Close
Close

Powiedzenia, których używasz, żeby się oszukiwać

Skip to entry content

Wiesz, że to Ty jesteś swoim największym wrogiem, prawda? Że nikt nie wymyśli tylu wymówek i argumentów by czegoś nie robić co Ty sam? Że to Ty we własnej osobie podkładasz sobie największe kłody pod nogi i tworzysz najtrudniejsze do pokonania przeszkody na drodze do spełniania marzeń i szczęścia? Jeśli nie wierzysz, to zatrzymaj się na chwilę i pomyśl ilu rzeczy nie zrobiłeś tylko dlatego, że zjadał Cię Twój własny strach. Doliczyłeś już do setki?

To, że my jesteśmy największymi sabotażystami naszych działań, najbardziej widać po osobach, które nie mogą pozbyć się nadwagi. Albo ludziach, którzy nie mogą wyjść z nałogów. Nikt tak skutecznie nie spieprzy Twojego skrupulatnie ułożonego planu, jak Twój wewnętrzny głos mówiący „olać to/jest dobrze tak jak jest/lepiej zjeść schabowego/jedna kreska to nie ćpanie”. Podejdź do kobiety umierającej na raka płuc i spytaj kto nie pozwalał jej rzucić. Koncerny tytoniowe? Koleżanki z pracy? Rodzina?

Jesteś swoim największym wrogiem i osobą, która najczęściej Cię okłamuje.

Przeciętny człowiek okłamuje się w większości, jeśli nie w każdym z aspektów swojego życia. Od pracy, przez swój wygląd, po związek. Oszukuje się z przyzwyczajenia i nieświadomie, bo to jego mechanizm obronny. Robi to po to, by odsunąć od siebie cierpienie związane z konfrontacją z prawdą. Bolesną prawdą, która jest zdecydowanie inna od tego co sobie wmawia. I w dodatku, gdy już ją pozna, nie może udawać, że nie istnieje. Musi podjąć jakieś działanie. A działanie wiąże się z wysiłkiem i niepewnym skutkiem. A tego bardzo nie lubi.

W trakcie życia w społeczeństwie wypracowujemy cały wachlarz zwrotów, które pomagają nam oszukiwać samych siebie.

„nie jest źle” – znaczy najczęściej, że jest źle, ale nie tak chujowo, żebyś coś z tym zrobił. Czyli dziewczyna, z którą jesteś nie satysfakcjonuje Cię fizycznie, ani intelektualnie, ale przynajmniej masz regularne ruchanie. Lub mieszkasz na wydupiu, na którym nic się nie dzieje i czujesz, że wegetujesz, ale przynajmniej jest tanio.

„wystarcza mi to co mam” – chcesz więcej, ale wiesz, że tego nie dostaniesz, bo boisz się po to sięgnąć. Gdyby faktycznie odpowiadał Ci aktualny stan rzeczy, powiedziałbyś, że jesteś zadowolony z tego co masz, a nie, że to Ci tylko „wystarcza”.

„chciałbym kiedyś tam pojechać” – nad „chciałbym” i „kiedyś” już się rozwodziliśmy poświęcając im osobne teksty, więc mam nadzieję, że pamiętacie, iż pierwsze to zupełnie co innego niż „chcę”, a drugie jest tożsame z „nigdy”.

„to nie dla mnie” – zazwyczaj jest równoznaczne z „boję się spróbować”, albo „podjąłem jedną próbę i nie wyszło” lub „myślałem, że to banał, a przy tym trzeba się sporo napracować, więc odpuszczam”. Często słyszę to od znajomych, którzy przestali blogować. Po miesiącu.

„tak wyszło” – spieprzyło się po całości, ale w żadnym wypadku nie przyznam się do winy i nie wezmę odpowiedzialności za niepowodzenie. To wina układu planet, iluminatów i Tuska.

„jeszcze będzie na to czas” – często słyszałem to od mamy, gdy chciałem iść na imprezę, zamiast uczyć się na klasówkę. Nie, że jej nie wierzyłem, ale czułem, że to co najlepsze jest teraz, a nie za 3 lata i z perspektywy czasu cieszę się, że jej nie posłuchałem, bo wspomnieniom licealnych melanży nie mogą się równać żadne inne.

„zapamiętam, nie muszę zapisywać” – to z kolei przeważnie pojawiało się u mnie w kontekście zaleceń lekarzy odnośnie rehabilitacji kręgosłupa, czy przyjmowania leków. Działałem na zasadzie wyparcia. Chciałem jak najmocniej odciąć się od tego tematu i udać, że nie istnieje, że za wszelką cenę starałem nie pozostawiać jakichś namacalnych śladów z nim związanych. A pamięć w tym wypadku była wyjątkowo ulotna.

„jakoś to będzie” – jakoś, czyli nijak. Jeśli liczysz, że działania wymagające zaangażowania i pracy dokonają się same, że zamkniesz oczy, powiesz „abrakadabra” i wszystkie problemy w magiczny sposób znikną, to powinieneś wrócić na lekcje matematyki. Albo zapisać się do Hogwartu.

„następnym razem” – można by uznać, że znaczy to samo co „kiedyś”, ale to głównie odnosi się do własnych emocji i rozwoju personalnego: „następnym razem do niej zgadam”, „następnym razem mu się postawię”, „następnym razem powiem, że nie chcę stać na bramce”. Jeśli nie zrobisz tego teraz, następnym razem znajdziesz tę samą wymówkę. Ja potrafiłem jej używać w niektórych przypadkach nawet po kilka lat.

„gdybym tylko miał więcej czasu” – czyli, gdyby mi się chciało tak bardzo, jak mi się nie chce tego robić.

„ale” – niewinna, mała partykuła łączą części zdania współrzędnie złożonego, a jakże skuteczna. „Co prawda nie mam willi z basenem, tak jak chciałem, ale ocieplili nam blok i też jest nieźle”, „nie wygląda jak Marina Łuczenko, ale przynajmniej dobrze gotuje”, „nie lubię swojej pracy, ale lubię wypłatę”, działa prawda? Relatywizm na poziomie eksperckim.

„Ale” jest największym kłamstwem jakiego używamy przeciwko sobie samym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Luigi Orru

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Résumé .#1 - przegląd stycznia – Alabasterfox.pl()

  • ang anielewiczowna

    jeszcze dopisałabym „pieniądze nie są dla mnie najważniejsze” mówią osoby, które o nich marzą, ale nie chce im się ruszyć tyłka, by kombinować, jak więcej zarabiać.

  • A propo tak wyszło – jeśli to jest uzyte w kontekście wyłącznie moich działań to owszem, ale gdy pojawia sisę czynnik ludzki, taki na który nie mam wpływu (czyli nie stały współpracownik, niby spoko klient na planie a potem boom) to jednak pozwalam sobie na myslenie, że jednak „tak wyszło” i że na nie na wszystko mam wpływ. To pozwala zredukować przesadne założenie, że nad wszystkim (łącznie z tym gdzie wchodzą działania osób postronnych) mam wpływ a także odpowiedzialność bo tak sie nie da :)

  • Katarzyna Makowska

    „Postaram się ” zamiast „zrobię to” czyli jak otworzyć sobie furtkę porażki. No znowu nie wyszło, ale przecież się starałem

  • Dot

    „Oszukuje się z przyzwyczajenia i nieświadomie, bo to jego mechanizm obronny. Robi to po to, by odsunąć od siebie cierpienie związane z konfrontacją z prawdą.” Oj, tak, często tak bywa.

    Jeśli chodzi o „tak jakoś wyszło” mówię tak, kiedy nie chcę komuś opowiadać całej historii, na dodatek bardzo prywatnej. Nie chcę podawać wszystkich powodów rozstania z chłopakiem, kolejnych etapów tego, co się działo, itp. więc ucinam dyskusję i mówię „no tak jakoś wyszło” (lub „to długa historia”).

  • BonaVonTurka (Hipis)

    Najzabawniej jest, kiedy mówię komuś zupełnie szczerze „Wystarczy mi to, co mam, nie mam potrzeby by zwiedzić Brazylię, chętnie zamieszkam na tym zadupiu, lubię jeździć spóźniającym się pociągiem” to ów ktoś w 99% przypadków zaczyna na mnie najeżdżać, że nie realizuję swoich marzeń, że powinnam się bardziej postarać, jestem leniwa i takie tam. A ja kurde naprawdę nie chcę zwiedzić całego świata i lubię pociągi. Ale widocznie nie pasuję do modelu „spełniający się obywatel XXI wieku” więc to oznacza że jestem leniwa, bezsensowna, i nie chcę spełnić „moich” najskrytszych marzeń…

  • ALE jak to?

  • Dobitnie i bez zbędnego lania wody, aczkolwiek z tym „ruchaniem nieładnej i mało inteligentnej” zabrzmiało dosyć komicznie. ;)

  • Ych, moja czuła struna została poruszona. I dobrze niech ma! Może w końcu ruszy d…

  • Do bólu prawdziwe.

  • „zapamiętam, nie muszę zapisywać”, kiedyś nie musiałam, dziś obowiazkowo #starosc

  • Anna Ven

    Ooo to ze związkami jest mega prawdziwe. Teraz panuje moda na bylejakość, jak ktoś jest sam to jest frajerem, każdy kogoś musi mieć! I w rezultacie tworzą się takie przecudowne ‚związki’ oplecione hasłem ‚ale przynajmniej mam kogo ruchać i pochwalić się znajomym, że nie jestem już smutnym singlem’. To się tyczy i facetów i lasek, byleby było, byle jak. I wokół tej bylejakości kręcą się całe swoje życie, umierają jako nikt, bo ani przez moment nie doświadczyli szczęścia bojąc się wyjść ze swojego bezpiecznego kręgu i cały swój marny żywot używają tego wszystkiego, o czym wspomniałeś w poście próbując oszukać społeczeństwo i samych siebie.Taki to mój wywód na temat ludzi o niezwykle interesującym życiu, amen :D.

  • Świetny tekst Janku :)

  • „Chciałbym kiedyś tam pojechać” – Aż mnie trzęsie jak słyszę takie zdanie. Ja wymieniłam je na „pojadę tam!” i zaczynam po prostu planować wyjazd. Marzenia trzeba zamieniać w plany! O.

  • Ja mam sabotaż w drugą stronę. .. robie coś czego nie chce i wbrew sobie bo się boje…to są dokładnie te same wymówki!

  • Olka

    Ach, przypomniało mi się, co kiedyś napisałam sobie na blogu!
    „Jest w tym pewien rodzaj porażki, rozumie Pan? Że nie możemy nic, dopóki sami sobie nie pozwolimy. A pozwolenie od siebie uzyskać jest chyba ciężej niż od najbardziej troskliwych czy rygorystycznych rodziców. Albo troskliwych i rygorystycznych, tak chyba jest jeszcze gorzej. W każdym razie – dopóki sobie nie pozwolimy, możemy jedynie umrzeć, a żyć bynajmniej.”
    I uważam, że całkowicie zasłużony brąz u Jasona, za rok będzie złoto, wierzę! :D Motywuj, motywuj, przydaje się to, szczególnie w takie miesiące, jak ten.

  • Od siebie dorzuciłabym jeszcze: „nie mam na to wpływu” i „on to ma fajnie”. Jasne, ma fajnie bo albo na to ciężko pracuje, albo ma niesamowitego farta. Tak czy inaczej to nie przeszkadza w tym, żeby samemu zacząć się starać. Ludzie czasem zachowują się tak, jakby ich życiem sterowali wszyscy poza nimi samymi. Ale to ma też swoje dobre strony. Kiedyś sporo czasu spędzałam z osobą, która była strasznie roszczeniowa i zawsze zwalała winę na innych. A przy tym wszystkim wydawała mi się być tak po prostu nieszczęśliwa… Wtedy powiedziałam sobie, że ja nigdy nie chcę taka być. Teraz lubię ten swój niepoprawny optymizm, a oprócz poczucia odpowiedzialności mam też poczucie satysfakcji (jak już zrobię coś naprawdę dobrze). Jeśli uda mi się coś konkretnie skopać to też nie jest źle, przynajmniej się czegoś nauczę.

  • Ada

    A co, jeśli ja naprawdę nie potrafię się wyrwać z tego kółka? Od dwóch lat mówię, że jest przecież dobrze, że w życiu za granicą „jakoś to jest”. Całe życie miałam mnóstwo energii w sobie i realizowałam wszystkie swoje pomysły, nawet te najbardziej szalone. A teraz to… wyparowało. Bo w dorosłym świecie już wybory są inne, a mój wybór wyjazdu i słabych studiów (ale przecież za granicą!) sprawił, że już nie jestem 2 kroki przed każdym z moich znajomych. Jestem po prostu… w kraju, którego języka nie znam dobrze; na studiach, które są cholernie nudne i widocznie mało prestiżowe (chociaż czasem trudno ocenić, czy przydatne, bo tu są różne realia); bez pracy, bo nagle zmienił się szef i mnie wywalili przed Bożym Narodzeniem; bez pracy, bo styczeń to nie miesiąc, w którym 20-letnia studentka znajdzie pracę w knajpie; bez formy, bo muszę szukać pracy; bez pracy, bo siedzę w 4 ścianach na antybiotyku. I sobie mówię, że przepracuję kilka miesięcy, żeby zarobić kokosy (bo tu się da), potem po wakacjach bym chciała tysiące rzeczy, ale nie wiem co naprawdę. Mam tu, po drugiej stronie morza, świetne życie, ale wolałabym być u siebie. U mamy w ciepłym łóżku z przygotowaną zupą; u mamy, która powie: weź się za siebie. A tak, to nawet rozmowy telefoniczne czy Skype są tak cholerną barierą, jakby mama z telefonu i mama w rzeczywistości, którą przytulam co 4 miesiące, to były dwie inne osoby. Ludzie, jak wrócić sobie energię? Nie wrócę do stanu sprzed kilku lat, ale chcę chociaż iść do przodu. Życie za świetne pieniądze na zmywaku to nie życie. Tęsknię za Krakowem, mimo że właśnie z niego wróciłam. I po raz pierwszy od 2 lat po powrocie stamtąd, znowu tęsknię. Tęsknię, jak cholera i nie wygląda na to, że miałoby być lepiej. No bo jak, skoro ja sama w to nie wierzę?

    Wiecie, nawet chciałam przepracować wakacje w Krakowie. Żeby pobyć wśród swoich, żeby nacieszyć się miastem, żeby je znowu poznawać, a nie tylko odgrzebywać stare śmiecie. Ale od wszystkich usłyszałam, że jeśli i tak chcę dużo pracować, to lepiej tu, u mnie, za małą wodą, bo pieniądze są kilka razy większe.

    Na Święta wzięłam do domu książki i notatki w obcym języku. Ważyły z 2 kg i miałam ogromną motywację, żeby do nich siąść. A przeleżały na podłodze przez 2 tygodnie. No bo w sumie, nie uczyłam się porządnie od dwóch lat i nawet nie pamiętam, jak to jest przysiąść nad nauką i rwać włosy z głowy, że nie umiesz, ale potem zrozumieć, że jednak się czegoś nauczyłeś. Ja tego nie pamiętam i nie wiem, jak do tego wrócić.

    Chciałam odwiedzić Londyn, Lizbonę. Ale jakoś nie umiem się ze sobą zebrać. Chciałam pracować w przyszłości przy festiwalach, ale nie mam zielonego pojęcia, jak, bo przecież nikt takiej pracy nie wybiera i nawet nie wiem, jak i kogo mam się tego doradzić. Chciałam popłynąć jachtostopem, ale mój ostatni rejs był 2-3 lata temu i mało pamiętam, jak się żegluje. Chciałam zrobić rok przerwy w studiowaniu, dzięki któremu jeździłabym po różnych kulturalnych festiwalach w Europie, żeby mieć pojęcie, jak są organizowane i kiedyś sama przy jednym (lub kilku) pracować.

    Wiecie, najgorsze jest przecież to, że moi krakowscy znajomi uważają to za osiągnięcie, że wyjechałam za granicę i sobie radzę. „Sobie radzę”, no właśnie. I najzabawniejsze jest to, że obiektywnie może i świetnie sobie to wszystko ogarnęłam, ale subiektywnie umieram z marazmu.

    I nawet jak Wam do wszystko piszę, to jestem przekonana, że podejdziecie do sprawy polskim podejściem. A nasze, moje, duńskie, jest inne. Bardziej wyluzowane. Ale czy na pewno? Jak tu być obywatelem dwóch krajów, gdzie systemy wartości naprawdę się różnią? A może nie być, może wrócić do Krakowa?

    • Ada, nie zastanawiałbym się co jest dobre według moich znajomych, tylko co jest dobre według mnie. Jak Ci lepiej w Krakowie niż tam, to wracaj. Jeśli mówią, że woleliby być na Twoim miejscu to świetnie, ale Ty nie jesteś oni, to raz. Dwa, że jeśli faktycznie uważają, że masz tak zajebiście, a tu jest bieda z nędzą, to czemu też nie wyjadą i nie pójdą w Twoje ślady. A trzy, że jeśli czujesz, że nie ogarniasz życia i brak Ci energii i czujesz się pogubiona, to pomyśl o terapii, bo takie problemy, jak zresztą wszystkie inne, nie rozwiązują się same.

      • sink.zodiac

        Po dwóch miesiącach stwierdzam, że zamiast terapii w moim przypadku w depresyjnego stanu wyleczyły mnie: wizyty w solarium co kilka dni, codzienne zażywanie tabletek z wit. D, zajęcia fitness 2-4 razy w tygodniu, codzienna regularna pełnoetatowa praca i wolontariat wśród innych studentów. Może komuś pomogą takie rzeczy!

    • Agnieszka Miler

      Ada, Twój komentarz jest poruszający. Być może dla mnie szczególnie, bo byłam w podobnej sytuacji. I byłam wtedy w Szwecji. Przede wszystkim usiądź i zastanów się, czy nie masz depresji. Wiem ze to głupio brzmi, usiądź i zastanów się czy nie masz, ale porównaj choćby na szybko listę objawów z Wikipedii z Twoim stanem i szczerze sobie odpowiedz. Bo kilka linijek w Twoim tekście być może na to wskazuje. Diagnozowanie się wg internetów nie jest dobre, ale może po prostu pewne rzeczy zaczęły w Twoim organizmie funkcjonować na tyle źle, że trzeba podjąć inne kroki niż tylko zmuszanie się do koncentracji. Nie mam na myśli od razu leków antydepresyjnych, ale np. zdrowsze odżywanie, ruch, suplementację wit. B. Często na psychikę działają braki i nadmiary w tych do ciała dostarczanych rzeczach. Suplementacja witaminą D dla podobnych problemów potrafi działać cuda. Po drugie, jeśli czułabyś się ze sobą dobrze, to Dania nie byłaby Ci straszna. To jest dobry kraj. Systemy wartości się różnią, ale szacunek do jednostki jest tam większy niż w Polsce. Fajne, mądre osoby mogą z odpowiednim podejściem w Skandynawii wszystko. A przynajmniej wiele. Mimo tęsknoty. To, że w Polsce wcale nie było Ci optymalnie, bo nie byłaś w stanie usiąść nad notatkami i skoncentrować się, wskazuje na to, że powrót do Krakowa prawdopodobnie nie rozwiązałby Twoich problemów. I ważna rzecz: antybiotyk. Mam nadzieję że jesteś i będziesz na nim krótko i bierzesz probiotyki. Antybiotyki oprócz zwalczania infekcji mieszają w organizmie na tyle, że mogą powodować/pogłębiać problemy z koncentracją i kiepskim samopoczuciem.

      • sink.zodiac

        Agnieszko, odżywianie zawsze miałam zdrowe, teraz ostatnio zaczęłam zajęcia fitness co 2-3 dni, codziennie zażywam tabletki z wit. D. Masz rację, antybiotyk na pewno ogromnie wpłynął na moje samopoczucie. Zaczęłam też regularną pełnoetatową pracę i działam w wolontariacie z innymi studentami. Jest dobrze, a czasem idealnie! Masz rację, jak się siebie wyleczy, to Dania jest dobrym krajem. Wydaje mi się, że moje problemy byłyby podobne w Polsce – chodzi o sam stan, w którym nagle się znalazłam.

    • Paulina MilkyShake Migas

      Ado…czytajac twoja wypowiedz czul sie jakbys siedziala w mojej glowie I mowila moimi ustami! Rozumiem cie doskonale rowniez na emigracji (we Wloszech) na studiach od 5lat probujac sie ukonczyc…. I od mniej wiecej 2lat ciagne to cholerstwo wmawiajac sobie ze juz malo pozostalo itd… ale wlasnie od faktu jak bardzi zycie tutaj wyciaga ze mnie wszrlakie energie I malo juz mi sie podoba…tak mam mniej energi na nauke I cokolwiek, nie potrafie sie skoncentrowac…. ale potem z drugiej strony Adaje sobie pytanie…studiowanie w polsce po polsku np. W warszawie…tak bardzo mnie fascynuje…ale czy jezeli bym tam byla nie wolalabym znow bym gdzies daleko? Moze nawrt znow tutaj gdzie juz mam swoje sieci przyjaciol standardy jestem zawsze kims wiecej poniewaz kims z daleka kims oryginalnym przez co rowniez rozpoznawalnym w moim sektorze hobbystycznym…nie wiem ale moze tu vhodzi o to „wszedzie dobrze gdzie nas nie ma”…? W kazdym radzoe bardzo chetnie bym sobie porozmawiala z toba o plusach I minusach zycia I studiowania na emigracji I o nostalgii do ojczyzny :)

      • sink.zodiac

        Wiesz, Paulino, teraz jest dobrze. Doszłam do tego, że jeśli studia są kiepskie – to najważniejsze jest, żeby je rzucić/zmienić. Że cokolwiek w życiu robisz, to musi Ci to sprawiać radość, ogromną przyjemność lub rozpierać ze szczęścia.

        Trudno mi odnaleźć się w Twojej sytuacji. Nie wiem, jakie studia robisz, jakie masz ideały, jaką rodzinę, skąd pochodzisz. To wszystko jest w moim przypadku na pewno inne.

        Wiesz, ja uwielbiam być w ruchu. Muszę być. Dlatego mój jachtostop lub rejsy będę kontynuować, dlatego festiwale będę zaliczać, do kiedy się wypalę. Ale nauczyłam się jakiegoś takiego wewnętrznego spokoju, który trzeba mieć, żeby przy tym ciągłym ruchu nie paść na zawał.

        Poza tym, mówisz „tu jestem kimś”. Kimś to możesz być wszędzie i zawsze, jeśli w siebie wierzysz i pokażesz się ludziom z dobrej strony. Że tam jesteś oryginalna? Oryginalna jeśli jesteś, to będziesz wszędzie, bo w oryginalności nie chodzi o język czy wygląd, tylko zachowanie, wartości i umiejętności i pasje. Może jestem za młoda, żeby wyrażać takie mocne opinie, ale wydaje mi się, że to prawda.

        Jeśli dalej chcesz porozmawiać, wyślij mi maila na ada0304@gmail.com :)

  • „nic się nie stało”

  • Ola

    „to powinieneś z powrotem wrócić na lekcje matematyki.”? :)

    • Sprawdź początek zdania: „Jeśli liczysz, że działania”

      • Ola

        Bardziej chodziło mi o „z powrotem wrócić” :D

        • Cholera, faktycznie pleonazm, dzięki za uwagę ;)

  • Jak ktoś chce – znajdzie sposób. Jak ktoś nie chce – znajdzie powód. Ludzie się boją… Po prostu boją. Mało tego nikt do tego strachu nie chce się przyznać. Dlaczego? Bo EGO tego nienawidzi. Uważa to za porażkę dzięki czemu tworzy się zamknięte koło. Jeśli od czegoś uciekam – to znaczy, że się czegoś obawiam. Czego się zatem obawiam?
    – A kto ma dzisiaj czas, by się nad tym zastanawiać…?? Lepiej sprawdzę co na Fejsie. Nie będę sobie duperelami głowy zawracał.

    Ps. Jedna z zasad walki mówi o tym, że „przeciwnik ukrywa się tam, gdzie nigdy nie będziesz go szukać”. Radzę się nad tym zastanowić.
    Pozdrawiam,

  • Ostatnio oficjalnie sporo z tych sformułowań używam. Czasami lepiej nie mówić całej prawdy a własnie pokazać, że to nic ważnego, takie nieosiągalne. Oczywiście swoje robię na plus, tylko własnie nie mówię.

  • Andrzej Baliś

    Ja już mocno popracowałem w ostatnim roku nad nieokłamywaniem siebie i dążeniem do lepszego życia poprzez porzucanie złych nawyków i uzależnień. Mocny tekst i prawdziwy, dotyczy każdego.

  • Karina Piłat

    Też doszłam ostatnio do takich wniosków i postanowiłam to w tym roku zmienić :) Dzięki za ten tekst, uświadomił mi, że słusznie robię, choć czasami strach przed zmianami może wręcz paraliżować.

  • svtvn

    Nie podoba mi sie użycie postaci dziewczyny jako pierwszego przykładu. Byle jaka, ale ‚jest co ruchac’. Żałosne porównanie, jak na inteligentnego pisarza.

  • Ola Tambor

    I jeszcze „postaram sie”.

    Czyli: wcale sie nie postaram, mam to w dupie, zejdz ze mnie.

  • Kinga K.a

    W samo sedno Janek,jak zwykle. Ja szukałam wymówek właśnie przy zarzucanie wagi,ze jeden batonik to nic,lody nie pójdą w boczki a kolejny hamburger to spale na najbliższym treningu, ALE w końcu doszłam do takiego momentu,ze każda kolejna wymówka pogłębiają chandrę i złe samopoczucie,nie tylko fizyczne.sami sobie jesteśmy wrogami,ale też sami jesteśmy Panami sytuacji,swojego życia i tylko my odpowiadamy przed sobą za podjęte działania,za wyszukiwanie kolejnych wymówek. Chciałabym,a boję sie- cała ja :]

    • Julkens

      To musisz zacząć „chcieć” i czytać ze zrozumieniem ;)

  • Kokietka

    Mam ‚stety’ niestety odwrotny problem. Jeśli chodzi o wszystkie „zachcianki”, zapieprzam jak małe autko. Tyczy się to tak samo wyglądu, jak i nauki japońskiego.Niestety, koniec końców wylatuję z kółeczka swoich pragnień i kończę z nienormalną frustracją, że nie jest tak idealnie jak powinno być. Nic nie daje satysfakcji.

  • misior

    Jak nikt potrafisz wkurzyć z rana!

  • „ale” jest najważniejszym słowem podczas przyznawania racji mężczyźnie.
    „Masz rację, ale… ”
    :):):)

  • ewakaaaa

    Ty to potrafisz zmotywować

  • Gdybym tylko miał więcej czasu, to przeczytałbym cały tekst, a tak skupiłem się tylko na boldach ;).

    oj tam, oj tam – to też w sumie mogłoby się znaleźć na liście. Po prostu część z nas boi się zaryzykować i dlatego akceptuje rzeczywistość taka, jaka jest.

  • „Nie mam na to czasu” = najczęsciej po prostu „nie potrafię zarządzać swoim czasem”

    • Czyli, nie zależy mi na tym, bo jakby mi zależało, to bym znalazł czas.

  • Paulina Kudzia

    Przeczytałam i stwierdzam, że czas iść się pouczyć na jutrzejsze kolowkium, bo wmawiając sobie, że „umiem” używałam połowy z wyżej wymienionych zwrotów :D

    • Aleksandra Muszyńska

      A najbardziej „jakoś to będzie”, „następnym razem” czy „to nie dla mnie” :D?

      • Paulina Kudzia

        hahah dokładnie tak, jeszcze „gdybym tylko miał więcej czasu” :P

    • To trzymam kciuki za zmianę i za kolokwium!

      • Paulina Kudzia

        Dzięki ! :)

  • Tianzi

    Dziękuję.

    Dorzuciłabym jeszcze ‚spróbuję to zrobić’ [czyt.: zakładam, że tego nie zrobię, ale powachluję sobie samoocenę].

    • Faktycznie. Ja tego czasem używałem w pracy, kiedy wiedziałem, że czegoś nie da się zrobić, ale chciałem, żeby szef się odpieprzył.

      • Hej, ale „tego nie da się zrobić” to też oszukiwanie, bo może akurat Ty nie wiesz jak to zrobić, ale ktoś wie. Bardzo często po pierwszym granicznym: „już się nie da” jest jeszcze bardzo dużo opcji i możliwości. Zawsze trzeba próbować, bo można się pozytywnie zaskoczyć, a czasem wystarczy tylko spojrzeć z innej perspektywy.

  • Aleksandra Muszyńska

    Niektóre z powyższych haseł i ich głoszenie wynika z cenienia sobie szeroko pojętego świętego spokoju. Niektórzy po prostu chronicznie nienawidzą wszelkich zmian i odzwyczajania się od rzeczywistości; podejmowania wysiłku. Stąd też „nie jest źle”, „to nie dla mnie” i inne pokrewne. Niespecjalnie przekonuje ich to, że giniesz, jeśli się nie zmieniasz – im więcej zrobisz, poznasz, zobaczysz, przeczytasz, tym lepiej!
    Wczoraj stałam się ofiarą „ale” – miałam zacząć dietkę, ALE teść dostał od klientki cały wielki kosz wspaniale śmierdzących starymi skarpetami i kozia zagrodą serów :(…

  • I jak zamienię „ale” na „lecz” to nadal będzie kupa w nieco bardziej błyszczącym sreberku? Heh… ;)

  • So true. Do tego dodałabym wszystkie możliwe „się”, jakie istnieją na świecie. Bardzo wygodne słówko do unikania odpowiedzialności. Nawet „udało się” odbiera znaczenie temu, co faktycznie w życiu osiągnęliśmy własnym potem i krwią.
    Słowa mają wielką moc.

    • Dot

      Ja mówię „udało MI się” albo „zrobiłam to!”.

10 typów ludzi, których nie chcesz spotkać na ulicy

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Krajową Radą Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego

Wiesz, że mamy jeden z najwyższych współczynników śmiertelności w wypadkach drogowych w Europie? Że w zeszłym roku w Polsce zginęło przez to 3026 osób? Bo 8 na 100 takich wypadków kończy się śmiercią? Ja też nie, dopóki nie przeczytałem raportu Biura Ruchu Drogowego. Na ulicy pojawiam się i jako kierowca, i jako rowerzysta, a najczęściej jako pieszy, i trafiam na ludzi z każdej z tych grup, którzy zapominają, że nie są tam sami. Przez co wolałbym ich nie spotykać.

Młody gniewny

Odebrał prawko w zeszłym tygodniu i jeszcze dobrze nie opanował sprzęgła, ale już chce lecieć stówką w terenie zabudowanym. Najlepiej ruszając z trójki. Wziął sobie do serca słowa wujka Wiesia na ostatnich imieninach cioci Marzeny, że tak jak na egzaminie, to już nie pojedzie nigdy w życiu. Bo na egzaminie jeździ się, żeby zdać, a w życiu, żeby zdążyć na obiad. Dlatego nigdy nie zatrzymuje się na zielonej strzałce. Przed torami kolejowymi też. I na stopie też nie, jak nic nie jedzie.

Najwięcej wypadków ze skutkiem śmiertelnym spowodowały osoby w wieku 18-24lata.

Rebeliant

Anarchia, wolność i leki na receptę bez recepty dla wszystkich! Buntownik z wyboru, już w przedszkolu walczył o swoją niezależność otwarcie ignorując poobiednie leżakowanie, kontynuując drogę rewolucjonisty i pisząc „mój” przez u otwarte aż do matury. Nikt nie narzuci mu, że białe jest białe, a czarne jest czarne, a tym bardziej, że nie może przechodzić na czerwonym. Czy Luke Skywalker trzymał się zasad narzuconych przez imperialistyczny system? No właśnie!

Janusz biznesu

Miałeś kiedyś w trakcie jazdy tak ważny telefon, że aż zjechałeś na pobocze, żeby go odebrać i porozmawiać? Tak? No i po co to wszystko? Trzeba było jedną ręką trzymać słuchawkę, drugą dźwignię zmiany biegów, zębami kierownicę, a rzęsą włączyć kierunkowskaz. Zestaw słuchawkowy? Głośnomówiący? Bluetooth w uchu? A co Ty z Holiłudu jesteś, czy ze Star Treka? Prawdziwy byznesmen potrafi zmieniając pas ruchu, wyprzedzając na trzeciego i odpalając czerwonego Viceroya w tym samym czasie odebrać ważny telefon. Czyli każdy telefon, bo w byznesie wszystkie telefony są ważne.

Kierowcy jadący 100 km/h i trzymający komórkę przy uchu hamują średnio o 14 metrów później niż nierozmawiający.

Klubowóz

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co mówiłeś?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Nie słyszę…

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– W końcu przejechał, możesz powtórzyć?

Najwięcej wypadków śmiertelnych jest w piątek i sobotę.

W dni imprezowe.

Ostatnia szara komórka

Koniom zakłada się klapki na oczy, żeby nie patrzyły na boki, a ludziom wkłada w ręce smartfony. Świecący prostokąt przed twarzą i całe otoczenie przestaje istnieć. O ile w przestrzeniach zamkniętych można po prostu popsuć sobie wzrok, o tyle w terenie otwartym można zepsuć sobie nogi, ręce, żebra albo życie. Na przykład przechodząc przez ruchliwą ulicę wpatrzonym w komórkę.

Niespokojna noga

Zwany też lowriderem dla ubogich. Przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, a auto się gibie jak na teledysku do „Still D.R.E.”. Zatrzymuje się zawsze metr za linią stopu na światłach, a gdy stoisz na pasach, nigdy nie wiesz, czy nie zatrzyma się na Tobie. Ani czy nie wjedzie Ci w tyłek, jeśli stoisz przed nim w korku i ruszysz ćwierć sekundy później niż on.

Niezachowanie bezpiecznej odległości między pojazdami, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

Usain Bolt

Rusza z bloków startowych w momencie, gdy w autobusie po drugiej stronie ulicy zamykają się drzwi i biegnie do nich jak po karpia na Wigilię. Ignorując wszystkich uczestników ruchu drogowego dookoła. Gdyby któryś z kierowców samochodów cudem omijających go miał gorszy dzień, albo bardziej zużyte klocki hamulcowe, do celu dojechałby na masce. Kończąc karierę sportową w szpitalu.

Oszczędny

Ładowanie akumulatora? 50 groszy.

Migacz boczny do Opla? 14 złotych.

Emocje z jazdy bez używania kierunkowskazów? Bezcenne!

Nieprawidłowe wyprzedzanie, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

James Bond na rowerze

Szpieg w służbie Jej Królewskiej Mości realizuje tajne zadanie, od powodzenia którego zależą losy starego kontynentu, dlatego musi pozostać incognito. I jedzie na rowerze nocą bez oświetlenia i odblasków, zmieniając pasy jakby miał za sobą ogon odkąd wyszedł z MI6. Dzięki temu jest niewidzialny dla kontrwywiadu. I wszystkich pozostałych uczestników ruchu drogowego.

Szybki i wściekły

Wiesz po co w aucie jest pedał gazu? Żeby go używać! Dlatego dopóki nie czuje pod dużym palcem u prawej stopy podłogi, ciśnie. Ciśnie wyprzedzając ruszający autobus, ciśnie na gasnącym pomarańczowym i ciśnie wymijając matkę z dzieckiem na pasach. Jak im zrobi peeling pięt, to może nauczą się szybciej chodzić. Gdy nie może zasnąć po ciężkim dniu, bo męczą go wyrzuty sumienia, że przez półtorej minuty jechał prawym pasem, układa sobie w głowie, co by powiedział Vin Dieselowi jakby go spotkał. I jakim jechałby autem, gdyby kręcili „The Fast and the Furious: Zabrze Drift”.

W zeszłym roku główną przyczyną aż 7195 wypadków było niedostosowanie prędkości do warunków ruchu.

Kierowcy wczujcie się w rolę pieszych! Tylko wzajemne zrozumienie może zaprowadzić nas bezpiecznie do celu. Druga odsłona naszej kampanii. #kierowcaVpieszy

Opublikowany przez Krajowa Rada BRD na 25 września 2017

Ten tekst jest uszczypliwy, ale tylko po to, by zwrócić uwagę na zachowania, które mogą przyczynić się do tragedii. Niezależnie, czy jesteś kierowcą w nowej, błyszczącej strzale, czy pieszym, który musi zdążyć na tramwaj, zwracajmy na siebie uwagę i pamiętajmy, że nie jesteśmy sami na ulicy. Zaoszczędzimy sobie nerwów, zdrowia, a czasem i życia.

---> SKOMENTUJ

„Kobiety stają się flejami” – czyli naTemat o aseksualnych EMU

Skip to entry content

Tak dawno nie było nic idiotycznego na naTemat, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmienili polityki tabloidu i nie zaczęli płacić ludziom za pisanie, zamiast brać praktykantów z pierwszego roku. Jednak nic z tych rzeczy. Gdy poprosiłem Was na Fejsie o podesłanie jakiegoś tekstu do skomentowania, podrzuciliście dwa wybitnie grafomańskie „artykuły”. I to tej samej „dziennikarki”, która pokaźnie błysnęła intelektem odkrywając lumberseksualizm i prawdziwych mężczyzn.

Mimo, że między „Koszmar z ulicy – Emu. Stopy się koślawią, a oczy bolą. „Kobiety stają się flejami”” a „Pierwsze spotkanie po rozstaniu. Jak się ubrać?” był naprawdę trudny wybór, to dziś zajmiemy się tym pierwszym. Bo zima, więc EMU faktycznie pojawiają się na ulicach i jak widać, jest to palący temat. A na ten drugi jeszcze przyjdzie czas.

aseksualne emu

Sobotnie popołudnie, centrum miasta. Idziesz ulicą i nagle zauważasz przepiękną kobietę – ciekawa twarz, świetna figura, niezłe włosy. Lustrujesz ją spojrzeniem od góry do dołu, a na dole one. Bezkształtne, aseksualne, z zaciekami od soli i wygniecionymi podeszwami. Buty Emu. Uciekasz w popłochu.

Ciekawa twarz, świetna figura, niezłe włosy? Raczej zajebiste nogi, konkretne cycki i dobry tyłek! Nie wiem kogo Zawadzka chce oszukać poza sobą, ale znajdźcie mi heteroseksualnego faceta, który widząc kobietę na ulicy zwraca uwagę na włosy – i to w zimie! – a załatwię mu robotę u najlepszego fryzjera w Krakowie. Bardzo zabawna jest też wzmianka o zaciekach z soli, które pojawiają się tylko i wyłącznie na EMU. Żadnych innych butów to nie dotyczy, prawda?

Pytam znajomych facetów, żeby znaleźć na to potwierdzenie. Wszyscy zgodnie odpowiadają: „To okropieństwo, moja dziewczyna nigdy nie będzie nosić takich butów”, „Gdy je widzę, zdaję sobie sprawę, że kobiety stają się flejami”, „Może i wygodne, ale aseksualne” czy „Chyba niektóre panie nie dojrzały do tego, aby być kobiece”.

Tyle lat walki o równouprawnienie i emancypację i wszystko chuj strzelił.

Kobieta ma być seksualna niezależnie, czy pieli grządki w ogródku, przewija dziecko, czy biega z kilofem po kopalni, czy jest -40 i zamarzają jej jajniki. Faceci chcą, żeby laski chodziły w szpilkach z cycami na wierzchu bez względu na to, czy jesteśmy w rozżarzonym słońcem Acapulco, czy w skutej lodem syberyjskiej wiosce, więc musicie się dostosować. I nie zaczynajcie gadek o wygodzie, komforcie i dobrym samopoczuciu, bo jeszcze zapomnicie, że Waszą misją życiową jest bycie obiektem seksualnym.

Istotny jest jednak pewien szczegół – buty te nie powstały po to, by nosić je zimą po ulicach, a z myślą o surferach, którzy musieli szybko się ogrzać po wyjściu z wody.

Brawo! To tak jakby powiedzieć, że nóż powstał do polowania na mamuty, więc nie można nim przygotować kanapki, bo to wbrew zamysłowi wynalazcy. Brzmi jak zatrzymanie się w epoce kamienia łupanego.

Niestety, oryginalna para takich butów – w modelu tradycyjnym – kosztuje prawie 700 złotych.

Niestety Jordany 4-ki kosztują 1000 złotych, niestety iPhone 6 kosztuje 3000 złotych, niestety nowe mieszkanie w Krakowie kosztuje furmankę siana. Jak żyć? Kupić podróby!

Nic więc dziwnego, że wiele kobiet, które chcą podążać za modą, wybiera ich tańsze wersje. Za dwieście, sto, nawet siedemdziesiąt złotych. Byleby tylko się pokazać, aby chociaż przez chwilę czuć się modną. I po co?

Autorka cały tekst opiera na tezie, że kobiety powinny być w każdych okolicznościach przyprawiającymi o wzwód seksbombami i pyta, czemu któraś z nich chce czuć się modną? Serio? Ma osobowość graniczną, że w ciągu 3 akapitów potrafi zmienić zdanie o 180 stopni, czy zarzuciła kwasa w trakcie pisania?

emu

Zasadniczo Ola cały tekst i swoje żale na temat EMU oparła na ich tanich podróbkach, które nie mają nic wspólnego z oryginalnym modelem, bo to tak jakby porównywać Air Maxy Nike i ich bazarową wersję Mike. Albo Eminema i Kaena. Bez sensu, nie? No a mimo to, Oleńka ma pretensje, że te falsyfikaty szybko się niszczą, rozjeżdżają i ścierają na podeszwach, przez co nieestetycznie wyglądają. Przy czym pretensji nie ma do producentów podróbek, tylko do posiadaczek oryginałów. Pretensje ma też do matki natury i zjawisk fizyczno-chemicznych, ale to już osobna kwestia.

Nie jestem największym fanem, ani propagatorem EMU. Nie uważam, żeby były to najładniejsze buty w naszej czasoprzestrzeni, ale do Crocsów im daleko, a zestawione z dopasowanymi spodniami i nieoficjalną kurtką wyglądają dobrze. Pomijając moje zdanie na ich temat, to miło by było, gdyby osoby krytykujące ich posiadaczki miały kiedykolwiek w życiu kontakt z ORYGINALNYMI EMU, a nie podróbami za stówkę. Bo prawdziwe buty z wełny z merynosów nie są ani bezkształtne, ani kaczkowate. O czym Zawadzka niestety nie wie.

Na koniec zdanie puentujące artykuł, które mam nadzieję, że będzie Wam towarzyszyć podczas każdych zakupów, nie tylko obuwia.

I myślę, że biednym Emu też jest smutno, że zamiast po piaszczystej plaży muszą biegać po śniegu, błocie i kałużach.

Zanim kupicie przyprawy do pomidorów, pomyślcie, czy przypadkiem nie będzie im smutno, gdy użyjecie ich do cukinii.

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #8: cycki, „Pulp Fiction” i Buka

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu

Zawsze staram się w tym wstępie napisać coś mądrego albo przynajmniej zabawnego, ale tym razem nie da rady. Doszło do mnie, że w tym roku kończę 27 lat (słownie: DWADZIEŚCIA SIEDEM LAT!!!) i jest mi niewymownie smutno. Przecież nawet Wasi rodzice nie są tak starzy. To tyle słowem wstępu, a teraz lecimy z linkami, póki postępująca osteoporoza nie uniemożliwiła mi obsługi klawiatury.

Czemu faceci gapią mi się na cycki? To standardowy tekst kobiet lubiących eksponować swoje piersi dużym dekoltem. O tym, że to hipokryzja pisze jedna z nich.

Jurek Owsiak jednak nie kradnie: nie żebym nie wiedział tego od zawsze, ale osoby zarzucające Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy nieuczciwość, w końcu mają udowodnione czarno na białym, że ich zarzuty są wyssane z palca.

107 porad jak oszczędzać pieniądze: czyli duuuży poradnik Michała Szafrańskiego o tym, skąd brać dodatkowe  200zł miesięcznie. Z pewnością nie wykorzystacie wszystkich rad, ale 2-3 każdy powinien dla siebie znaleźć.

„Także”, czy „tak że”? Zawsze miałem z tym problem, ale Arlena Witt wytłumaczyła to turbo łopatologicznie, więc jedyne co mi zostaje, to ustawić ten tekst jako stronę startową, póki nie będę recytował go z pamięci.

Kanye West pomaga nieznanym artystom: w tym tak niszowemu muzykowi jak Paul McCartney z The Beatles. A przynajmniej tak uznali fani Kanye’ego, pytając kim do cholery jest ten Paul.

Tylko jeden rok na marzenia: bardzo inspirujący i motywujący tekst początkującego blogera – Jasona Hunta. Chłopak mimo, że młody, to ma świetne pióro, więc zajrzyjcie do niego, bo naprawdę nieźle się zapowiada.

Burgery z „Pulp Fiction”: czyli ćwierćfunciaki z serem, które szamał John Travolta na randce z Umą Thurman. Jako, że jestem żarliwym fanem wszystkich wcześniej wymienionych, nie mogłem nie wrzucić tego przepisu.

 

Pan Yapa kontra hejterzy: zobaczyć przeklinającą ikonę z dzieciństwa, to jak dowiedzieć się, że Britney Spears nie jest już dziewicą. Chociaż nie, w sumie to jednak co innego. Ale i tak obejrzyjcie, bo śmieszne.

 

Pudło Życzeń: miałem to już wrzucić wieki temu, czyli przed świętami, ale zapomniałem, w związku z czym, kajam się i posypuję głowę popiołem. Gdybyście się zastanawiali czemu tak nieskładnie wyglądam i mówię, to mała wskazówka: nagranie odbywało się w drugim dniu Blog Forum Gdańsk. Czyli rano po imprezie integracyjnej.

 

Klip tygodnia: teledysk co prawda żadnej części ciała nie urywa, ale płytę „Niebo Nie Jest Limitem” mam zapętloną od tygodnia. No i w tym numerze pada mistrzowski tekst „nie mają do mnie podjazdu jakby mieszkali w bloku”.

 

Damska stylówka tygodnia: Miss Ferreira ztj. Pani Ferrari, czyli najładniejsza mateczka z blogerek modowych. Gdyby wszystkie kobiety wyglądały tak seksowanie po trzech ciążach, to może nie mielibyśmy ujemnego przyrostu naturalnego.

zdjęcie pochodzi z bloga missferreira.pl
zdjęcie pochodzi z bloga missferreira.pl

 

Męska stylówka tygodnia: podchodzę raczej z dystansem do męskich parek, ale ta wygląd tu całkiem w porządku, no i spodnie z niskim krokiem zawsze spoko. Cała stylówka na świeżo odkrytym blogu „Gelardo Fashion”.

zdjęcie pochodzi z bloga gelardofashion.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga gelardofashion.blogspot.com

 

Fanpage tygodnia: spadł śnieg, mamy zimę i w ogóle pizga złem, więc w tym miejscu nie mogło się pojawić nic innego, jak przyprawiająca o migotanie przedsionków zdemonizowana Buka. Mam nadzieję, że doceni wyróżnienie i nie będzie mnie prześladować nocami wyskakując spod łóżka.

Post użytkownika BUKA.

 

Blogerka na głównym zdjęciu: blondyneczka przybliżającą sobie cukiereczki na początku „Przeglądu”, to Judyta z bloga Żudit.pl. Mimo, że zamężna i na studiach doktoranckich, to daleko jej do typowej kury domowej, czy mohero-mola książkowo-kościelnego. Warto zajrzeć ze względu na pozytywną energie i dystans do siebie (nagie zdjęcie w wannie najlepsze).

W tym tygodniu wstrzymuję casting na twarz „CPI”, bo mam lekki zapas lupkowych zdjęć, ale jakbyście znali jakieś dobre, nieodkryte męskie blogi modowe, to zapraszam, można spamować.

---> SKOMENTUJ