Close
Close

Czemu kobiety chodzą parami do toalety?

Skip to entry content

Czemu kobiety chodzą parami do toalety? Temat z cyklu „Sensacje XX wieku”, który mężczyźni starają się zrozumieć od kiedy przed jaskinią w paleolicie stanął pierwszy ToiToi z wapienia. Co ciekawe, ta przypadłość u reprezentantek płci żeńskiej zaczyna pojawiać się dopiero w okolicach 13-go roku życia, wraz z wypychaniem biustonosza skarpetkami. Jakie zmiany zachodzą w ciele i psychice kobiety, że od tego momentu potrzebuje asysty przy opróżnianiu pęcherza i zawsze idąc do WC zabiera ze sobą koleżankę? Choć próbuję to pojąć, odkąd zorientowałem się, że penisem się nie tylko sika, nie mogę znaleźć logicznego wytłumaczenia.

Dlatego poprosiłem o wsparcie zaprzyjaźnione blogerki, zadając im jedno proste, ale to wyjątkowo proste pytanie: czemu kobiety nie potrafią samodzielnie oddawać moczu?

 

Justyna z WithLove.pl

Gdy idę z koleżankami do toalety, mierzymy sobie czas. Długość sikania jest odwrotnie proporcjonalna do długości penisa – im krótsza, tym lepsza. Małe zwycięstwa dnia codziennego podbudowują nasze ego. Robimy to często.

 

Magda z Tattwa.pl

Poza typowymi czynnościami grupowymi, które są obowiązkową częścią wyjścia do toalety (poprawianie makijażu, pilnowanie drzwi z zepsutym zamkiem, trzymanie włosów dogorywającej koleżance, coby ich sobie nie zapaskudziła podczas rzygania, które niby jest glamour, ale tak naprawdę to nie do końca), warto też pamiętać o jednej rzeczy: kobiety mają cycki.

I sądzę, że panowie przestaną się dziwić całej sprawie, kiedy dowiedzą się, że przy dostatecznie dużym spożyciu zaczyna się czasami owych cycków porównywanie, które wymaga także dotykania, bo przecież empiria jest najważniejsza. Czasami pokazujemy sobie również, która ma fajniejszą bieliznę.

Ergo: naprawdę warto chodzić do kibla z koleżankami, szczerze polecam.

 

Hania z Hania.es

Nie chcemy ryzykować. Gdybyśmy poszły same to byłybyśmy skazane na nieodzywanie się do nikogo przez względnie długi czas. A my, jak wiadomo, nie jesteśmy stworzone do milczenia, to mogłoby być dla nas niebezpieczne.

 

Amelia z Ameliowy.pl

Bo my, kobiety, mamy zaimplementowaną wielowątkowość i nie wyobrażamy sobie robienia tylko jednej rzeczy naraz. Mamy iść same i sikać w ciszy? Cóż za marnowanie zasobów! Przecież możemy wziąć koleżankę i w tym samym czasie dodatkowo mówić, słuchać i malować sobie nawzajem paznokcie. Jesteśmy jak sześciordzeniowe i7, a co 24 wątki jednocześnie to nie 12.

 

K. z MDCB.pl

Odpowiedź jest prosta, mimo że żadna kobieta się do tego nie przyzna. Damska łazienka to pole nieustannej bitwy, bez skrzydłowej jest zbyt niebezpieczne. Jest bardziej niż prawdopodobne, że natkniesz się tam na dwu- lub więcej osobowe grupki skorych do zaczepki przedstawicielek własnej płci. Otaksują cię wzrokiem, zmierzą od stóp do głów, po czym wyciągną najcięższe działo: wyszepczą tej drugiej coś na ucho, patrząc na ciebie z ukosa. Jedynym ratunkiem jest oddanie ciosu poprzez ustawienie się w szyku z koleżanką i manewr oceniająco-obgadujący.

Jeśli jesteś tam sama, nie oczekuj ratunku.

Jesteś stracona.

 

Saga z Wysoka.es

Z racji wyglądu i postury, w wyprawie do toalety zabieram towarzyszkę, która potwierdzi, że wcale nie jestem wysokim Szwedem, tylko Sagą. Dżenderowe macki dotarły już chyba wszędzie.

 

Arlena z Wittamina.pl

Kiedy odwiedzam WC w knajpie, idę tam sama. Jak kowboj na pojedynek – nikt mnie w tym nie wyręczy. Nie potrzebuję też pomocy, bo nie ma mi nikt co trzymać. Dzięki, poradzę sobie. Knajpowy kibel to zresztą rzadko miejsce urocze, przytulne czy warte polecenia w przewodniku Michelin, dlatego wchodzę, robię, myję, wychodzę. Czy w tym jest jakaś większa filozofia, o której nie wiem?

 

Sara z MissFerreira.pl

Dziewczyny chodzą razem do toalet publicznych, bo toalety publiczne są straszne, a dziewczyny strachliwe. Dobrze mieć kogoś ze sobą na wypadek raptownego desantu bakterii ecola. A mówiąc całkiem poważnie, dziewczyny nie mogą zdradzić dlaczego razem chodzą do toalety, bo inaczej szare komórki męskie pozostałby bezczynne.

 

Marta z Riennahera.com

Chodzenie do toalety w grupie lub przynajmniej parze łączy się ściśle z pierwotnymi instynktami. W betonowej dżungli toaleta jest współczesnym odpowiednikiem życiodajnego wodopoju, nad który zbiega się cała sawanna. A na sawannie długonoga, wielkooka gazela oddalona od stada staje się posiłkiem.

 

Kasia z KasiaGandor.com

Damska toaleta jest miejscem zaspokajania nie tylko potrzeb fizycznych, ale również duchowych. Wypad do kibelka jest dla większości dziewczyn jak pielgrzymka, w trakcie której doznaje się całkowitego oczyszczenia – dosłownie i w przenośni. Zjednoczenie pęcherzy ma dla dziewcząt charakter mistyczny i jest czynnikiem cementującym przyjaźń niemal równie mocno, co nocne przeglądanie nagich zdjęć księcia Harry’ego. Już starożytni Słowianie mawiali: gdzie nerek dwie pary, tam dobroć i dolary.

 

No to teraz już wiem, czemu kobiety chodzą parami do toalety.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Timo Luago
(niżej jest kolejny tekst)

51
Dodaj komentarz

avatar
29 Comment threads
22 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
31 Comment authors
SiriDotJak nie wpaść we friendzone będąc kobietą?Dwuznaczności, które otwierają umysłpralnia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Mateusz Sanzo Cichosz
Gość

Nawet Enigma nie byłaby w stanie rozwiązać tej zagadki. A tu Janek przychodzi z odpowiedzią na najbardziej nurtujące pytanie mężczyzn ;). I to w poniedziałek.

Joanna Krzak
Gość
Joanna Krzak

Według tej teorii najprawdopodobniej nie jestem kobietą. Zawsze mnie zastanawiało, czemu niektóre dziewczyny tyle siedzą w tych kiblach, jak wódka na stole stoi i czeka !!! Teraz już wiem, chodzą parami i robią te wszystkie rzeczy, bądź wybrane, z listy powyżej! :)

Adam
Gość
Adam

Od razu mi się przypomina kawałek „Magiczna Kraina” ;)
https://www.youtube.com/watch?v=jwMR00irbAU

Jacek eM
Gość

„przy dostatecznie dużym spożyciu zaczyna się czasami owych cycków porównywanie, które wymaga także dotykania, bo przecież empiria jest najważniejsza” – jestem za wprowadzeniem toalet koedukacyjnych!! W razie wątpliwości pomogę jako niezależna porównywarka:)

Jan Favre
Gość

Też uważam, że porównawcze spory powinien rozstrzygać zewnętrzny audyt.

tattwa
Gość

A teraz, jak mi ktoś poważnie zapłaci, powiem, z którymi slawnymi blogerkami chodziłam do kibla i co się tam wyrabia.

Jan Favre
Gość

Mogą być eurogąbki?

Konrad
Gość

Barterek? Powiem z którymi blogerami ja chodziłem i co tam się wyrabia.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #14: Durczok, sushi z bekonu i Quebonafide

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 14

Tematem przewodnim w mijającym tygodniu było wszystko co się wiąże z szarością, połową setki i obliczami. Domyślam się, że macie już dość tego filmu, więc bez obaw, „50 twarzy Greya” pojawia się w „Przeglądzie” tylko raz i to w kontekście bajek z dzieciństwa. Za to jak bumerang powraca inny kilkukrotnie wałkowany temat – ostatnie odkrycie polskiej sceny rapowej – ale w takim wydaniu, że nie powinniście mieć pretensji.

Co złego zrobił Durczok? W sumie to jeszcze nie wiadomo, ale na wszelki wypadek „Wprost” już wypisał na niego niego wyrok. Celny komentarz do całej afery.

27 miejsc, w których powinieneś się zatrzymać zanim umrzesz: czyli najbardziej wykozaczone apartamenty z Airbnb, które rozsadzają mózg. Klikasz na własną odpowiedzialność.

Antologia polskiego rapu: ponad 500 stron samych konkretów na temat tej muzyki w Polsce, wraz z niepublikowanymi do tej pory ciekawostkami o najistotniejszych raperach. Do ściągnięcia ZA DARMO!

Jak zabić się w tydzień niezdrowym jedzeniem? Antyporadnik jedzeniowy maniaczki żywieniowej, która mówi czego, ani kiedy nie jeść, żeby nie doprowadzić organizmu do ruiny. Kilka cennych informacji, których wcześniej nie byłem świadom.

50 twarzy Disneya: zastanawialiście się kiedyś, co było, gdyby Mulan próbowała wiązania krawatem, Pocahontas bicia pasem, a Kopciuszek kulek analnych? Ja też nie, ale miło popatrzeć.

Szejk w minutę obala teorię ruchu obrotowego Ziemi: i to za pomocą pomocą plastikowego kubeczka. Oczywiste jest, że Ziemia musi stać w miejscu, a nie krążyć wokół własnej osi, bo w innym wypadku samolot lecący z Krakowa do Gdańska nigdy by do niego nie doleciał, gdyż punkt docelowy wciąż bym mu uciekał wraz z ziemią. Proste, co?

https://www.youtube.com/watch?v=MPLKSI5grFY

 

Sushi z bekonu: w końcu jakieś sushi dla mnie!

Post użytkownika Good Ideas For You.

 

Klip tygodnia: 6 teledysków w jeden dzień? A czemu, nie? Tak się właśnie zapowiada płytę! Quebo zdecydowanie był tematem numer jeden w tym tygodniu i będzie tematem numer jeden w tym roku na polskiej scenie. Na łamach „Przeglądu” pojawiał się już wiele razy, ale tym singlem po prostu zamiótł konkurencję pod dywan i zrzucił napalm na budynek, w którym leżał. Kawałek „Voodoo”, to czysty, żywy OGIEŃ! Własnie tak się składa porównania, tak powinno się przyspieszać, tak się rzuca hasztagi i tak się robi braggadacio! ŁOUŁ!

 

Fanpage tygodnia: na „Bece z rapsów” znajdziecie głównie dosłowne ilustracje wyrwanych z kontekstu wersów polskich raperów i wszelką satyrę odnoszącą się do tego nurtu. Co prawda żarty są dość hermetyczne, ale jeśli ktoś jest wczuty w temat, to plucie na monitor gwarantowane.

Post użytkownika Beka z rapsów.

 

Bloger na głównym zdjęciu: drugi facet w historii „Cotygodniowego Przeglądu Internetu”, który użyczył swojej facjaty. Powitajmy go gromkimi brawami albo chociaż kubkiem herbaty. Ten gość to Łukasz z bloga Tezekiel.pl, który nie dość, że ma ładny szablon, to jeszcze ostatnio napisał dowcipny i pomysłowy tekst o „5 typach mężczyzn na podstawie postaci z bajek”. Dobre.

Z ogłoszeń parafialnych to oczywiście, czekam na Wasze fociszki z lupą (w komentarzach pod tekstem albo na maila) do kolejnego „CPI”, a co do innych spraw, to pewnie zauważyliście, że trzeci tydzień z rzędu nie ma stylówek tygodnia. Wynika to z tego, że od dawna nie widziałem ani meskiej, ani żeńskiej stylizacji, która faktycznie by mi się podobała albo chociaż wpadła w oko. W związku z tym, jeśli macie jakieś blogi modowe godne polecenia, najlepiej z moda uliczną, to dawajcie do komentarzy.

Mówi się, że do Egiptu latają sami Janusze, panie Halinki i ogólnie słowiański swag spod znaku skarpet i sandałów. I ruska nowobogacka trzoda. Nie jest to prawdą, bo równie dużo jest „normalnych” ludzi, ale nie da się ukryć, że tych pierwszych dużo bardziej widać. I słychać. I to słychać tak, że aż musisz zapisać ich burzliwe dialogi, bo operują takimi hasłami, że Bareja z Machulskim czują się zawstydzeni.

Uwaga, uwaga, przed Państwem najlepsze uliczne historie: wersja Egipt!

 

Rusek

Pewnego dnia na stołówce pojawiła się rosyjska rodzina, z której, mimo ogólnego oczogwałtu, najbardziej wyróżniał się ojciec i syn. Jeden bardziej przerysowany od drugiego – kwadratowe głowy, kwadratowe szczęki, kwadratowe sylwetki ciała, wysokie wojskowe buty na koturnach, koszulki moro włożone do spodni i złoto wszędzie tam, gdzie dało je się założyć tak, by było widoczne dla otoczenia. Zasadniczo wyglądali jak dwie postacie żywcem wyciągnięte z komiksu. Dla podkreślenia ich karykaturalności synek przy każdym posiłku nakładał sobie 4 talerze po brzegi wypchane mięsem, mimo, że był w stanie zjeść góra 2. I to przy korzystnym układzie planet. W końcu jeden z kucharzy nie wytrzymał i zagaił, próbując rozwikłać zagadkę, czy marnowanie wołowiny to jakaś rosyjska tradycja narodowa.

– Why you are always taking 4 plates full of meat?

– Because every woman should know I’m a real man! Not pussy!

No to teraz już wiem dlaczego nie mam dziewczyny.

 

Nauczycielka

Dwie panie od wuefu w wieku około emerytalnym położyły się obok nas na plaży i zaczęły żalić w jakich to nieciekawych czasach żyjemy, gdy nieletni nie dość, że mają swoje prawa, to jeszcze czasem je egzekwują i już nie można ich bić zapięciem od smyczy, gdy przyjdzie na to ochota. Po kilkunastu minutach rozmowa jednak zeszła na mniej filozoficzne tematy.

– Mirka, pacz no, tam chyba frytki dajom.

– Eee, uwidziao ci sie chyba.

– No mówiem ci frytki baba niosła z tej budy.

– A dajże spokój, frytek ci sie zachciao.

– Mam wakacje to mi siem chce, a co!

– No to ić Aniu. Jak bendom za darmo to tesz mi możesz wzionść, chociasz ja ich nie lubiem za bardzo.

Po 5 minutach.

– Sukinsynki myślały, że na frajeke trafiły, hehe. Ale nie ze mnom te numery, hehe.

– Co te ciapki tam chciały od ciebie Aniu?

– Myśleli, że jestem głupia, że zapłacem, hehe. Podchodzem i mówiem „zwei frietes”, a ten mie sadza i daje menu. To mu mówiem, że myślałam, że to za darmo na ol inkluziw i jak czeba płacić to ja nie chcem, a ten sukisynek mie sadza na siłe i wpycha to menu. I widzi, że okularów nie wzięłam, to nawet cen nie widzem, ale chce oszukać. Starszom kobiete chce oszukać i ciongle mie sadza. To w końcu siadłam i jak sie wzioł i poszed do kucharza, to wstałam i od razu przybiegłam do ciebie.

– A no widzisz Aniu, tak to z tymi ciapkami jest.

– Tak to sobie mogom robić w balona żabojadów, ale nie nas. Nie z Polakami takie numery, Polaka nie oszukasz, hehe!

Wszystkie dania w plażowym bistro były za darmo, tylko trzeba było usiąść i zamówić u kelnera, żeby nie robić tłoku przy barze.

 

Kierowca muzułmanin

Wracamy ze snurkowania mikro-busikiem, z kierowcą, który ani nas nie wiózł w pierwszą stronę, ani nie doprowadzał, ani nie odbierał ze statku, a już na pewno nie wyglądał jakby wiedział gdzie jedzie. Zasadniczo człowiek bardziej z przypadku niż Roman Giertych na stanowisku ministra edukacji. Jedziemy zupełnie inną trasą niż przyjechaliśmy i w pewnym momencie gość zatrzymuje się na środku jakiegoś osiedla, pod ni to pałacem, ni to kościołem, i mówi, że dalej nie pojedziemy, bo „I’ve got problem with my stomach”. Stoimy tak 10 minut, a napięcie zaczyna potęgować paranoję porwania na tle religijnym, zamachu i rabunku w jednym, gdy przychodzi jego kumpel dokładnie znikąd i ma zamiar zastąpić go za kierownicą. Przerażony, że umrę torturowany w oczekiwaniu na milionowy okup, którego nie ma kto uiścić, pytam co się dzieje.

– What is going on? You won’t drive us to hotel?

– Psieplasiam, ale musiem ić do mecietu. Ajjah wziwa.

No tak.

 

Rodzinka

Po wylądowaniu w Egipcie okazało się, że grypa, którą wiozłem z Polski wcale magicznie nie minęła, tylko rozwinęła się przyprawiając mnie o gorączkę i rwącą rzekę glutów z nosa. Drugiego dnia, od razu po spotkaniu z rezydentem, podszedł spytać, czy to ubezpieczenie i lekarz co niby mam w umowie to na serio, czy tylko taki chwyt marketingowy. Okazało się, że serio i że 10-miesięczny (słwonie: DZIESIĘCIOMIESIĘCZNY) synek gościa, którego poznałem w autobusie z lotniska też ma gorączkę i też trzeba mu stetoskop do płucek przyłożyć. Gdy już dojechaliśmy do mniej reprezentatywnej części Sharm El Sheik, a konkretnie do slumsów na peryferiach, w których przyjmował lekarz, okazało się, że Krzychu – ojciec dzieciaczka postury Artura Szpilki – jedyne co zna po angielsku, to „computer”, „pizza” i wulgarne określenie seksu z samym sobą. Szczerze mówiąc, zawsze byłem przekonany, że ten drugi zwrot jest rdzennie włoski, ale cóż, człowiek uczy się całe życie. Tak czy inaczej, w tych egzotycznych okolicznościach zostałem tłumaczem.

– Janku, powiedz mu proszę, że mały nic nie je, pokazuje na gardło i ma kurewską gorączkę.

– He’s not eating, got sore throat and high fever.

– From when he got such problems?

– Od kiedy jest chory?

– No odkąd śmy przyjechali, ale pewnie załapał wcześniej. Na lotnisku w Pyrzowicach musiało go zawiać, bo z chuja jest ta cała buda i wszędzie pizga.

– From 2 days.

– And from 2 days he didn’t eat?

– Jadł coś przez te 2 dni, czy kompletnie nic?

– Tylko cycusia ssa od mamy i nic więcej. Jak nie wiesz jak jest „cycusia” po angielsku, to mu powiedz Red Tube, to powinien załapać, bo nie wygląda na takiego co kiedyś cycka na żywo widział.

 

Gołąbeczki

Lecąc do Egiptu siedziała obok mnie para 30-kilkulatków. Ona miss solarium w różowym golfie z wycięciem na cyce, on magazynier pół-debil w ciuchach z kosza PCK. Koleś był zciotowanym pantoflem, typiara nachlaną ciałodajką, która musiała cały czas siedzieć na nim i lizać go po szyi. Waliło od nich spirytusem wymieszanym z pomarańczową Costą albo innym Caprio. W przerwach między ssaniem jego języka, ucha i bezwładnym spadaniem z fotela, „rozmawiali”:

– Jak facet jest stewardem, to jest gejem, rozumiesz? Gejem. Jebanym pedziem z miękką fujarką. Bo facet, to ma być facet, fest chłop, jak ty misiaczku, a nie jakimś chłopaczkiem w mundurku.

– Tak, żabciu.

– Zresztą z tobą, to ja też nie wiem. Może ty też jesteś pedzio, co?

– Nie.

– Może tobie też fujarka nie staje i wolałbyś, żeby ktoś cię zapierdolił w dupę, co?

– Nie, nie wolałbym.

– No nie wiem, bo jesteś ze mną, lecisz ze mną, a ciągle pierdolisz o tym Betlejem. Nic o tym, że chcesz mnie wypieprzyć, tylko Betlejem, Betlejem i Betlejem. Co ty jesteś, kurwa, ojcem Jezusa, że tak chcesz tam jechać?

A nie wyglądał.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!