, jak to jest większość czasu, w którym nie śpi spędzać z nosem w książkach. Książkach, które mają błędy gramatyczne, merytoryczne, a czasem i ortograficzne.

 

Fikcyjny zwiastun nowej części „Gwiezdnych Wojen”: przeleciał po Fejsie jak szafiarka przez wyprzedaż w Zarze, przyprawiając psychofanów serii o palpitację serca.

 

Prawdziwy zwiastun nowej części „Gwiezdnych Wojen”: dopiero nabiera mocy, rozkręcając się w strumieniu aktualności, a już dyżurni na pogotowiach nie nadążają z przyjmowaniem zgłoszeń o zawałach.

 

Najlepsze gry na androida: dobrze zastanów się, czy chcesz zobaczyć to zestawienie,  bo możesz przepaść na kilkanaście godzin. Albo bezpowrotnie.

Klip tygodnia: Rasmentalism szykuje się do nowej płyty i po singlu mogę powiedzieć, że zamawiam z miejsca. Polecam, mimo, że tytuł wybitnie niekrakowski.

 

Damska stylówka tygodnia: mimo, że sweter i zakolanówki to zestaw totalnie prosty, to niewiarygodnie efektowny i seksowny, choć nie oszukujmy się, że modelka też gra tu istotną rolę. Cajmel ogólnie ma w sobie coś takiego hipnotyzującego, że patrząc na nią momentalnie się uspokajam.

zdjęcie pochodzi z bloga Cajmel.pl
zdjęcie pochodzi z bloga Cajmel.pl

 

Męska stylówka tygodnia: znowu zbyt oficjalnie jak na mnie, ale cholera, jeszcze nie widziałem, żeby jakiś facet tak genialnie lewitował jak Quyen Mike, a na jego blogu jest tego więcej.

zdjęcie pochodzi z bloga  quyenmike.com
zdjęcie pochodzi z bloga quyenmike.com

 

Fanpage tygodnia: sztandarowi prześmiewcy Kasi Tusk mieli lekką przerwę, ale wrócili i to z przytupem. Jak zwykle celnie i śmiesznie, aczkolwiek zawsze czytając ich statusy zastanawiam się, czemu nie założą sobie po prostu bloga.

Post użytkownika Make life harder.

 

Ode mnie to wszystko. Jak macie coś ciekawego od siebie, to wiecie co z tym zrobić, a jak znacie jakiegoś Andrzeja to pozdrówcie. Andrzeję w sumie też, bo przecież gender.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!