Close
Close

10 gangsterskich cytatów z książki „Masa o pieniądzach polskiej mafii”

Skip to entry content

Przez święta, w przerwach między spaniem, jedzeniem, oglądaniem „Kevina samego gdzieś tam” i spaniem, postanowiłem liznąć trochę kultury i kupiłem sobie zawczasu książkę. Tak, tak, to już czwarta w ciągu jednego roku. Na szczęście rok w środę się skończył, więc nie dobiłem do piątej i nie porobiło mnie za bardzo od nadmiaru literatury. Uff!

Wracając do tej konkretnej pozycji, którą widzicie na zdjęciu, to jest to „Masa o pieniądzach polskiej mafii”. Czyli drugi tom wywiadu z Jarosławem Sokołowskim – byłym członkiem gangu z Pruszkowa, a obecnie świadkiem koronnym, zeznającym przeciwko byłym kolegom po fachu. Rozmowa z Masą odkrywa kulisy działania polskiego przestępczego światka, wielokrotnie szokując, nieraz mrożąc krew w żyłach, ale i bawiąc. Mimo że tytuł nie jest wolny od wad – jak choćby cenzurowanie wątków z tłem seksualnym, czy silenie się autora na śmieszność – to zdecydowanie warto sprawdzić tę pozycję.

Tym razem postanowiłem zachęcić Was do sięgnięcia po książkę nie klasyczną recenzją, a zbiorem najciekawszych cytatów, które obudzą w Was apetyt na połknięcie całego tekstu.

 

– Rozumiem, że do hierachy zwracaliście się per Wasza Ekscelencjo?

– Powiem tak – próbowaliśmy różnych form grzecznościowych, ale arcybiskup mówi: „Dajcie spokój, chłopaki, my też jesteśmy grypsujący”.

Przez całą książkę przewijają się różne sposoby w jakie pruszkowscy gangsterzy zarabiali pieniądze. Ten fragment dotyczy akurat handlu sztuką i skupowania prac autorstwa Moneta, van Gogha, czy da Vinci. Panowie zakupili 380 zabytkowych dzieł. Od arcybiskupa z Krakowa.

 

– Odpuściliście mu ten przekręt?

– Człowiek, to istota, która zapomina urazy, także na tle finansowym. Szczególnie, jeśli znajdzie sobie inne źródło zysków. A z tym akurat grupa pruszkowska nie miała żadnych problemów.

Faktycznie, czytając kolejne rozdziały, gdzie przestępcy i handlują walutą, i zakładają dyskoteki, i odpalają teleturniej i nawet tworzą przedsiębiorstwo produkujące soki – de facto mowa o firmie Dr Witt – człowiek dochodzi do wniosku, że to rekiny biznesu potrafiące wyciągnąć złoto nawet z Google+.

 

Wiesio to był najlepszy alfons w Warszawie. Wcześniej pracował jako taksówkarz, ale uznał, że panienki dadzą mu większą taryfę, więc się przerzucił.

Tytuł rozdziału „Pod Marriottem stręczył Wiesiek” powinien być wystarczającym komentarzem do tego urywku.

 

– Ile czasu w sumie trwała ta przygoda z „Zielonym Bingo”?

– Nieco ponad pół roku. Ale mimo, że całość zakończyła się klapą, nie żałuję tamtego czasu. W sumie jeśli nie zarabiasz pieniędzy, a nawet je tracisz, to ważne abyś sobie przynajmniej fajnie pobzykał.

Cytat ten odnosi się do wcześniej wspomnianej próby uruchomienia programu telewizyjnego, jednak lepiej niż kwestie showbiznesowe opisuje stosunek jaki mafiosi mieli do pieniędzy. I kobiet.

 
[sociallocker id=”17312″]

Myśmy mieli zaprzyjaźnionego faceta, który robił stemple i często zamawialiśmy je u niego. Tyle, że nie był to fachowiec najwyższej klasy i jak czasem potrzebowaliśmy na stemplu berlińskiego niedźwiadka, to jemu akurat wychodził krokodyl. Ale mieliśmy szczęście do policji i do celników, którzy nie interesowali się zoologią.

To z kolei z rozdziału poświęconego procederowi, z którego najbardziej jesteśmy kojarzeni na zachodzie – sprowadzaniu kradzionych aut. Z tak wykwalifikowaną strażą graniczną wcale się nie dziwię, że złodziejom wszystko uchodziło na sucho.

 

– Kobieta, jak chce sobie poprawić humor, kupuje ciuch. Ty wybrałeś droższy wariant, ucieczkę na południe Francji…

– No wiesz, ja na poprawienie humoru kupiłem sobie dom w Saint-Tropez.

No bo, kto bandycie zabroni?

 

– Czy oprócz Małolata mieliście jakichś innych klientów, którzy brali od was w hurcie?

– Ponad 350 samochodów wzięła od nas warszawska kuria biskupia.

Czytając ten dialog, momentalnie stanął mi przed oczami napis na murze mojej podstawówki: Polska dla Polaków, ziemia dla ziemniaków, Toyota dla księdza.

 

Wszystko się zgadza, przy czym chcę zaznaczyć, że ja za ten napad dostałem wyjątkowo lichą działkę, 10 tysięcy złotych. Czyli na kawę z ciastkiem.

Żeby nie było, mowa o 10 000 nowych złotych, nie tych przed denominacją. Do drogiej kawiarni musieli chodzić.

 

Potem doszusował do nich chłopak o pseudonimie Kuraś, który – z racji zamiłowania do kulturystyki – miał szczególne predyspozycje do tej roboty.

Pytanie za 100 punktów: jaką profesją miał trudnić się Kuraś? Filatelistyką?  Audytem finansowym? Bramkowaniem na dyskotece? A może ściąganiem haraczu? Nic z tych rzeczy. Pasjonat siłowni miał handlować walutą pod Pewexem. I nawet nie tyle robić wały na swoich klientach, co prowadzić regularną wojnę z siatką cinkciarzy, opierającą się na częstym mordobiciu.

 

Akurat kilka miesięcy wcześniej z puszki wyszedł Pershing, więc szukaliśmy nowych pól do zarobkowania. Wprawdzie automaty do gier przynosiły nam krociowe zyski, ale kto powiedział, że zarabianie ma mieć jakiś limit?

I tą wzniosłą myślą, której nie powstydziłby nawet Warren Buffett, kończymy. A jeśli czytaliście już „Masa o pieniądzach polskiej mafii” i macie jakieś swoje złote hasła, to podzielcie pod spodem.

[/sociallocker]

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: gmail.com login()

  • Pingback: Greg Thmomson()

  • Pingback: Czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”?()

  • Pingback: electrician's bible app()

  • Pingback: stop parking()

  • Pingback: pay day loans()

  • Pingback: Blue Coaster33()

  • Robek

    z tymi czterami książkami w ciągu roku to taki żart, nie?

    • z tym komentarzem to taki żart, nie?

      • Robek

        nie poważnie pytam, ostatnio dowiaduje się, że plan Cukierkberga by przeczytać kilkadziesiąt książek w ciągu roku jest tak ambitny, że wręcz „agresywny”, więc kto tam wie czy cztery to nie jest akceptowalna norma ;)

  • Janek, a czytałeś „Masę o kobietach polskiej mafii”? Chyba lepsza :)

    • Nie, właśnie zacząłem dopiero od tej i „O kobietach” muszę nadrobić. Jest pikantna, czy autor też próbuje cenzurować sceny seksu?

      • Masa się chwilami sam cenzuruje, ale jest raczej bardziej dosadna :)

  • Karo

    Dzięki Tobie kolejna pozycja do przeczytania

  • Aleksandra Muszyńska

    Mnie do wpadnięcia w zadumę i konkluzji,że nic nie wiem o tym,co i jak się przestępczo dzieje w moim kraju wystarczyła pogawędka z naczelnikiem jednego z wydziałów prokuratury. Mindfuck.
    Podejrzewam, że taka pozycja jak ta, którą czytasz, odziera ze złudzeń wszystkich tych, którzy po lekturze Ojca Chrzestnego łudzili się, że mafia ma jakieś skrupuły i zasady.

    • Zasady są, ale tylko zgodne z mentalnością Kalego – jak Kali ukraść krowy, to dobrze, ale jak ktoś Kalemu ukraść krowy, to źle.

      • Aleksandra Muszyńska

        No, bardziej chodziło mi o to, że w tamtej, trochę przesłodzonej wersji, są takie rzeczy, których nawet mafia nie robi, bo są poniżej poziomu.
        Żeby nie było – „Ojca” uwielbiam i żałobę po Sonny’m mam do tej pory.

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

wpis jest wynikiem współpracy z marką PizzaPortal

Za dzieciaka sylwester kojarzył mi się z agentem 007 na szklanym ekranie, siedzeniem do późnej nocy i hukiem petard. Od jakichś 10 lat jest dla mnie równoznaczny z 0,7 w szkle, tańczeniem do wczesnego rana i hukiem korków od szampana. I witaniem nowego roku w głębokich czeluściach cieplutkiej i odciętej od zewnętrznych bodźców poduszko-jamy. Mowa oczywiście o kacu, którego obstawiam, że jutro będzie miała większość z Was. Żeby wejść w 2015 nieco radośniej niż do prosektorium, przygotowałem dla Was kilka rad, które polepszą Wam samopoczucie.

Sprawdźcie, osobiście przetestowane, najlepsze sposoby na kaca!

 

Dużo wody przed zaśnięciem

W zasadzie to ten punkt powinien brzmieć „dużo wody w trakcie picia alkoholu”, ale wiadomo jak to jest z pamięcią o tak nieistotnej kwestii jak bezprocentowa woda. Zwłaszcza, gdy jesteś w epicentrum imprezy, a parkiet wiruje jak karuzela. O spożyciu dużej ilości wody przez pójściem spać jest przypomnieć sobie dużo łatwiej i to faktycznie działa, bo Twój organizm jest nawodniony w trakcie snu i naczynia krwionośne są szczęśliwe. No chyba, że masz słaby pęcherz jak ja i budzi Cię co 1,5 godziny domagając się pozbycia tej wody.

 

Jajecznica na wypasie

Patent praktykowany przez najstarszych górali z Hali Gąsienicowej. Masło, kiełbasa, cebula, pomidor, oscypek i 3 jaja. No i sól rzecz jasna, bo tylko barbarzyńcy jedzą jajecznicę bez soli. Po pierwsze szybka, po drugie wchodzi jak Norek do Krawczyków, po trzecie przez daje uczucie sytości na dłuższy czas i pozwala zapomnieć o dziurze w żołądku.

 

Napój aloesowy

aloe vera king

Boski nektar odkryty podczas wypadu do Pragi. Łagodzi wewnętrzne obrażenia i koi zmysły aksamitnie łagodnym smakiem. Próbowałem różnych specyfików, i energetyków, i izotoników, i kawy na gorzko, i na słodko, i soku wyciskanego prosto z drzewka cytrusowego i nie ma płynu, który by skuteczniej łagodził kaca niż napój aloesowy. Oprócz tego, że jest nieinwazyjny w trakcie przyjmowania, to ma kawałeczki aloesu w środku, które są wyjątkowo przyjemne dla podniebienia i dłużej nawadniają ciało.

 

Okład z młodej piersi

To zasadniczo działa na wszystko. Trik dla dociekliwych: dolegliwości przechodzą najszybciej, gdy pierś jest damska.

 

Papieros, 2 Nurofeny i gruby koc

To akurat sposób polecany przez kumpelę, z którą mieszkam. Jej rytuałem po grubej imprezie jest przebudzenie się na kwadrans koło 10-11, spalenie szluga, łyknięcie tabletek przeciwbólowych i wrócenie z powrotem do łóżka na kilka godzin. Po takim zabiegu jest w stanie jednocześnie mówić, chodzić i sprzątać, i czasem nawet rozwiąże równanie z dwoma niewiadomymi.

 

Żurek

Żurek - PizzaPortal

Moja babcia mawiała, że zalewajka jest królową zup. Cóż, nikt nie robił takiej zalewajki jak ona, ale dobry żurek w niczym jej nie ustępuje. Gęściutki żur z jajeczkiem i kiełbaską jest jak balsam dla nadwyrężonego melanżem organizmu. Jak świeży olej dla zatartego silnika, jak miodek dla Kubusia Puchatka, jak pełna micha kapusty podczas obrad sejmowych dla profesor Pawłowicz. Przywraca energię i daje uczucie sytości na dłuższy czas, dostarczając zmartwychwstałym wypłukane minerały.

Jednak w przypadku tego sposobu pojawia się kłopot, bo mało kto przed sylwestrem ma czas i chęci być gotować żurek, a po imprezie jest to całkowicie niewykonalne. I nawet jeśli ktoś by na tyle popłynął poprzedniego wieczoru, że wciąż trzymałaby go faza, to nie wpadłby na pomysł, żeby gotować zupę osobiście. W takich przypadkach możliwość zamówienia jedzenie na dowóz okazuje się nie do przecenienia. Zwłaszcza, gdy nie masz w portfelu już żadnej gotówki, a możesz zamówić jedzenie przez internet, płacąc przelewem.

Nie przedłużając, z knajp dostępnych na PizzaPortal, polecam Pizzerię Palermo Bronowice. Niech Was nie zawiedzie nazwa, żureczek jest u nich pierwszoklasowy i działa jak powinien.

 

Klin

Deska ostatniego ratunku dla beznadziejnych przypadków, którym nic nie pomaga. Nic oprócz jakiegoś radlerka, który połowicznie uśpi kaca i trochę odsunie go w czasie. Byleby nie przesadzić z klinowaniem, bo deska może zamienić się w brzytwę.

 

Jacuzzi

Ewentualnie basen z ciepłą wodą. Próbowaliśmy tego 3 lata temu po sylwestrze w Zakopanem i zdziałał cuda. Bąbelki w jacuzzi wybąbelkowały mnie z lewej z powrotem na prawą stronę, a kilka długości w basenie przypomniało jak działają kończyny. No i to boskie unoszenie się na tafli wody, gdy włożysz pod siebie piankowe makarony – nic tak nie pozwala zapomnieć, że Twoja głowa nie ważyła kiedyś tony.

 

Internetowy alkomat?

Moje sposoby na kaca się wyczerpały, jeśli macie swoje sprawdzone i w miarę niezawodne, to wiecie co z nimi zrobić. Jeśli jednak czujecie, że w Waszych żyłach impreza jeszcze się nie skończyła i wciąż krążą w nich procenty, to PizzaPortal ma dla Was coś specjalnie na tę okazję. „Cats Over” to prosta aplikacja, która dzięki zaimplementowaniu sztucznej inteligencji i kryształów Swarovskiego osadzonych za pomocą teleskopu Hubble’a oceni stan Waszej kondycji. I da rabat na zamówienie jedzenia (nie tylko żureczku).

pizza portal rabat

Appkę „Cats Over” znajdziecie tutaj (lub klikając w grafikę powyżej), a zniżkę na szamę możecie wykorzystać przez cały dzień po sylwestrze (1 stycznia od 0:00 do 23:59). Biorąc pod uwagę jak drastycznie w tym dniu spadają zdolności kulinarne, powinna się przydać.

Niech Wam nowy rok lekkim będzie!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mislav Marochnic

---> SKOMENTUJ

Czym się różni solenizant od jubilata?

Skip to entry content

W sobotę byłem na urodzinach u mojej niedoszłej narzeczonej, znanej szerzej światu jako Pani Korektor. Jak przystało na osobę kończącą 26-ty rok życia, miała serwetki z „Hello Kitty” i kubeczki z „My Little Pony”. Rozentuzjazmowany, ale i skonsternowany tym zdarzeniem, zapytałem na Facebooku „czy taką solenizantkę można traktować poważnie?”. I oczywiście, musiał pojawić się ktoś, kto wytknął, że to przecież jubilatka. I tego typu dyskusja pojawia się za każdym razem, gdy ktoś ma urodziny i pada szekspirowskie „solenizant czy jubilat?”

No to wyjaśnijmy sobie raz na zawsze, jak to naprawdę jest.

 

Zgodnie ze słownikiem języka polskiego Państwowego Wydawnictwa Naukowego jubilat to

osoba, która obchodzi swój jubileusz

 

natomiast, zgodnie z tym samym źródłem, solenizant to

osoba obchodząca danego dnia swoje imieniny albo urodziny

 

Tłumacząc różnicę pomiędzy powyższymi definicjami łopatologicznie: masz urodziny – jesteś solenizantem, obchodzisz okrągłą rocznicę umycia zębów – jesteś jubilatem.

Dziękuję za uwagę.

 autorem zdjęcia w nagłówku jest ND Strupler

---> SKOMENTUJ