Close
Close

9 typów osób, których nie chcesz spotkać pod sceną

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Janusz Kaliszczak
autorem zdjęcia jest Janusz Kaliszczak

Jakiś czas temu byłem na koncercie Bisza – jednego z moich ulubionych raperów, którym jaram od 1410 jak tęcza na Placu Zbawiciela. Biszu grał oczywiście pierwszoklasowo i kawałki, które znam na pamięć z jego płyt przy wykonywaniu na żywo nic nie traciły na wartości, a w zasadzie to dużo zyskiwały, bo nie tylko było słychać jego emocje, ale i widać. Mimo, że gwiazda wieczoru gwieździła, świeciła i robiła lepsze przedstawienie, niż żona wyrzucająca rzeczy niewiernego męża przez okno, to nie bawiłem się tak dobrze jak mogłem. Kamieniem w bucie byli ludzie na koncercie, którzy skutecznie utrudniali mi jego odbiór.

Trafiłem na większość z 9 typów osób, których nie chcesz spotkać pod sceną.

 

Para

Ja wiem, że fajnie jest się pobujać, poprzytulać, pomiziać i złapać za tyłek swoją dziewczynę jak gra Barry White. Ale na koncercie rapowym, rockowym, czy electro na 100% nie gra Barry White. Bo nie żyje. Więc jak chcecie się kiziać jak dwa niedźwiadki i gruchać sobie do ucha czułe słówka jak gołąbki na parapecie biblioteki miejskiej, to idźcie do miejsca do tego przeznaczonego. Albo zostańcie w domu. Ale zamulając w środku tłumu na koncercie, gdzie ludzie chcą się drzeć i skakać, bo też właśnie taka muzyka gra, tylko psujecie klimat.

 

Fotograf-kamerzysta

Ucieleśnienie niszczyciela atmosfery. Całą imprezę z telefonem w dłoni. Zasłaniając widok innym. Nie będę już strzępił sobie na nich języka, bo zrobiłem to poświęcając im cały tekst – „Koncert z komórki lepszy, niż na żywo?”.

 

Palacz

Ja rozumiem, że nałóg i w ogóle. Serio. Ale po pierwsze, KAŻDY ma jakiś nałóg i jakoś jest w stanie go pohamować na te 2-3 godziny. A po drugie, jak bardzo trzeba nie mieć wyobraźni, żeby odpalać papierosa w kilkuset osobowym tłumie, w dusznym klubie, bez klimatyzacji, gdzie jest tak gorąco, że gdyby nie euforia, ludzie by popadali jak muchy z braku powietrza? I nie dość, że Ci zabiera tlen, to jeszcze przypali Cię taki tym fajkiem. Syn kobiety kupczącej ciałem jeden.

 

Dryblas

To zupełnie nie jego wina, że natura go tak hojnie obdarzyła wzrostem. Nie zmienia jednak faktu, że jak stanie taki przed Tobą, to koncert musisz sobie wywróżyć z jego potylicy.

 

Podrywacz-amator

Przyszedł na imprezę znaleźć miłość do grobowej deski. Albo chociaż do jutrzejszego śniadania. Bierze co się nawinie, a że nawinęło się akurat dziewczę stojące przed Tobą, to chce je wziąć. Tyle, że ona nie chce się dać. A on tego zupełnie nie rozumie. I zamiast wczuwać się w klimat numerów, przez pół godziny jesteś nadziany uszami i oczami na nieudolne zaloty, gdzie z jednej strony leci „słonko, kotku, laleczko”, a z drugiej „bucu, natręcie, beju”.

 

Himalaista

Do klubu przyszedł prosto z ośmiotysięcznika, dlatego nie mógł zostawić plecaka w domu. Ani w szatni. Ani w krzakach pod klubem. Tylko musiał z nim wbić pod samą scenę, zabierając dwa miejsca i robiąc nim spustoszenie za każdym razem, gdy obróci się w prawo albo w lewo.

 

Dziecko nauczycielki

Człowiek znany także jako krypto-ADHD.

Do 24-go roku życia był trzymany pod kluczem w piwnicznej komórce, i dopiero po dostaniu się na studia doktoranckie rodzice stwierdzili, że może raz w tygodniu wrócić po zmroku. No to korzysta. Jest bardziej nawalony, niż Muniek Staszczyk na koncercie w Pszowie, drze ryja nawet na melancholijnych kawałkach i ciągle ciągnie wokalistę za nogawkę, próbując się na niej podciągnąć i wejść na scenę. Jeśli jest lipna ochrona, a najczęściej jest, wokalista od tego momentu bardziej musi skupiać się na ostrożnym stawianiu kroków, niż na graniu.

 

Psiapsióły

Przyszły sobie na wydarzenie muzyczne pogadać. I stoją i gadają. Pod sceną. O lakierze do paznokci, odżywcze do włosów i czy Robek zadzwoni, jeśli zrobiła z połykiem na pierwszej randce.

 

Księżniczka

Nienawiść do takiej póki ogień piekielny jej nie spopieli!

Rozumiem, że nie każdy kto przychodzi na koncert ma potrzebę skakania, śpiewania i wzmożonej aktywności wokalno-ruchowej. Jak najbardziej rozumiem, że ktoś może chcieć po prostu posłuchać muzyki na żywo bez uczestniczenia w całej otoczce z tym związanej. Nic mi do tego. Taka osoba staje sobie z tyłu i odbiera sobie występ jak chce. Ale staje z tyłu, gdzie jest luźno i komfortowo, a nie pcha się do pierwszego rzędu w największy ścisk!

Nie ma nic gorszego, niż wymuskana księżniczka w szpileczkach, która wepchała się pod same barierki i ma pretensje do wszystkich ludzi dookoła, że się bawią. Stoi jak kukła na wystawie, za bardzo nawet nie kumając co się dzieje na scenie, i ma pretensje do każdego, kto trąci ją łokciem. Ma pretensje, że ludzie na nią napierają, niebo jest niebieskie, a woda mokra. Wpadnij na nią skacząc, to zacznie robić awanturę, że jesteś bucem najgorszego sortu, bo podeptałeś jej buty i, nie daj boże, popchnąłeś. A ona przyszła sobie tu postać.

Miejsce pod sceną, to nie jest miejsce do stania. To jest miejsce do skakania!

(niżej jest kolejny tekst)

34
Dodaj komentarz

avatar
18 Comment threads
16 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
22 Comment authors
bierzmnie_gig24SubintabulaFuriaW.Ania Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Edyta Lech
Gość

Z całej tej ferajny najbardziej podnoszą mi ciśnienie palacze. Sama palę, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy zaciągać się szlugami w nabuzowanym i ruchliwym tłumie.

Jan Favre
Gość

No właśnie. Skoro heroiniści są w stanie wytrzymać te kilka godzin koncertu, to palacze też powinni.

Agata Muszyńska
Gość

Haha, dryblas. Mam 180 cm i dopiero kiedy zaczęłam bywać na koncertach, doceniłam swój wzrost. Mam nadzieję, że moja potylica daje radę!
A dziewczyny w szpilkach… Proszę, nie róbcie tego. Kiedyś na koncercie Kultu taka pani mi nadepnęła na stopę. Kontuzja u mnie, ale u niej większa. Mózgu.

Saga Sachnik
Gość

Po to jest się wysokim, żeby widzieć wszystko na koncertach i oddychać :D
Piąteczka!

Magda Motrenko
Gość
Magda Motrenko

Ciągle mam przed oczami minę niskiej koleżanki, jaką miała opowiadając, jak to na koncercie ktoś wylał na nią całe piwo. Nie zazdroszczę! Ciesz się wzrostem :)

Caramel
Gość
Caramel

nigdy nie zapomnę jak rok temu na juwenaliach pod klubem Żaczek bawiłyśmy się na koncercie, na którym było bardzo dużo ludzi, wszyscy skakali, gorąco i duszno a koleś przed nami stał w… puchówce, w dodatku z kapturem otoczonym ogromnym futerkiem xD

Guest
Gość
Guest

Niestety na co drugim koncercie spotyka sie ponad polowe takich przypadkòw. Zawsze trzeba szukac swojego miejsca w tłumie z dala od przypadkowych słuchaczy. Najlepsi sa jeszcze Ci co pod wplywem alko zachowuja sie jak boja na morzu próbujac łapać pion. Zastanawiam sie jeszcze ile z tych osób które kręcą komòrką filmy wraca do tych nagran w domu. Pomijajac ich jakość.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Może szykował się na zawody kulturystyczne i wypacał wodę, żeby uwypuklić rzeźbę.

Jan Favre
Gość

Tacy ludzie też mnie fascynują, zwłaszcza w klubach – płacą za wjazd i alko a szkoda im złotówki na szatnię.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

„Syn kobiety kupczącej ciałem jeden” :D. Bardzo się zgadzam ze wszystkim, palaczy bym biła po jajkach metalowym prętem i wyrywała tipsy, zależnie od płci. A ja mam szczęście do Matek Polek i Ojców Wszechpolaków na koncertach.Trzy lata temu na Sonisphere, gdzie metal, zło, granaty ręczne i sam szatan pod samą sceną, tuż obok mnie, stał tatuś z dzieckiem, chyba dziewczynką – na oko dziesięcioletnią. I wszystkich dookoła niego, którzy skakali, przetrącając siłą rzeczy tych stojących obok, bardzo stanowczo i z prerensją dopominał o spokój, bo co to za zachowanie, takie agresywne przepychanki. Niepotrzebnie, ale jednak wdałam się z nim w… Czytaj więcej »

coco
Gość

Ostatnio jak byłam na koncercie, to koło mnie „bawił się” facet mniej więcej koło 40-stki z dwiema laskami koło 20-stki. Obściskiwał je obie cały czas, bujał się z nimi na prawo i lewo tak, że zgarniał ze sobą połowę sali przy okazji i nie patrzył, że wylewa komuś tym samym piwo, że kogoś innego popycha o kilka metrów swoim sporym cielskiem – darł się przy tym nieziemsko, zagłuszając koncert i udając indianina (takie „ajajajajaj” indiańskie). Taki jeden osobnik potrafi zepsuć koncert lepiej niż tuzin księżniczek.

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

autorem zdjęcia jest Kristina Alexanderson
autorem zdjęcia jest Kristina Alexanderson

– Wiesz, powinnaś zmienić tę pracę.

– Czemu?

– Bo to siara. Myślisz, że znajdziesz sobie faceta z taką robotą? Chyba tylko jakichś przychlast chciałby się bujać ze sprzątaczką.

– Bynajmniej mam jakąś pracę, a nie tak jak ty – albo sponsroing albo na garnuszku starych!

 

***

 

– Jezus Maria Peszek, ale ty jesteś tłusta, jak patrzę na twoje zdjęcia to czuję, że mi się podwyższa poziom cholesterolu.

– Zazdrościsz wieszaku! Mam więcej ciałka do kochania i bynajmniej jest za co złapać, a nie worek na kości jak ty! 

 

***

 

– Aż tak lubisz brokuły, że napakowałaś sobie cały talerz?

– Bynajmniej, są pyszne, a z sosem beszamelowym, to już w w ogóle palce u stóp lizać!

 

***

 

Tak jak powyższe dialogi są niepoprawne, tak w 85% przypadków partykuła „bynajmniej” jest używana błędnie, z kompletnym niezrozumieniem jej znaczenia. Dopóki coś mnie nie dotyka bezpośrednio, olewam to jak parkowy murek, ale wczoraj mnie dotknęło po całości, bo znalazłem komentarz pod starym tekstem, gdzie „bynajmniej” zostało użyte w znaczeniu „przynajmniej”. Rozumiem, że takie rzeczy zdarzają się na naTemat, ale nie u mnie. No nie wytrzymie, no nie zniese, no nie pozwolę!

Zgodnie ze słownikiem języka polskiego Państwowego Wydawnictwa Naukowego „przynajmniej” to

partykuła wyznaczająca minimalny, możliwy do zaakceptowania przez mówiącego zakres czegoś, lub komunikująca, że ilość lub miara czegoś jest nie mniejsza od wymienionej i że może być większa

natomiast, zgodnie z tym samym źródłem, „bynajmniej” to

partykuła wzmacniająca przeczenie zawarte w wypowiedzi

Innymi słowy, „przynajmniej” to synonim od „minimum” i „ co najmniej”, a „bynajmniej” to bliskoznacznik „w żadnym wypadku”. Innymi słowy, „przynajmniej”, to kompletnie inne słowo niż „bynajmniej”!

kurwa mać = motyla noga / pauza na zebranie myśli

chuj by to strzelił = kura by w to nagdakała / to zupełnie nie po mojej myśli

nie pierdol = nie arystotelesuj / nie irytuj mnie mało sensowną wypowiedzią

chujowo = ogórkowo-pistacjowo / całkowicie zniechęcająco

pojebało ich? = opili się soku z gumijagód? / czy ich wypowiedź aby na pewno jest poważna?

ja pierdolę = nabieram ochoty na kubeł lodów / ogarnia mnie bezsilność

w chuj = tyle co wody w Nilu / bardzo dużo

co za kurewstwo = co za urwana zawleczka od Tymbarka / co za niekomfortowa sytuacja

 

***

 

Mógłbym się rozpisać tłumacząc wszystkie kombinacje wulgarnych określeń stosunków płciowych, ale poprzestałem na tych najczęściej używanych, żeby dać Wam zajawkę tego jak ewoluuje moje słownictwo w lutym.

Nie mam nic do przekleństw, jeśli używane są jako emfaza wypowiedzi, aby wzmocnić przekaz, ale gdy zaczynają dominować język, a „kurwy” pojawiają się zamiast przeciwników, to jestem zdecydowanie przeciw. Słowa jakimi się posługujemy i sposób w jakim formujemy myśli, ma bardzo istotny wpływ na nasze życie i na to jak jesteśmy odbierani. Również przez samych siebie. Za przykład niech tu posłuży wspomniane wcześniej na blogu „chciałbym” i „chcę” lub, jeszcze wcześniejsze, „kiedyś”.

Niestety, mam wrażenie, że u mnie od dłuższego czasu są tylko niepotrzebnym wypełniaczem, który bezcelowo przedłuża zdanie, a przez nagminność ich stosowania całkiem spowszedniały, tracąc w moich ustach moc. Co gorsza, wydaje mi się, że tak często ich używam, że upośledziły mi elokwencję i, mimowolnie, zastępuję nimi „normalne” słowa. Nie wiem na ile to moje odrealnione przekonanie, a na ile faktycznie tak jest, ale jeśli ja sam to zauważyłem, to sytuacja musi być poważna. Bardzo źle mi z tym, bo wiem, że przez zubożenie słownictwa, cierpi na tym moje pisanie.

Dlatego ogłaszam odwyk!

Przez miesiąc z moich ust, ani spod mojej klawiatury nie wydobędzie się żaden „chuj”, żadna „kurwa”, ani żadne „pierdolenie”. Ani ich niecenzuralne synonimy. Zero wyrażeń, których nie użyłby w orędziu noworocznym profesor Miodek. Bo z Bralczykiem, to nigdy nie wiadomo. Chcę oczyścić swój język, głowę i życie z wulgaryzmów! Oczywiście, nie na zawsze, bo tak jak wcześniej wspomniałem, w wielu przypadkach są zasadne, ale miesiąc odwyku dobrze mi zrobi.

Domyślam się, że nie będzie to łatwe, bo przeklinanie jest dla mnie tak naturalne i tak mocno zakorzenione, że to mniej więcej tak, jak przestać nosić bokserki i zacząć chodzić w slipach. Wbrew naturze. Przeklinam każdego dnia, w większości sytuacji i w rozmowie z każdym znajomym, więc będę musiał naprawdę mocno się pilnować, żeby nic mi się nie wymknęło. Albo żebym się nie zapomniał w przypływie irytacji, gdy przelew, który miał być przed nowym rokiem wciąż „idzie”.

Już wiem, że to będzie dużo trudniejsze, niż miesiąc wegetariański, ale jak z mięsem dałem radę, to temu też podołam!

Najbardziej ciekawi mnie jaka przemiana językowa i światopoglądowa dokona się w mojej głowie w trakcie tych 30 dni, bo to, że coś się we mnie zmieni jest pewne. Obstawiam, że dużo łatwiej będzie mi przychodziło szukanie synonimów, nie tylko wśród zastępstw do wulgaryzmów, ale ogólnie wszystkich słów, i że w jakimś sensie się wyciszę. Bo nie ukrywajmy, że rzucając „kurwami” człowiek często sam się nakręca i niepotrzebnie emocjonuje. Zakładam też, że nieco zmieni się nastawienie i to jak mnie odbierają inne osoby. Pytanie tylko jak.

Tym razem również prośba do Was – jeśli znacie jakieś triki na oduczenie się przeklinania, poza wypisaniem niewulgarnych synonimów przekleństw, podzielcie się w komentarzach.

Dzięki!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Alvaro Tapia