Close
Close

9 typów osób, których nie chcesz spotkać pod sceną

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Janusz Kaliszczak
autorem zdjęcia jest Janusz Kaliszczak

Jakiś czas temu byłem na koncercie Bisza – jednego z moich ulubionych raperów, którym jaram od 1410 jak tęcza na Placu Zbawiciela. Biszu grał oczywiście pierwszoklasowo i kawałki, które znam na pamięć z jego płyt przy wykonywaniu na żywo nic nie traciły na wartości, a w zasadzie to dużo zyskiwały, bo nie tylko było słychać jego emocje, ale i widać. Mimo, że gwiazda wieczoru gwieździła, świeciła i robiła lepsze przedstawienie, niż żona wyrzucająca rzeczy niewiernego męża przez okno, to nie bawiłem się tak dobrze jak mogłem. Kamieniem w bucie byli ludzie na koncercie, którzy skutecznie utrudniali mi jego odbiór.

Trafiłem na większość z 9 typów osób, których nie chcesz spotkać pod sceną.

 

Para

Ja wiem, że fajnie jest się pobujać, poprzytulać, pomiziać i złapać za tyłek swoją dziewczynę jak gra Barry White. Ale na koncercie rapowym, rockowym, czy electro na 100% nie gra Barry White. Bo nie żyje. Więc jak chcecie się kiziać jak dwa niedźwiadki i gruchać sobie do ucha czułe słówka jak gołąbki na parapecie biblioteki miejskiej, to idźcie do miejsca do tego przeznaczonego. Albo zostańcie w domu. Ale zamulając w środku tłumu na koncercie, gdzie ludzie chcą się drzeć i skakać, bo też właśnie taka muzyka gra, tylko psujecie klimat.

 

Fotograf-kamerzysta

Ucieleśnienie niszczyciela atmosfery. Całą imprezę z telefonem w dłoni. Zasłaniając widok innym. Nie będę już strzępił sobie na nich języka, bo zrobiłem to poświęcając im cały tekst – „Koncert z komórki lepszy, niż na żywo?”.

 

Palacz

Ja rozumiem, że nałóg i w ogóle. Serio. Ale po pierwsze, KAŻDY ma jakiś nałóg i jakoś jest w stanie go pohamować na te 2-3 godziny. A po drugie, jak bardzo trzeba nie mieć wyobraźni, żeby odpalać papierosa w kilkuset osobowym tłumie, w dusznym klubie, bez klimatyzacji, gdzie jest tak gorąco, że gdyby nie euforia, ludzie by popadali jak muchy z braku powietrza? I nie dość, że Ci zabiera tlen, to jeszcze przypali Cię taki tym fajkiem. Syn kobiety kupczącej ciałem jeden.

 

Dryblas

To zupełnie nie jego wina, że natura go tak hojnie obdarzyła wzrostem. Nie zmienia jednak faktu, że jak stanie taki przed Tobą, to koncert musisz sobie wywróżyć z jego potylicy.

 

Podrywacz-amator

Przyszedł na imprezę znaleźć miłość do grobowej deski. Albo chociaż do jutrzejszego śniadania. Bierze co się nawinie, a że nawinęło się akurat dziewczę stojące przed Tobą, to chce je wziąć. Tyle, że ona nie chce się dać. A on tego zupełnie nie rozumie. I zamiast wczuwać się w klimat numerów, przez pół godziny jesteś nadziany uszami i oczami na nieudolne zaloty, gdzie z jednej strony leci „słonko, kotku, laleczko”, a z drugiej „bucu, natręcie, beju”.

 

Himalaista

Do klubu przyszedł prosto z ośmiotysięcznika, dlatego nie mógł zostawić plecaka w domu. Ani w szatni. Ani w krzakach pod klubem. Tylko musiał z nim wbić pod samą scenę, zabierając dwa miejsca i robiąc nim spustoszenie za każdym razem, gdy obróci się w prawo albo w lewo.

 

Dziecko nauczycielki

Człowiek znany także jako krypto-ADHD.

Do 24-go roku życia był trzymany pod kluczem w piwnicznej komórce, i dopiero po dostaniu się na studia doktoranckie rodzice stwierdzili, że może raz w tygodniu wrócić po zmroku. No to korzysta. Jest bardziej nawalony, niż Muniek Staszczyk na koncercie w Pszowie, drze ryja nawet na melancholijnych kawałkach i ciągle ciągnie wokalistę za nogawkę, próbując się na niej podciągnąć i wejść na scenę. Jeśli jest lipna ochrona, a najczęściej jest, wokalista od tego momentu bardziej musi skupiać się na ostrożnym stawianiu kroków, niż na graniu.

 

Psiapsióły

Przyszły sobie na wydarzenie muzyczne pogadać. I stoją i gadają. Pod sceną. O lakierze do paznokci, odżywcze do włosów i czy Robek zadzwoni, jeśli zrobiła z połykiem na pierwszej randce.

 

Księżniczka

Nienawiść do takiej póki ogień piekielny jej nie spopieli!

Rozumiem, że nie każdy kto przychodzi na koncert ma potrzebę skakania, śpiewania i wzmożonej aktywności wokalno-ruchowej. Jak najbardziej rozumiem, że ktoś może chcieć po prostu posłuchać muzyki na żywo bez uczestniczenia w całej otoczce z tym związanej. Nic mi do tego. Taka osoba staje sobie z tyłu i odbiera sobie występ jak chce. Ale staje z tyłu, gdzie jest luźno i komfortowo, a nie pcha się do pierwszego rzędu w największy ścisk!

Nie ma nic gorszego, niż wymuskana księżniczka w szpileczkach, która wepchała się pod same barierki i ma pretensje do wszystkich ludzi dookoła, że się bawią. Stoi jak kukła na wystawie, za bardzo nawet nie kumając co się dzieje na scenie, i ma pretensje do każdego, kto trąci ją łokciem. Ma pretensje, że ludzie na nią napierają, niebo jest niebieskie, a woda mokra. Wpadnij na nią skacząc, to zacznie robić awanturę, że jesteś bucem najgorszego sortu, bo podeptałeś jej buty i, nie daj boże, popchnąłeś. A ona przyszła sobie tu postać.

Miejsce pod sceną, to nie jest miejsce do stania. To jest miejsce do skakania!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Czekam na foto.

  • W.

    Muszę podesłać ten tekst znajomym, bo wg nich ja jestem najgorszym typem na koncercie. Jak się da to lubię siedzieć z tyłu, ewentualnie stać z tyłu, stać z boku, za ludźmi, daleko od ludzi, daleko od tych wszystkich wyżej wymienionych, do których dołączyłabym przewodników/wędrowników przeciskających się wte i we wte.

  • Ania

    Na jednym koncercie za dryblasa dziękowałam, na juwenaliach. Cały dzień padało, przed koncertem jeszcze godzinę panowie policjanci ‚miło’ rozmawiali z moim chłopakiem, więc sobie po mokłam, było strasznie zimno. Stałam w środku tłumu by trzymać ciepło, a gdy już lunęło taki oto dryblas stał tuż przed moją twarzą co niewątpliwie zmniejszyło opady deszczu spadające w moim kierunku ;)

  • Pamiętam koncert Hey, na który poszłam kompletnie przez przypadek ale ponieważ kiedyś uwielbiałam ich kawałki doszłam do wniosku, że źle być nie może. A jednak… to było jakoś po premierze najbardziej melancholijnej płyty ever i jak próbowałam bawić się pod sceną zostałam „zlinczowana wzrokiem i słowem” przez stojących wkoło ludzi po czterdziestce, którzy rytmicznie kołysali się nawet do tych szybszych kawałków i wszelkie przejawy „tańca” uznawali za „niedojrzałe, gówniarskie podrygi nieodpowiednie dla tego typu wydarzenia”. A miejscówa bez stoliczków, koncert nie akustyczny tylko normalnie w Wiatraku (taki klub muzyczny dla ludzi, którzy lubią się bawić a nie pstrykać palcami nad filiżanką kawy podczas koncertu poezji śpiewanej). Także według Twojego opisu wpadłam w sam środek księżniczek i to ja byłam ta zła ;)

    Poza tym dodałabym też ludzi na barana :D Uwielbiam jak stanie takich kilkanaście par obok siebie i się bujają :D

  • Ktoś tam

    Czy mogę dodać jeszcze dziewczynę „In & Out”? Czy tylko ja trafiam na takie? To damy które przepychają się przez tłum prawie jakby się czołgały, wspierając się łokciami (grozi wtedy złamanie żebra, cios w wątrobę, wyplucie nerek itp) po to by złapać go za nogę, oderwać mu nitkę od spodni, wyznać miłość, złapać jego/jej włos( materiał do klonowania). Po czym wycofują się na tyły by opowiedzieć koleżankom jak było fajnie i znowu rzucić się w tłum i się bić/przepychać. I tak w kółko!

    • Ooo, zapomniałem o nich, a też nienawidzę!

      • Ktoś tam

        A już myślałam że tylko ja mam takie szczęście i zawsze jakąś spotkam. Ale według mnie najgorsze są księżniczki! Ostatnio na koncercie DonGóralesko dosłownie przed calutką sceną stały księżniczki. W szpilkach.

        • no wy w ogóle nic nie rozumiecie. One tam idą po to, zeby wokalista zawiesił na nich swój wzrok, zakochał się albo poczuł żądzę i aby wylądowaly w jego pościeli. A jak tu poczuć żądzę do laski bez szpilek???

          • Ktoś tam

            Ja nie mogę! Chodziłam przez cały ten czas na koncerty ze złych powodów….. :(

  • Raczej na nikogo, bo i jedno i drugie jest obiektywnie niczyją winą.

  • 10. Nieprzytomny wokalista.

    Nie zdarzyło mi się jeszcze, ale kilka razy widziałem wysiłek wkładany przez artystów, aby ustać na nogach.

    • Ci mają jednak przewagę, bo są na a nie pod sceną.

      • Będąc w odpowiednim nastroju równie łatwo mogliby się znaleźć i tam.

  • Kamila

    Pomyśleć, że wszystke te typy spotykam na każdym festiwalu. Na szczęście ludzie reagują i nie pozwalają sobie na zakłócanie muzycznych wrażeń!

  • Dobre i chyba za mało na koncertach bywam. Ostatnio z braku środków finansowych tylko jak jest kolejna rocznica nadania praw miejskich miastu, w którym mieszkam. :) Tam jednak nie pcham się pod scenę, pomijam fakt że nie bardzo jest dla kogo, ale nie jestem piszcząca małolatą. ;)

  • Mariusz NoMi

    Niestety na co drugim koncercie spotyka sie ponad polowe takich przypadkòw. Zawsze trzeba szukac swojego miejsca w tłumie z dala od przypadkowych słuchaczy. Najlepsi sa jeszcze Ci co pod wplywem alko zachowuja sie jak boja na morzu próbujac łapać pion. Zastanawiam sie jeszcze ile z tych osób które kręcą komòrką filmy wraca do tych nagran w domu. Pomijajac ich jakość…

    • To mnie zawsze też nurtuje, czy ktokolwiek z tych młodych Spielbergów po powrocie do domu choć raz ogląda swoje epokowe dzieła.

      • Subintabula

        Tak krytykujecie, a może oni czekają na TEN MOMENT, który będzie inny, nietypowy. Bo może artysta zacznie bełkotać, wyrzuci zawartość żołądka z siebie. Powie coś śmiesznego/obraźliwego. I wtedy ten filmik kręcony na kalkulatorze wrzucą na jutuba. Będzie milion odsłon. Tutaj nie chodzi o przeżycie tu i teraz. Oni myślą o przyszłości, o tony monet które zarobią.

  • Na Sensation White w Pradze spotkałam bardzo osobliwy rodzaj podrywacza-amatora.
    Tańczę sobie w transie pod samymi barierkami, tuż za mną powinien znajdować się (teoretycznie) mój chłopak, więc kiedy czuję na plecach i w okolicy pośladków czuły dotyk, jakoś niespecjalnie się dziwię. A jednak coś mi nie gra…
    I słusznie, bo była to jakaś szalona biseksualna Czeszka, która pod wpływem mdma najprawdopodobniej poczuła miłość do całego świata. Później próbowała ją przelać na jeszcze kilka innych osób.
    „Łączmy się w pary, kochajmy się.”

    • Haha, brzmi jak historia z „Eurotripu”.

  • Maciek

    Fotograf-kamerzysta – zdecydowanie najgorszy!

  • Ostatnio jak byłam na koncercie, to koło mnie „bawił się” facet mniej więcej koło 40-stki z dwiema laskami koło 20-stki. Obściskiwał je obie cały czas, bujał się z nimi na prawo i lewo tak, że zgarniał ze sobą połowę sali przy okazji i nie patrzył, że wylewa komuś tym samym piwo, że kogoś innego popycha o kilka metrów swoim sporym cielskiem – darł się przy tym nieziemsko, zagłuszając koncert i udając indianina (takie „ajajajajaj” indiańskie). Taki jeden osobnik potrafi zepsuć koncert lepiej niż tuzin księżniczek.

  • Aleksandra Muszyńska

    „Syn kobiety kupczącej ciałem jeden” :D.
    Bardzo się zgadzam ze wszystkim, palaczy bym biła po jajkach metalowym prętem i wyrywała tipsy, zależnie od płci.
    A ja mam szczęście do Matek Polek i Ojców Wszechpolaków na koncertach.Trzy lata temu na Sonisphere, gdzie metal, zło, granaty ręczne i sam szatan pod samą sceną, tuż obok mnie, stał tatuś z dzieckiem, chyba dziewczynką – na oko dziesięcioletnią. I wszystkich dookoła niego, którzy skakali, przetrącając siłą rzeczy tych stojących obok, bardzo stanowczo i z prerensją dopominał o spokój, bo co to za zachowanie, takie agresywne przepychanki. Niepotrzebnie, ale jednak wdałam się z nim w dyskusję, gdzie jest jego miejsce jako fana spokoju i harmonii w odbiorze treści muzycznych (np. w filharmonii). Szczęśliwie chwilę później dostaliśmy z chłopakiem wejście na Snakepit’a :). No dobra, ja dostałam. I poprosiłam o drugie.

  • Caramel

    nigdy nie zapomnę jak rok temu na juwenaliach pod klubem Żaczek bawiłyśmy się na koncercie, na którym było bardzo dużo ludzi, wszyscy skakali, gorąco i duszno a koleś przed nami stał w… puchówce, w dodatku z kapturem otoczonym ogromnym futerkiem xD

    • Guest

      Niestety na co drugim koncercie spotyka sie ponad polowe takich przypadkòw. Zawsze trzeba szukac swojego miejsca w tłumie z dala od przypadkowych słuchaczy. Najlepsi sa jeszcze Ci co pod wplywem alko zachowuja sie jak boja na morzu próbujac łapać pion. Zastanawiam sie jeszcze ile z tych osób które kręcą komòrką filmy wraca do tych nagran w domu. Pomijajac ich jakość.

    • Aleksandra Muszyńska

      Może szykował się na zawody kulturystyczne i wypacał wodę, żeby uwypuklić rzeźbę.

    • Tacy ludzie też mnie fascynują, zwłaszcza w klubach – płacą za wjazd i alko a szkoda im złotówki na szatnię.

  • Haha, dryblas. Mam 180 cm i dopiero kiedy zaczęłam bywać na koncertach, doceniłam swój wzrost. Mam nadzieję, że moja potylica daje radę!
    A dziewczyny w szpilkach… Proszę, nie róbcie tego. Kiedyś na koncercie Kultu taka pani mi nadepnęła na stopę. Kontuzja u mnie, ale u niej większa. Mózgu.

    • Po to jest się wysokim, żeby widzieć wszystko na koncertach i oddychać :D
      Piąteczka!

    • Magda Motrenko

      Ciągle mam przed oczami minę niskiej koleżanki, jaką miała opowiadając, jak to na koncercie ktoś wylał na nią całe piwo. Nie zazdroszczę! Ciesz się wzrostem :)

  • Z całej tej ferajny najbardziej podnoszą mi ciśnienie palacze. Sama palę, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy zaciągać się szlugami w nabuzowanym i ruchliwym tłumie.

    • No właśnie. Skoro heroiniści są w stanie wytrzymać te kilka godzin koncertu, to palacze też powinni.

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

---> SKOMENTUJ
autorem zdjęcia jest Kristina Alexanderson
autorem zdjęcia jest Kristina Alexanderson

– Wiesz, powinnaś zmienić tę pracę.

– Czemu?

– Bo to siara. Myślisz, że znajdziesz sobie faceta z taką robotą? Chyba tylko jakichś przychlast chciałby się bujać ze sprzątaczką.

– Bynajmniej mam jakąś pracę, a nie tak jak ty – albo sponsroing albo na garnuszku starych!

 

***

 

– Jezus Maria Peszek, ale ty jesteś tłusta, jak patrzę na twoje zdjęcia to czuję, że mi się podwyższa poziom cholesterolu.

– Zazdrościsz wieszaku! Mam więcej ciałka do kochania i bynajmniej jest za co złapać, a nie worek na kości jak ty! 

 

***

 

– Aż tak lubisz brokuły, że napakowałaś sobie cały talerz?

– Bynajmniej, są pyszne, a z sosem beszamelowym, to już w w ogóle palce u stóp lizać!

 

***

 

Tak jak powyższe dialogi są niepoprawne, tak w 85% przypadków partykuła „bynajmniej” jest używana błędnie, z kompletnym niezrozumieniem jej znaczenia. Dopóki coś mnie nie dotyka bezpośrednio, olewam to jak parkowy murek, ale wczoraj mnie dotknęło po całości, bo znalazłem komentarz pod starym tekstem, gdzie „bynajmniej” zostało użyte w znaczeniu „przynajmniej”. Rozumiem, że takie rzeczy zdarzają się na naTemat, ale nie u mnie. No nie wytrzymie, no nie zniese, no nie pozwolę!

Zgodnie ze słownikiem języka polskiego Państwowego Wydawnictwa Naukowego „przynajmniej” to

partykuła wyznaczająca minimalny, możliwy do zaakceptowania przez mówiącego zakres czegoś, lub komunikująca, że ilość lub miara czegoś jest nie mniejsza od wymienionej i że może być większa

natomiast, zgodnie z tym samym źródłem, „bynajmniej” to

partykuła wzmacniająca przeczenie zawarte w wypowiedzi

Innymi słowy, „przynajmniej” to synonim od „minimum” i „ co najmniej”, a „bynajmniej” to bliskoznacznik „w żadnym wypadku”. Innymi słowy, „przynajmniej”, to kompletnie inne słowo niż „bynajmniej”!

---> SKOMENTUJ

kurwa mać = motyla noga / pauza na zebranie myśli

chuj by to strzelił = kura by w to nagdakała / to zupełnie nie po mojej myśli

nie pierdol = nie arystotelesuj / nie irytuj mnie mało sensowną wypowiedzią

chujowo = ogórkowo-pistacjowo / całkowicie zniechęcająco

pojebało ich? = opili się soku z gumijagód? / czy ich wypowiedź aby na pewno jest poważna?

ja pierdolę = nabieram ochoty na kubeł lodów / ogarnia mnie bezsilność

w chuj = tyle co wody w Nilu / bardzo dużo

co za kurewstwo = co za urwana zawleczka od Tymbarka / co za niekomfortowa sytuacja

 

***

 

Mógłbym się rozpisać tłumacząc wszystkie kombinacje wulgarnych określeń stosunków płciowych, ale poprzestałem na tych najczęściej używanych, żeby dać Wam zajawkę tego jak ewoluuje moje słownictwo w lutym.

Nie mam nic do przekleństw, jeśli używane są jako emfaza wypowiedzi, aby wzmocnić przekaz, ale gdy zaczynają dominować język, a „kurwy” pojawiają się zamiast przeciwników, to jestem zdecydowanie przeciw. Słowa jakimi się posługujemy i sposób w jakim formujemy myśli, ma bardzo istotny wpływ na nasze życie i na to jak jesteśmy odbierani. Również przez samych siebie. Za przykład niech tu posłuży wspomniane wcześniej na blogu „chciałbym” i „chcę” lub, jeszcze wcześniejsze, „kiedyś”.

Niestety, mam wrażenie, że u mnie od dłuższego czasu są tylko niepotrzebnym wypełniaczem, który bezcelowo przedłuża zdanie, a przez nagminność ich stosowania całkiem spowszedniały, tracąc w moich ustach moc. Co gorsza, wydaje mi się, że tak często ich używam, że upośledziły mi elokwencję i, mimowolnie, zastępuję nimi „normalne” słowa. Nie wiem na ile to moje odrealnione przekonanie, a na ile faktycznie tak jest, ale jeśli ja sam to zauważyłem, to sytuacja musi być poważna. Bardzo źle mi z tym, bo wiem, że przez zubożenie słownictwa, cierpi na tym moje pisanie.

Dlatego ogłaszam odwyk!

Przez miesiąc z moich ust, ani spod mojej klawiatury nie wydobędzie się żaden „chuj”, żadna „kurwa”, ani żadne „pierdolenie”. Ani ich niecenzuralne synonimy. Zero wyrażeń, których nie użyłby w orędziu noworocznym profesor Miodek. Bo z Bralczykiem, to nigdy nie wiadomo. Chcę oczyścić swój język, głowę i życie z wulgaryzmów! Oczywiście, nie na zawsze, bo tak jak wcześniej wspomniałem, w wielu przypadkach są zasadne, ale miesiąc odwyku dobrze mi zrobi.

Domyślam się, że nie będzie to łatwe, bo przeklinanie jest dla mnie tak naturalne i tak mocno zakorzenione, że to mniej więcej tak, jak przestać nosić bokserki i zacząć chodzić w slipach. Wbrew naturze. Przeklinam każdego dnia, w większości sytuacji i w rozmowie z każdym znajomym, więc będę musiał naprawdę mocno się pilnować, żeby nic mi się nie wymknęło. Albo żebym się nie zapomniał w przypływie irytacji, gdy przelew, który miał być przed nowym rokiem wciąż „idzie”.

Już wiem, że to będzie dużo trudniejsze, niż miesiąc wegetariański, ale jak z mięsem dałem radę, to temu też podołam!

Najbardziej ciekawi mnie jaka przemiana językowa i światopoglądowa dokona się w mojej głowie w trakcie tych 30 dni, bo to, że coś się we mnie zmieni jest pewne. Obstawiam, że dużo łatwiej będzie mi przychodziło szukanie synonimów, nie tylko wśród zastępstw do wulgaryzmów, ale ogólnie wszystkich słów, i że w jakimś sensie się wyciszę. Bo nie ukrywajmy, że rzucając „kurwami” człowiek często sam się nakręca i niepotrzebnie emocjonuje. Zakładam też, że nieco zmieni się nastawienie i to jak mnie odbierają inne osoby. Pytanie tylko jak.

Tym razem również prośba do Was – jeśli znacie jakieś triki na oduczenie się przeklinania, poza wypisaniem niewulgarnych synonimów przekleństw, podzielcie się w komentarzach.

Dzięki!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Alvaro Tapia
---> SKOMENTUJ