Close
Close

10 gangsterskich cytatów z książki „Masa o pieniądzach polskiej mafii”

Skip to entry content

Przez święta, w przerwach między spaniem, jedzeniem, oglądaniem „Kevina samego gdzieś tam” i spaniem, postanowiłem liznąć trochę kultury i kupiłem sobie zawczasu książkę. Tak, tak, to już czwarta w ciągu jednego roku. Na szczęście rok w środę się skończył, więc nie dobiłem do piątej i nie porobiło mnie za bardzo od nadmiaru literatury. Uff!

Wracając do tej konkretnej pozycji, którą widzicie na zdjęciu, to jest to „Masa o pieniądzach polskiej mafii”. Czyli drugi tom wywiadu z Jarosławem Sokołowskim – byłym członkiem gangu z Pruszkowa, a obecnie świadkiem koronnym, zeznającym przeciwko byłym kolegom po fachu. Rozmowa z Masą odkrywa kulisy działania polskiego przestępczego światka, wielokrotnie szokując, nieraz mrożąc krew w żyłach, ale i bawiąc. Mimo że tytuł nie jest wolny od wad – jak choćby cenzurowanie wątków z tłem seksualnym, czy silenie się autora na śmieszność – to zdecydowanie warto sprawdzić tę pozycję.

Tym razem postanowiłem zachęcić Was do sięgnięcia po książkę nie klasyczną recenzją, a zbiorem najciekawszych cytatów, które obudzą w Was apetyt na połknięcie całego tekstu.

 

– Rozumiem, że do hierachy zwracaliście się per Wasza Ekscelencjo?

– Powiem tak – próbowaliśmy różnych form grzecznościowych, ale arcybiskup mówi: „Dajcie spokój, chłopaki, my też jesteśmy grypsujący”.

Przez całą książkę przewijają się różne sposoby w jakie pruszkowscy gangsterzy zarabiali pieniądze. Ten fragment dotyczy akurat handlu sztuką i skupowania prac autorstwa Moneta, van Gogha, czy da Vinci. Panowie zakupili 380 zabytkowych dzieł. Od arcybiskupa z Krakowa.

 

– Odpuściliście mu ten przekręt?

– Człowiek, to istota, która zapomina urazy, także na tle finansowym. Szczególnie, jeśli znajdzie sobie inne źródło zysków. A z tym akurat grupa pruszkowska nie miała żadnych problemów.

Faktycznie, czytając kolejne rozdziały, gdzie przestępcy i handlują walutą, i zakładają dyskoteki, i odpalają teleturniej i nawet tworzą przedsiębiorstwo produkujące soki – de facto mowa o firmie Dr Witt – człowiek dochodzi do wniosku, że to rekiny biznesu potrafiące wyciągnąć złoto nawet z Google+.

 

Wiesio to był najlepszy alfons w Warszawie. Wcześniej pracował jako taksówkarz, ale uznał, że panienki dadzą mu większą taryfę, więc się przerzucił.

Tytuł rozdziału „Pod Marriottem stręczył Wiesiek” powinien być wystarczającym komentarzem do tego urywku.

 

– Ile czasu w sumie trwała ta przygoda z „Zielonym Bingo”?

– Nieco ponad pół roku. Ale mimo, że całość zakończyła się klapą, nie żałuję tamtego czasu. W sumie jeśli nie zarabiasz pieniędzy, a nawet je tracisz, to ważne abyś sobie przynajmniej fajnie pobzykał.

Cytat ten odnosi się do wcześniej wspomnianej próby uruchomienia programu telewizyjnego, jednak lepiej niż kwestie showbiznesowe opisuje stosunek jaki mafiosi mieli do pieniędzy. I kobiet.

[emaillocker]

Myśmy mieli zaprzyjaźnionego faceta, który robił stemple i często zamawialiśmy je u niego. Tyle, że nie był to fachowiec najwyższej klasy i jak czasem potrzebowaliśmy na stemplu berlińskiego niedźwiadka, to jemu akurat wychodził krokodyl. Ale mieliśmy szczęście do policji i do celników, którzy nie interesowali się zoologią.

To z kolei z rozdziału poświęconego procederowi, z którego najbardziej jesteśmy kojarzeni na zachodzie – sprowadzaniu kradzionych aut. Z tak wykwalifikowaną strażą graniczną wcale się nie dziwię, że złodziejom wszystko uchodziło na sucho.

 

– Kobieta, jak chce sobie poprawić humor, kupuje ciuch. Ty wybrałeś droższy wariant, ucieczkę na południe Francji…

– No wiesz, ja na poprawienie humoru kupiłem sobie dom w Saint-Tropez.

No bo, kto bandycie zabroni?

 

– Czy oprócz Małolata mieliście jakichś innych klientów, którzy brali od was w hurcie?

– Ponad 350 samochodów wzięła od nas warszawska kuria biskupia.

Czytając ten dialog, momentalnie stanął mi przed oczami napis na murze mojej podstawówki: Polska dla Polaków, ziemia dla ziemniaków, Toyota dla księdza.

 

Wszystko się zgadza, przy czym chcę zaznaczyć, że ja za ten napad dostałem wyjątkowo lichą działkę, 10 tysięcy złotych. Czyli na kawę z ciastkiem.

Żeby nie było, mowa o 10 000 nowych złotych, nie tych przed denominacją. Do drogiej kawiarni musieli chodzić.

 

Potem doszusował do nich chłopak o pseudonimie Kuraś, który – z racji zamiłowania do kulturystyki – miał szczególne predyspozycje do tej roboty.

Pytanie za 100 punktów: jaką profesją miał trudnić się Kuraś? Filatelistyką?  Audytem finansowym? Bramkowaniem na dyskotece? A może ściąganiem haraczu? Nic z tych rzeczy. Pasjonat siłowni miał handlować walutą pod Pewexem. I nawet nie tyle robić wały na swoich klientach, co prowadzić regularną wojnę z siatką cinkciarzy, opierającą się na częstym mordobiciu.

 

Akurat kilka miesięcy wcześniej z puszki wyszedł Pershing, więc szukaliśmy nowych pól do zarobkowania. Wprawdzie automaty do gier przynosiły nam krociowe zyski, ale kto powiedział, że zarabianie ma mieć jakiś limit?

I tą wzniosłą myślą, której nie powstydziłby nawet Warren Buffett, kończymy. A jeśli czytaliście już „Masa o pieniądzach polskiej mafii” i macie jakieś swoje złote hasła, to podzielcie pod spodem.

 [/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

wpis jest wynikiem współpracy z marką PizzaPortal

Za dzieciaka sylwester kojarzył mi się z agentem 007 na szklanym ekranie, siedzeniem do późnej nocy i hukiem petard. Od jakichś 10 lat jest dla mnie równoznaczny z 0,7 w szkle, tańczeniem do wczesnego rana i hukiem korków od szampana. I witaniem nowego roku w głębokich czeluściach cieplutkiej i odciętej od zewnętrznych bodźców poduszko-jamy. Mowa oczywiście o kacu, którego obstawiam, że jutro będzie miała większość z Was. Żeby wejść w 2015 nieco radośniej niż do prosektorium, przygotowałem dla Was kilka rad, które polepszą Wam samopoczucie.

Sprawdźcie, osobiście przetestowane, najlepsze sposoby na kaca!

 

Dużo wody przed zaśnięciem

W zasadzie to ten punkt powinien brzmieć „dużo wody w trakcie picia alkoholu”, ale wiadomo jak to jest z pamięcią o tak nieistotnej kwestii jak bezprocentowa woda. Zwłaszcza, gdy jesteś w epicentrum imprezy, a parkiet wiruje jak karuzela. O spożyciu dużej ilości wody przez pójściem spać jest przypomnieć sobie dużo łatwiej i to faktycznie działa, bo Twój organizm jest nawodniony w trakcie snu i naczynia krwionośne są szczęśliwe. No chyba, że masz słaby pęcherz jak ja i budzi Cię co 1,5 godziny domagając się pozbycia tej wody.

 

Jajecznica na wypasie

Patent praktykowany przez najstarszych górali z Hali Gąsienicowej. Masło, kiełbasa, cebula, pomidor, oscypek i 3 jaja. No i sól rzecz jasna, bo tylko barbarzyńcy jedzą jajecznicę bez soli. Po pierwsze szybka, po drugie wchodzi jak Norek do Krawczyków, po trzecie przez daje uczucie sytości na dłuższy czas i pozwala zapomnieć o dziurze w żołądku.

 

Napój aloesowy

aloe vera king

Boski nektar odkryty podczas wypadu do Pragi. Łagodzi wewnętrzne obrażenia i koi zmysły aksamitnie łagodnym smakiem. Próbowałem różnych specyfików, i energetyków, i izotoników, i kawy na gorzko, i na słodko, i soku wyciskanego prosto z drzewka cytrusowego i nie ma płynu, który by skuteczniej łagodził kaca niż napój aloesowy. Oprócz tego, że jest nieinwazyjny w trakcie przyjmowania, to ma kawałeczki aloesu w środku, które są wyjątkowo przyjemne dla podniebienia i dłużej nawadniają ciało.

 

Okład z młodej piersi

To zasadniczo działa na wszystko. Trik dla dociekliwych: dolegliwości przechodzą najszybciej, gdy pierś jest damska.

 

Papieros, 2 Nurofeny i gruby koc

To akurat sposób polecany przez kumpelę, z którą mieszkam. Jej rytuałem po grubej imprezie jest przebudzenie się na kwadrans koło 10-11, spalenie szluga, łyknięcie tabletek przeciwbólowych i wrócenie z powrotem do łóżka na kilka godzin. Po takim zabiegu jest w stanie jednocześnie mówić, chodzić i sprzątać, i czasem nawet rozwiąże równanie z dwoma niewiadomymi.

 

Żurek

Żurek - PizzaPortal

Moja babcia mawiała, że zalewajka jest królową zup. Cóż, nikt nie robił takiej zalewajki jak ona, ale dobry żurek w niczym jej nie ustępuje. Gęściutki żur z jajeczkiem i kiełbaską jest jak balsam dla nadwyrężonego melanżem organizmu. Jak świeży olej dla zatartego silnika, jak miodek dla Kubusia Puchatka, jak pełna micha kapusty podczas obrad sejmowych dla profesor Pawłowicz. Przywraca energię i daje uczucie sytości na dłuższy czas, dostarczając zmartwychwstałym wypłukane minerały.

Jednak w przypadku tego sposobu pojawia się kłopot, bo mało kto przed sylwestrem ma czas i chęci być gotować żurek, a po imprezie jest to całkowicie niewykonalne. I nawet jeśli ktoś by na tyle popłynął poprzedniego wieczoru, że wciąż trzymałaby go faza, to nie wpadłby na pomysł, żeby gotować zupę osobiście. W takich przypadkach możliwość zamówienia jedzenie na dowóz okazuje się nie do przecenienia. Zwłaszcza, gdy nie masz w portfelu już żadnej gotówki, a możesz zamówić jedzenie przez internet, płacąc przelewem.

Nie przedłużając, z knajp dostępnych na PizzaPortal, polecam Pizzerię Palermo Bronowice. Niech Was nie zawiedzie nazwa, żureczek jest u nich pierwszoklasowy i działa jak powinien.

 

Klin

Deska ostatniego ratunku dla beznadziejnych przypadków, którym nic nie pomaga. Nic oprócz jakiegoś radlerka, który połowicznie uśpi kaca i trochę odsunie go w czasie. Byleby nie przesadzić z klinowaniem, bo deska może zamienić się w brzytwę.

 

Jacuzzi

Ewentualnie basen z ciepłą wodą. Próbowaliśmy tego 3 lata temu po sylwestrze w Zakopanem i zdziałał cuda. Bąbelki w jacuzzi wybąbelkowały mnie z lewej z powrotem na prawą stronę, a kilka długości w basenie przypomniało jak działają kończyny. No i to boskie unoszenie się na tafli wody, gdy włożysz pod siebie piankowe makarony – nic tak nie pozwala zapomnieć, że Twoja głowa nie ważyła kiedyś tony.

 

Internetowy alkomat?

Moje sposoby na kaca się wyczerpały, jeśli macie swoje sprawdzone i w miarę niezawodne, to wiecie co z nimi zrobić. Jeśli jednak czujecie, że w Waszych żyłach impreza jeszcze się nie skończyła i wciąż krążą w nich procenty, to PizzaPortal ma dla Was coś specjalnie na tę okazję. „Cats Over” to prosta aplikacja, która dzięki zaimplementowaniu sztucznej inteligencji i kryształów Swarovskiego osadzonych za pomocą teleskopu Hubble’a oceni stan Waszej kondycji. I da rabat na zamówienie jedzenia (nie tylko żureczku).

pizza portal rabat

Appkę „Cats Over” znajdziecie tutaj (lub klikając w grafikę powyżej), a zniżkę na szamę możecie wykorzystać przez cały dzień po sylwestrze (1 stycznia od 0:00 do 23:59). Biorąc pod uwagę jak drastycznie w tym dniu spadają zdolności kulinarne, powinna się przydać.

Niech Wam nowy rok lekkim będzie!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mislav Marochnic

Czym się różni solenizant od jubilata?

Skip to entry content

W sobotę byłem na urodzinach u mojej niedoszłej narzeczonej, znanej szerzej światu jako Pani Korektor. Jak przystało na osobę kończącą 26-ty rok życia, miała serwetki z „Hello Kitty” i kubeczki z „My Little Pony”. Rozentuzjazmowany, ale i skonsternowany tym zdarzeniem, zapytałem na Facebooku „czy taką solenizantkę można traktować poważnie?”. I oczywiście, musiał pojawić się ktoś, kto wytknął, że to przecież jubilatka. I tego typu dyskusja pojawia się za każdym razem, gdy ktoś ma urodziny i pada szekspirowskie „solenizant czy jubilat?”

No to wyjaśnijmy sobie raz na zawsze, jak to naprawdę jest.

 

Zgodnie ze słownikiem języka polskiego Państwowego Wydawnictwa Naukowego jubilat to

osoba, która obchodzi swój jubileusz

 

natomiast, zgodnie z tym samym źródłem, solenizant to

osoba obchodząca danego dnia swoje imieniny albo urodziny

 

Tłumacząc różnicę pomiędzy powyższymi definicjami łopatologicznie: masz urodziny – jesteś solenizantem, obchodzisz okrągłą rocznicę umycia zębów – jesteś jubilatem.

Dziękuję za uwagę.

 autorem zdjęcia w nagłówku jest ND Strupler