Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #13: seks z ideałem, bekon na walentynki i O.S.T.R.

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 13

Mam nadzieję, że przeżyliście piątek 13-go, bo byłoby mi przykro, gdyby okazało się, że nie oszukaliście przeznaczenia, przyśnił Wam się koszmar minionego lata i wpadliście na piłę. I skleiłem cały „Przegląd” tylko dla siebie. Zwłaszcza, że dzisiejsze wydanie jest prawie, że walentynkowe, bo przewija się sporo tematów damsko-męskich – w sensie, aż 3 – a wiem, że to lubicie.

Gdy zakochanie mija: nie powinieneś od razu puszczać okrętu, tylko dać sobie na wstrzymanie i zrozumieć, że to nie koniec miłości, tylko jej kolejna faza. A przynajmniej tak twierdzi matka, żona i kochanka.

5 rzeczy, które musisz wiedzieć o Rzymie: lecę się do stolicy Włoch na Wielkanoc, także bardzo przydatne info, biorąc pod uwagę, że nigdy tam nie byłem. Nawet jeśli nie planujecie się tam wybrać w najbliższym czasie to i tak całkiem niezłe ciekawostki.

W łóżku z ideałem: tekst głównie dla pań, choć ja jako facet też się ubawiłem. Ultra lekko, erotycznie i wyjątkowo zabawnie o tym, jakby to było pójść do łóżka z typem z okładki Men’s Health.

Jaki jest sens życia? Brzmi jak pytanie wyjęte z książki brazylijskiego pseudo-pisarza i pseudo-poety? Może i tak, ale Volant bardzo rzeczowo odpowiada na to pytanie, bez patosu i nadęcia zahaczającego o żenadę.

Blogerzy dręczą Kim Dżong Una: prośbami o głosowanie na „Blog Roku”, czyli świetne, cyniczne podsumowanie tego konkursu i żebrania o smsy na Facebooku.

Jak Michael Jackson zniszczył sobie twarz operacjami? A, właśnie tak.

10 propozycji na walentynkowy prezent dla faceta: wszystkie składają się z bekonu i każda z nich jest idealna.

Klip tygodnia: Ostrego nie słucham od dawna ze względu na monotematyczność, ale nie da się nie docenić jego talentu muzycznego. Koleś z dziecięcych zabawek ze Smyka, czy innego 5-10-15, robi podkład który jest lepszy niż połowa produkcji na nielegalach. ŁOUŁ!

 

Fanpage tygodnia: oryginalna kreska, turbo celne teksty i najrzadsza aktualizacja na świecie. Ale za to jak już wrzuci coś nowego, to typowy konkret rozsadzający edge rank. Dużo miłości dla bolącej nóżki!

Post użytkownika Bolimienoga.

 

Blogerka na głównym zdjęciu: dziewczyna z hiperspecjalistyczną lupa ze zginanymi ramionami zerkająca wielkim okiem, to Agata z Qrkoko.pl. Kompletnie nie mam pojęcia co znaczy ta nazwa, ale jak wynika z tematyki postów, blog jest o rękodziele. Czyli o szydełkowaniu, hafcie koralikowy, dzierganiu i wszystkich innych czynnościach, których bałbym się podjąć w trosce o własne życie. Jak pokazuje Agata, niepotrzebnie.

Z ogłoszeń parafialnych, to oczywiście cały czas czekam na męskie zdjęcia z lupą na kolejne okładki „Przeglądu” (choć z braku laku damskie też przygarnę), ale tym razem wyjątkowo bardziej mnie interesuje jak podobał Wam się wczorajszy „Smok Blog”, który organizowałem z Andrzejem Kozdębą i Michałem Majem. Chcecie więcej?

(niżej jest kolejny tekst)

14
Dodaj komentarz

avatar
8 Comment threads
6 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
10 Comment authors
KonduxMaj BohFabJulusNatalia SlawekAsiorptasior Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
W.
Gość
W.

A jest gdzieś relacja z „Smok Blog”, dla tych, którzy przez pracę nie złapali wejściówek?

Jan Favre
Gość

Sprawdź co się pojawia na stronie wydarzenia, póki co ludzie dodają zdjęcia, a będzie też wideo od nas: https://www.facebook.com/events/792206610814632/?fref=ts

Konrad
Gość

CPI #11 ciągle najlepsze.

Jan Favre
Gość

Nie wiem, nie czytałem.

alniac
Gość

Smok Blog zdecydowanie do powtórki :)

grejfrut
Gość

A ja nie wiedziłam ale chętnie się wybiorę do KRK jak jeszcze raz by się odbywał ;)

grejfrut
Gość

W łóżku z ideałem – ROTFL ;)

Asiorptasior
Gość
Asiorptasior

Ja Ci już mówiłam jak było. Czekam na kolejny!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Czy w hamburgerach z McDonald’s jest mięso?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką McDonald’s

W grudniu rozmawialiśmy na blogu o faktach i mitach na temat McDonald’s i 5 osób, które podało najciekawsze tezy, które chciałoby zweryfikować, wygrało iPady i wyjazd do dostawców Maka. Jak pewnie wiece z Fejsa, też byłem na tym wyjeździe i miałem okazję skontrolować, jak to jedzenie faktycznie powstaje i czy utrwalane legendy miejskie mają jakiekolwiek pokrycie z rzeczywistością. Byłem w zakładzie OSI w Górce koło Ostródy dostarczającym mięso wołowe do burgerów i w Farm Frites w Lęborku produkującym frytki.  I zebrałem wystarczającą ilość szokujących informacji, żeby móc odpowiedzieć na Wasze pytania.

Tak że po kolei.

 

Czy frytki w McDonald’s powstają z masy ziemniaczanej?

czy frytki w mcdonalds są z masy ziemniaczanej

Widziałem jak frytka powstaje od momentu przywiezienia ziemniaka z pola, do chwili, gdy leży usmażona na talerzu. I muszę Was rozczarować, ale nie, nie robi się ich ze skrobi, masy ziemniaczanej, czy papki z ziemniaków, z której frytki dopiero są formowane, jak zwykli pisać ludzie na forach. Robi się je z normalnych, całych, dobrych gatunkowo ziemniaków i jedyne działania mające wpływ na ich kształt, które zachodzą w procesie produkcji, to obieranie pod ciśnieniem i cięcie w wodnej krajalnicy. Tyle.

 

Jak to możliwe, że frytki z Maka są takie długie i idealne?

czy frytki w mcdonalds są ze skrobi

Bo zanim trafią do Waszych rąk w lokalu, najpierw przechodzącą 3157 kontroli. Serio, ziemniaki używane przy ich produkcji są chyba lepiej selekcjonowane, niż naukowcy przyjmowani do pracy w NASA.

Najpierw testom związanym z wielkością, szerokością, procentowym udziałem masy suchej, słodkością, kolorem, kruchością i smakiem  poddaje się 30-kilogramową próbę z 10-tonowego kontenera, którzy przyjeżdża z pola. Gdy ta wypadnie pomyślnie, w hali produkcyjnej, najpierw jeszcze całe ziemniaki, a później już pocięte, są kontrolowane jeszcze 4 razy przez człowieka i 2 razy przez maszynę.

Przy czym do jednego z testów przez komputer, zaangażowana jest sztuczna inteligencja, która co sekundę bada kilkaset frytek i rozpoznając na nich czarne miejsca, związane z defektem ziemniaka, usuwa je z dalszego procesu produkcyjnego, tak aby przeszły tylko te najbardziej zbliżone do ideału. Pewnie nie brzmi to przesadnie fascynująco, ale gdybyście zobaczyli na żywo jak w ciągu minuty maszyna sama rozkminia czy kilka tysięcy frytek jest dobrych czy nie, zrobiłoby to na Was wrażenie.

Innymi słowy, frytki z Maka są idealne, bo produkuje się je z idealnych ziemniaków.

 

Czy frytki produkuje się w tym samym zakładzie co perfumy (opcjonalnie: na tłuszczu z perfum)?

DSC_1565

To pytanie jest tak głupie, że już po przeczytaniu na głos odpowiedź może być tylko jedna, ale że zebrało masę łapek w górę i kilkukrotnie się powtórzyło, więc oficjalnie odpowiadam: NIE.

 [emaillocker]

Czy w hamburgerach jest mięso (opcjonalnie: czy w FishMacu jest ryba)?

czy w cheseburgerach z McDonalds jest mięso

czy w cheseburgerach z McDonald jest mięso

To chyba najpopularniejszy mit jaki przewinął się przez Internet i opowieści barowe. Historia o tym, że kobieta zatruła się nieświeżym mięsem w hamburgerze (lub też zadławiła ością w FishMacu), a prawnicy Maka udowodnili w sądzie, że to niemożliwe, bo w ich produktach nie ma mięsa, jest tak popularna, że nawet znalazła się w leksykonie legend miejskich. Tak, to tylko legenda.

Byłem na hali produkcyjnej formującej krążki do hamburgerów i surowiec, który pojawia się na początku procesu i wychodzi jako gotowy produkt na końcu, to 100% mięso zawierającej 20% naturalnego tłuszczu.

Pochodzi z przedniej ćwiartki polskiej krowy i już po usunięciu z niego skóry i kości, wchodzi do maszyny, która je mieli. Następnie jest 5 razy kontrolowane, między innymi pod kątem zawartości tłuszczu, konsystencji i temperatury, po czym, już jako gotowe krążki, trafia do chłodni. O ile w przypadku frytek, w procesie produkcji, dodaje się do nich czasem cukru, aby otrzymać właściwy kolor, o tyle w przypadku mięsa, nie dodaje się do niego absolutnie, totalnie i kompletnie niczego.

Lizałem własnym językiem i smakowałem własnymi kubkami krążek bezpośrednio zdjęty z linii produkcyjnej i jest w nim tylko i wyłącznie mięso.

 

Czy w lokalu można dostać identyczną kanapkę jak tę, która jest w reklamie?

Nie. Kanapki w reklamach pełnią funkcję informacyjną – mają za zadanie pokazać nabywcy co w niej jest. Jakie składniki, jakie sosy, jakie mięso, jaka bułka. Dlatego też Big Mac z ulotki jest przerysowany i ma „wystające” wszystkie składniki, bo inaczej trudno byłoby zaprezentować klientowi czym on tak naprawdę jest. Nie mniej, to wciąż ten sam produkt, tyle, że z „powsuwanymi” do środka składnikami.

 

Czy po odwiedzeniu wszystkich McDonald’sów na całym świecie dostaje się bon na dożywotnie jedzenie za darmo?

jak powstaje jedzenie c mcdonalda

Brzmi jakby ktoś trochę przesadził z grami komputerowymi i pomylił zamawianie jedzenia z kodem na nieśmiertelność, ale o dziwo to pytanie też powtórzyło się kilkukrotnie. Cóż, pomijam, że rzeczywistość to nie „Simsy”, ale logicznie przyglądając się tej legendzie, warto zadać sobie pytanie, czy możliwe jest w ogóle odwiedzenie wszystkich Maków? Bo mówimy o McDonald’sach na CAŁYM świecie. A tych jest około 35 000 (słownie: TRZYDZIEŚCI PIĘĆ TYSIĘCY!). Zakładając, że podróż do każdego z nich trwałaby 1 dzień (co i tak jest optymistycznym założeniem, biorąc pod uwagę ich rozsianie po świecie i konieczność snu), to podróż do wszystkich zajęłaby około  95 lat.

Domyślam się, że dla niektórych to i tak nie jest wystarczający argument, żeby samemu odpowiedzieć sobie na pytanie ze śródtytułu, więc pozwólcie, że zacytuję wypowiedź osoby odpowiedzialnej za PR w Maku: nie.

 

Coś jeszcze?

czy w hamburgerach z McDonald jest mięso

To tyle ile udało mi się sprawdzić osobiście w ciągu dwóch dni i wyciągnąć od pracowników McDonald’sa, którzy mimo maglowania na wszystkie strony, podpuszczania i zadawania najgłupszych pytań, wciąż nie mieli mnie dość i pokornie odpowiadali nawet na największe absurdy. W tym tekście starałem się obalić te najpopularniejsze i najczęściej utrwalane mity, ale jeśli macie jeszcze jakieś pytania odnośnie produkcji hamburgerów, czy frytek, to dawajcie do komentarzy. Jeśli tylko będę miał wiedzę na jakiś temat, to chętnie dam znać, czy zasłyszane opinie to prawda, czy tylko plotki.

 [/emaillocker]

Wszystkim wmawiam, że się akceptuję. Choć to kłamstwo

Skip to entry content

Wszystkim wmawiam, że się akceptuję

Co jakiś czas po sieci przewija się fala artykułów, że ludzie z nadwagą są spoko, że otyłość to nie choroba i że grube jest piękne. Zaczyna się dyskusja na temat wychudzonych modelek, promowania anoreksji przez media i w efekcie skutkuje piętnowaniem wszystkich lasek, które nie mają cellulitu. Bo przecież jeśli ktoś nie ma boczków to na pewno się głodzi. Wydźwięk artykułów zazwyczaj zmierza w paulocoelhowo-filozoficzno-tablidową stronę pod hasłem „najważniejsze to akceptować samego siebie, niezależnie jakim się jest”. Jasne, że życie w zgodzie ze sobą to podstawa, ale wmawianie sobie, że jest dobrze, mimo, że wewnętrznie czujemy, że jest beznadziejnie, nie wpisuje się w ten nurt.

Część z osób, o których mowa w artykułach, korzystając ze sprzyjającej koniunktury, udostępnia je manifestując samoakceptację i zadowolenie z siebie.

I nie mówię tu tylko o grubych, ale każdym typie ludzi, którzy odstępują od aktualnie społecznie przyjętej normy. Mówię o okularnikach, niziołkach, łysiejących, kalekach, rudych i zezowatych. Szczególnie zapamiętajcie tych ostatnich, bo są istotnym przykładem obrazującym ten problem. Ludzie odstający od bieżącego kanonu piękna, którzy jednocześnie chcieliby się w nim znaleźć, często mają silną potrzebę afiszowania całemu światu, że jest spoko, są pogodzeni ze sobą, cieszą się z tego jak jest i nic by nie zmienili.

Przy czym, to zadowolenie z siebie często sprowadza się tylko do deklaracji słownych. Tak jakby myśleli, że jeśli przekonają całe otoczenie, że jest dobrze, to faktycznie tak będzie.

Czemu twierdzę, że to tylko pusta gadka i rzekoma samoakceptacja jest kłamstwem? Choćby dlatego, że wszystkie osoby, które mają zeza ustawiają sobie jako zdjęcie profilowe to, na którym tych rozjeżdżających się oczu nie widać. Czują, że to nieatrakcyjne i źle postrzegane, więc stylizują zdjęcia tak, by to zasłonić. Nie znam ani jednej osoby, która mając ten problem, nie próbowałaby go tuszować i ukrywać wchodząc do internetu – podrzeczywistości, którą można swobodnie modulować.

Podobnie jest z osobami otyłymi. Mimo ewidentnej nadwagi, na zdjęcie, które ma ich reprezentować większość wybierze to, na którym fałdek nie widać w ogóle lub możliwie jak najmniej. Skoro są pogodzone ze sobą i odpowiada im aktualny stan, czemu próbują ukrywać go przed światem i naginać fakty? Jeśli ktoś publicznie deklaruje, że jego tusza nie przyprawia go o gorsze samopoczucie, bezsenne noce i migotanie przedsionków, a wręcz przeciwnie jest powodem do samozadowolenia, czemu nie ustawi sobie profilowego, na którym widać 3 podbródki?

Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o piętnowanie otyłych, krótkowzrocznych, czy łysiejących. Mnie samemu daleko do okazu zdrowia, a z ideałem to nawet się nie minąłem. Ale jeśli mam jakieś aspekty swojej fizyczności, czy osobowości, bo to bez różnicy, które uważam za defekty, to też je tak traktuję i nie próbuję wmówić całemu światu,  że jest mi z nimi super, żeby w efekcie przekonać do tego samego siebie. Jeśli więc ktoś wszem i wobec ogłasza, że jego kępka włosów na czubku głowy i 3 kłaczki na przodzie cieszą go, a w sytuacji, kiedy jest możliwość, żeby to ukryć, tapiruje zaczeskę na afro, to coś tu jest nie tak.

Parafrazując klasyka: Facebooka oszukasz, Instagrama oszukasz, ale życia nie oszukasz.