Close
Close

Nie jadłem mięsa przez miesiąc. Przeżyłem

Skip to entry content

Poniosło mnie jak Luxurię Astaroth u Wojewódzkiego i zrobiłem sobie postanowienie, że przez cały listopad nie będę jadł mięsa. Nie chcę się powtarzać, więc jeśli interesuje Was powód dla, którego podjąłem to wyzwanie, to wszystko w tekście „Miesiąc bez mięsa”. W skrócie, chciałem sam się sprawdzić, czy dam radę i zobaczyć, czy wegetarianizm coś daje. Przeżyłem, nie umarłem, wytrzymałem, minął miesiąc i wypadałoby odpowiedzieć na kilka pytań związanych z tym, jak to było.

Zacznijmy od najbardziej oczywistego, które z pewnością nurtuje wszystkich, chcących zrobić to samo, czyli…

 

Czy trudno było zacząć?

Trudno, ale nie z powodów przyzwyczajeniowo-uzależnieniowych, a, że tak powiem, rodzinnych.

1-szy listopada to Dzień Wszystkich Święty, w związku z czym wróciłem do domu na weekend, w związku z czym, mama przygotowała jedzenia jak dla trzech jednostek wojskowych, w związku z czym nie było szans, żeby jej wytłumaczyć, że „mamo, ale ja od dzisiaj nie jem żadnych, ale to żadnych zwierzątek”, w związku z czym zaliczyłem falstart, w związku z czym musiałem ruszyć z akcją dwa dni później jak już wybyłem od rodzicielki. Niestety, ale siła wyższa.

Jak już tego 3-go listopada obudziłem się w Krakowie, to nie miałem jakichś większych trudności, żeby podarować sobie szyneczkę na śniadanie. I dnia następnego też. I następnego, i następnego, i następnego, i tak, aż do dzisiaj. Poszło całkiem gładko i bez niespodziewanych zwrotów akcji.

Pewnie zastanawiacie się…

 

Co jadłem zamiast mięsa?

Głównie przerabiałem „normalne” przepisy na wegetariańskie po prostu usuwając z nich mięcho, ale nie ukrywam, że ze sporą pomocą przyszedł mi też polecany przez Was blog Jadłonomia.

Ale konkrety, konkrety, bo takie pitolenie to nikogo nie obchodzi.

Przede wszystkim jadłem sporo sera i szpinaku. Tagliatelle z lazurem i szpinakiem, lazania szpinakowa, pierogi ze szpinakiem i fetą i inne wariacje na ten temat. Z własnych dokonań kulinarnych niezwierających ulubionego składnika Popeye’a, jestem szczególnie dumny z wegetariańskiego burrito. Polega na tym, że robisz dokładnie to samo co zwykłe, tylko zamiast przemielonej świnki wrzucasz więcej fasoli. Poza własnym pichceniem, moimi przyjaciółmi były burgery wegetariańskie na mieście, ale to materiał na cały oddzielny wpis, więc tylko powiem, że bywało z nimi różnie i nie wszystkim knajpom to wychodzi.

To były opcje obiadowe. Co do kolacjowych, to bardzo polubiłem kremy z brokułów, dyni i w zasadzie wszystkiego innego, co da się zmiksować na jednolitą papkę. Jeśli natomiast chodzi o śniadania, to tu nie było żadnych odkryć godnych Nobla. Albo jajecznica, albo kanapki z kozim serem, albo pomidor z mozzarellą, albo omlet, albo tosty z goudą i rukolą. No raczej standard.

Czas żebym przeszedł do meritum i powiedział Wam…

 

Jakie miałem trudności w przetrwaniu tych 30 dni?

Kompletnie się tego nie spodziewałem i przyznam, że byłem szczerze zaskoczony, ale…

 

[jesteście na to gotowi?]

 

[jeśli nie poszliście po popcorn, herbatę, albo pies szarpie Was za nogawkę, bo musi wyjść na dwór, to ostania chwila]

 

[dzwonki w telefonie wyciszone, pokój zamknięty, rolety zaciągnięte?]

 

…nie miałem kompletnie żadnych trudności z tym, żeby wyeliminować mięso z diety na cały miesiąc. Serio! Przy moim wcześniejszym trybie życia i żarciu mięcha przy każdej możliwej okazji, nawet jako przegryzka do filmu, spodziewałem, że to będzie ciągła walką z samym sobą. A przynajmniej starymi nawykami i faktem, że często ktoś jadł przy mnie kotlety, szynki, kiełbasy i kanapki z hajsem. To znaczy z salami.

Ani nie śliniłem się na widok jajecznicy na podwawelskiej, ani nie rzucało mną, gdy ktoś rozcinał schabowego przy mnie, ani nawet wzrok mi specjalnie nie skręcał, kiedy mijałem dział mięsny podczas zakupów. Wynikało to chyba z tego, że wegetariańskie potrawy, które jadłem, były na tyle dobre i sycące, że nie czułem jakiegoś dyskomfortu ani psychicznego, ani fizycznego.

Jedyne nieudogodnienie, jakie pojawiało się w trakcie tego listopada, polegało na tym, że zdarzało mi się zapomnieć o moim postanowieniu. I przypomnieć ułamek sekundy przed złożeniem zamówienia, gdy kelnerka chciała je zapisać. Z perspektywy trzeciej osoby musiało wyglądać to dość komicznie, kiedy chciałem powiedzieć „poproszę devolaya” i tuż przed wypowiedzeniem literki „d” robiłem grymas jakby mnie podłączono do linii wysokiego napięcia, po czym nienaturalnie pobudzony rzucałem „a nie, nie, przepraszam, muszę się jeszcze chwilę zastanowić”.

Starość nie radość, pamięć nie zdjęcie wrzucone do internetu – nie zostaje na zawsze. Nie mniej, na szczęście ani razu nie zdarzyło mi się zapomnieć i włożyć jakiegoś kurczaka do ust.

Dobra, nie było jakichś specjalnych problemów, ale…

 

Czy widzę jakieś efekty z tego, że nie jadłem mięsa?

To z kolei mnie jakoś specjalnie nie zdziwiło, ale…

 

[pobawimy się jeszcze trochę w napisy w kwadratowych nawiasach?]

 

[może jakiś niepoprawny politycznie suchar dla rozładowania napięcia?]

 

[na przykład ten: czemu mężczyźni nie mają cellulitu?]

 

[wiecie?]

 

[bo to brzydko wygląda, hehehe]

 

[że co, że nie śmieszny?]

 

[aaa, niech Wam będzie]

 

…nie widzę większej różnicy między spożywaniem, a niespożywaniem zwierząt.

Popełniłem duży błąd, bo nie zrobiłem sobie badań przed rozpoczęciem eksperymentu i po, ale z własnych oględzin, nie zauważyłem, ani żebym schudł, ani dostał jakiegoś specjalnego kopa. Nie wiem na ile to faktyczny wpływ wegetarianizmu, a w jakim stopniu to autosugestia, ale (jakkolwiek dziwnie to brzmi) czuję się „lżej”. I mówiąc „lżej”, nie wiem jak to bardziej obrazowo doprecyzować, ale po prostu mam wrażenie, że jestem jakby ciut lżejszy i mniej zalega mi w żołądku.

Zdaję sobie sprawę z tego, że 30 dni, to zdecydowanie za mało na jakieś wymierne efekty i jednoznaczną odpowiedź na egzystencjalne pytanie „jeść mięcho, czy nie jeść mięcha?”, dlatego chwilę zastanawiałem się…

 

Co dalej?

Z tej całej akcji najbardziej cieszy mnie to, że odzależniłem się (jeśli nie ma takiego słowa, to właśnie je wymyśliłem) od mięsa. Wcześniej nie mieściło mi się w głowie, jak można nie zjeść przez cały dzień kurczaka albo krowy, a obiad bez kotleta był jak banknot 300-złotowy. Nie istniał. Teraz zupełnie nie mam z tym problemu, w związku z czym, wrócę do zwierzątek tylko częściowo. Powiedzmy, że będę jadł mięso maksymalnie 4 razy w tygodniu. Myślałem o tym, żeby pociągnąć wege-wyzwanie jeszcze 2 miesiące i dobić do kwartału, ale jednak zbyt lubię włoskie szynki i prawdziwe, wołowe burgery.

Tak, czy inaczej, polecam każdemu kto jest uzależniony od mięsa zrobić sobie taki 30-dniowy eksperyment i zobaczyć, że bez niego też da się żyć. I to wcale nie w jakichś mękach i bólach (a jeśli jeszcze będziesz do tego jeść siemię lniane, to szybciej urosną Ci włosy).

I jeszcze jedno, kiedy pisałem Wam o moim postanowieniu, kilka osób zadeklarowało, że przyłączy się do mnie i też je podejmie, jak Wam poszło?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Flood G.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • selavieva

    sama nie jadam miesa od 10 lat. Niestety wczesniej nie umialam tak dobrze uzupelnic sobie diety, nie umialam komponowac dan, wiec w pewnym momencie zdecydowalam sie na catering dietetyczny.
    Zamawiam opcje WEGE z http://www.fitandeat.pl od brzezińskich, no i jestem bardzo zadowolona. Wiem ze wszystkie moje dania sa odpowiednio skomponowane, tak zebym nie miala zadnych niedoborow.
    Niestety dieta wege wcale nie jest taka prosta do ogarniecia, bardzo latwo mozna utyc, albo sobie narobic szkod w organizmie. No na szczescie sie juz tak tym nie przejmuje, dzieki cateringowi.

  • Warto podjąć takie wyzwanie, żeby właśnie odciążyć nieco swój żołądek. Nie jestem wegetarianką, ale mięsa generalnie jem dość mało i tez wszyscy się temu dziwią :P Może za jakiś czas dojrzeję do decyzji, żeby całkowicie zrezygnować z mięcha :)

  • Ja nie miałam zamiaru rzucić mięsa. tylko ograniczyć. I od tej pory zjadłam mięso dwa razy i jakoś przestało mi smakować. I tak, nie wyobrażałam sobie zycia bez wędlinek, domowych pasztetów, kurczaka i spaghetti z mielonym. Tak teraz mięso jest mi obojętne/ Chyba że jestem mega głodna a w domu coś robią to pieknie mi pachnie, ale cóż. Zdaje się, że siedzi to w głowie. Jak się zmienia podejście do jedzenia, zaczyna się nim interesować to wtedy łatwo odstawić mięso.

  • Pingback: Cotygodniowy Przegląd Internetu #17: Homer Simpson, Kamil Durczok i Charles Bukowski()

  • tu ciekawy TED o byciu wege w dni powszednie
    http://www.ted.com/talks/graham_hill_weekday_vegetarian

  • To ja jeszcze do tego nie jem nabiału, to dopiero wyzwanie! Człowiek sie do wszystkiego przyzwyczai :)

  • wydaje mi się, że nie miałabym problemu z takim wyzwaniem. Jadłabym non stop makaron i ryż z warzywami i czułabym się jak w niebie haha ;)

  • Nie jem padliny od lutego tego roku i czuję się z tym lepiej niż dobrze :)

  • Kamila Kwaśna

    Ja w sumie od paru ładnych lat nie jem mięsa i dobrze mi z tym.

  • Miamon

    sorry za tak długi komentarz, ale musiałam.
    czytam Twoje wpisy od dawna i każdy jest na tyle dobry, że zawsze miałam ochotę napisać naprawdę długi komentarz, ale powstrzymywałam się szanując Twój czas. dzisiaj sytuacja wymknęła się spod kontroli. o tyle, o ile zawsze idealnie trafiasz w punkt i piszesz tak, że głowię się nad tym czy w nocy nie wyciąłeś mi kawałka mózgu lub w tajemnicy nie wykradłeś mojego pamiętnika, to teraz naprawdę zastanawiam się jak do jasnej cholery udało Ci się zajrzeć do mojej lodówki?! wspólne poglądy i przekonania to jedno, ale żywieniowe eksperymenty? stary, przecież to już level up! zgadzam się z każdym słowem, jakie napisałeś i potwierdzam, że miałam tak samo. gratuluję wytrwałości :)

    • Hahaha, jakbym miał bierzmowanie poprosiłbym Cię o rękę :D

      • Cocoon

        Zapomniałam hasła do tamtego konta, a jak się okazuje odzyskanie go nie jest takie proste, kiedy zapomni się też nazwy maila.
        Późno, bo późno, ale lepiej późno niż wcale – zobaczyłam, że odpisałeś na mój komentarz, więc musiałam założyć nowe konto. Dzięki za odpowiedź, bo zauważyłam, że rzadko odpowiadasz na komentarze, więc bardzo mi miło :) A te ewentualne oświadczyny, to już wgl +1000 pkt do lansu wśród znajomych!

        Tak, rozpowszechniłam Twojego bloga wśród znajomych mówiąc mniej więcej coś takiego: „JEST TAKI ZAJEBISTY KOLEŚ, KTÓRY TWORZY TAKIE TEKSTY, ŻE BANIA MAŁA!!!!! ZOBACZYCIE, ŻE BĘDZIECIE ZBIERAĆ MÓZG Z PODŁOGI”
        I co? Są zachwyceni tak, jak ja :) Przeczytali większość Twoich wpisów i to w sumie zabawne, ale coraz częściej Twoje teksty stają się podsumowaniem różnych wydarzeń i jednocześnie stają się naszymi tekstami. Ostatnio w użyciu było „Czy ja wyglądam jak kasownik?!” i „Jestem zmęczony, mam saharę w ustach i lepię się jak podłoga po dobrej imprezie”

        Dzięki, że żyjesz, że jesteś, że piszesz i rób to proszę częściej, bo nie ma drugiego takiego blogera :)

  • Pingback: simpleNewz - Stay Fly RSS Feed for 2014-12-06()

  • Chyba sobie walnę taki miesięczny challenge jako postanowienie noworoczne… Kto wie, może wpadnie na chwilę, a zostanie na dłużej :D

  • Karo

    Dla mnie, ale bardziej dla mojej drugiej połówki- posiłek bez mięsa to nie posiłek. Ale nie miałabym oporów żeby zrezygnować. Gorzej z rodzinką. Zbliżające się święta i cała reszta a tu polska tradycyjna wieś i pełno mięcha. I jak tu tego nie jeść?!

    • Magdalena Dudzik

      Po prostu – nie jeść. Kupić wielką paczkę kotletów sojowych Orico „a’la drobiowe o smaku schabowego” (nazwa kretyńska, ale są bardzo dobre) i usmażyć ich tyle, żeby jeszcze mięsożernych niedowiarków poczęstować.
      Ludzie, czy naprawdę robienie wszystkiego pod dyktando wszystkich dookoła jest takie super? Konformizm naczelną ideologią młodych ludzi?
      Jeśli ktoś naprawdę nie wie, co jest złego w jedzeniu mięsa, nietrudno się dowiedzieć, ot choćby tutaj: https://www.facebook.com/krzysztof.kicwak/posts/378037542363500

  • Angie

    Postanowiłam nie jeść mięsa ze względu na za dużą ilość przyswojonych materiałów o niehumanitarnym zabijaniu zwierząt, które później trafiają na mój talerz jako kotlet. Nie mówię tego jako maniaczka walki o prawa zwierząt, ale jako osoba, którą po prostu brzydzi takie jedzenie. Wychowana w kręgu mięsożerców, pewnego dnia powiedziałam STOP. Nie mam ochoty jeść krówki, która zamiast 20, na antybiotykach dożywa 4 lat. Póki co dostrzegam tego same plusy. Czuje się o wiele lepiej, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Doskonale rozumiem uczucie „lekkości”. Nie czuje się senna – w końcu organizm nie potrzebuje takich pokładów energii na trawienie. Przy tym kompletnie nie odczuwam potrzeby jedzenia mięsa. W mojej głowie nie czai się głos mówiący „kurcze, zjadłabym kotleta, ale przecież sobie obiecałam”. Makarony, ryże, szpianki i inne zielska w zupełności mi wystarczają, a co więcej przynoszą przyjemność z jedzenia!

    Dla wszystkich mięskomaniaków, polecam obejrzenie filmu „Ziemianie”. Warto wiedzieć na jaką rzeczywistość się godzimy.

    • Joanna Maria

      Nie jem miesa z tych samych powodow, od kilkunastu lat, chociaz czasem mi sie zdarzy zjesc wiejska kure.
      Nie kupuje tez jajek z chowu klatkowego. Ostatnio dowiedzialam sie u przetokach u krow, wiec bede musiala zrezygnowac tez z mleka, pomijajac wizyty na wsi.
      Przeraza mnie ludzka bezmyslnosc. Nie, mieso sie nie bierze z marketu. I tak, swinie sa na tyle inteligentne, ze wiedza, ze ten z nozem idzie je zabic.
      Natomiast jesli chodzi o krowy, to chyba latwiej byloby mi zjesc kota. Maja takie wielkie, cieple slodkie oczka.

  • Jonasz Potempa

    Także przestałem jeść mięso i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Pomimo tego, że wcześniej jadłem je niemal codziennie, odstawienie nie było zbyt trudne i nie doprowadziło mnie do mięsnego delirium.
    Mam podobne odczucia jak Ty, także czuję się lżejszy. Jest to nie tylko lekkość duchowo-psychiczna, ale i fizyczna, bo jest mnie jakieś 2 kg mniej niż przed miesiącem.
    Nawet zaczęło mi się to podobać i chyba pociągnę do świąt.

    • Gratuluję i trzymam kciuki za kontynuację w takim razie!

      • Jonasz Potempa

        Jedyna negatywna sprawa, to spadek tolerancji na większe ilości alkoholu…

        • Ja bym powiedział, że pozytywna. Imprezowanie jest dużo ekonomiczniejsze.

          • Jonasz Potempa

            Coś w tym jest, aczkolwiek wolałbym dowiedzieć się o tej właściwości przed imprezą, a nie po…

  • Dużo jest takich składników w naszej diecie, których spożywania się odradza. Ja miałam już glutenową przerwę, czytałam też dużo o wieprzowinie i laktozie. Teraz sobie pomyślałam, że może warto zrobić sobie takie miesięczne wyzwania. Miesiąc bez mięsa, mleka, glutenu, cukru (chyba się nie da :p) Zastanowię się nad tym :)

  • Magdalena Dudzik

    Zastanawiam się czy ktokolwiek z komentujących, którzy przerzucają się tu niemal krotochwilnymi postami na temat „mięska” odważył się kiedykolwiek oglądnąć film z rzeźni czy hodowli przemysłowych..
    Ta wiedza niestety trochę boli, ale chyba wypada wiedzieć pod czym się człowiek podpisuje i za co płaci?
    https://www.facebook.com/video.php?v=895314207154404&pnref=story

    • No mi to wygląda na szybką i bezbolesną śmierć, a nie okrucieństwo.

      • Magdalena Dudzik

        Poważnie? Nie widzisz strachu? Poza tym te zwierzęta (nie tylko krowy, wszystkie zabijane w rzeźniach) bardzo często nie są skutecznie ogłuszane, odzyskują świadomość wisząc na hakach i są dosłownie ćwiartowane żywcem. Mówią o tym dziesiątki relacji pracowników rzeźni. Gdyby tak spojrzeć na to okiem przybysza z innej planety… naprawdę Waszym zdaniem warto zabijać czujące strach i ból zwierzaki tylko dla przyjemności i wygody zjedzenia czegoś, do czego jest się przyzwyczajonym? Bo przecież o nic innego tu nie chodzi..

        • Nie wiem jak jest w innych rzeźniach i trudno oceniać tylko po filmiku, ale na nim krówki „boją się” maksymalnie 20s i są natychmiastowo zabijane, więc o żadnym ćwiartowaniu żywcem nie może być mowy.
          Jest to na pewno znacznie mniej stresujące niż ubój rytualny czy bycie upolowanym. Nie mówiąc o byciu upolowanym przez innego drapieżnika niż człowiek, który rozszarpie i jeszcze żywcem będzie jadł.

          • Angie

            Tylko, że jest pewna różnica pomiędzy, chociażby lwem, który zabija-poluje, aby przetrwać, a człowiekiem. Drapieżnikowi nie wyjaśnimy dlaczego ma nie polować na antylopę. Zupełnie inaczej jest z nami. Zabijamy dla przyjemności, a nie dla przetrwania. Co to w ogóle za przykład, że ubój jest mniej stresujący, niż bycie upolowanym. Na szczęście osiągnęliśmy taki poziom rozwoju i nauczyliśmy się tak korzystać z tego co daje nam Ziemia, że spokojnie możemy ograniczyć spożywanie mięsa w celu przeżycia.
            Skoro 20 sekund strachu to za mało, polecam nieco więcej. Film przedstawia bardzo dokładnie to „natychmiastowe zabijanie”, na które tak skrupulatnie się powołujesz http://www.cda.pl/video/110264c1/Earthlings-Ziemianie-Napisy-PL-Caly-film

          • Joanna Maria

            Czemu nie podoba Ci sie to porownanie? Czyzbys widziala jakies istotne roznice miedzy zwierzeciem drapieznym, a czlowiekiem? Np posiadanie moralnosci itp?

          • Magdalena Dudzik

            Takich filmów w sieci jest dużo. Pytanie czy ktoś ma odwagę rzeczywiście dowiedzieć się jak to wygląda. „Ziemianie” to już klasyka.. Polecam „Farm to fridge” i „Meet your meat” plus filmy kręcone w rzeźniach i hodowlach przemysłowych ukrytą kamerą przez organizacje takie jak Merci for Animals. Są ludzie, którzy ryzykują wolność, żeby pokazać co się dzieje za zamkniętymi drzwiami takich miejsc. Szkoda, że tak wielu innych woli mieć oczy zamknięte lub wciskać na nos różowe okularki. Dla wygody.
            PS „filmik” i „krówki” hehe Najczęstszy sposób radzenia sobie z nieprzyjemnymi faktami – ubranie ich w różowe śpioszki…
            PS2. Nie wiesz czy są zabijane, bo tego nie widać. Widać, że są ogłuszane, a z wielu relacji pracowników rzeźni wiadomo, że nieskutecznie.

          • Widać, że są zabijane, bo widać krew i rany na głowie. Ich mózg jest przebijany, co powoduję natychmiastową śmierć.
            I nie radzę sobie z nieprzyjemnymi faktami, wiem co jem.
            A do niejedzenia mięsa jedynym przekonywującym argumentem są kwestie zdrowotne. Nawet nie tyle niejedzenia, co do ograniczenia. Świnek i krówek.
            Nie wiem też, co takie protesty mają wskórać, bo zwierzęta nadal będzie się hodować i zabijać.
            Btw. Gdyby nie ludzie, to 90% tych zwierząt nigdy by się nie urodziło, nie zaznało mleka matki, zielonej trawki, paszy, ani generalnie niczego. Pytanie czy lepiej żyć będąc z góry skazanym na określony los (o którym się nie ma pojęcia), czy nie żyć w ogóle. Ja nawet będąc świadomym co mnie czeka wybrałbym życie.

          • Angie

            Pewnie, świetnego życia zaznają. Te zwierzęta są hodowane tylko po to, aby za parę lat zginąć. Człowiek stworzył dosłownie – masową produkcje zwierząt na ubój. Może nie jesteś tego świadomy, ale większość tych zwierząt nigdy nie ujrzało zielonej trawki. Także argument jacy to ludzie są wspaniali, bo pomogli przyjść na świat stworzeniom na ubój jest mało przekonywujący, przynajmniej dla mnie. Zgodzę się za to z kwestią zdrowotną. Osobiście brzydzę i boje się jeść mięsa, które było hodowane na antybiotykach i hormonach(pomijając przy tym całą sferę psychiczną jeśli chodzi o traktowanie). Pewnie, ciężko jest znaleźć jedzenie, które współcześnie można by uznać za zdrowe, ale ograniczając, czy też nie jedząc mięsa, mam świadomość, że eliminuje większość.
            Zgodzę się z Tobą z kolejną tezą – zwierzęta były, są i będą hodowane i zabijane. W protestach chodzi o to, aby wszystko dokonywało się w humanitarny sposób. Aby cierpienie osiągało próg minimum. Ja osobiście widzę gigantyczną różnicę pomiędzy kurczakiem z wolnego wybiegu, a z chowu klatkowego. Skoro już wykorzystujemy zwierzęta w przemyśle, skoro je spożywamy, to nie hodujmy ich i nie zabijamy po najmniejszej linii oporu. Oczywiste jest, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Tak też, jest w tym przypadku. Jeśli większość ludzi przestałaby się godzić na takie praktyki – kupując mięso z wolnego wybiegu, a chociażby jajka, to dla przemysłu przestałoby być opłacalne tanie zarzynanie.

          • Takie podejście mi się podoba. Natomiast nawoływanie do niejedzenia mięsa „bo krówki się zabija” i atakowanie niesmacznymi filmikami (które wg mnie tylko pokazają, że ew. ból jest ograniczony do minimum) są zupełnie nieskuteczne. Imo to może trafić do ludzi tylko, kiedy będą widzieli w tym korzyść dla siebie. Czyli ograniczeniem z powodu cholesterolu itp.
            Osobiście też jem tylko jajka z wolnego wybiegu i to prosto od gospodyni, gdzie widzę jak te kurki sobie biegają. Z mięsem jest trudniej o pewne źródło ale często widać co jest dobre. I przede wszystkim czuć to w smaku.
            Tak czy inaczej dyskusja trochę bez sensu, bo zawsze będzie więcej ludzi, którzy nie będą mogli sobie pozwolić na lepszą jakościowo żywność, więc zawsze więcej tej ja nnajtańszej będzie wytwarzane.

          • Magdalena Dudzik

            „zawsze więcej tej najtańszej będzie wytwarzane”. Nie bierzesz pod uwagę prostego faktu, że produkcja mięsa jest najdroższym , najmniej ekonomicznym i najbardziej dewastującym środowisko sposobem produkcji żywności. Wystarczy spojrzeć na to w trochę szerszym kontekście, trochę poczytać itd żeby przekonać się, że nie stać nas na tak potworne marnotrawstwo, chyba, ze mamy w dupie jak (i czy w ogóle) będą żyć kolejne pokolenia.

          • Magdalena Dudzik
    • Madix

      To są głupie argumenty. Zabijałam karpia, patroszyłam kurę – rozumiem doskonale, że aby zwierzę zjeść, trzeba je wcześniej zabić… tylko co z tego?

      Moja decyzja o byciu wszystkożercą jest świadoma. Zdaję sobie sprawę, że mój ewentualny wegetarianizm nie zmniejszyłby ilości śmierci na świecie, ponieważ jeśli nie ludzie będą zabijali zwierzęta, to inne zwierzęta będą polowały na siebie nawzajem – tak jest zbudowany ekosystem i wypadałoby to IMO zaakceptować zamiast udawać, że świat jest różowy i chodzą po nim jednorożce ;)

      Niemniej okrucieństwa wobec zwierząt oczywiście nie popieram, tylko, że… mięso halal mięsu krowy z ekologicznej hodowli nierówne… To, jakie mięso wybieramy, to zupełnie inna kwestia niż ta, czy w ogóle to mięso zjadamy, i nie powinniśmy mieszać jednego z drugim ani argumentować, że: „ja nie jem mięsa, bo gdzieś na świecie zwierzęta giną okrutną śmiercią”… no fajnie, tylko tak się składa, że na rynku dostępne jest również mięso od zwierząt zabijanych w sposób humanitarny i hodowanych z miłością, takich, które miały własne imiona i z którymi hodowca miał dobry kontakt, lubił je, głaskał i rozmawiał z nimi (standardowy sposób hodowania zwierząt na polskiej wsi)… no więc – co ma piernik do wiatraka? ;)

      Jak najbardziej szanuję wegetarianizm sam w sobie, ale proszę – nie używajcie tak głupich argumentów… W zupełności wystarczy: „nie jem mięsa, bo nie czuję się dobrze z myślą, że zwierzę trzeba najpierw zabić, by je zjeść” lub „jedzenie mięsa nie mieści się w mojej moralności” – insynuacje, że jeśli ktoś postępuje inaczej, robi tak dlatego, bo jest „głupi i nieświadomy” są słabe, bo głupie to jest właśnie nie zdawać sobie sprawy, że różni ludzie kierują się w swoim życiu nader różnymi wartościami i dlatego nie każda rzecz, którą my postrzegamy jako niemoralną, będzie niemoralna również dla tego drugiego, innego człowieka.

  • PAnna eM

    Ja kiedyś w okresie wielkiego postu rezygnowalam z mięsa. Nic trudnego w tym nie ma.

  • Kinga K.a

    piszesz tak, ze sama sie zastanawiam nad takim wyzwaniem xd ale to może w styczniu,po tych wszystkich świątecznych szynkach i przysmakach, jak narazie mam za sobą posty słodyczowe,alkoholowe i fastfoodowe, ale i mięsny przetestuje na pewno ;)

  • Gratulacje. Chociaż z weganizmem u ciebie byłoby ciężko. :D W sumie to jak ze mną. Wegetarianizm spoko, ale weganizm, to nie sądzę.

    • W przypadku weganizmu, to już naprawdę nie wiem jakie argumenty musiałyby paść, żebym się przekonał. Chyba wzrost penisa.

  • Rebellious lady

    Ja od małego nie lubiłam mięsa, po prostu nigdy nie był to dla mnie smakołyk. Czasem jem kurczaka i rybę, ale nie jadam czerwonego mięsa. I żyję normalnie (szok!) :)

  • Sylwia Rożnawska

    Janku, to może teraz kolejne wyzwanie? ;) http://www.zostanwege.pl/zostan-wege-na-30-dni

    • W sensie, że to jest oprócz braku mięsa też bez nabiału?

      • Atta

        Ooo tak, dieta z programu Zostań Wege jest całkowicie wegańska, może spróbujesz? Wegetarianizm to pikuś, ale przejście na weganizm, rozwód z serem i mleczną czekoladą – to dopiero ból. Przynajmniej na początku :D

        • Nie, nie, to za to podziękuję bardzo ;)

          • Nie to, żebym zachęcała do weganizmu bo sama też weganką nie jestem. Ale nie jem mięsa i nabiału – głównie z powodów zdrowotnych. Niestety nabiał jest również bardzo dla nas szkodliwy i warto spróbować go ograniczyć. Te wszystkie serki żółte i mleko w sklepach to straszny syf. Nie mówiąc o tym, że nabiał w istocie nie zapewnia nam wapnia, ale go .. wypłukuje – polecam pogłębienie tematu. Za to póki co, nie umiem sobie wyobrazić niejedzenia jajek – zwłaszcza, że mam dostęp do takich bezpośrednio od rolnika, które smakują 100 razy lepiej niż te sklepowe :) Ja na diecie wegetariańskiej już 3 lata – nie tylko mam więcej energii i właśnie taką lekkość, o jakiej piszesz (bo mięso robi z nas ociężałych, sennych, nie mówiąc o tym, że zalega latami w jelicie), ale skończyło się większość moich problemów zdrowotnych (głównie problemy z żołądkiem, które miałam od dziecka). Mąż za moim przykładem też ograniczył mocno mięso (no bo powiedziałam, że 2 różnych obiadów nie będę gotować :P) i też dużo lepiej się czuje, znacznie lepiej też wygląda

      • Sylwia Rożnawska

        Tak. ni mięsa, ni nabiału, ni jajek i żadnych innych składników od zwierzątków :)

  • przede wszystkim gratzy za wytrwałość. Pewnie gdybym się uparł to też bym dał radę, ale… za bardzo kocham mięso i nie będę eksperymentował ;). A skoro pisałeś o szpinaku, to próbowałeś takiej wariacji? http://widelcem-pisane.info/2014/01/23/penne-z-sosem-szpinakowym.html (sorka za spam ^^, mam nadzieję, że nie usuniesz)

    • Tak, tak, to właśnie jadłem albo wstążki ze szpinakiem i jakimś wyrazistym serem albo penne. Jak tylko kupi się dobry szpinak, to pyszne.

  • Aleksandra Muszyńska

    Zuch chłopak :).Wbij kiedyś do mnie na makaron ze szpinakiem. Robię najlepszy na tej półkuli. Tak właśnie.

  • dobrymjud

    Elo, ja zaczęłam trochę później, bo zapomniałam (brawo ja), ale jak na razie 3 tygodnie i jest spoko! Bardzo mi się podoba, chociażby przez reakcje znajomych („jak to NIE JESZ MIĘSA??????”), ale też jestem z siebie trochę dumna, bo spodziewałam się, że pójdę na łatwiznę i ugrzeznę w makaronach i innych pierogach, a tymczasem odkrywam nieznajome mi dotąd rejony kasz i innych dobroci. Do tego utrudniłam sobie zadanie, bo u mnie przypadło to na czas wyjazdów i podróży, więc tym bardziej jestem z siebie dumna, że udało mi się uniknąć „szybkiego cziza w maku”. Wczoraj jakoś też zahaczyłam o Krowarzywa (to się odmienia?) i nie wiem na ile to siła autosugestii, ale smakowało mi dużo bardziej, niż kiedykolwiek. Generalnie – jest super, dzięki za popchnięcie w stronę tego małego eksperymentu, na tę chwilę wydaje mi się, że będę go chciała przedłużyć, ale kto wie, co się stanie, kiedy wrócę na święta do domu i będę musiała stanąć twarzą w twarz z babcią i jej wielkimi, smutnymi oczami na wieść, że nie zjem karpia.

  • Gratki!! Z tą lekkością to nie autosugestia. Chociaż najłatwiej na diecie roślinnej być latem. Zimą to i wybór nie za wielki, i jakoś tak chce się człowiek tłustym mięsiwem napchać, żeby go mroźny wiatr nie zdmuchnął.

    • Oj tam, gadanie takie :) Ja już rok nie jem mięsa i nauczyłam się kombinować fajne i sycące obiady z tego co mam w domu – głównie grzyby, kasze, warzywa. Ostatnio robiłam burgery roślinne i mój mąż powiedział, że nie ma różnicy w smaku :)

  • Małaa Mii

    tez moge miecha nie jesc mimo ze lubie gorzej, że słodycze uzależniają

  • Justek aka cacko_z_dziurką

    Wielkie brawo! :) Niejedzenie codziennie mięsa jest spoko i na prawdę jest przy tym lżej. :)

  • Kim

    Ciekawy eksperyment, w przypadku mężczyzny podwójne wyzwanie – walka ze sobą i walka ze stereotypem prawdziwego mężczyzny „żrącego” mięso. Lubię takie drobne przedsięwzięcia – chyba sama pomyślę nad innym jedzeniowo miesiącem :)

    Gratuluję wytrwania i nie ulegnięciu presji otoczenia, bo takowa na pewno w jakimś stopniu była :)

    • Oj była, zwłaszcza, że w mieszkaniu w ostatnim przewijało się zatrzęsienie kotletów ;)

      • Kim

        Tym bardziej Ci gratuluję :)

  • Byłam bardzo ciekawa tego podsumowania. Sama zabieram się do poważnego zredukowania zjadanego mięsa (o wykluczeniu nawet nie marzę), choć bardziej ze względów ideologicznych. Szkoda zwierzaków, szczególnie jak się pomyśli jak cierpią na fermach i w ubojniach, ale z drugiej strony… schabowy czy hamburger taki smaczny! Niedawno nawet dowiedziałam się, że istnieje fachowe określenie: „moralna schizofrenia”, które odnosi się do takich przypadków jak ja…

  • Sylwia Ładyga

    Czytam to kończąc właśnie żeberka w sosie i smażone ziemniaczki :D

    Brawo!!! Gratuluję! :D
    Ja bez słodyczy cały miesiąc dałam radę , to byłam pewna , że i Tobie się uda!

  • Nie mogę zrezygnować z mięsa. Próbuję przytyć. Nawet zmusiłam się do przejadania. Efektów na razie brak. :(

    • Hmmm, dietetykiem nie jestem, ale białe pieczywo, w kółko makaron, słodycze i siedzący tryb życia powinny załatwić sprawę.

      • Nie jem nic poza białym pieczywem, makaronem, mięsem, kawą i słodyczami, nie uprawiam sportu, nie mam ciężkiej pracy, w której mogłabym spalać kalorię, a i tak nie tyję. Taki nieprzydatny dar od Boga. :) Teraz próbuję się przejadać. Kto wie, może zadziała.

        • Właśnie widzę jak 90% lasek z Kafeterii układa Ci stos i podkłada ogień z zazdrości :D

          • Hubert Górowski

            Ten sam problem, ale z męskiej strony. Jem i nie potrafię nabrać masy. Co robić, jak żyć?

          • Współczuję, jak chcesz to możemy się zamienić. :D

          • Białko od koksów ze stoiska w supermarkecie plus siłownia? Może pomogą wyrobić masę? :)

        • Poczekaj, aż będziesz miała 50-tkę, będziesz kombinować jak wrócić z powrotem do tej wagi, którą masz teraz :)

          • To mi nie grozi. Ja nie dożyję trzydziechy. :D

          • Widzę, że rozmowa idzie w coraz bardziej radosnym kierunku :D

  • Mój eksperyment trwa już z [liczy] 6000 dni:))) I żyję i mam się dobrze :)

    • Ej, musiałem aż na kalkulatorze liczyć ile to jest ;)

    • Hehe, mój eksperyment też jakoś się tak przeciągnął… od 1999 roku :) Żyję, a nawet daję życie – wielkie dziecko urodziłam (4300 g).

  • Nie wiem czy bym podołałam, mi już wystarczy przymus rezygnacji z glutenu. Chyba nie miała bym co jeść przy tym jako wegetarianka. Podziwiam Cię za podjecie wyzwania i wytrwanie. :)

    • Dzięki, dzięki, ale naprawdę nie było tak trudno. Gorzej byłoby z dietą Stachursky’ego :D

      • A co to za dieta? Albo może wolę nie wiedzieć, teraz tyle tego się narobiło. :)

    • Miałabyś, bezglutenowych dań wege jest chyba więcej niż mięsnych:) jest ich tyle że sama ostatnio rzadko kiedy jem gluten, chociaż nie jestem na żadnej specjalnej diecie.

  • a ryby jadłeś?

    • Tak, 4 razy zjadłem łososia, bo dostałem zapewnienie od dwóch wegetarian, że to nie mięso i że można.

      • Kasia Kasieńka

        Właśnie, jak to jest? Krówek nie można jeść, a rybki można, bo co? Rybki nie mają uczuć, czy o co chodzi?

        • Tu nie chodzi o uczucia, tylko o wnętrze. Ryby to nie mięso. Przynajmniej z tego co ustaliłem.

          • Kasia Kasieńka

            I w przypadku krówki i w przypadku rybki trzeba zabić żywe stworzenie. Nie jestem wegetarianką, nie mam też nic przeciwko nim, tylko zastanawiam się skąd taki podział. Wszak rybkom też jest niemiło, kiedy muszą się powstrzymywać od radosnego pluskania w tescowej wannie.

          • Tylko, że tu się sprawa nie rozgrywała o to, czy stworzonkom jest przykro, tylko jaki one mają wpływ na organizm ludzki i rybki jest mają zdecydowanie inny niż zwierzątka chodzące, czy latające.

          • Kasia Kasieńka

            No tutaj się z Tobą, Janku, zgodzę, zdecydowanie rybki są lżejsze. Nadal jednak uważam, że ryba to też mięsko. Bardzo smaczne mięsko :D Aż zgłodniałam, co o tej porze jest nieprzyzwoite.

          • Dee

            Ryby to mięso i nie ma co z tym dyskutować. Sama we wczesnym okresie wegetarianizmu popełniłam taka gafę z rybami, bo patrzyłam właśnie przez pryzmat religii, a nie faktów. Ryba to zabite stworzenie czyli mięso (tak w skrócie).

          • szarri

            „Ryby to nie mięso” wyłącznie w ujęciu religijnym (w sensie – są postne). Wegetarianie – tacy bez cudzysłowu – ryb nie jedzą ;) Nie jedzą też mięczaków, owadów ani niczego, co należy do królestwa zwierząt.

          • Okej, tę dyskusję trzeba raz na zawsze wyjaśnić.
            Ryby to mięso. Normalnie, biologicznie, no błagam was.
            Dlaczego niektórzy wegetarianie jedzą ryby? Bo nie są wegetarianami. Wegetarianie nie jedzą ryb ani kurczaczka ‚raz na jakiś czas’.
            Dlaczego ryby nie są uważane za mięso?
            Bo BYŁY postne.
            Jedzenie postne nie równa się wcale nie jedzeniu mięsa.
            W czasie postu chodzi o to by jeść skromnie, prosto…POSTNIE.
            W dawnych czasach, Chrystusowych jeszcze, ryby były najtańszym jedzeniem, były proste i dla biednych. Dlatego je jedzono.

            Nasz post jest sztucznym postem. Jedząc łososia ze szpinakiem i serem NIE POŚCISZ. Już prędzej będziesz pościł jedząc suchą pierś z kurczaka.
            Chodzi o pewne odmówienie sobie przyjemności z jedzenia.

            Ryby to mieso, chrześcijanie JEDLI JE kiedyś, w czasie postu, dlatego, że były posiłkiem dla każdego, mięso za to było ekskluzywne.

            Utarło sie w takim razie, że ryby to nie mięso, ale jakim trzeba być idiotą by się z tym zgadzać.

  • Czytałem to zajadając się burgerem. Wspaniałe uczucie.

10 typów ludzi, których nie chcesz spotkać na ulicy

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Krajową Radą Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego

Wiesz, że mamy jeden z najwyższych współczynników śmiertelności w wypadkach drogowych w Europie? Że w zeszłym roku w Polsce zginęło przez to 3026 osób? Bo 8 na 100 takich wypadków kończy się śmiercią? Ja też nie, dopóki nie przeczytałem raportu Biura Ruchu Drogowego. Na ulicy pojawiam się i jako kierowca, i jako rowerzysta, a najczęściej jako pieszy, i trafiam na ludzi z każdej z tych grup, którzy zapominają, że nie są tam sami. Przez co wolałbym ich nie spotykać.

Młody gniewny

Odebrał prawko w zeszłym tygodniu i jeszcze dobrze nie opanował sprzęgła, ale już chce lecieć stówką w terenie zabudowanym. Najlepiej ruszając z trójki. Wziął sobie do serca słowa wujka Wiesia na ostatnich imieninach cioci Marzeny, że tak jak na egzaminie, to już nie pojedzie nigdy w życiu. Bo na egzaminie jeździ się, żeby zdać, a w życiu, żeby zdążyć na obiad. Dlatego nigdy nie zatrzymuje się na zielonej strzałce. Przed torami kolejowymi też. I na stopie też nie, jak nic nie jedzie.

Najwięcej wypadków ze skutkiem śmiertelnym spowodowały osoby w wieku 18-24lata.

Rebeliant

Anarchia, wolność i leki na receptę bez recepty dla wszystkich! Buntownik z wyboru, już w przedszkolu walczył o swoją niezależność otwarcie ignorując poobiednie leżakowanie, kontynuując drogę rewolucjonisty i pisząc „mój” przez u otwarte aż do matury. Nikt nie narzuci mu, że białe jest białe, a czarne jest czarne, a tym bardziej, że nie może przechodzić na czerwonym. Czy Luke Skywalker trzymał się zasad narzuconych przez imperialistyczny system? No właśnie!

Janusz biznesu

Miałeś kiedyś w trakcie jazdy tak ważny telefon, że aż zjechałeś na pobocze, żeby go odebrać i porozmawiać? Tak? No i po co to wszystko? Trzeba było jedną ręką trzymać słuchawkę, drugą dźwignię zmiany biegów, zębami kierownicę, a rzęsą włączyć kierunkowskaz. Zestaw słuchawkowy? Głośnomówiący? Bluetooth w uchu? A co Ty z Holiłudu jesteś, czy ze Star Treka? Prawdziwy byznesmen potrafi zmieniając pas ruchu, wyprzedzając na trzeciego i odpalając czerwonego Viceroya w tym samym czasie odebrać ważny telefon. Czyli każdy telefon, bo w byznesie wszystkie telefony są ważne.

Kierowcy jadący 100 km/h i trzymający komórkę przy uchu hamują średnio o 14 metrów później niż nierozmawiający.

Klubowóz

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co mówiłeś?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Nie słyszę…

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– W końcu przejechał, możesz powtórzyć?

Najwięcej wypadków śmiertelnych jest w piątek i sobotę.

W dni imprezowe.

Ostatnia szara komórka

Koniom zakłada się klapki na oczy, żeby nie patrzyły na boki, a ludziom wkłada w ręce smartfony. Świecący prostokąt przed twarzą i całe otoczenie przestaje istnieć. O ile w przestrzeniach zamkniętych można po prostu popsuć sobie wzrok, o tyle w terenie otwartym można zepsuć sobie nogi, ręce, żebra albo życie. Na przykład przechodząc przez ruchliwą ulicę wpatrzonym w komórkę.

Niespokojna noga

Zwany też lowriderem dla ubogich. Przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, a auto się gibie jak na teledysku do „Still D.R.E.”. Zatrzymuje się zawsze metr za linią stopu na światłach, a gdy stoisz na pasach, nigdy nie wiesz, czy nie zatrzyma się na Tobie. Ani czy nie wjedzie Ci w tyłek, jeśli stoisz przed nim w korku i ruszysz ćwierć sekundy później niż on.

Niezachowanie bezpiecznej odległości między pojazdami, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

Usain Bolt

Rusza z bloków startowych w momencie, gdy w autobusie po drugiej stronie ulicy zamykają się drzwi i biegnie do nich jak po karpia na Wigilię. Ignorując wszystkich uczestników ruchu drogowego dookoła. Gdyby któryś z kierowców samochodów cudem omijających go miał gorszy dzień, albo bardziej zużyte klocki hamulcowe, do celu dojechałby na masce. Kończąc karierę sportową w szpitalu.

Oszczędny

Ładowanie akumulatora? 50 groszy.

Migacz boczny do Opla? 14 złotych.

Emocje z jazdy bez używania kierunkowskazów? Bezcenne!

Nieprawidłowe wyprzedzanie, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

James Bond na rowerze

Szpieg w służbie Jej Królewskiej Mości realizuje tajne zadanie, od powodzenia którego zależą losy starego kontynentu, dlatego musi pozostać incognito. I jedzie na rowerze nocą bez oświetlenia i odblasków, zmieniając pasy jakby miał za sobą ogon odkąd wyszedł z MI6. Dzięki temu jest niewidzialny dla kontrwywiadu. I wszystkich pozostałych uczestników ruchu drogowego.

Szybki i wściekły

Wiesz po co w aucie jest pedał gazu? Żeby go używać! Dlatego dopóki nie czuje pod dużym palcem u prawej stopy podłogi, ciśnie. Ciśnie wyprzedzając ruszający autobus, ciśnie na gasnącym pomarańczowym i ciśnie wymijając matkę z dzieckiem na pasach. Jak im zrobi peeling pięt, to może nauczą się szybciej chodzić. Gdy nie może zasnąć po ciężkim dniu, bo męczą go wyrzuty sumienia, że przez półtorej minuty jechał prawym pasem, układa sobie w głowie, co by powiedział Vin Dieselowi jakby go spotkał. I jakim jechałby autem, gdyby kręcili „The Fast and the Furious: Zabrze Drift”.

W zeszłym roku główną przyczyną aż 7195 wypadków było niedostosowanie prędkości do warunków ruchu.

Kierowcy wczujcie się w rolę pieszych! Tylko wzajemne zrozumienie może zaprowadzić nas bezpiecznie do celu. Druga odsłona naszej kampanii. #kierowcaVpieszy

Opublikowany przez Krajowa Rada BRD na 25 września 2017

Ten tekst jest uszczypliwy, ale tylko po to, by zwrócić uwagę na zachowania, które mogą przyczynić się do tragedii. Niezależnie, czy jesteś kierowcą w nowej, błyszczącej strzale, czy pieszym, który musi zdążyć na tramwaj, zwracajmy na siebie uwagę i pamiętajmy, że nie jesteśmy sami na ulicy. Zaoszczędzimy sobie nerwów, zdrowia, a czasem i życia.

---> SKOMENTUJ

11 wkurzających zachowań u współlokatorów

Skip to entry content

Ci co czytają czytają mnie trochę dłużej, niż od tekstu o drwaloseksualnych (straszne słowo), znają z pewnością moje zamiłowanie do przeprowadzek i wiedzą, że w maju przewoziłem swoje graty po raz 15-ty. W trakcie tej tułaczki po kamienicach, akademikach i blokach w Krakowie, dane mi było mieszkać w sumie z kilkudziesięcioma osobami wszystkich płci i większości orientacji seksualnych. Jedni byli świetnymi kompanami do opróżniania butelek, a drudzy do rozbicia im ich na głowie, a przebywanie z nimi w jednej szerokości geograficznej było bardziej uciążliwe, niż angina latem.

Dziś zajmiemy się tymi drugimi. Wiecie co najbardziej wkurzało mnie u współlokatorów?

 

#1 – Podjadanie jedzenia

Wjeżdżamy z grubej rury. Wiele jestem w stanie wybaczyć – i jak ktoś mówi „spoczi”, i jak nie wie, że Sosnowiec to nie Śląsk, i nawet jak puści Jeden Osiem L będąc święcie przekonanym, że to dobry rap. Ale są pewne granice. Jak ktoś mi tknie moją półkę w lodówce bez pytania, to łamię palce, przywiązuję do krzesła i puszczam wystąpienie Joanny Senyszyny zapętlone do wersji 10-godzinnej.

 

#2 – Okupowanie łazienki

Zwłaszcza, gdy wanna i muszla są w tym samym pomieszczeniu. Ja rozumiem, że ktoś jest psychofanem higieny. Serio, kumam, że moczenie pośladów i golenie nóg w tempie włosek na minutę jest super, ale na miłość Łysego z Brazzers, nie o 8 rano, gdy inni chcieliby oddać matce naturze to, co jej, przed pracą!

 

#3 – Niemycie się

Nie chcę się zalać rzewnymi łzami wracając do tego wspomnienia, więc poprzestańmy na tym, że to totalne przeciwieństwo poprzedniego punktu.

 

#4 – Składanie ślubów milczenia

Czyli ludzie duchy, którzy tylko przemykają między drzwiami swojego pokoju, a wejściowymi, a najdłuższa wypowiedź, jaką możesz od nich usłyszeć, to „cześć”, gdy przypadkiem trafisz na nich w kuchni. Na szczęście zdarzyło mi się tylko dwukrotnie mieszkać z takimi pustelnikami, nie mniej, to unikanie kontaktu za wszelką cenę i udawanie, że żyje się obok było strasznie męczące.

 

#5 –  Finansowy Alzheimer

Dotyczy sytuacji, kiedy jesteś tą pechową osobą, która ma przelewać właścicielowi hajs za całe mieszkanie. I co miesiąc musisz się prosić o czynsz, tak jakby ta kasa szła co najmniej do Ciebie. I tak się składa, że jeden z Twoich współlokatorów, mimo, że ma ledwo dwadzieściakilka lat, to już w tak młodym wieku cierpi na alzheimera. I bidulkowi zawsze się zapomni, że trzeba zapłacić, że to dziś i, co więcej, że co miesiąc to ten sam dzień i ta sama kwota.

[sociallocker id=”17312″]
 

#6 – Robienie z mieszkania noclegowni

W piątek wpadł kuzyn z narzeczoną na weekend, bo we wtorek mieli coś tam do załatwienia w Krakowie. W środę przyszła koleżanka po notatki i tak się zagadała, że nie miała jak wrócić. W czwartek znajomy wracał z Londynu po roku emigracji. Został do niedzieli. W poniedziałek żal się zrobiło bezdomnego pod monopolowym, to przecież wiadomo, że może przekimać kilka nocy u nas. Bo mieszkanie to przecież taki eufemizm przytułku.

 

#7 – Magazynowanie słoików

Puste, pełne, nieważne. Ważne, że są WSZĘDZIE, bo przecież trudno wymagać od dorosłej osoby, mieszkającej poza rodzinnym domem, żeby potrafiła gotować prawda?

 

#8 – Robienie imprez bez zapowiedzi

Jestem ostatnią osobą, która ma coś przeciwko spotkaniom towarzyskim, ale są momenty, kiedy melanż jest niewskazany. Na przykład kiedy jest środek nocy, a Ty za kilka godzin musisz wstać do pracy i być w życiowej formie, bo masz spotkanie z klientem, na którym będziesz prezentował projekt za 120 000 złotych. Albo, gdy to 8 impreza w tym tygodniu.

 

#9 – Wprowadzanie godziny policyjnej

Mimo, że kompletne przeciwieństwo poprzedniego zachowania, to równie irytujące. Bo powiedz, że nie wkurza Cię, gdy ktoś w piątek, świątek, a zwłaszcza w sobotę idzie spać o 20:00 i wymusza na Tobie grobową ciszę, robiąc aferę za każdym razem, kiedy odkręcisz wodę w łazience albo głośniej mlaśniesz ustami. Ona chce spać, więc powinieneś przestać oddychać.

 

#10 – Dzielenie się orgazmami

Seks jest spoko. Co prawda nie miałem jeszcze okazji samemu się o tym przekonać, ale tak mówią bliscy znajomi, więc im wierzę. Mimo wszystko, wydaje mi się, że jest najbardziej spoko, kiedy nie angażujesz do niego osób trzecich, które nie mają na to ochoty. Na przykład waląc pięścią w ścianę graniczącą z kuchnią i drąc się „ja pierdolę, dochodzę, dochodzę, do-ooo-ooo-ooo-chodzę”, gdy inni domownicy akurat gotują obiad.

 

#11 – Niesprzątanie

Wanna oblepiona włosami, miniaturka Krzywej Wieży w Pizie z brudnych kubków w zlewie, wały przeciwpowodziowe z pełnych worków ze śmieciami i udawanie, że kłęby kurzu na podłodze, to chmury burzowe, które same znikną, to cienie mocno przysłaniające blaski mieszkania ze współlokatorami.

[/sociallocker]

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #2: pieniądze, „Gwiezdne Wojny” i Make Life Harder

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Marcelo Braga
autorem zdjęcia jest Marcelo Braga

Tematy w drugim odcinku „Cotygodniowego Przeglądu Internetu” nieco bardziej serio niż w pierwszym, bo jest trochę o pracy, pieniądzach i najbardziej kultowej serii filmów fantastyczno-naukowych. Ale żeby nie było, że same poważne rzeczy, to fanpage, klip i gry tygodnia starają się to balansować.

 

Ile przepłacasz na jedzeniu? Pierwszy skarbnik polskiej blogosfery – Szaffi znany także jako Michał Szafrański – pisze o tym, że Monte w zależności od sklepu, może kosztować nawet 71% więcej. Brzmi śmiesznie dopóki nie przełożysz sobie tej zależności na cały koszyk z zakupami.

Pierwsze miasto wolne od reklam: władze francuskiego miasta Grenoble postanowiły usunąć z ulic wszystkie billboardy, a w ich miejscu posadzą drzewa. Podeślecie tę publikację samorządowcom w swoich miejscowościach?

Jaki język programowania jest najbardziej dochodowy? Jeśli doszło do Ciebie, że studiowanie zarządzania to większa pomyłka, niż wprowadzenie amnestii w 2007 i myślisz o zajęciu się programowaniem, to sprawdź ten tekst.

Jak to jest być korektorem? Najbardziej znana krakowska poprawiaczka przecinków – Ula Łupińska – mówi o tym, jak to jest większość czasu, w którym nie śpi spędzać z nosem w książkach. Książkach, które mają błędy gramatyczne, merytoryczne, a czasem i ortograficzne.

 

Fikcyjny zwiastun nowej części „Gwiezdnych Wojen”: przeleciał po Fejsie jak szafiarka przez wyprzedaż w Zarze, przyprawiając psychofanów serii o palpitację serca.

 

Prawdziwy zwiastun nowej części „Gwiezdnych Wojen”: dopiero nabiera mocy, rozkręcając się w strumieniu aktualności, a już dyżurni na pogotowiach nie nadążają z przyjmowaniem zgłoszeń o zawałach.

 

Najlepsze gry na androida: dobrze zastanów się, czy chcesz zobaczyć to zestawienie,  bo możesz przepaść na kilkanaście godzin. Albo bezpowrotnie.

Klip tygodnia: Rasmentalism szykuje się do nowej płyty i po singlu mogę powiedzieć, że zamawiam z miejsca. Polecam, mimo, że tytuł wybitnie niekrakowski.

 

Damska stylówka tygodnia: mimo, że sweter i zakolanówki to zestaw totalnie prosty, to niewiarygodnie efektowny i seksowny, choć nie oszukujmy się, że modelka też gra tu istotną rolę. Cajmel ogólnie ma w sobie coś takiego hipnotyzującego, że patrząc na nią momentalnie się uspokajam.

zdjęcie pochodzi z bloga Cajmel.pl
zdjęcie pochodzi z bloga Cajmel.pl

 

Męska stylówka tygodnia: znowu zbyt oficjalnie jak na mnie, ale cholera, jeszcze nie widziałem, żeby jakiś facet tak genialnie lewitował jak Quyen Mike, a na jego blogu jest tego więcej.

zdjęcie pochodzi z bloga  quyenmike.com
zdjęcie pochodzi z bloga quyenmike.com

 

Fanpage tygodnia: sztandarowi prześmiewcy Kasi Tusk mieli lekką przerwę, ale wrócili i to z przytupem. Jak zwykle celnie i śmiesznie, aczkolwiek zawsze czytając ich statusy zastanawiam się, czemu nie założą sobie po prostu bloga.

Post użytkownika Make life harder.

 

Ode mnie to wszystko. Jak macie coś ciekawego od siebie, to wiecie co z tym zrobić, a jak znacie jakiegoś Andrzeja to pozdrówcie. Andrzeję w sumie też, bo przecież gender.

---> SKOMENTUJ