Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #9: Sasha Grey, „Breaking Bad” i „House of cards”

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 9

Jest piątek, tygodnia koniec i początek, jak mawiał kielecki wiesz, i jest przeglądzik. W tegotygodniowym streszczeniu życia w sieci sporo wątków filmowych i mało ciężkich, poważnych tematów. Trzeba się wyluzować, jak to mawiał Laska z „Chłopaki nie płaczą”, także jedyny frank jaki pojawia się w całym zestawieniu, to Frank Underwood. Spoko, nie?

Kanapka Jake’a z „Adventure Time”: kilka osób namawiało mnie na tę kreskówkę, ale zawsze wolałem odpalić kolejny odcinek ‚Simpsonów” albo „South Park”. Po znalezieniu przepisu na kanapkę głównego bohatera i zobaczeniu jak ona wygląda w rzeczywistości, chyba przekonam się do bajki.

10 rzecz, których nauczy Cię blogowanie: między innymi systematyczności, formułowania logicznych wypowiedzi i umiejętności negocjowania. Świetny temat i świetne przemyślenia. Aż mi głupio, że ja tego nie napisałem.

Dzień z życia sprzedawcy: czyli być jak Don Draper. Marta mieszkająca od kilku lat w Anglii, opowiada o tym, jak to jest być przedstawicielem w branży reklamowej i jakie to uczucie dopinać kontrakt za gruby hajs.

Recenzja książki Sashy Grey: tak, tej aktorki porno. Czy odnalazła się jako pisarka i czy czytelnicy mogą odnaleźć w jej twórczości coś więcej niż popłuczyny po „50 twarzach Greya”? Tekst jest na tyle treściwy i celny, że nie będę Wam zdradzał szczegółów, bo zepsuję Wam zabawę. Po prostu sprawdźcie to.

36 ciekawostek o „Breaking Bad”: o których totalnie nie miałem pojęcia, a są takie, że rozsadzają mózg! Boże, twórcy przekminili ten serial od pierwszej sceny do napisów końcowych. Łouł!

Narzędzia do tworzenia infografik: pięknych wykresów, mapek i wszystkich innych rzeczy z liczbami, które można pokazać graficznie. Aplikacje do infografik przydadzą się nie tylko studentom, blogerom, czy handlowcom, ale każdemu kto musi od czasu do czasu zaprezentować jakieś dane.

Zapowiedź 3-go sezonu „House of cards”: wszyscy, na czele ze mną, są tak napaleni na ten serial, że chyba wystarczy jak powiem, że pojawi się już niedługo, no nie?

 

Piosenka tygodnia: tym razem piosenka, a nie klip, bo żaden oszołamiający obraz nie wyszedł ostatnim tygodniu (ten Sii z typem z „Transformersów” jakoś mnie nie jara). Piosenka za to nie byle jaka, bo bazarowy hit „Jesteś szalona” po łacinie. Tak, dotarliśmy do końca internetu.

 

Damska stylówka tygodnia: byłem mocno uprzedzony do tej zimowej wersji Air Maxów i wydawały mi się strasznie brzydkie, ale w tej kolorystyce i zestawieniu wyglądają bardzo przyzwoicie. I całościowo w ogóle świetna stylówka na zimę. Ani nie zbyt oficjalna, ani nie turbo uliczna. Detale zestawu znajdziecie u Jessici na blogu.

zdjęcie pochodzi z bloga Jemerced.com
zdjęcie pochodzi z bloga Jemerced.com

 

Męska stylówka tygodnia: spoko buty, spoko spodnie, spoko nerka, spoko koszula, spoko kurtka. Okulary może trochę przebajerzone, a czapka jak po prababce, ale zasadniczo Juicy Guile jest spoko.

juicy guile
zdjęcie pochodzi z bloga juicyguile.com

 

Fanpage tygodnia: do tej pory lansowałem same wybite profile, które już miały spora popularność, więc teraz czas na coś niszowego, co dopiero raczkuje. Bazgram to całkiem zabawne, satyryczne mikrokomiksy. Nie jest to jeszcze poziom Raczkowskiego, ale widać potencjał i tendencję zwyżkową.

Post użytkownika Bazgram.

 

Blogerka na głównym zdjęciu: tym razem twarzą „Przeglądu Internetu” została kucharka. To znaczy kulinarka. To znaczy blogerka kulinarna – Sylwia z Ostra na Słodko. W smaku jeszcze nie próbowałem, ale w obyciu jest raczej słodka, niż ostra i nawet tatuaż nad przedramieniu, mimo, ze sporych rozmiarów, to raczej ma milusiński.  Jak potrzebujecie prostego rzepisu na pączki, to zajrzyjcie do niej.

Z ogłoszeń parafialnych mam to samo co zwykle: jeśli chcecie, żeby Wasza buźka wylądowała u góry w kolejnym „Przeglądzie”, to ślijcie swoje focisze z lupą na maila albo wrzućcie do komentarzy poniżej. I pamiętajcie, żeby nie brać kredytu w obcej walucie, jeśli nie jesteście asami ekonomii.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Cieszę się, że pigułki „dzień po” będą dostępne bez recepty

Skip to entry content

Rozmowy choć trochę zahaczające o temat stosunków płciowych, bez znaczenia czego konkretnie by nie dotyczyły, zawsze wzbudzają żywiołową dyskusję. I polaryzują społeczeństwo dzieląc je na dwa przeciwstawne obozy. Podobnie jest i tym razem, bo Sławomir Neumann – wiceminister zdrowia – poinformował, że pigułki „dzień po” będą dostępne bez recepty. Konkretnie mowa o ellaOne, czyli o środku antykoncepcji awaryjnej, który można zażyć do 5 dni po stosunku, aby zapobiec ciąży. Opinie, czy to dobrze czy źle, są prawie tak skrajne jak przy temacie legalizacji aborcji.

Ja należę do obozu popierającego swobodny dostęp do tabletek typu Escapelle, Postinor, czy właśnie ellaOne i bardzo się cieszę, że będzie można je dostać bez większych problemów. Dlaczego?

 

Bo zanim dostaniesz się do lekarza urodzi Ci się dziecko

Do tej pory, żeby kupić w aptece pigułki „dzień po” musiałeś mieć receptę od lekarza. I to nie od jakiegokolwiek lekarza, a od ginekologa.

O ile w dużym mieście, w środku tygodnia, umówienie się ze specjalistą na szybką wizytę było jeszcze wykonalne, o tyle w mniejszych miejscowościach umówienie takiego spotkania do 72 godzin było praktycznie niemożliwe. Pomijam generowanie dodatkowych kosztów, ale jak dzwonisz do 7-go ginekologa z rzędu i słyszysz, że „w tym tygodniu nie da rady, dopiero w przyszłym”, a wiesz, że liczy się każda godzina, to najzwyczajniej w świecie zaczyna Ci się robić słabo. Wizja zostania ojcem z powodu niesprawnego systemu służby zdrowia jest, dyplomatycznie mówiąc, przytłaczająca.

A teraz wyobraź sobie, że uprawiałeś seks ze swoją dziewczyną w piątkową noc i pękła Wam prezerwatywa. Ale dowiadujesz się o tym w sobotę, bo kochaliście się po bożemu przy zgaszonym świetle i dopiero rano, wyrzucając śmieci, zorientowałeś się, że jest coś nie halo. Przez weekend ani nie załatwisz nic na NFZ, ani prywatnie, bo wszyscy mają wolne, a aptekarka nie da Ci tabletek w kredo bez recepty. O dzwonieniu na pogotowie, czy do szpitala nawet nie myśl, wyśmieją Cię, zanim zdążysz dokończyć zdanie. Zresztą „normalni” lekarze nawet w środku tygodnia by Ci nie pomogli i zostawili z rozżarzonym węglem w dłoni, bo – jak wielokrotnie usłyszałem – to nie ich działka.

Jak bardzo byś nie lubił seksu analnego, to jesteś w dupie.

 

Bo nie chcę, żeby dziecko było dziełem przypadku

I tyczy się to zarówno moich dzieci, jak i jakichkolwiek innych, bo dziecko to nie jest tamagotchi, że je wyłączysz jak Ci się znudzi, czy pies, że go wywieziesz do lasu jak zacznie Ci przeszkadzać, tylko normalny żywy człowiek. Człowiek, który powinien zostać powołany na świat z powodu miłości i świadomej decyzji dwojga ludzi, a nie dlatego, że im guma pękła. Czy przez to, że ktoś miał słaby refleks i nie zdążył wyciągnąć penisa przed końcem. Zresztą, już pisałem obszernie o tym, jaka odpowiedzialność wiąże się z posiadaniem dziecka.

I bardzo nie chcę, żeby jakiś człowiek był skazywany na nią tylko dlatego, że przyjmujący go lekarz podpisał klauzulę sumienia.

 

Bo nie boję się o gówniary

Głównym argumentem przeciwników swobodnego dostępu do antykoncepcji awaryjnej jest hasło „bo gówniary będą to jeść jak cukierki”. W sensie, że celowo będą uprawiać seks bez zabezpieczenia, a potem pójdą sobie łyknąć pigułkę, skoro to takie proste. To nośny, ale błahy argument z kilku powodów.

Po pierwsze, to, że coś łatwo zdobyć, nie oznacza, że automatycznie wszyscy się na to rzucą. Denaturat można kupić nie będąc pełnoletnim, Acodin dostępny jest bez recepty, a gaz z zapalniczek, czy klej już w ogóle jest ultra łatwy do zdobycia, a mimo to dzieciaki nie odurzają się masowo tymi specyfikami. Może społeczeństwo jednak nie jest aż tak głupie, jak niektórzy zakładają?

Po drugie, koszt jednej takiej postosunkowej pigułki to 120 złotych. Nie wiem, która małolata ot tak, miałaby miesięcznie wielokrotność tej kwoty. A przede wszystkim mocno powątpiewam, że chciałaby wydawać tyle hajsu na jednorazową zabawę, jeśli można za to kupić od cholery opakowań zwykłych tabletek antykoncepcyjnych i jeszcze więcej kondomów.

Po trzecie, z głupotą nikt nie wygra. Jeśli ktoś jest idiotą i będzie to traktował jako regularną antykoncepcję, to nawet lepiej, że wycofa swoje geny z puli.

autorem zdjęcia w nagłówku jest schweitzer

autorem zdjęcia jest DGTX
autorem zdjęcia jest DGTX

– Dobra chłopaki, zaraz wchodzicie! – głos typa z RMFu nadzorującego „Dni miasta”, z subtelnością wepchnięcia do lodowatej wody w upalny dzień, wyrywa mnie z mikrośpiączki, w której byłem pogrążony od jakiegoś kwadransa, starając się uspokoić.

– Luz – odpowiada Dawid, choć nie wygląda na specjalnie wyluzowanego, ale i tak daleko mu do mnie. Ja jestem pospinany jak kable w skrzynce na półpiętrze i choć staram się to opanować, to dłonie mi drżą jakbym miał zaawansowanego Parkinsona. Tak, zdecydowanie pełen luzik.

– …czyli zwycięzcy konkursu „Spoko Dzieciak”! Powitajcie ich brawami! – anons prowadzącego dobiegł zza moich pleców uzmysławiając mi, że nie ma już odwrotu. Trzeba tam wyjść, pokazać co potrafimy i zrobić dobrą robotę. I najlepiej nie upuścić mikrofonu przy tym, ani nie zemdleć.

– No to wbijamy! – rzucił Dawid najmniej przekonująco jak to było możliwe i zaczął wchodzić na scenę. Mimo, że schody przede mną miały raptem półtora metra, gdy postawiłem stopę na pierwszym, miałem wrażenie, że są wielkości Kilimandżaro i bez sprzętu do wspinaczek wysokogórskich nie mam szansy ich zdobyć.

W końcu udało mi się po nich wejść bez awaryjnego lądowania twarzą na betonie i gdy postawiłem stopę na ostatnim, a Dawid podał mi mikrofon, stało się coś magicznego. Didżej po lewej, akustyk po prawej, za mną mój kumpel, a przede mną całe miasto. Kilka tysięcy osób patrzy na mnie spod sceny i czeka na to, co teraz zrobię. Wyczekuje jak dzwonka na przerwę pod koniec matmy widowiskowego przedstawienia, które ich poruszy, rozśmieszy albo rozczuli. Napięcie właśnie sięgnęło zenitu i robi drugie okrążenie.

– Siema Sosnowieeec! – krzyczę w ich stronę niemal łamiącym się głosem i gdy już chcę zamknąć oczy i udać, że teleportowałem się do innego wymiaru, słyszę głośne, chóralne „sieeemaaa!”. Jest dobrze, będzie dobrze, damy radę! Biorę najgłębszy oddech w swoim życiu i gdy didżej puszcza nam bit, czuję, że krew w moim ciele krąży jak wyścigówki po torze NASCAR. Łouł!

 

***

 

Blog Forum Gdańsk 2014, Teatr Szekspirowski, impreza integracyjna. Tańce, hulańce, swawole i zero jedzenia. A jak człowiek potańczy i się powydziera, to nawet nie musi pić tych 8 piw, żeby zgłodniał. Mimo wszystko, z Maćkiem Trojanowiczem woleliśmy nie ryzykować. A gdy już się to stało i gastrofaza zdominowała nasze połączenia neuronowe, wymknęliśmy się na miasto wrzucić coś na ząb. Oczywiście lekkostrawnego, wegetariańskiego i bezglutenowego, wszak było już po północy i inne danie o tej porze byłoby wbrew kodeksowi harcerza.

Szukając czynnej burgerowni bądź kebaba z dobrych jakościowo szczurów, rozkoszowaliśmy się klimatem Gdańska i pijanymi studentkami nieradzącymi sobie w szpilkach na zabytkowej kostce brukowej. Z racji, że Maciej wychował się w tym mieście, między jednym, a drugim łykiem piwa, nagle go olśniło, że dwie ulice dalej jest dość przyzwoita całodobowa buda z żarciem. W owym lokalu wyższej klasy spotkać można było wszelkiej maści imprezowiczów. Od gimnazjalistów wracających łukiem ze szkolnej dyskoteki, po 50-latków na gigancie. Takich co to powiedzieli żonie, że idą po fajki do Żabki i od dekady mają problemy ze znalezieniem drogi powrotnej.

I jeden z takich typów bardzo się nami zainteresował.

Gdy już dostaliśmy po bułce z mięsem z tablicą Mendelejewa w postaci sosu czosnkowego, pewien kolo jedzący równie wykwintne danie, zadał pytanie zwiastujące kłopoty niezależnie od kodu pocztowego miejsca, w którym aktualnie się znajdujesz: „skąd jesteście?”. Maciek coś tam mu odpowiedział, chyba nawet zgodnie z prawdą, ale wiadome było, że to tylko pretekst. Pretekst, żeby to spotkanie skończyło się źle. A przecież przyjechaliśmy nad morzem z tak dobrymi intencjami, w tak sprzyjających okolicznościach – blogerzy, konferencja, wiedza, doświadczenia, integracja, miłość i darmowy internet.

Niestety, nawciągany 50-kilkulatek z sumiennie zbudowaną masą nie chciał się dzielić z nami miłością. Wręcz przeciwnie.

Po bezsensownej wymianie zdań będącej tylko zbędnym preludium do fizycznego starcia, czarujący jegomość, w aurze odoru przetrawionej Starogardzkiej i wcześniej wspomnianego sosu czosnkowego, oświadczył, że zaraz wydłubie mi oko widelcem. Jak zabawnie by to teraz nie brzmiało, to wtedy, widząc jego mętne spojrzenie, przez które przebijał się błysk niepoczytalności, dziko tętniące żyły na szyi i nerwowe ruchy, wcale nie było mi do śmiechu.

Jego deklaracja brzmiała bardzo przekonująco, a napierdalanka była kwestią sekund.

Zawsze w takich momentach staram się zachować spokój. Tworzę w głowie jasne scenariusze kończące tego typu spotkania, gdzie uznajemy to za pomyłkę, którą nie warto psuć sobie krwi i rozchodzimy się w pokoju pozdrawiając swoje rodziny, Buddę, Allaha i panie ze spożywczaka dające na kreskę. Jednak, jeśli kiedykolwiek byliście w takiej sytuacji, wiecie, że czasem jest to trudne. Zwłaszcza, jeśli ktoś stoi od Ciebie na odległość zapałki, tak, że czujesz kipiącą w nim agresję na swojej twarzy i widzisz jak celuje zębami widelca w Twoje oko. Wtedy jest to bardzo trudne.

Wtedy wszystkie Twoje zmysły są wyostrzone jak noże do filetowania mięsa, adrenalina rozsadza Ci skronie jak bomby zrzucone na Nagasaki i czujesz w absolutnie całym ciele jak w Twoich żyłach płynie krew. Wrząca, napędzająca cały organizm, buzująca krew.

 

***

 

Wracamy furą z weekendowego wypadu do Pragi. Było lepiej niż nieźle, bo i pogoda nam się trafiła i jedzenie smaczne i piwa można się było napić w plenerze jak człowiek, a nie jak kryminalista, który właśnie zakopał zwłoki 6-osobowej rodziny w lesie i kryje się po bramach przed organami ścigania. No i przede wszystkim doborowe towarzystwo, z którymi można iśc i do tańca, i do zadań z termodynamiki. Innymi słowy, luz, relaks i nieznośna lekkość bytu wypełniająca każde pomieszczenie.

I mimo, że właśnie wracamy, to mózg wciąż produkuje endorfinki.

Droga pusta, bak pełny, jedzenia pod dostatkiem, picia też, za oknem ciemno jakby ktoś wpisał #000000 w programie ustalającym kolor nieba i Lykke Li z głośników. Śmiech, podśpiewywanie, nucenie i upajanie się chwilą. Błogość, wszechogarniająca błogość. Trwająca do momentu, aż ta czerń za oknem nie zaczyna się rozświetlać. I to bynajmniej nie dlatego, że wjeżdżamy do miasta i pozdrawiają nas latarnie, czy neony reklam. Nie są to nawet auta z naprzeciwka. To nawałnica.

W przeciągu kilku minut niebo zaczynają rozdzierać dziesiątki piorunów, a droga przed nami staje się niemal niewidoczna od deszczu gęstego jak smoła. No kurwa, biały szkwał.

Musimy zwolnić ze 120 do 15 kilometrów na godzinę, a po kwadransie takiej jazdy, gdy z każdym uderzeniem kropli o szybę nasłuchujemy, czy przypadkiem tym razem nie pęknie, zastanawiamy się, czy lepiej się nie zatrzymać. Muzyka z trudnością przebija się przez dudnienie deszczu o karoserię, a gdy ten zamienia się w rytmiczne gradobicie z akompaniamentem grzmotów, niknie zupełnie. Tak jak cały świat przed i za nami, gdy nie rozświetlają go wyładowania atmosferyczne przecinające przestrzeń jak urodzinowy tort.

W takim momencie dociera do ciebie jak nieznaczącą drobinką z perspektywy wszechświata jesteś. Łupinką na środku oceanu.

Euforia i hiper-optymizm z przed kwadransa zaczyna mieszać się z wszechogarniającym przerażeniem i panicznym lękiem przed śmiercią. W głowie zaczyna dziać się to, co na zewnątrz – dwie przeciwstawne siły ścierają się ze sobą materializując chaos. Cieszysz się, że jesteś z przyjaciółmi i przeżywałeś piękne chwile dosłownie chwilę temu i jednocześnie wizualizujesz jak kolejny piorun trafia w auto, będące dla niego marnym pudełkiem zapałek, i spopiela Was żywcem, a Twoja przygoda na tym świecie w ułamku sekundy dobiega końca.

Zdajesz sobie z tego wszystkiego sprawę, a najsilniejsze co czujesz w tym momencie, to jak w Twoich żyłach płynie krew.

 

***

 

Podobnych sytuacji było wiele, a ostatnia z nich zdarzyła się wczoraj. Mimo, że nie każdą wspominam z uśmiechem nas ustach i do wielu nie chciałbym wracać, to każdą z nich sobie cenię. Bo w każdej z nich – nie metaforycznie, wprost, dosłownie – czułem, że żyję. Że mam ciało, umysł i jestem tu i teraz całym sobą.

A Ty? Kiedy ostatni raz doświadczyłeś tego, że żyjesz? Kiedy ostatnio czułeś jak w żyłach płynie krew?