Close
Close

Powiedzenia, których używasz, żeby się oszukiwać

Skip to entry content

Wiesz, że to Ty jesteś swoim największym wrogiem, prawda? Że nikt nie wymyśli tylu wymówek i argumentów by czegoś nie robić co Ty sam? Że to Ty we własnej osobie podkładasz sobie największe kłody pod nogi i tworzysz najtrudniejsze do pokonania przeszkody na drodze do spełniania marzeń i szczęścia? Jeśli nie wierzysz, to zatrzymaj się na chwilę i pomyśl ilu rzeczy nie zrobiłeś tylko dlatego, że zjadał Cię Twój własny strach. Doliczyłeś już do setki?

To, że my jesteśmy największymi sabotażystami naszych działań, najbardziej widać po osobach, które nie mogą pozbyć się nadwagi. Albo ludziach, którzy nie mogą wyjść z nałogów. Nikt tak skutecznie nie spieprzy Twojego skrupulatnie ułożonego planu, jak Twój wewnętrzny głos mówiący „olać to/jest dobrze tak jak jest/lepiej zjeść schabowego/jedna kreska to nie ćpanie”. Podejdź do kobiety umierającej na raka płuc i spytaj kto nie pozwalał jej rzucić. Koncerny tytoniowe? Koleżanki z pracy? Rodzina?

Jesteś swoim największym wrogiem i osobą, która najczęściej Cię okłamuje.

Przeciętny człowiek okłamuje się w większości, jeśli nie w każdym z aspektów swojego życia. Od pracy, przez swój wygląd, po związek. Oszukuje się z przyzwyczajenia i nieświadomie, bo to jego mechanizm obronny. Robi to po to, by odsunąć od siebie cierpienie związane z konfrontacją z prawdą. Bolesną prawdą, która jest zdecydowanie inna od tego co sobie wmawia. I w dodatku, gdy już ją pozna, nie może udawać, że nie istnieje. Musi podjąć jakieś działanie. A działanie wiąże się z wysiłkiem i niepewnym skutkiem. A tego bardzo nie lubi.

W trakcie życia w społeczeństwie wypracowujemy cały wachlarz zwrotów, które pomagają nam oszukiwać samych siebie.

„nie jest źle” – znaczy najczęściej, że jest źle, ale nie tak chujowo, żebyś coś z tym zrobił. Czyli dziewczyna, z którą jesteś nie satysfakcjonuje Cię fizycznie, ani intelektualnie, ale przynajmniej masz regularne ruchanie. Lub mieszkasz na wydupiu, na którym nic się nie dzieje i czujesz, że wegetujesz, ale przynajmniej jest tanio.

„wystarcza mi to co mam” – chcesz więcej, ale wiesz, że tego nie dostaniesz, bo boisz się po to sięgnąć. Gdyby faktycznie odpowiadał Ci aktualny stan rzeczy, powiedziałbyś, że jesteś zadowolony z tego co masz, a nie, że to Ci tylko „wystarcza”.

„chciałbym kiedyś tam pojechać” – nad „chciałbym” i „kiedyś” już się rozwodziliśmy poświęcając im osobne teksty, więc mam nadzieję, że pamiętacie, iż pierwsze to zupełnie co innego niż „chcę”, a drugie jest tożsame z „nigdy”.

„to nie dla mnie” – zazwyczaj jest równoznaczne z „boję się spróbować”, albo „podjąłem jedną próbę i nie wyszło” lub „myślałem, że to banał, a przy tym trzeba się sporo napracować, więc odpuszczam”. Często słyszę to od znajomych, którzy przestali blogować. Po miesiącu.

„tak wyszło” – spieprzyło się po całości, ale w żadnym wypadku nie przyznam się do winy i nie wezmę odpowiedzialności za niepowodzenie. To wina układu planet, iluminatów i Tuska.

„jeszcze będzie na to czas” – często słyszałem to od mamy, gdy chciałem iść na imprezę, zamiast uczyć się na klasówkę. Nie, że jej nie wierzyłem, ale czułem, że to co najlepsze jest teraz, a nie za 3 lata i z perspektywy czasu cieszę się, że jej nie posłuchałem, bo wspomnieniom licealnych melanży nie mogą się równać żadne inne.

„zapamiętam, nie muszę zapisywać” – to z kolei przeważnie pojawiało się u mnie w kontekście zaleceń lekarzy odnośnie rehabilitacji kręgosłupa, czy przyjmowania leków. Działałem na zasadzie wyparcia. Chciałem jak najmocniej odciąć się od tego tematu i udać, że nie istnieje, że za wszelką cenę starałem nie pozostawiać jakichś namacalnych śladów z nim związanych. A pamięć w tym wypadku była wyjątkowo ulotna.

„jakoś to będzie” – jakoś, czyli nijak. Jeśli liczysz, że działania wymagające zaangażowania i pracy dokonają się same, że zamkniesz oczy, powiesz „abrakadabra” i wszystkie problemy w magiczny sposób znikną, to powinieneś wrócić na lekcje matematyki. Albo zapisać się do Hogwartu.

„następnym razem” – można by uznać, że znaczy to samo co „kiedyś”, ale to głównie odnosi się do własnych emocji i rozwoju personalnego: „następnym razem do niej zgadam”, „następnym razem mu się postawię”, „następnym razem powiem, że nie chcę stać na bramce”. Jeśli nie zrobisz tego teraz, następnym razem znajdziesz tę samą wymówkę. Ja potrafiłem jej używać w niektórych przypadkach nawet po kilka lat.

„gdybym tylko miał więcej czasu” – czyli, gdyby mi się chciało tak bardzo, jak mi się nie chce tego robić.

„ale” – niewinna, mała partykuła łączą części zdania współrzędnie złożonego, a jakże skuteczna. „Co prawda nie mam willi z basenem, tak jak chciałem, ale ocieplili nam blok i też jest nieźle”, „nie wygląda jak Marina Łuczenko, ale przynajmniej dobrze gotuje”, „nie lubię swojej pracy, ale lubię wypłatę”, działa prawda? Relatywizm na poziomie eksperckim.

„Ale” jest największym kłamstwem jakiego używamy przeciwko sobie samym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Luigi Orru
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Résumé .#1 - przegląd stycznia – Alabasterfox.pl()

  • ang anielewiczowna

    jeszcze dopisałabym „pieniądze nie są dla mnie najważniejsze” mówią osoby, które o nich marzą, ale nie chce im się ruszyć tyłka, by kombinować, jak więcej zarabiać.

  • A propo tak wyszło – jeśli to jest uzyte w kontekście wyłącznie moich działań to owszem, ale gdy pojawia sisę czynnik ludzki, taki na który nie mam wpływu (czyli nie stały współpracownik, niby spoko klient na planie a potem boom) to jednak pozwalam sobie na myslenie, że jednak „tak wyszło” i że na nie na wszystko mam wpływ. To pozwala zredukować przesadne założenie, że nad wszystkim (łącznie z tym gdzie wchodzą działania osób postronnych) mam wpływ a także odpowiedzialność bo tak sie nie da :)

  • Katarzyna Makowska

    „Postaram się ” zamiast „zrobię to” czyli jak otworzyć sobie furtkę porażki. No znowu nie wyszło, ale przecież się starałem

  • Dot

    „Oszukuje się z przyzwyczajenia i nieświadomie, bo to jego mechanizm obronny. Robi to po to, by odsunąć od siebie cierpienie związane z konfrontacją z prawdą.” Oj, tak, często tak bywa.

    Jeśli chodzi o „tak jakoś wyszło” mówię tak, kiedy nie chcę komuś opowiadać całej historii, na dodatek bardzo prywatnej. Nie chcę podawać wszystkich powodów rozstania z chłopakiem, kolejnych etapów tego, co się działo, itp. więc ucinam dyskusję i mówię „no tak jakoś wyszło” (lub „to długa historia”).

  • BonaVonTurka (Hipis)

    Najzabawniej jest, kiedy mówię komuś zupełnie szczerze „Wystarczy mi to, co mam, nie mam potrzeby by zwiedzić Brazylię, chętnie zamieszkam na tym zadupiu, lubię jeździć spóźniającym się pociągiem” to ów ktoś w 99% przypadków zaczyna na mnie najeżdżać, że nie realizuję swoich marzeń, że powinnam się bardziej postarać, jestem leniwa i takie tam. A ja kurde naprawdę nie chcę zwiedzić całego świata i lubię pociągi. Ale widocznie nie pasuję do modelu „spełniający się obywatel XXI wieku” więc to oznacza że jestem leniwa, bezsensowna, i nie chcę spełnić „moich” najskrytszych marzeń…

  • ALE jak to?

  • Dobitnie i bez zbędnego lania wody, aczkolwiek z tym „ruchaniem nieładnej i mało inteligentnej” zabrzmiało dosyć komicznie. ;)

  • Ych, moja czuła struna została poruszona. I dobrze niech ma! Może w końcu ruszy d…

  • Do bólu prawdziwe.

  • „zapamiętam, nie muszę zapisywać”, kiedyś nie musiałam, dziś obowiazkowo #starosc

  • Anna Ven

    Ooo to ze związkami jest mega prawdziwe. Teraz panuje moda na bylejakość, jak ktoś jest sam to jest frajerem, każdy kogoś musi mieć! I w rezultacie tworzą się takie przecudowne ‚związki’ oplecione hasłem ‚ale przynajmniej mam kogo ruchać i pochwalić się znajomym, że nie jestem już smutnym singlem’. To się tyczy i facetów i lasek, byleby było, byle jak. I wokół tej bylejakości kręcą się całe swoje życie, umierają jako nikt, bo ani przez moment nie doświadczyli szczęścia bojąc się wyjść ze swojego bezpiecznego kręgu i cały swój marny żywot używają tego wszystkiego, o czym wspomniałeś w poście próbując oszukać społeczeństwo i samych siebie.Taki to mój wywód na temat ludzi o niezwykle interesującym życiu, amen :D.

  • Świetny tekst Janku :)

  • „Chciałbym kiedyś tam pojechać” – Aż mnie trzęsie jak słyszę takie zdanie. Ja wymieniłam je na „pojadę tam!” i zaczynam po prostu planować wyjazd. Marzenia trzeba zamieniać w plany! O.

  • Ja mam sabotaż w drugą stronę. .. robie coś czego nie chce i wbrew sobie bo się boje…to są dokładnie te same wymówki!

  • Olka

    Ach, przypomniało mi się, co kiedyś napisałam sobie na blogu!
    „Jest w tym pewien rodzaj porażki, rozumie Pan? Że nie możemy nic, dopóki sami sobie nie pozwolimy. A pozwolenie od siebie uzyskać jest chyba ciężej niż od najbardziej troskliwych czy rygorystycznych rodziców. Albo troskliwych i rygorystycznych, tak chyba jest jeszcze gorzej. W każdym razie – dopóki sobie nie pozwolimy, możemy jedynie umrzeć, a żyć bynajmniej.”
    I uważam, że całkowicie zasłużony brąz u Jasona, za rok będzie złoto, wierzę! :D Motywuj, motywuj, przydaje się to, szczególnie w takie miesiące, jak ten.

  • Od siebie dorzuciłabym jeszcze: „nie mam na to wpływu” i „on to ma fajnie”. Jasne, ma fajnie bo albo na to ciężko pracuje, albo ma niesamowitego farta. Tak czy inaczej to nie przeszkadza w tym, żeby samemu zacząć się starać. Ludzie czasem zachowują się tak, jakby ich życiem sterowali wszyscy poza nimi samymi. Ale to ma też swoje dobre strony. Kiedyś sporo czasu spędzałam z osobą, która była strasznie roszczeniowa i zawsze zwalała winę na innych. A przy tym wszystkim wydawała mi się być tak po prostu nieszczęśliwa… Wtedy powiedziałam sobie, że ja nigdy nie chcę taka być. Teraz lubię ten swój niepoprawny optymizm, a oprócz poczucia odpowiedzialności mam też poczucie satysfakcji (jak już zrobię coś naprawdę dobrze). Jeśli uda mi się coś konkretnie skopać to też nie jest źle, przynajmniej się czegoś nauczę.

  • Ada

    A co, jeśli ja naprawdę nie potrafię się wyrwać z tego kółka? Od dwóch lat mówię, że jest przecież dobrze, że w życiu za granicą „jakoś to jest”. Całe życie miałam mnóstwo energii w sobie i realizowałam wszystkie swoje pomysły, nawet te najbardziej szalone. A teraz to… wyparowało. Bo w dorosłym świecie już wybory są inne, a mój wybór wyjazdu i słabych studiów (ale przecież za granicą!) sprawił, że już nie jestem 2 kroki przed każdym z moich znajomych. Jestem po prostu… w kraju, którego języka nie znam dobrze; na studiach, które są cholernie nudne i widocznie mało prestiżowe (chociaż czasem trudno ocenić, czy przydatne, bo tu są różne realia); bez pracy, bo nagle zmienił się szef i mnie wywalili przed Bożym Narodzeniem; bez pracy, bo styczeń to nie miesiąc, w którym 20-letnia studentka znajdzie pracę w knajpie; bez formy, bo muszę szukać pracy; bez pracy, bo siedzę w 4 ścianach na antybiotyku. I sobie mówię, że przepracuję kilka miesięcy, żeby zarobić kokosy (bo tu się da), potem po wakacjach bym chciała tysiące rzeczy, ale nie wiem co naprawdę. Mam tu, po drugiej stronie morza, świetne życie, ale wolałabym być u siebie. U mamy w ciepłym łóżku z przygotowaną zupą; u mamy, która powie: weź się za siebie. A tak, to nawet rozmowy telefoniczne czy Skype są tak cholerną barierą, jakby mama z telefonu i mama w rzeczywistości, którą przytulam co 4 miesiące, to były dwie inne osoby. Ludzie, jak wrócić sobie energię? Nie wrócę do stanu sprzed kilku lat, ale chcę chociaż iść do przodu. Życie za świetne pieniądze na zmywaku to nie życie. Tęsknię za Krakowem, mimo że właśnie z niego wróciłam. I po raz pierwszy od 2 lat po powrocie stamtąd, znowu tęsknię. Tęsknię, jak cholera i nie wygląda na to, że miałoby być lepiej. No bo jak, skoro ja sama w to nie wierzę?

    Wiecie, nawet chciałam przepracować wakacje w Krakowie. Żeby pobyć wśród swoich, żeby nacieszyć się miastem, żeby je znowu poznawać, a nie tylko odgrzebywać stare śmiecie. Ale od wszystkich usłyszałam, że jeśli i tak chcę dużo pracować, to lepiej tu, u mnie, za małą wodą, bo pieniądze są kilka razy większe.

    Na Święta wzięłam do domu książki i notatki w obcym języku. Ważyły z 2 kg i miałam ogromną motywację, żeby do nich siąść. A przeleżały na podłodze przez 2 tygodnie. No bo w sumie, nie uczyłam się porządnie od dwóch lat i nawet nie pamiętam, jak to jest przysiąść nad nauką i rwać włosy z głowy, że nie umiesz, ale potem zrozumieć, że jednak się czegoś nauczyłeś. Ja tego nie pamiętam i nie wiem, jak do tego wrócić.

    Chciałam odwiedzić Londyn, Lizbonę. Ale jakoś nie umiem się ze sobą zebrać. Chciałam pracować w przyszłości przy festiwalach, ale nie mam zielonego pojęcia, jak, bo przecież nikt takiej pracy nie wybiera i nawet nie wiem, jak i kogo mam się tego doradzić. Chciałam popłynąć jachtostopem, ale mój ostatni rejs był 2-3 lata temu i mało pamiętam, jak się żegluje. Chciałam zrobić rok przerwy w studiowaniu, dzięki któremu jeździłabym po różnych kulturalnych festiwalach w Europie, żeby mieć pojęcie, jak są organizowane i kiedyś sama przy jednym (lub kilku) pracować.

    Wiecie, najgorsze jest przecież to, że moi krakowscy znajomi uważają to za osiągnięcie, że wyjechałam za granicę i sobie radzę. „Sobie radzę”, no właśnie. I najzabawniejsze jest to, że obiektywnie może i świetnie sobie to wszystko ogarnęłam, ale subiektywnie umieram z marazmu.

    I nawet jak Wam do wszystko piszę, to jestem przekonana, że podejdziecie do sprawy polskim podejściem. A nasze, moje, duńskie, jest inne. Bardziej wyluzowane. Ale czy na pewno? Jak tu być obywatelem dwóch krajów, gdzie systemy wartości naprawdę się różnią? A może nie być, może wrócić do Krakowa?

    • Ada, nie zastanawiałbym się co jest dobre według moich znajomych, tylko co jest dobre według mnie. Jak Ci lepiej w Krakowie niż tam, to wracaj. Jeśli mówią, że woleliby być na Twoim miejscu to świetnie, ale Ty nie jesteś oni, to raz. Dwa, że jeśli faktycznie uważają, że masz tak zajebiście, a tu jest bieda z nędzą, to czemu też nie wyjadą i nie pójdą w Twoje ślady. A trzy, że jeśli czujesz, że nie ogarniasz życia i brak Ci energii i czujesz się pogubiona, to pomyśl o terapii, bo takie problemy, jak zresztą wszystkie inne, nie rozwiązują się same.

      • sink.zodiac

        Po dwóch miesiącach stwierdzam, że zamiast terapii w moim przypadku w depresyjnego stanu wyleczyły mnie: wizyty w solarium co kilka dni, codzienne zażywanie tabletek z wit. D, zajęcia fitness 2-4 razy w tygodniu, codzienna regularna pełnoetatowa praca i wolontariat wśród innych studentów. Może komuś pomogą takie rzeczy!

    • Agnieszka Miler

      Ada, Twój komentarz jest poruszający. Być może dla mnie szczególnie, bo byłam w podobnej sytuacji. I byłam wtedy w Szwecji. Przede wszystkim usiądź i zastanów się, czy nie masz depresji. Wiem ze to głupio brzmi, usiądź i zastanów się czy nie masz, ale porównaj choćby na szybko listę objawów z Wikipedii z Twoim stanem i szczerze sobie odpowiedz. Bo kilka linijek w Twoim tekście być może na to wskazuje. Diagnozowanie się wg internetów nie jest dobre, ale może po prostu pewne rzeczy zaczęły w Twoim organizmie funkcjonować na tyle źle, że trzeba podjąć inne kroki niż tylko zmuszanie się do koncentracji. Nie mam na myśli od razu leków antydepresyjnych, ale np. zdrowsze odżywanie, ruch, suplementację wit. B. Często na psychikę działają braki i nadmiary w tych do ciała dostarczanych rzeczach. Suplementacja witaminą D dla podobnych problemów potrafi działać cuda. Po drugie, jeśli czułabyś się ze sobą dobrze, to Dania nie byłaby Ci straszna. To jest dobry kraj. Systemy wartości się różnią, ale szacunek do jednostki jest tam większy niż w Polsce. Fajne, mądre osoby mogą z odpowiednim podejściem w Skandynawii wszystko. A przynajmniej wiele. Mimo tęsknoty. To, że w Polsce wcale nie było Ci optymalnie, bo nie byłaś w stanie usiąść nad notatkami i skoncentrować się, wskazuje na to, że powrót do Krakowa prawdopodobnie nie rozwiązałby Twoich problemów. I ważna rzecz: antybiotyk. Mam nadzieję że jesteś i będziesz na nim krótko i bierzesz probiotyki. Antybiotyki oprócz zwalczania infekcji mieszają w organizmie na tyle, że mogą powodować/pogłębiać problemy z koncentracją i kiepskim samopoczuciem.

      • sink.zodiac

        Agnieszko, odżywianie zawsze miałam zdrowe, teraz ostatnio zaczęłam zajęcia fitness co 2-3 dni, codziennie zażywam tabletki z wit. D. Masz rację, antybiotyk na pewno ogromnie wpłynął na moje samopoczucie. Zaczęłam też regularną pełnoetatową pracę i działam w wolontariacie z innymi studentami. Jest dobrze, a czasem idealnie! Masz rację, jak się siebie wyleczy, to Dania jest dobrym krajem. Wydaje mi się, że moje problemy byłyby podobne w Polsce – chodzi o sam stan, w którym nagle się znalazłam.

    • Paulina MilkyShake Migas

      Ado…czytajac twoja wypowiedz czul sie jakbys siedziala w mojej glowie I mowila moimi ustami! Rozumiem cie doskonale rowniez na emigracji (we Wloszech) na studiach od 5lat probujac sie ukonczyc…. I od mniej wiecej 2lat ciagne to cholerstwo wmawiajac sobie ze juz malo pozostalo itd… ale wlasnie od faktu jak bardzi zycie tutaj wyciaga ze mnie wszrlakie energie I malo juz mi sie podoba…tak mam mniej energi na nauke I cokolwiek, nie potrafie sie skoncentrowac…. ale potem z drugiej strony Adaje sobie pytanie…studiowanie w polsce po polsku np. W warszawie…tak bardzo mnie fascynuje…ale czy jezeli bym tam byla nie wolalabym znow bym gdzies daleko? Moze nawrt znow tutaj gdzie juz mam swoje sieci przyjaciol standardy jestem zawsze kims wiecej poniewaz kims z daleka kims oryginalnym przez co rowniez rozpoznawalnym w moim sektorze hobbystycznym…nie wiem ale moze tu vhodzi o to „wszedzie dobrze gdzie nas nie ma”…? W kazdym radzoe bardzo chetnie bym sobie porozmawiala z toba o plusach I minusach zycia I studiowania na emigracji I o nostalgii do ojczyzny :)

      • sink.zodiac

        Wiesz, Paulino, teraz jest dobrze. Doszłam do tego, że jeśli studia są kiepskie – to najważniejsze jest, żeby je rzucić/zmienić. Że cokolwiek w życiu robisz, to musi Ci to sprawiać radość, ogromną przyjemność lub rozpierać ze szczęścia.

        Trudno mi odnaleźć się w Twojej sytuacji. Nie wiem, jakie studia robisz, jakie masz ideały, jaką rodzinę, skąd pochodzisz. To wszystko jest w moim przypadku na pewno inne.

        Wiesz, ja uwielbiam być w ruchu. Muszę być. Dlatego mój jachtostop lub rejsy będę kontynuować, dlatego festiwale będę zaliczać, do kiedy się wypalę. Ale nauczyłam się jakiegoś takiego wewnętrznego spokoju, który trzeba mieć, żeby przy tym ciągłym ruchu nie paść na zawał.

        Poza tym, mówisz „tu jestem kimś”. Kimś to możesz być wszędzie i zawsze, jeśli w siebie wierzysz i pokażesz się ludziom z dobrej strony. Że tam jesteś oryginalna? Oryginalna jeśli jesteś, to będziesz wszędzie, bo w oryginalności nie chodzi o język czy wygląd, tylko zachowanie, wartości i umiejętności i pasje. Może jestem za młoda, żeby wyrażać takie mocne opinie, ale wydaje mi się, że to prawda.

        Jeśli dalej chcesz porozmawiać, wyślij mi maila na ada0304@gmail.com :)

  • „nic się nie stało”

  • Ola

    „to powinieneś z powrotem wrócić na lekcje matematyki.”? :)

    • Sprawdź początek zdania: „Jeśli liczysz, że działania”

      • Ola

        Bardziej chodziło mi o „z powrotem wrócić” :D

        • Cholera, faktycznie pleonazm, dzięki za uwagę ;)

  • Jak ktoś chce – znajdzie sposób. Jak ktoś nie chce – znajdzie powód. Ludzie się boją… Po prostu boją. Mało tego nikt do tego strachu nie chce się przyznać. Dlaczego? Bo EGO tego nienawidzi. Uważa to za porażkę dzięki czemu tworzy się zamknięte koło. Jeśli od czegoś uciekam – to znaczy, że się czegoś obawiam. Czego się zatem obawiam?
    – A kto ma dzisiaj czas, by się nad tym zastanawiać…?? Lepiej sprawdzę co na Fejsie. Nie będę sobie duperelami głowy zawracał.

    Ps. Jedna z zasad walki mówi o tym, że „przeciwnik ukrywa się tam, gdzie nigdy nie będziesz go szukać”. Radzę się nad tym zastanowić.
    Pozdrawiam,

  • Ostatnio oficjalnie sporo z tych sformułowań używam. Czasami lepiej nie mówić całej prawdy a własnie pokazać, że to nic ważnego, takie nieosiągalne. Oczywiście swoje robię na plus, tylko własnie nie mówię.

  • Andrzej Baliś

    Ja już mocno popracowałem w ostatnim roku nad nieokłamywaniem siebie i dążeniem do lepszego życia poprzez porzucanie złych nawyków i uzależnień. Mocny tekst i prawdziwy, dotyczy każdego.

  • Karina Piłat

    Też doszłam ostatnio do takich wniosków i postanowiłam to w tym roku zmienić :) Dzięki za ten tekst, uświadomił mi, że słusznie robię, choć czasami strach przed zmianami może wręcz paraliżować.

  • svtvn

    Nie podoba mi sie użycie postaci dziewczyny jako pierwszego przykładu. Byle jaka, ale ‚jest co ruchac’. Żałosne porównanie, jak na inteligentnego pisarza.

  • Ola Tambor

    I jeszcze „postaram sie”.

    Czyli: wcale sie nie postaram, mam to w dupie, zejdz ze mnie.

  • Kinga K.a

    W samo sedno Janek,jak zwykle. Ja szukałam wymówek właśnie przy zarzucanie wagi,ze jeden batonik to nic,lody nie pójdą w boczki a kolejny hamburger to spale na najbliższym treningu, ALE w końcu doszłam do takiego momentu,ze każda kolejna wymówka pogłębiają chandrę i złe samopoczucie,nie tylko fizyczne.sami sobie jesteśmy wrogami,ale też sami jesteśmy Panami sytuacji,swojego życia i tylko my odpowiadamy przed sobą za podjęte działania,za wyszukiwanie kolejnych wymówek. Chciałabym,a boję sie- cała ja :]

    • Julkens

      To musisz zacząć „chcieć” i czytać ze zrozumieniem ;)

  • Kokietka

    Mam ‚stety’ niestety odwrotny problem. Jeśli chodzi o wszystkie „zachcianki”, zapieprzam jak małe autko. Tyczy się to tak samo wyglądu, jak i nauki japońskiego.Niestety, koniec końców wylatuję z kółeczka swoich pragnień i kończę z nienormalną frustracją, że nie jest tak idealnie jak powinno być. Nic nie daje satysfakcji.

  • misior

    Jak nikt potrafisz wkurzyć z rana!

  • „ale” jest najważniejszym słowem podczas przyznawania racji mężczyźnie.
    „Masz rację, ale… ”
    :):):)

  • ewakaaaa

    Ty to potrafisz zmotywować

  • Gdybym tylko miał więcej czasu, to przeczytałbym cały tekst, a tak skupiłem się tylko na boldach ;).

    oj tam, oj tam – to też w sumie mogłoby się znaleźć na liście. Po prostu część z nas boi się zaryzykować i dlatego akceptuje rzeczywistość taka, jaka jest.

  • „Nie mam na to czasu” = najczęsciej po prostu „nie potrafię zarządzać swoim czasem”

    • Czyli, nie zależy mi na tym, bo jakby mi zależało, to bym znalazł czas.

  • Paulina Kudzia

    Przeczytałam i stwierdzam, że czas iść się pouczyć na jutrzejsze kolowkium, bo wmawiając sobie, że „umiem” używałam połowy z wyżej wymienionych zwrotów :D

    • Aleksandra Muszyńska

      A najbardziej „jakoś to będzie”, „następnym razem” czy „to nie dla mnie” :D?

      • Paulina Kudzia

        hahah dokładnie tak, jeszcze „gdybym tylko miał więcej czasu” :P

    • To trzymam kciuki za zmianę i za kolokwium!

      • Paulina Kudzia

        Dzięki ! :)

  • Tianzi

    Dziękuję.

    Dorzuciłabym jeszcze ‚spróbuję to zrobić’ [czyt.: zakładam, że tego nie zrobię, ale powachluję sobie samoocenę].

    • Faktycznie. Ja tego czasem używałem w pracy, kiedy wiedziałem, że czegoś nie da się zrobić, ale chciałem, żeby szef się odpieprzył.

      • Hej, ale „tego nie da się zrobić” to też oszukiwanie, bo może akurat Ty nie wiesz jak to zrobić, ale ktoś wie. Bardzo często po pierwszym granicznym: „już się nie da” jest jeszcze bardzo dużo opcji i możliwości. Zawsze trzeba próbować, bo można się pozytywnie zaskoczyć, a czasem wystarczy tylko spojrzeć z innej perspektywy.

  • Aleksandra Muszyńska

    Niektóre z powyższych haseł i ich głoszenie wynika z cenienia sobie szeroko pojętego świętego spokoju. Niektórzy po prostu chronicznie nienawidzą wszelkich zmian i odzwyczajania się od rzeczywistości; podejmowania wysiłku. Stąd też „nie jest źle”, „to nie dla mnie” i inne pokrewne. Niespecjalnie przekonuje ich to, że giniesz, jeśli się nie zmieniasz – im więcej zrobisz, poznasz, zobaczysz, przeczytasz, tym lepiej!
    Wczoraj stałam się ofiarą „ale” – miałam zacząć dietkę, ALE teść dostał od klientki cały wielki kosz wspaniale śmierdzących starymi skarpetami i kozia zagrodą serów :(…

  • I jak zamienię „ale” na „lecz” to nadal będzie kupa w nieco bardziej błyszczącym sreberku? Heh… ;)

  • So true. Do tego dodałabym wszystkie możliwe „się”, jakie istnieją na świecie. Bardzo wygodne słówko do unikania odpowiedzialności. Nawet „udało się” odbiera znaczenie temu, co faktycznie w życiu osiągnęliśmy własnym potem i krwią.
    Słowa mają wielką moc.

    • Dot

      Ja mówię „udało MI się” albo „zrobiłam to!”.

Najlepszy środek antykoncepcyjny? Weekend w hotelu z dziećmi

Skip to entry content

Byli ze sobą na tyle długo, że pamiętali nie tylko swoje pierwsze, ale i drugie imiona, znali tak dobrze, że wiedzieli już po mowie ciała, kiedy które z nich kłamie, i kochali tak bardzo, że akceptowali swoje najbardziej ześwirowane dziwactwa. Na przykład to, że ona nie była w stanie zasnąć, jeśli nie umyła wszystkich blatów i nie poodkurzała przed spaniem i to, że on zawsze prosił o frytki na osobnym talerzu w IKEI, żeby przypadkiem nie zalały się sosem z klopsików. Choć w sumie to nic, prawdziwym wyznacznikiem ich poziomu zakochania, był fakt, że gdy żartowali na temat tego, że będą mieli razem dziecko, żadne z nich nie dostawało ciarek przerażenia na całym ciele i nie zaczynało instynktownie biec w ciemności w bliżej nieokreślonym kierunku, byle tylko uciec od tej wizji.

Oboje pracowali, jak przystało na dorosłych, poważnych i odpowiedzialnych ludzi, 5 dni w tygodniu, po przynajmniej 8 godzin dziennie, tocząc heroiczną walkę ze wszystkimi wyzwaniami, za które im płacili. Które nie raz wyczerpywały ich jak utrzymanie porządku w kawalerce, więc gdy już czuli, że ich baterie padają i potrzeba regeneracji, a przynajmniej przerwy, on wpadł na pomysł. „Genialny w swej prostocie”, jakby to zaskreczował DJ Adamus w programie Jakuba Wojewódzkiego. Pomysł ten brzmiał: jedźmy na weekend w góry!

Przyznacie, że genialne, prawda? Ona, nie mając za bardzo wyjścia, również przytaknęła i z radością zaczęła przeglądać z nim hotele, żeby znaleźć ten jeden jedyny najjedyńszy, w którym poczują się jak królowie, jak Książę William i Księżna Kate. Tyle, że bez tłumu gapiów przed wejściem i dzikich paparazzi na drzewach. I znaleźli! Dziewięciopunktowy w skali Bookingu, czterogwiazdkowy w skali astronomicznej i zajebisty w skali ich własnej. Zarezerwowali, namalowali w swoich głowach pejzaż górskiej sielanki, z dala od miejskiego zgiełku i sąsiadów na przemian katujących ich audycjami Radia Maryja i rozklepywaniem mięsa na schabowe, i wyczekiwali dnia, gdy białe górskie pasmo rozciągnie przed nimi niezmącony spokój.

W końcu ten moment nastał, spakowali do walizek wygodne ciuchy na lenienie i wycięte na zbliżenie, wsiedli do auta i śpiewając wodny przebój Lykke Li, ruszyli w stronę górskich źródeł!

Po dotarciu na miejsce, odebrali karty do swojego pokoju, wjechali na 3 piętro, szybkim ruchem ściągnęli kurtki i buty, i wskoczyli na łóżko, ze zwinnością urwisów, które w dzieciństwie zarwały niejeden stelaż, rozkoszując się odprężającym widokiem białych szczytów za oknem. Było dokładnie tak jak sobie zaplanowali: spokój, przyroda i tylko ich dwoje. Do momentu, aż nie usłyszeli przeraźliwego ryku, rozdzierającego ciszę jak Rejtan szaty. Autorem tego szlachtującego membrany popisu wokalnego nie był ani niedźwiedź napadający na turystów, ani turyści uciekający przed niedźwiedziem, ani nawet jeleń grzebiący z nudów w ziemi. Tak przeraźliwy i niemożliwy do pohamowania dźwięk, mogło wydać z siebie tylko jedno zwierzę: dziecko!

Beczące dziecko w pokoju nad nimi sadystycznie zabiło atmosferę intymności, sprzyjającą zdobyciu innych szczytów niż górskie, ale nie poddawali się. Przed wyjazdem zaplanowali, że odpoczną i mieli zamiar dopiąć swego, nawet, gdyby mieli się od tego zmęczyć. Postanowili skorzystać z innych niż łóżko atrakcji hotelowych, przebrali się w mięciutkie szlafroki i zjechali windą na basen.

Na basen, na którym aż roiło się od dzieci, jak od piranii w Amazonce. Skakały z brzegów, biły się piankami, rzucały piłką i pływały w kółkach. Wszędzie! Rycząc wniebogłosy w trakcie wykonywania każdej z tych czynności. I będąc w bezruchu zresztą też. Widok tego oczka wodnego w pełni opanowanego przez mikrusy między drugim, a jedenastym rokiem życia, nieprzestrzegające żadnych zasad BHP, nie mówiąc już o zwykłym pożyciu międzyludzkim, wyglądał jak plan zdjęciowy nowego horroru Hitchcocka. W momencie, gdy jeden 5-latek myśląc, że Jego noga jest dziecioprzepuszczalna, rozpędzony odbił się od niej lądując na płytkach z charakterystyczną pieśnią na ustach, którą fonetycznie można zapisać jako „łeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”, a drugi, zapominając, że nie jest na wuefie w szkole i nie gra w zbijanego, trafił Ją mokrą piłką w głowę, Oboje stwierdzili, że przegrali tę walkę i czas na kapitulację.

Nie odpuszczali jednak wojny, wciąż wierząc, że są w stanie wygrać ten spór o odpoczynek. Było jednak zbyt późno na wycieczkę po którymś ze szlaków, a też nie po to przyjechali na łono natury, by chodzić po knajpach, więc zdecydowali się na ostatnią dostępną opcję – partyjkę bilardu. Wszak była to gra tylko dla dorosłych, ze względu na jej niebezpieczeństwo związane ze śmiercionośnymi bilami napędzanymi przez cyklopogenne kije. I fakt, że żeby dosięgnąć do stołu, trzeba mieć te metr sześćdziesiąt.

Wjechali więc na poziom z kawiarnią, którą otaczał taras widokowy i gdy tylko drzwi od windy się rozsunęły, ich oczom ukazał się batalistyczny krajobraz rodem z „300”. Chłopiec w bluzie z Kaczorem Donaldem wspinał się na stół z uzami, trzymając pod pachą kij, którym ciągle coś strącał, natomiast dziewczynka z niebieską kokardą we włosach ciągnęła go za nogę, próbując sprowadzić na ziemię. Wiedzieli, że lada moment dojdzie do rozlewu krwi, więc żeby nie być tego, świadkami wcisnęli guzik z cyfrą „3” na tablicy w windzie i wrócili do pokoju. – Jutro też jest dzień – rzucił z troską On do Niej, gdy przymierzała się do wzięcia rozpędu i uderzenia głową w ścianę, po czym poszli spać, licząc, że jutro faktycznie będzie lepiej.

Noc upłynęła spokojnie, blask księżyca wpadał im przez okno oświetlając stolik z niedopitym winem musującym, jednak poranek przyszedł wcześniej niż się spodziewali. O 6:30 w pokoju nad nimi włączyła się ta sama syrena alarmowa, która roztrzaskała w drobny mak atmosferę zbliżenia dzień wcześniej. Półprzytomni, wątpiąc, że ktoś na małoletnim tenorze wciśnie przycisk pauzy, zwlekli się z łóżka i oddali się rytuałowi porannej toalety, przy akompaniamencie tupotu małych stóp dobiegającym z korytarza.

Czyści i pachnący, z resztkami nadziei na romantyczny weekend, zjechali na poziom -1, do sali jadalnej na śniadanie, licząc, że ponakładają sobie naleśniki ze świeżymi owocami i miodem, na które w ciągu tygodnia nigdy nie mają czasu, i tym razem nie zastali bitwy Spartan pod Termopilami. Nie. To co wyświetliło im się na siatkówkach oczu było prawdziwą bitwą o Śródziemie z „Władcy Pierścieni”. Oddziały szkrabów, jak rozjuszone byki, atakowały wszystko co było w zasięgu ich głów, siejąc popłoch wśród cywili, szturmowcy, sięgający głowami ponad blaty z jedzeniem, przejmowali teren dekorując rozpaćkanymi pomidorami i Nutellą otoczenia wokół siebie, a cała ta batalia odbywała się przy gorliwym dopingu nowo narodzonych.

On i Ona wzięli w dłoń po bułce i oscypku i ewakuowali się z powrotem do windy, najszybciej jak tylko było to możliwe.

Gdy w końcu nastała niedziela, dzień wyjazdu i powrotu do normalności, pakując swoje walizki do samochodu płakali ze szczęścia, ciesząc się, że już nikt nie obudzi ich niekontrolowanym płaczem w środku nocy i przyrzekli sobie jedno: koniec z seksem. Przynajmniej dopóki nie przejdzie trauma.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Team Dalog
---> SKOMENTUJ

„Kobiety stają się flejami” – czyli naTemat o aseksualnych EMU

Skip to entry content

Tak dawno nie było nic idiotycznego na naTemat, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmienili polityki tabloidu i nie zaczęli płacić ludziom za pisanie, zamiast brać praktykantów z pierwszego roku. Jednak nic z tych rzeczy. Gdy poprosiłem Was na Fejsie o podesłanie jakiegoś tekstu do skomentowania, podrzuciliście dwa wybitnie grafomańskie „artykuły”. I to tej samej „dziennikarki”, która pokaźnie błysnęła intelektem odkrywając lumberseksualizm i prawdziwych mężczyzn.

Mimo, że między „Koszmar z ulicy – Emu. Stopy się koślawią, a oczy bolą. „Kobiety stają się flejami”” a „Pierwsze spotkanie po rozstaniu. Jak się ubrać?” był naprawdę trudny wybór, to dziś zajmiemy się tym pierwszym. Bo zima, więc EMU faktycznie pojawiają się na ulicach i jak widać, jest to palący temat. A na ten drugi jeszcze przyjdzie czas.

aseksualne emu

Sobotnie popołudnie, centrum miasta. Idziesz ulicą i nagle zauważasz przepiękną kobietę – ciekawa twarz, świetna figura, niezłe włosy. Lustrujesz ją spojrzeniem od góry do dołu, a na dole one. Bezkształtne, aseksualne, z zaciekami od soli i wygniecionymi podeszwami. Buty Emu. Uciekasz w popłochu.

Ciekawa twarz, świetna figura, niezłe włosy? Raczej zajebiste nogi, konkretne cycki i dobry tyłek! Nie wiem kogo Zawadzka chce oszukać poza sobą, ale znajdźcie mi heteroseksualnego faceta, który widząc kobietę na ulicy zwraca uwagę na włosy – i to w zimie! – a załatwię mu robotę u najlepszego fryzjera w Krakowie. Bardzo zabawna jest też wzmianka o zaciekach z soli, które pojawiają się tylko i wyłącznie na EMU. Żadnych innych butów to nie dotyczy, prawda?

Pytam znajomych facetów, żeby znaleźć na to potwierdzenie. Wszyscy zgodnie odpowiadają: „To okropieństwo, moja dziewczyna nigdy nie będzie nosić takich butów”, „Gdy je widzę, zdaję sobie sprawę, że kobiety stają się flejami”, „Może i wygodne, ale aseksualne” czy „Chyba niektóre panie nie dojrzały do tego, aby być kobiece”.

Tyle lat walki o równouprawnienie i emancypację i wszystko chuj strzelił.

Kobieta ma być seksualna niezależnie, czy pieli grządki w ogródku, przewija dziecko, czy biega z kilofem po kopalni, czy jest -40 i zamarzają jej jajniki. Faceci chcą, żeby laski chodziły w szpilkach z cycami na wierzchu bez względu na to, czy jesteśmy w rozżarzonym słońcem Acapulco, czy w skutej lodem syberyjskiej wiosce, więc musicie się dostosować. I nie zaczynajcie gadek o wygodzie, komforcie i dobrym samopoczuciu, bo jeszcze zapomnicie, że Waszą misją życiową jest bycie obiektem seksualnym.

Istotny jest jednak pewien szczegół – buty te nie powstały po to, by nosić je zimą po ulicach, a z myślą o surferach, którzy musieli szybko się ogrzać po wyjściu z wody.

Brawo! To tak jakby powiedzieć, że nóż powstał do polowania na mamuty, więc nie można nim przygotować kanapki, bo to wbrew zamysłowi wynalazcy. Brzmi jak zatrzymanie się w epoce kamienia łupanego.

Niestety, oryginalna para takich butów – w modelu tradycyjnym – kosztuje prawie 700 złotych.

Niestety Jordany 4-ki kosztują 1000 złotych, niestety iPhone 6 kosztuje 3000 złotych, niestety nowe mieszkanie w Krakowie kosztuje furmankę siana. Jak żyć? Kupić podróby!

Nic więc dziwnego, że wiele kobiet, które chcą podążać za modą, wybiera ich tańsze wersje. Za dwieście, sto, nawet siedemdziesiąt złotych. Byleby tylko się pokazać, aby chociaż przez chwilę czuć się modną. I po co?

Autorka cały tekst opiera na tezie, że kobiety powinny być w każdych okolicznościach przyprawiającymi o wzwód seksbombami i pyta, czemu któraś z nich chce czuć się modną? Serio? Ma osobowość graniczną, że w ciągu 3 akapitów potrafi zmienić zdanie o 180 stopni, czy zarzuciła kwasa w trakcie pisania?

emu

Zasadniczo Ola cały tekst i swoje żale na temat EMU oparła na ich tanich podróbkach, które nie mają nic wspólnego z oryginalnym modelem, bo to tak jakby porównywać Air Maxy Nike i ich bazarową wersję Mike. Albo Eminema i Kaena. Bez sensu, nie? No a mimo to, Oleńka ma pretensje, że te falsyfikaty szybko się niszczą, rozjeżdżają i ścierają na podeszwach, przez co nieestetycznie wyglądają. Przy czym pretensji nie ma do producentów podróbek, tylko do posiadaczek oryginałów. Pretensje ma też do matki natury i zjawisk fizyczno-chemicznych, ale to już osobna kwestia.

Nie jestem największym fanem, ani propagatorem EMU. Nie uważam, żeby były to najładniejsze buty w naszej czasoprzestrzeni, ale do Crocsów im daleko, a zestawione z dopasowanymi spodniami i nieoficjalną kurtką wyglądają dobrze. Pomijając moje zdanie na ich temat, to miło by było, gdyby osoby krytykujące ich posiadaczki miały kiedykolwiek w życiu kontakt z ORYGINALNYMI EMU, a nie podróbami za stówkę. Bo prawdziwe buty z wełny z merynosów nie są ani bezkształtne, ani kaczkowate. O czym Zawadzka niestety nie wie.

Na koniec zdanie puentujące artykuł, które mam nadzieję, że będzie Wam towarzyszyć podczas każdych zakupów, nie tylko obuwia.

I myślę, że biednym Emu też jest smutno, że zamiast po piaszczystej plaży muszą biegać po śniegu, błocie i kałużach.

Zanim kupicie przyprawy do pomidorów, pomyślcie, czy przypadkiem nie będzie im smutno, gdy użyjecie ich do cukinii.

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #8: cycki, „Pulp Fiction” i Buka

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu

Zawsze staram się w tym wstępie napisać coś mądrego albo przynajmniej zabawnego, ale tym razem nie da rady. Doszło do mnie, że w tym roku kończę 27 lat (słownie: DWADZIEŚCIA SIEDEM LAT!!!) i jest mi niewymownie smutno. Przecież nawet Wasi rodzice nie są tak starzy. To tyle słowem wstępu, a teraz lecimy z linkami, póki postępująca osteoporoza nie uniemożliwiła mi obsługi klawiatury.

Czemu faceci gapią mi się na cycki? To standardowy tekst kobiet lubiących eksponować swoje piersi dużym dekoltem. O tym, że to hipokryzja pisze jedna z nich.

Jurek Owsiak jednak nie kradnie: nie żebym nie wiedział tego od zawsze, ale osoby zarzucające Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy nieuczciwość, w końcu mają udowodnione czarno na białym, że ich zarzuty są wyssane z palca.

107 porad jak oszczędzać pieniądze: czyli duuuży poradnik Michała Szafrańskiego o tym, skąd brać dodatkowe  200zł miesięcznie. Z pewnością nie wykorzystacie wszystkich rad, ale 2-3 każdy powinien dla siebie znaleźć.

„Także”, czy „tak że”? Zawsze miałem z tym problem, ale Arlena Witt wytłumaczyła to turbo łopatologicznie, więc jedyne co mi zostaje, to ustawić ten tekst jako stronę startową, póki nie będę recytował go z pamięci.

Kanye West pomaga nieznanym artystom: w tym tak niszowemu muzykowi jak Paul McCartney z The Beatles. A przynajmniej tak uznali fani Kanye’ego, pytając kim do cholery jest ten Paul.

Tylko jeden rok na marzenia: bardzo inspirujący i motywujący tekst początkującego blogera – Jasona Hunta. Chłopak mimo, że młody, to ma świetne pióro, więc zajrzyjcie do niego, bo naprawdę nieźle się zapowiada.

Burgery z „Pulp Fiction”: czyli ćwierćfunciaki z serem, które szamał John Travolta na randce z Umą Thurman. Jako, że jestem żarliwym fanem wszystkich wcześniej wymienionych, nie mogłem nie wrzucić tego przepisu.

 

Pan Yapa kontra hejterzy: zobaczyć przeklinającą ikonę z dzieciństwa, to jak dowiedzieć się, że Britney Spears nie jest już dziewicą. Chociaż nie, w sumie to jednak co innego. Ale i tak obejrzyjcie, bo śmieszne.

 

Pudło Życzeń: miałem to już wrzucić wieki temu, czyli przed świętami, ale zapomniałem, w związku z czym, kajam się i posypuję głowę popiołem. Gdybyście się zastanawiali czemu tak nieskładnie wyglądam i mówię, to mała wskazówka: nagranie odbywało się w drugim dniu Blog Forum Gdańsk. Czyli rano po imprezie integracyjnej.

 

Klip tygodnia: teledysk co prawda żadnej części ciała nie urywa, ale płytę „Niebo Nie Jest Limitem” mam zapętloną od tygodnia. No i w tym numerze pada mistrzowski tekst „nie mają do mnie podjazdu jakby mieszkali w bloku”.

 

Damska stylówka tygodnia: Miss Ferreira ztj. Pani Ferrari, czyli najładniejsza mateczka z blogerek modowych. Gdyby wszystkie kobiety wyglądały tak seksowanie po trzech ciążach, to może nie mielibyśmy ujemnego przyrostu naturalnego.

zdjęcie pochodzi z bloga missferreira.pl
zdjęcie pochodzi z bloga missferreira.pl

 

Męska stylówka tygodnia: podchodzę raczej z dystansem do męskich parek, ale ta wygląd tu całkiem w porządku, no i spodnie z niskim krokiem zawsze spoko. Cała stylówka na świeżo odkrytym blogu „Gelardo Fashion”.

zdjęcie pochodzi z bloga gelardofashion.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga gelardofashion.blogspot.com

 

Fanpage tygodnia: spadł śnieg, mamy zimę i w ogóle pizga złem, więc w tym miejscu nie mogło się pojawić nic innego, jak przyprawiająca o migotanie przedsionków zdemonizowana Buka. Mam nadzieję, że doceni wyróżnienie i nie będzie mnie prześladować nocami wyskakując spod łóżka.

Post użytkownika BUKA.

 

Blogerka na głównym zdjęciu: blondyneczka przybliżającą sobie cukiereczki na początku „Przeglądu”, to Judyta z bloga Żudit.pl. Mimo, że zamężna i na studiach doktoranckich, to daleko jej do typowej kury domowej, czy mohero-mola książkowo-kościelnego. Warto zajrzeć ze względu na pozytywną energie i dystans do siebie (nagie zdjęcie w wannie najlepsze).

W tym tygodniu wstrzymuję casting na twarz „CPI”, bo mam lekki zapas lupkowych zdjęć, ale jakbyście znali jakieś dobre, nieodkryte męskie blogi modowe, to zapraszam, można spamować.

---> SKOMENTUJ