Close
Close

Powiedzenia, których używasz, żeby się oszukiwać

Skip to entry content

Wiesz, że to Ty jesteś swoim największym wrogiem, prawda? Że nikt nie wymyśli tylu wymówek i argumentów by czegoś nie robić co Ty sam? Że to Ty we własnej osobie podkładasz sobie największe kłody pod nogi i tworzysz najtrudniejsze do pokonania przeszkody na drodze do spełniania marzeń i szczęścia? Jeśli nie wierzysz, to zatrzymaj się na chwilę i pomyśl ilu rzeczy nie zrobiłeś tylko dlatego, że zjadał Cię Twój własny strach. Doliczyłeś już do setki?

To, że my jesteśmy największymi sabotażystami naszych działań, najbardziej widać po osobach, które nie mogą pozbyć się nadwagi. Albo ludziach, którzy nie mogą wyjść z nałogów. Nikt tak skutecznie nie spieprzy Twojego skrupulatnie ułożonego planu, jak Twój wewnętrzny głos mówiący „olać to/jest dobrze tak jak jest/lepiej zjeść schabowego/jedna kreska to nie ćpanie”. Podejdź do kobiety umierającej na raka płuc i spytaj kto nie pozwalał jej rzucić. Koncerny tytoniowe? Koleżanki z pracy? Rodzina?

Jesteś swoim największym wrogiem i osobą, która najczęściej Cię okłamuje.

Przeciętny człowiek okłamuje się w większości, jeśli nie w każdym z aspektów swojego życia. Od pracy, przez swój wygląd, po związek. Oszukuje się z przyzwyczajenia i nieświadomie, bo to jego mechanizm obronny. Robi to po to, by odsunąć od siebie cierpienie związane z konfrontacją z prawdą. Bolesną prawdą, która jest zdecydowanie inna od tego co sobie wmawia. I w dodatku, gdy już ją pozna, nie może udawać, że nie istnieje. Musi podjąć jakieś działanie. A działanie wiąże się z wysiłkiem i niepewnym skutkiem. A tego bardzo nie lubi.

W trakcie życia w społeczeństwie wypracowujemy cały wachlarz zwrotów, które pomagają nam oszukiwać samych siebie.

„nie jest źle” – znaczy najczęściej, że jest źle, ale nie tak chujowo, żebyś coś z tym zrobił. Czyli dziewczyna, z którą jesteś nie satysfakcjonuje Cię fizycznie, ani intelektualnie, ale przynajmniej masz regularne ruchanie. Lub mieszkasz na wydupiu, na którym nic się nie dzieje i czujesz, że wegetujesz, ale przynajmniej jest tanio.

„wystarcza mi to co mam” – chcesz więcej, ale wiesz, że tego nie dostaniesz, bo boisz się po to sięgnąć. Gdyby faktycznie odpowiadał Ci aktualny stan rzeczy, powiedziałbyś, że jesteś zadowolony z tego co masz, a nie, że to Ci tylko „wystarcza”.

„chciałbym kiedyś tam pojechać” – nad „chciałbym” i „kiedyś” już się rozwodziliśmy poświęcając im osobne teksty, więc mam nadzieję, że pamiętacie, iż pierwsze to zupełnie co innego niż „chcę”, a drugie jest tożsame z „nigdy”.

„to nie dla mnie” – zazwyczaj jest równoznaczne z „boję się spróbować”, albo „podjąłem jedną próbę i nie wyszło” lub „myślałem, że to banał, a przy tym trzeba się sporo napracować, więc odpuszczam”. Często słyszę to od znajomych, którzy przestali blogować. Po miesiącu.

„tak wyszło” – spieprzyło się po całości, ale w żadnym wypadku nie przyznam się do winy i nie wezmę odpowiedzialności za niepowodzenie. To wina układu planet, iluminatów i Tuska.

„jeszcze będzie na to czas” – często słyszałem to od mamy, gdy chciałem iść na imprezę, zamiast uczyć się na klasówkę. Nie, że jej nie wierzyłem, ale czułem, że to co najlepsze jest teraz, a nie za 3 lata i z perspektywy czasu cieszę się, że jej nie posłuchałem, bo wspomnieniom licealnych melanży nie mogą się równać żadne inne.

„zapamiętam, nie muszę zapisywać” – to z kolei przeważnie pojawiało się u mnie w kontekście zaleceń lekarzy odnośnie rehabilitacji kręgosłupa, czy przyjmowania leków. Działałem na zasadzie wyparcia. Chciałem jak najmocniej odciąć się od tego tematu i udać, że nie istnieje, że za wszelką cenę starałem nie pozostawiać jakichś namacalnych śladów z nim związanych. A pamięć w tym wypadku była wyjątkowo ulotna.

„jakoś to będzie” – jakoś, czyli nijak. Jeśli liczysz, że działania wymagające zaangażowania i pracy dokonają się same, że zamkniesz oczy, powiesz „abrakadabra” i wszystkie problemy w magiczny sposób znikną, to powinieneś wrócić na lekcje matematyki. Albo zapisać się do Hogwartu.

„następnym razem” – można by uznać, że znaczy to samo co „kiedyś”, ale to głównie odnosi się do własnych emocji i rozwoju personalnego: „następnym razem do niej zgadam”, „następnym razem mu się postawię”, „następnym razem powiem, że nie chcę stać na bramce”. Jeśli nie zrobisz tego teraz, następnym razem znajdziesz tę samą wymówkę. Ja potrafiłem jej używać w niektórych przypadkach nawet po kilka lat.

„gdybym tylko miał więcej czasu” – czyli, gdyby mi się chciało tak bardzo, jak mi się nie chce tego robić.

„ale” – niewinna, mała partykuła łączą części zdania współrzędnie złożonego, a jakże skuteczna. „Co prawda nie mam willi z basenem, tak jak chciałem, ale ocieplili nam blok i też jest nieźle”, „nie wygląda jak Marina Łuczenko, ale przynajmniej dobrze gotuje”, „nie lubię swojej pracy, ale lubię wypłatę”, działa prawda? Relatywizm na poziomie eksperckim.

„Ale” jest największym kłamstwem jakiego używamy przeciwko sobie samym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Luigi Orru
(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

66 komentarzy do "Powiedzenia, których używasz, żeby się oszukiwać"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
margaritum
Gość

So true. Do tego dodałabym wszystkie możliwe „się”, jakie istnieją na świecie. Bardzo wygodne słówko do unikania odpowiedzialności. Nawet „udało się” odbiera znaczenie temu, co faktycznie w życiu osiągnęliśmy własnym potem i krwią.
Słowa mają wielką moc.

Dot
Gość

Ja mówię „udało MI się” albo „zrobiłam to!”.

Aurora
Gość

I jak zamienię „ale” na „lecz” to nadal będzie kupa w nieco bardziej błyszczącym sreberku? Heh… ;)

Jan Favre
Gość
Aurora
Gość

:* :) :* :)

Aleksandra Muszyńska
Gość

Niektóre z powyższych haseł i ich głoszenie wynika z cenienia sobie szeroko pojętego świętego spokoju. Niektórzy po prostu chronicznie nienawidzą wszelkich zmian i odzwyczajania się od rzeczywistości; podejmowania wysiłku. Stąd też „nie jest źle”, „to nie dla mnie” i inne pokrewne. Niespecjalnie przekonuje ich to, że giniesz, jeśli się nie zmieniasz – im więcej zrobisz, poznasz, zobaczysz, przeczytasz, tym lepiej!
Wczoraj stałam się ofiarą „ale” – miałam zacząć dietkę, ALE teść dostał od klientki cały wielki kosz wspaniale śmierdzących starymi skarpetami i kozia zagrodą serów :(…

Tianzi
Gość

Dziękuję.

Dorzuciłabym jeszcze ‚spróbuję to zrobić’ [czyt.: zakładam, że tego nie zrobię, ale powachluję sobie samoocenę].

Jan Favre
Gość

Faktycznie. Ja tego czasem używałem w pracy, kiedy wiedziałem, że czegoś nie da się zrobić, ale chciałem, żeby szef się odpieprzył.

Czkawka w Raju
Gość

Hej, ale „tego nie da się zrobić” to też oszukiwanie, bo może akurat Ty nie wiesz jak to zrobić, ale ktoś wie. Bardzo często po pierwszym granicznym: „już się nie da” jest jeszcze bardzo dużo opcji i możliwości. Zawsze trzeba próbować, bo można się pozytywnie zaskoczyć, a czasem wystarczy tylko spojrzeć z innej perspektywy.

Paulina Kudzia
Gość

Przeczytałam i stwierdzam, że czas iść się pouczyć na jutrzejsze kolowkium, bo wmawiając sobie, że „umiem” używałam połowy z wyżej wymienionych zwrotów :D

Aleksandra Muszyńska
Gość

A najbardziej „jakoś to będzie”, „następnym razem” czy „to nie dla mnie” :D?

Paulina Kudzia
Gość

hahah dokładnie tak, jeszcze „gdybym tylko miał więcej czasu” :P

Jan Favre
Gość

To trzymam kciuki za zmianę i za kolokwium!

Paulina Kudzia
Gość

Dzięki ! :)

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

„Kobiety stają się flejami” – czyli naTemat o aseksualnych EMU

Skip to entry content

Tak dawno nie było nic idiotycznego na naTemat, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmienili polityki tabloidu i nie zaczęli płacić ludziom za pisanie, zamiast brać praktykantów z pierwszego roku. Jednak nic z tych rzeczy. Gdy poprosiłem Was na Fejsie o podesłanie jakiegoś tekstu do skomentowania, podrzuciliście dwa wybitnie grafomańskie „artykuły”. I to tej samej „dziennikarki”, która pokaźnie błysnęła intelektem odkrywając lumberseksualizm i prawdziwych mężczyzn.

Mimo, że między „Koszmar z ulicy – Emu. Stopy się koślawią, a oczy bolą. „Kobiety stają się flejami”” a „Pierwsze spotkanie po rozstaniu. Jak się ubrać?” był naprawdę trudny wybór, to dziś zajmiemy się tym pierwszym. Bo zima, więc EMU faktycznie pojawiają się na ulicach i jak widać, jest to palący temat. A na ten drugi jeszcze przyjdzie czas.

aseksualne emu

Sobotnie popołudnie, centrum miasta. Idziesz ulicą i nagle zauważasz przepiękną kobietę – ciekawa twarz, świetna figura, niezłe włosy. Lustrujesz ją spojrzeniem od góry do dołu, a na dole one. Bezkształtne, aseksualne, z zaciekami od soli i wygniecionymi podeszwami. Buty Emu. Uciekasz w popłochu.

Ciekawa twarz, świetna figura, niezłe włosy? Raczej zajebiste nogi, konkretne cycki i dobry tyłek! Nie wiem kogo Zawadzka chce oszukać poza sobą, ale znajdźcie mi heteroseksualnego faceta, który widząc kobietę na ulicy zwraca uwagę na włosy – i to w zimie! – a załatwię mu robotę u najlepszego fryzjera w Krakowie. Bardzo zabawna jest też wzmianka o zaciekach z soli, które pojawiają się tylko i wyłącznie na EMU. Żadnych innych butów to nie dotyczy, prawda?

Pytam znajomych facetów, żeby znaleźć na to potwierdzenie. Wszyscy zgodnie odpowiadają: „To okropieństwo, moja dziewczyna nigdy nie będzie nosić takich butów”, „Gdy je widzę, zdaję sobie sprawę, że kobiety stają się flejami”, „Może i wygodne, ale aseksualne” czy „Chyba niektóre panie nie dojrzały do tego, aby być kobiece”.

Tyle lat walki o równouprawnienie i emancypację i wszystko chuj strzelił.

Kobieta ma być seksualna niezależnie, czy pieli grządki w ogródku, przewija dziecko, czy biega z kilofem po kopalni, czy jest -40 i zamarzają jej jajniki. Faceci chcą, żeby laski chodziły w szpilkach z cycami na wierzchu bez względu na to, czy jesteśmy w rozżarzonym słońcem Acapulco, czy w skutej lodem syberyjskiej wiosce, więc musicie się dostosować. I nie zaczynajcie gadek o wygodzie, komforcie i dobrym samopoczuciu, bo jeszcze zapomnicie, że Waszą misją życiową jest bycie obiektem seksualnym.

Istotny jest jednak pewien szczegół – buty te nie powstały po to, by nosić je zimą po ulicach, a z myślą o surferach, którzy musieli szybko się ogrzać po wyjściu z wody.

Brawo! To tak jakby powiedzieć, że nóż powstał do polowania na mamuty, więc nie można nim przygotować kanapki, bo to wbrew zamysłowi wynalazcy. Brzmi jak zatrzymanie się w epoce kamienia łupanego.

Niestety, oryginalna para takich butów – w modelu tradycyjnym – kosztuje prawie 700 złotych.

Niestety Jordany 4-ki kosztują 1000 złotych, niestety iPhone 6 kosztuje 3000 złotych, niestety nowe mieszkanie w Krakowie kosztuje furmankę siana. Jak żyć? Kupić podróby!

Nic więc dziwnego, że wiele kobiet, które chcą podążać za modą, wybiera ich tańsze wersje. Za dwieście, sto, nawet siedemdziesiąt złotych. Byleby tylko się pokazać, aby chociaż przez chwilę czuć się modną. I po co?

Autorka cały tekst opiera na tezie, że kobiety powinny być w każdych okolicznościach przyprawiającymi o wzwód seksbombami i pyta, czemu któraś z nich chce czuć się modną? Serio? Ma osobowość graniczną, że w ciągu 3 akapitów potrafi zmienić zdanie o 180 stopni, czy zarzuciła kwasa w trakcie pisania?

emu

Zasadniczo Ola cały tekst i swoje żale na temat EMU oparła na ich tanich podróbkach, które nie mają nic wspólnego z oryginalnym modelem, bo to tak jakby porównywać Air Maxy Nike i ich bazarową wersję Mike. Albo Eminema i Kaena. Bez sensu, nie? No a mimo to, Oleńka ma pretensje, że te falsyfikaty szybko się niszczą, rozjeżdżają i ścierają na podeszwach, przez co nieestetycznie wyglądają. Przy czym pretensji nie ma do producentów podróbek, tylko do posiadaczek oryginałów. Pretensje ma też do matki natury i zjawisk fizyczno-chemicznych, ale to już osobna kwestia.

Nie jestem największym fanem, ani propagatorem EMU. Nie uważam, żeby były to najładniejsze buty w naszej czasoprzestrzeni, ale do Crocsów im daleko, a zestawione z dopasowanymi spodniami i nieoficjalną kurtką wyglądają dobrze. Pomijając moje zdanie na ich temat, to miło by było, gdyby osoby krytykujące ich posiadaczki miały kiedykolwiek w życiu kontakt z ORYGINALNYMI EMU, a nie podróbami za stówkę. Bo prawdziwe buty z wełny z merynosów nie są ani bezkształtne, ani kaczkowate. O czym Zawadzka niestety nie wie.

Na koniec zdanie puentujące artykuł, które mam nadzieję, że będzie Wam towarzyszyć podczas każdych zakupów, nie tylko obuwia.

I myślę, że biednym Emu też jest smutno, że zamiast po piaszczystej plaży muszą biegać po śniegu, błocie i kałużach.

Zanim kupicie przyprawy do pomidorów, pomyślcie, czy przypadkiem nie będzie im smutno, gdy użyjecie ich do cukinii.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #8: cycki, „Pulp Fiction” i Buka

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu

Zawsze staram się w tym wstępie napisać coś mądrego albo przynajmniej zabawnego, ale tym razem nie da rady. Doszło do mnie, że w tym roku kończę 27 lat (słownie: DWADZIEŚCIA SIEDEM LAT!!!) i jest mi niewymownie smutno. Przecież nawet Wasi rodzice nie są tak starzy. To tyle słowem wstępu, a teraz lecimy z linkami, póki postępująca osteoporoza nie uniemożliwiła mi obsługi klawiatury.

Czemu faceci gapią mi się na cycki? To standardowy tekst kobiet lubiących eksponować swoje piersi dużym dekoltem. O tym, że to hipokryzja pisze jedna z nich.

Jurek Owsiak jednak nie kradnie: nie żebym nie wiedział tego od zawsze, ale osoby zarzucające Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy nieuczciwość, w końcu mają udowodnione czarno na białym, że ich zarzuty są wyssane z palca.

107 porad jak oszczędzać pieniądze: czyli duuuży poradnik Michała Szafrańskiego o tym, skąd brać dodatkowe  200zł miesięcznie. Z pewnością nie wykorzystacie wszystkich rad, ale 2-3 każdy powinien dla siebie znaleźć.

„Także”, czy „tak że”? Zawsze miałem z tym problem, ale Arlena Witt wytłumaczyła to turbo łopatologicznie, więc jedyne co mi zostaje, to ustawić ten tekst jako stronę startową, póki nie będę recytował go z pamięci.

Kanye West pomaga nieznanym artystom: w tym tak niszowemu muzykowi jak Paul McCartney z The Beatles. A przynajmniej tak uznali fani Kanye’ego, pytając kim do cholery jest ten Paul.

Tylko jeden rok na marzenia: bardzo inspirujący i motywujący tekst początkującego blogera – Jasona Hunta. Chłopak mimo, że młody, to ma świetne pióro, więc zajrzyjcie do niego, bo naprawdę nieźle się zapowiada.

Burgery z „Pulp Fiction”: czyli ćwierćfunciaki z serem, które szamał John Travolta na randce z Umą Thurman. Jako, że jestem żarliwym fanem wszystkich wcześniej wymienionych, nie mogłem nie wrzucić tego przepisu.

 

Pan Yapa kontra hejterzy: zobaczyć przeklinającą ikonę z dzieciństwa, to jak dowiedzieć się, że Britney Spears nie jest już dziewicą. Chociaż nie, w sumie to jednak co innego. Ale i tak obejrzyjcie, bo śmieszne.

 

Pudło Życzeń: miałem to już wrzucić wieki temu, czyli przed świętami, ale zapomniałem, w związku z czym, kajam się i posypuję głowę popiołem. Gdybyście się zastanawiali czemu tak nieskładnie wyglądam i mówię, to mała wskazówka: nagranie odbywało się w drugim dniu Blog Forum Gdańsk. Czyli rano po imprezie integracyjnej.

 

Klip tygodnia: teledysk co prawda żadnej części ciała nie urywa, ale płytę „Niebo Nie Jest Limitem” mam zapętloną od tygodnia. No i w tym numerze pada mistrzowski tekst „nie mają do mnie podjazdu jakby mieszkali w bloku”.

 

Damska stylówka tygodnia: Miss Ferreira ztj. Pani Ferrari, czyli najładniejsza mateczka z blogerek modowych. Gdyby wszystkie kobiety wyglądały tak seksowanie po trzech ciążach, to może nie mielibyśmy ujemnego przyrostu naturalnego.

zdjęcie pochodzi z bloga missferreira.pl
zdjęcie pochodzi z bloga missferreira.pl

 

Męska stylówka tygodnia: podchodzę raczej z dystansem do męskich parek, ale ta wygląd tu całkiem w porządku, no i spodnie z niskim krokiem zawsze spoko. Cała stylówka na świeżo odkrytym blogu „Gelardo Fashion”.

zdjęcie pochodzi z bloga gelardofashion.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga gelardofashion.blogspot.com

 

Fanpage tygodnia: spadł śnieg, mamy zimę i w ogóle pizga złem, więc w tym miejscu nie mogło się pojawić nic innego, jak przyprawiająca o migotanie przedsionków zdemonizowana Buka. Mam nadzieję, że doceni wyróżnienie i nie będzie mnie prześladować nocami wyskakując spod łóżka.

Post użytkownika BUKA.

 

Blogerka na głównym zdjęciu: blondyneczka przybliżającą sobie cukiereczki na początku „Przeglądu”, to Judyta z bloga Żudit.pl. Mimo, że zamężna i na studiach doktoranckich, to daleko jej do typowej kury domowej, czy mohero-mola książkowo-kościelnego. Warto zajrzeć ze względu na pozytywną energie i dystans do siebie (nagie zdjęcie w wannie najlepsze).

W tym tygodniu wstrzymuję casting na twarz „CPI”, bo mam lekki zapas lupkowych zdjęć, ale jakbyście znali jakieś dobre, nieodkryte męskie blogi modowe, to zapraszam, można spamować.