Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #9: Sasha Grey, „Breaking Bad” i „House of cards”

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 9

Jest piątek, tygodnia koniec i początek, jak mawiał kielecki wiesz, i jest przeglądzik. W tegotygodniowym streszczeniu życia w sieci sporo wątków filmowych i mało ciężkich, poważnych tematów. Trzeba się wyluzować, jak to mawiał Laska z „Chłopaki nie płaczą”, także jedyny frank jaki pojawia się w całym zestawieniu, to Frank Underwood. Spoko, nie?

Kanapka Jake’a z „Adventure Time”: kilka osób namawiało mnie na tę kreskówkę, ale zawsze wolałem odpalić kolejny odcinek ‚Simpsonów” albo „South Park”. Po znalezieniu przepisu na kanapkę głównego bohatera i zobaczeniu jak ona wygląda w rzeczywistości, chyba przekonam się do bajki.

10 rzecz, których nauczy Cię blogowanie: między innymi systematyczności, formułowania logicznych wypowiedzi i umiejętności negocjowania. Świetny temat i świetne przemyślenia. Aż mi głupio, że ja tego nie napisałem.

Dzień z życia sprzedawcy: czyli być jak Don Draper. Marta mieszkająca od kilku lat w Anglii, opowiada o tym, jak to jest być przedstawicielem w branży reklamowej i jakie to uczucie dopinać kontrakt za gruby hajs.

Recenzja książki Sashy Grey: tak, tej aktorki porno. Czy odnalazła się jako pisarka i czy czytelnicy mogą odnaleźć w jej twórczości coś więcej niż popłuczyny po „50 twarzach Greya”? Tekst jest na tyle treściwy i celny, że nie będę Wam zdradzał szczegółów, bo zepsuję Wam zabawę. Po prostu sprawdźcie to.

36 ciekawostek o „Breaking Bad”: o których totalnie nie miałem pojęcia, a są takie, że rozsadzają mózg! Boże, twórcy przekminili ten serial od pierwszej sceny do napisów końcowych. Łouł!

Narzędzia do tworzenia infografik: pięknych wykresów, mapek i wszystkich innych rzeczy z liczbami, które można pokazać graficznie. Aplikacje do infografik przydadzą się nie tylko studentom, blogerom, czy handlowcom, ale każdemu kto musi od czasu do czasu zaprezentować jakieś dane.

Zapowiedź 3-go sezonu „House of cards”: wszyscy, na czele ze mną, są tak napaleni na ten serial, że chyba wystarczy jak powiem, że pojawi się już niedługo, no nie?

 

Piosenka tygodnia: tym razem piosenka, a nie klip, bo żaden oszołamiający obraz nie wyszedł ostatnim tygodniu (ten Sii z typem z „Transformersów” jakoś mnie nie jara). Piosenka za to nie byle jaka, bo bazarowy hit „Jesteś szalona” po łacinie. Tak, dotarliśmy do końca internetu.

 

Damska stylówka tygodnia: byłem mocno uprzedzony do tej zimowej wersji Air Maxów i wydawały mi się strasznie brzydkie, ale w tej kolorystyce i zestawieniu wyglądają bardzo przyzwoicie. I całościowo w ogóle świetna stylówka na zimę. Ani nie zbyt oficjalna, ani nie turbo uliczna. Detale zestawu znajdziecie u Jessici na blogu.

zdjęcie pochodzi z bloga Jemerced.com
zdjęcie pochodzi z bloga Jemerced.com

 

Męska stylówka tygodnia: spoko buty, spoko spodnie, spoko nerka, spoko koszula, spoko kurtka. Okulary może trochę przebajerzone, a czapka jak po prababce, ale zasadniczo Juicy Guile jest spoko.

juicy guile
zdjęcie pochodzi z bloga juicyguile.com

 

Fanpage tygodnia: do tej pory lansowałem same wybite profile, które już miały spora popularność, więc teraz czas na coś niszowego, co dopiero raczkuje. Bazgram to całkiem zabawne, satyryczne mikrokomiksy. Nie jest to jeszcze poziom Raczkowskiego, ale widać potencjał i tendencję zwyżkową.

Post użytkownika Bazgram.

 

Blogerka na głównym zdjęciu: tym razem twarzą „Przeglądu Internetu” została kucharka. To znaczy kulinarka. To znaczy blogerka kulinarna – Sylwia z Ostra na Słodko. W smaku jeszcze nie próbowałem, ale w obyciu jest raczej słodka, niż ostra i nawet tatuaż nad przedramieniu, mimo, ze sporych rozmiarów, to raczej ma milusiński.  Jak potrzebujecie prostego rzepisu na pączki, to zajrzyjcie do niej.

Z ogłoszeń parafialnych mam to samo co zwykle: jeśli chcecie, żeby Wasza buźka wylądowała u góry w kolejnym „Przeglądzie”, to ślijcie swoje focisze z lupą na maila albo wrzućcie do komentarzy poniżej. I pamiętajcie, żeby nie brać kredytu w obcej walucie, jeśli nie jesteście asami ekonomii.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Wszyscy polecają ten artykuł – czego nauczy cię blogowanie – chyba pora go obczaić. Poza tym jako fanka Breaking Bad muszę poczytać te rozkminy, a House of Cards zamierzam obejrzeć już od dawna dawna ale jakoś czasu nie było .

  • Babuszka

    Ojj te obie stylizacje są bardzo słabe.

    • Czemu?

      • Babuszka

        Oczywiście sugeruje się tu moim gustem :) Nie podoba mi się zestawienie płaszcza + air maxów, które są butami sportowymi. Wg. mnie płaszcze powinny być zarezerwowane dla kozaków, botków czy innych bardziej eleganckich butów. Ponadto ta stylizacja wygląda trochę jak „outfit do szkoły”. Ja się po prostu tak nie ubieram, nigdy mi nie pasowały sportowe buty do bardziej oficjalnej góry. W przypadku męskiej stylizacji nie podoba mi się mix kolorów, jakoś tak zbyt krzykliwie. Trochę jak Jacyków ;p

        • To z właśnie z powodów, które wymieniałaś dla mnie są świetne ;)

  • Edyta Stiller

    link a breaking bad przenosi do sashy grey!!!

  • Bartosz Ostrowski

    Miałem bardzo mieszane uczucia co do trzeciego sezonu House of Cards. Wydawało mi się (i nadal tak jest), że powinien zostać zamkniętą, dwuodcinkową kompozycją tak, jak było to planowane. Jednak kiedy dowiedziałem się, że pojawi się prezydent Rosji to mój entuzjazm eksplodował.

  • Karo

    Swego czasu chciałam zrobić głupi prezent koleżance. Ot taka przyjacielska złośliwość. Jako ze jest ona miłośniczką „50 twarzy…” tak widząc książkę Sashy pomyślałam- a może by tak…? Wzięłam do ręki, otworzyłam na byle jakiej stronie. O Sasho! Jeśli Twoje porno jest tak słabe jak talent literacki, to nie wiem dlaczego mieszkasz w piórnikach gimnazjalistów na fizyce.

    „Lubię trzymać je na palcu i patrzeć na nie tak, jak patrzy się na płatek śniegu, próbując dostrzec stworzony przez naturę krystaliczny wzór.”

    Sasha, Do you want to build a snowman?

    Ps. Książki nie kupiłam. Może i jestem złośliwa i spłonę w piekle, ale swoją godność mam.

    • Po fragmentach w „Wyrwane z kontekstu” wiem, że to będzie dno, ale i tak myślę o tym, żeby ją kupić i zrecenzować dla beki.

      • Karo

        Chętnie przeczytam… recenzję oczywiście.

  • No to ja zacznę fotą.
    Z porą na przygodę jestem na bieżąco, zawsze na propsie. Polecam oglądnąć odcinek „5 krótkich opowieści”.

    • No, w końcu jakieś facet! Dziękówa, wrzucam fotę do przeglądowej kolejeczki.

  • Anna Ven

    Breaking Bad to absolutnie najlepszy serial, jaki widziałam!

    • Babuszka

      jeszcze Lost jest super :)

  • Świetne te narzędzia do infografik – dzięki :)

  • Sylwia Ładyga

    „JESZCZE nie próbowałem” …. jeszcze ;) :D

  • Czy na zdjęciu z lupą twarz mogą zastąpić niezwykle zgrabne nogi?

    • Jak najbardziej!

      • Czy ma ktoś pożyczyć lupę?

        • Karo

          Czy ma ktoś pożyczyć zgrabne nogi? Lupę mam…

          • Zróbcie sesję łączona, powinnyście się jakoś dogadać.

  • Aleksandra

    Nie rozumiem, jak można nie znać tak wspaniałej produkcji brodatego kolesia. Przekonuję cię do bajki moim Finn’em ze zdjęcia profilowego!

    • No własnie on mnie głównie zniechęca.

      • Aleksandra

        :'( < / 3

      • Janek, zarządzam obowiązkowy seans. Trzeba się tylko najpierw do tego przygotować.

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> SKOMENTUJ

Cieszę się, że pigułki „dzień po” będą dostępne bez recepty

Skip to entry content

Rozmowy choć trochę zahaczające o temat stosunków płciowych, bez znaczenia czego konkretnie by nie dotyczyły, zawsze wzbudzają żywiołową dyskusję. I polaryzują społeczeństwo dzieląc je na dwa przeciwstawne obozy. Podobnie jest i tym razem, bo Sławomir Neumann – wiceminister zdrowia – poinformował, że pigułki „dzień po” będą dostępne bez recepty. Konkretnie mowa o ellaOne, czyli o środku antykoncepcji awaryjnej, który można zażyć do 5 dni po stosunku, aby zapobiec ciąży. Opinie, czy to dobrze czy źle, są prawie tak skrajne jak przy temacie legalizacji aborcji.

Ja należę do obozu popierającego swobodny dostęp do tabletek typu Escapelle, Postinor, czy właśnie ellaOne i bardzo się cieszę, że będzie można je dostać bez większych problemów. Dlaczego?

 

Bo zanim dostaniesz się do lekarza urodzi Ci się dziecko

Do tej pory, żeby kupić w aptece pigułki „dzień po” musiałeś mieć receptę od lekarza. I to nie od jakiegokolwiek lekarza, a od ginekologa.

O ile w dużym mieście, w środku tygodnia, umówienie się ze specjalistą na szybką wizytę było jeszcze wykonalne, o tyle w mniejszych miejscowościach umówienie takiego spotkania do 72 godzin było praktycznie niemożliwe. Pomijam generowanie dodatkowych kosztów, ale jak dzwonisz do 7-go ginekologa z rzędu i słyszysz, że „w tym tygodniu nie da rady, dopiero w przyszłym”, a wiesz, że liczy się każda godzina, to najzwyczajniej w świecie zaczyna Ci się robić słabo. Wizja zostania ojcem z powodu niesprawnego systemu służby zdrowia jest, dyplomatycznie mówiąc, przytłaczająca.

A teraz wyobraź sobie, że uprawiałeś seks ze swoją dziewczyną w piątkową noc i pękła Wam prezerwatywa. Ale dowiadujesz się o tym w sobotę, bo kochaliście się po bożemu przy zgaszonym świetle i dopiero rano, wyrzucając śmieci, zorientowałeś się, że jest coś nie halo. Przez weekend ani nie załatwisz nic na NFZ, ani prywatnie, bo wszyscy mają wolne, a aptekarka nie da Ci tabletek w kredo bez recepty. O dzwonieniu na pogotowie, czy do szpitala nawet nie myśl, wyśmieją Cię, zanim zdążysz dokończyć zdanie. Zresztą „normalni” lekarze nawet w środku tygodnia by Ci nie pomogli i zostawili z rozżarzonym węglem w dłoni, bo – jak wielokrotnie usłyszałem – to nie ich działka.

Jak bardzo byś nie lubił seksu analnego, to jesteś w dupie.

 

Bo nie chcę, żeby dziecko było dziełem przypadku

I tyczy się to zarówno moich dzieci, jak i jakichkolwiek innych, bo dziecko to nie jest tamagotchi, że je wyłączysz jak Ci się znudzi, czy pies, że go wywieziesz do lasu jak zacznie Ci przeszkadzać, tylko normalny żywy człowiek. Człowiek, który powinien zostać powołany na świat z powodu miłości i świadomej decyzji dwojga ludzi, a nie dlatego, że im guma pękła. Czy przez to, że ktoś miał słaby refleks i nie zdążył wyciągnąć penisa przed końcem. Zresztą, już pisałem obszernie o tym, jaka odpowiedzialność wiąże się z posiadaniem dziecka.

I bardzo nie chcę, żeby jakiś człowiek był skazywany na nią tylko dlatego, że przyjmujący go lekarz podpisał klauzulę sumienia.

 

Bo nie boję się o gówniary

Głównym argumentem przeciwników swobodnego dostępu do antykoncepcji awaryjnej jest hasło „bo gówniary będą to jeść jak cukierki”. W sensie, że celowo będą uprawiać seks bez zabezpieczenia, a potem pójdą sobie łyknąć pigułkę, skoro to takie proste. To nośny, ale błahy argument z kilku powodów.

Po pierwsze, to, że coś łatwo zdobyć, nie oznacza, że automatycznie wszyscy się na to rzucą. Denaturat można kupić nie będąc pełnoletnim, Acodin dostępny jest bez recepty, a gaz z zapalniczek, czy klej już w ogóle jest ultra łatwy do zdobycia, a mimo to dzieciaki nie odurzają się masowo tymi specyfikami. Może społeczeństwo jednak nie jest aż tak głupie, jak niektórzy zakładają?

Po drugie, koszt jednej takiej postosunkowej pigułki to 120 złotych. Nie wiem, która małolata ot tak, miałaby miesięcznie wielokrotność tej kwoty. A przede wszystkim mocno powątpiewam, że chciałaby wydawać tyle hajsu na jednorazową zabawę, jeśli można za to kupić od cholery opakowań zwykłych tabletek antykoncepcyjnych i jeszcze więcej kondomów.

Po trzecie, z głupotą nikt nie wygra. Jeśli ktoś jest idiotą i będzie to traktował jako regularną antykoncepcję, to nawet lepiej, że wycofa swoje geny z puli.

autorem zdjęcia w nagłówku jest schweitzer
---> SKOMENTUJ
autorem zdjęcia jest DGTX
autorem zdjęcia jest DGTX

– Dobra chłopaki, zaraz wchodzicie! – głos typa z RMFu nadzorującego „Dni miasta”, z subtelnością wepchnięcia do lodowatej wody w upalny dzień, wyrywa mnie z mikrośpiączki, w której byłem pogrążony od jakiegoś kwadransa, starając się uspokoić.

– Luz – odpowiada Dawid, choć nie wygląda na specjalnie wyluzowanego, ale i tak daleko mu do mnie. Ja jestem pospinany jak kable w skrzynce na półpiętrze i choć staram się to opanować, to dłonie mi drżą jakbym miał zaawansowanego Parkinsona. Tak, zdecydowanie pełen luzik.

– …czyli zwycięzcy konkursu „Spoko Dzieciak”! Powitajcie ich brawami! – anons prowadzącego dobiegł zza moich pleców uzmysławiając mi, że nie ma już odwrotu. Trzeba tam wyjść, pokazać co potrafimy i zrobić dobrą robotę. I najlepiej nie upuścić mikrofonu przy tym, ani nie zemdleć.

– No to wbijamy! – rzucił Dawid najmniej przekonująco jak to było możliwe i zaczął wchodzić na scenę. Mimo, że schody przede mną miały raptem półtora metra, gdy postawiłem stopę na pierwszym, miałem wrażenie, że są wielkości Kilimandżaro i bez sprzętu do wspinaczek wysokogórskich nie mam szansy ich zdobyć.

W końcu udało mi się po nich wejść bez awaryjnego lądowania twarzą na betonie i gdy postawiłem stopę na ostatnim, a Dawid podał mi mikrofon, stało się coś magicznego. Didżej po lewej, akustyk po prawej, za mną mój kumpel, a przede mną całe miasto. Kilka tysięcy osób patrzy na mnie spod sceny i czeka na to, co teraz zrobię. Wyczekuje jak dzwonka na przerwę pod koniec matmy widowiskowego przedstawienia, które ich poruszy, rozśmieszy albo rozczuli. Napięcie właśnie sięgnęło zenitu i robi drugie okrążenie.

– Siema Sosnowieeec! – krzyczę w ich stronę niemal łamiącym się głosem i gdy już chcę zamknąć oczy i udać, że teleportowałem się do innego wymiaru, słyszę głośne, chóralne „sieeemaaa!”. Jest dobrze, będzie dobrze, damy radę! Biorę najgłębszy oddech w swoim życiu i gdy didżej puszcza nam bit, czuję, że krew w moim ciele krąży jak wyścigówki po torze NASCAR. Łouł!

 

***

 

Blog Forum Gdańsk 2014, Teatr Szekspirowski, impreza integracyjna. Tańce, hulańce, swawole i zero jedzenia. A jak człowiek potańczy i się powydziera, to nawet nie musi pić tych 8 piw, żeby zgłodniał. Mimo wszystko, z Maćkiem Trojanowiczem woleliśmy nie ryzykować. A gdy już się to stało i gastrofaza zdominowała nasze połączenia neuronowe, wymknęliśmy się na miasto wrzucić coś na ząb. Oczywiście lekkostrawnego, wegetariańskiego i bezglutenowego, wszak było już po północy i inne danie o tej porze byłoby wbrew kodeksowi harcerza.

Szukając czynnej burgerowni bądź kebaba z dobrych jakościowo szczurów, rozkoszowaliśmy się klimatem Gdańska i pijanymi studentkami nieradzącymi sobie w szpilkach na zabytkowej kostce brukowej. Z racji, że Maciej wychował się w tym mieście, między jednym, a drugim łykiem piwa, nagle go olśniło, że dwie ulice dalej jest dość przyzwoita całodobowa buda z żarciem. W owym lokalu wyższej klasy spotkać można było wszelkiej maści imprezowiczów. Od gimnazjalistów wracających łukiem ze szkolnej dyskoteki, po 50-latków na gigancie. Takich co to powiedzieli żonie, że idą po fajki do Żabki i od dekady mają problemy ze znalezieniem drogi powrotnej.

I jeden z takich typów bardzo się nami zainteresował.

Gdy już dostaliśmy po bułce z mięsem z tablicą Mendelejewa w postaci sosu czosnkowego, pewien kolo jedzący równie wykwintne danie, zadał pytanie zwiastujące kłopoty niezależnie od kodu pocztowego miejsca, w którym aktualnie się znajdujesz: „skąd jesteście?”. Maciek coś tam mu odpowiedział, chyba nawet zgodnie z prawdą, ale wiadome było, że to tylko pretekst. Pretekst, żeby to spotkanie skończyło się źle. A przecież przyjechaliśmy nad morzem z tak dobrymi intencjami, w tak sprzyjających okolicznościach – blogerzy, konferencja, wiedza, doświadczenia, integracja, miłość i darmowy internet.

Niestety, nawciągany 50-kilkulatek z sumiennie zbudowaną masą nie chciał się dzielić z nami miłością. Wręcz przeciwnie.

Po bezsensownej wymianie zdań będącej tylko zbędnym preludium do fizycznego starcia, czarujący jegomość, w aurze odoru przetrawionej Starogardzkiej i wcześniej wspomnianego sosu czosnkowego, oświadczył, że zaraz wydłubie mi oko widelcem. Jak zabawnie by to teraz nie brzmiało, to wtedy, widząc jego mętne spojrzenie, przez które przebijał się błysk niepoczytalności, dziko tętniące żyły na szyi i nerwowe ruchy, wcale nie było mi do śmiechu.

Jego deklaracja brzmiała bardzo przekonująco, a napierdalanka była kwestią sekund.

Zawsze w takich momentach staram się zachować spokój. Tworzę w głowie jasne scenariusze kończące tego typu spotkania, gdzie uznajemy to za pomyłkę, którą nie warto psuć sobie krwi i rozchodzimy się w pokoju pozdrawiając swoje rodziny, Buddę, Allaha i panie ze spożywczaka dające na kreskę. Jednak, jeśli kiedykolwiek byliście w takiej sytuacji, wiecie, że czasem jest to trudne. Zwłaszcza, jeśli ktoś stoi od Ciebie na odległość zapałki, tak, że czujesz kipiącą w nim agresję na swojej twarzy i widzisz jak celuje zębami widelca w Twoje oko. Wtedy jest to bardzo trudne.

Wtedy wszystkie Twoje zmysły są wyostrzone jak noże do filetowania mięsa, adrenalina rozsadza Ci skronie jak bomby zrzucone na Nagasaki i czujesz w absolutnie całym ciele jak w Twoich żyłach płynie krew. Wrząca, napędzająca cały organizm, buzująca krew.

 

***

 

Wracamy furą z weekendowego wypadu do Pragi. Było lepiej niż nieźle, bo i pogoda nam się trafiła i jedzenie smaczne i piwa można się było napić w plenerze jak człowiek, a nie jak kryminalista, który właśnie zakopał zwłoki 6-osobowej rodziny w lesie i kryje się po bramach przed organami ścigania. No i przede wszystkim doborowe towarzystwo, z którymi można iśc i do tańca, i do zadań z termodynamiki. Innymi słowy, luz, relaks i nieznośna lekkość bytu wypełniająca każde pomieszczenie.

I mimo, że właśnie wracamy, to mózg wciąż produkuje endorfinki.

Droga pusta, bak pełny, jedzenia pod dostatkiem, picia też, za oknem ciemno jakby ktoś wpisał #000000 w programie ustalającym kolor nieba i Lykke Li z głośników. Śmiech, podśpiewywanie, nucenie i upajanie się chwilą. Błogość, wszechogarniająca błogość. Trwająca do momentu, aż ta czerń za oknem nie zaczyna się rozświetlać. I to bynajmniej nie dlatego, że wjeżdżamy do miasta i pozdrawiają nas latarnie, czy neony reklam. Nie są to nawet auta z naprzeciwka. To nawałnica.

W przeciągu kilku minut niebo zaczynają rozdzierać dziesiątki piorunów, a droga przed nami staje się niemal niewidoczna od deszczu gęstego jak smoła. No kurwa, biały szkwał.

Musimy zwolnić ze 120 do 15 kilometrów na godzinę, a po kwadransie takiej jazdy, gdy z każdym uderzeniem kropli o szybę nasłuchujemy, czy przypadkiem tym razem nie pęknie, zastanawiamy się, czy lepiej się nie zatrzymać. Muzyka z trudnością przebija się przez dudnienie deszczu o karoserię, a gdy ten zamienia się w rytmiczne gradobicie z akompaniamentem grzmotów, niknie zupełnie. Tak jak cały świat przed i za nami, gdy nie rozświetlają go wyładowania atmosferyczne przecinające przestrzeń jak urodzinowy tort.

W takim momencie dociera do ciebie jak nieznaczącą drobinką z perspektywy wszechświata jesteś. Łupinką na środku oceanu.

Euforia i hiper-optymizm z przed kwadransa zaczyna mieszać się z wszechogarniającym przerażeniem i panicznym lękiem przed śmiercią. W głowie zaczyna dziać się to, co na zewnątrz – dwie przeciwstawne siły ścierają się ze sobą materializując chaos. Cieszysz się, że jesteś z przyjaciółmi i przeżywałeś piękne chwile dosłownie chwilę temu i jednocześnie wizualizujesz jak kolejny piorun trafia w auto, będące dla niego marnym pudełkiem zapałek, i spopiela Was żywcem, a Twoja przygoda na tym świecie w ułamku sekundy dobiega końca.

Zdajesz sobie z tego wszystkiego sprawę, a najsilniejsze co czujesz w tym momencie, to jak w Twoich żyłach płynie krew.

 

***

 

Podobnych sytuacji było wiele, a ostatnia z nich zdarzyła się wczoraj. Mimo, że nie każdą wspominam z uśmiechem nas ustach i do wielu nie chciałbym wracać, to każdą z nich sobie cenię. Bo w każdej z nich – nie metaforycznie, wprost, dosłownie – czułem, że żyję. Że mam ciało, umysł i jestem tu i teraz całym sobą.

A Ty? Kiedy ostatni raz doświadczyłeś tego, że żyjesz? Kiedy ostatnio czułeś jak w żyłach płynie krew?

---> SKOMENTUJ