Close
Close

Czy w hamburgerach z McDonald’s jest mięso?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką McDonald’s

W grudniu rozmawialiśmy na blogu o faktach i mitach na temat McDonald’s i 5 osób, które podało najciekawsze tezy, które chciałoby zweryfikować, wygrało iPady i wyjazd do dostawców Maka. Jak pewnie wiece z Fejsa, też byłem na tym wyjeździe i miałem okazję skontrolować, jak to jedzenie faktycznie powstaje i czy utrwalane legendy miejskie mają jakiekolwiek pokrycie z rzeczywistością. Byłem w zakładzie OSI w Górce koło Ostródy dostarczającym mięso wołowe do burgerów i w Farm Frites w Lęborku produkującym frytki.  I zebrałem wystarczającą ilość szokujących informacji, żeby móc odpowiedzieć na Wasze pytania.

Tak że po kolei.

 

Czy frytki w McDonald’s powstają z masy ziemniaczanej?

czy frytki w mcdonalds są z masy ziemniaczanej

Widziałem jak frytka powstaje od momentu przywiezienia ziemniaka z pola, do chwili, gdy leży usmażona na talerzu. I muszę Was rozczarować, ale nie, nie robi się ich ze skrobi, masy ziemniaczanej, czy papki z ziemniaków, z której frytki dopiero są formowane, jak zwykli pisać ludzie na forach. Robi się je z normalnych, całych, dobrych gatunkowo ziemniaków i jedyne działania mające wpływ na ich kształt, które zachodzą w procesie produkcji, to obieranie pod ciśnieniem i cięcie w wodnej krajalnicy. Tyle.

 

Jak to możliwe, że frytki z Maka są takie długie i idealne?

czy frytki w mcdonalds są ze skrobi

Bo zanim trafią do Waszych rąk w lokalu, najpierw przechodzącą 3157 kontroli. Serio, ziemniaki używane przy ich produkcji są chyba lepiej selekcjonowane, niż naukowcy przyjmowani do pracy w NASA.

Najpierw testom związanym z wielkością, szerokością, procentowym udziałem masy suchej, słodkością, kolorem, kruchością i smakiem  poddaje się 30-kilogramową próbę z 10-tonowego kontenera, którzy przyjeżdża z pola. Gdy ta wypadnie pomyślnie, w hali produkcyjnej, najpierw jeszcze całe ziemniaki, a później już pocięte, są kontrolowane jeszcze 4 razy przez człowieka i 2 razy przez maszynę.

Przy czym do jednego z testów przez komputer, zaangażowana jest sztuczna inteligencja, która co sekundę bada kilkaset frytek i rozpoznając na nich czarne miejsca, związane z defektem ziemniaka, usuwa je z dalszego procesu produkcyjnego, tak aby przeszły tylko te najbardziej zbliżone do ideału. Pewnie nie brzmi to przesadnie fascynująco, ale gdybyście zobaczyli na żywo jak w ciągu minuty maszyna sama rozkminia czy kilka tysięcy frytek jest dobrych czy nie, zrobiłoby to na Was wrażenie.

Innymi słowy, frytki z Maka są idealne, bo produkuje się je z idealnych ziemniaków.

 

Czy frytki produkuje się w tym samym zakładzie co perfumy (opcjonalnie: na tłuszczu z perfum)?

DSC_1565

To pytanie jest tak głupie, że już po przeczytaniu na głos odpowiedź może być tylko jedna, ale że zebrało masę łapek w górę i kilkukrotnie się powtórzyło, więc oficjalnie odpowiadam: NIE.

 [emaillocker]

Czy w hamburgerach jest mięso (opcjonalnie: czy w FishMacu jest ryba)?

czy w cheseburgerach z McDonalds jest mięso

czy w cheseburgerach z McDonald jest mięso

To chyba najpopularniejszy mit jaki przewinął się przez Internet i opowieści barowe. Historia o tym, że kobieta zatruła się nieświeżym mięsem w hamburgerze (lub też zadławiła ością w FishMacu), a prawnicy Maka udowodnili w sądzie, że to niemożliwe, bo w ich produktach nie ma mięsa, jest tak popularna, że nawet znalazła się w leksykonie legend miejskich. Tak, to tylko legenda.

Byłem na hali produkcyjnej formującej krążki do hamburgerów i surowiec, który pojawia się na początku procesu i wychodzi jako gotowy produkt na końcu, to 100% mięso zawierającej 20% naturalnego tłuszczu.

Pochodzi z przedniej ćwiartki polskiej krowy i już po usunięciu z niego skóry i kości, wchodzi do maszyny, która je mieli. Następnie jest 5 razy kontrolowane, między innymi pod kątem zawartości tłuszczu, konsystencji i temperatury, po czym, już jako gotowe krążki, trafia do chłodni. O ile w przypadku frytek, w procesie produkcji, dodaje się do nich czasem cukru, aby otrzymać właściwy kolor, o tyle w przypadku mięsa, nie dodaje się do niego absolutnie, totalnie i kompletnie niczego.

Lizałem własnym językiem i smakowałem własnymi kubkami krążek bezpośrednio zdjęty z linii produkcyjnej i jest w nim tylko i wyłącznie mięso.

 

Czy w lokalu można dostać identyczną kanapkę jak tę, która jest w reklamie?

Nie. Kanapki w reklamach pełnią funkcję informacyjną – mają za zadanie pokazać nabywcy co w niej jest. Jakie składniki, jakie sosy, jakie mięso, jaka bułka. Dlatego też Big Mac z ulotki jest przerysowany i ma „wystające” wszystkie składniki, bo inaczej trudno byłoby zaprezentować klientowi czym on tak naprawdę jest. Nie mniej, to wciąż ten sam produkt, tyle, że z „powsuwanymi” do środka składnikami.

 

Czy po odwiedzeniu wszystkich McDonald’sów na całym świecie dostaje się bon na dożywotnie jedzenie za darmo?

jak powstaje jedzenie c mcdonalda

Brzmi jakby ktoś trochę przesadził z grami komputerowymi i pomylił zamawianie jedzenia z kodem na nieśmiertelność, ale o dziwo to pytanie też powtórzyło się kilkukrotnie. Cóż, pomijam, że rzeczywistość to nie „Simsy”, ale logicznie przyglądając się tej legendzie, warto zadać sobie pytanie, czy możliwe jest w ogóle odwiedzenie wszystkich Maków? Bo mówimy o McDonald’sach na CAŁYM świecie. A tych jest około 35 000 (słownie: TRZYDZIEŚCI PIĘĆ TYSIĘCY!). Zakładając, że podróż do każdego z nich trwałaby 1 dzień (co i tak jest optymistycznym założeniem, biorąc pod uwagę ich rozsianie po świecie i konieczność snu), to podróż do wszystkich zajęłaby około  95 lat.

Domyślam się, że dla niektórych to i tak nie jest wystarczający argument, żeby samemu odpowiedzieć sobie na pytanie ze śródtytułu, więc pozwólcie, że zacytuję wypowiedź osoby odpowiedzialnej za PR w Maku: nie.

 

Coś jeszcze?

czy w hamburgerach z McDonald jest mięso

To tyle ile udało mi się sprawdzić osobiście w ciągu dwóch dni i wyciągnąć od pracowników McDonald’sa, którzy mimo maglowania na wszystkie strony, podpuszczania i zadawania najgłupszych pytań, wciąż nie mieli mnie dość i pokornie odpowiadali nawet na największe absurdy. W tym tekście starałem się obalić te najpopularniejsze i najczęściej utrwalane mity, ale jeśli macie jeszcze jakieś pytania odnośnie produkcji hamburgerów, czy frytek, to dawajcie do komentarzy. Jeśli tylko będę miał wiedzę na jakiś temat, to chętnie dam znać, czy zasłyszane opinie to prawda, czy tylko plotki.

 [/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

102
Dodaj komentarz

avatar
33 Comment threads
69 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
60 Comment authors
GośćBbcAdrian Chmielewskinie lemignie leming Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Adriana
Gość
Adriana

A widziałeś produkcję kurczaczków Mc Nuggets? :D Bo o tym też krążą legendy, że robią je z różowej masy mom :D

Daria
Gość
Daria

Koleżanka pracuje w zakładzie, który przetwarza mięso drobiowe m.in. do McDonald’s i z tego co mówiła to „mięso” a raczej same korpusy kurczaków są na tyle mielone, że powstaje z nich właśnie mom :/

Żorż Ponimirski
Gość
Żorż Ponimirski

Byc może w USA tak jest. Unia Europejska narzuciła wyśrubowane normy i sieciówki w Europie (wszystkie) muszą używać do wszelkich nuggetsów piersi, dopuszczalne jest chyba 20% mięsa z nogi. W Maku akurat jest to 100% filet. Wiem, bo dostałem na to pytanie oficjalna odpowiedź. Smak fast foodów w Europie i USA naprawdę się różni. testowałem w zeszłym roku ;)

Paulina K
Gość

Co do smaku fast foodów w USA i Europie, a przynajmniej Polsce, to moim zdaniem to tylko częściowa prawda. Jak dla mnie akurat McDonald smakuje tak samo, co szczególnie cieszy mnie w przypadku cheeseburgerow :D za to np. KFC to zupełnie co innego! Całe menu i smaki różnią się diametralnie.

Króliczek Doświadczalny
Gość

Ja miałam trochę inne odczucia – w USA stałam przed menu McDonalda dobre parę minut, żeby się zorientować o co chodzi, nic nie wyglądało zbyt znajomo, zwłaszcza menu śniadaniowe. Tak sobie myślę, że u nas słodkie pankejki z bekonem i syropem by nie przeszły :)

Jan Favre
Gość

Nie widziałem, bo drób jest produkowany w innym miejscu i wieprzowina również, ale pytałem gościa odpowiedzialnego za produkcję w Maku o ten temat i nugetsy są taki równiutkie i idealnej konsystencji, bo robi się je z cienko poszatkowanego mięsa (coś jak mięso na tatara).

nie leming
Gość
nie leming

co za stek bzdur. Nugetsy robi się z odpadow a nie z szatkowanego miesa

Michał Zieliński
Gość

Co w Maku jest z wieprzowiny ?

Jan Favre
Gość

Z tego co kojarzę, głównie kanapki śniadaniowe, no i boczek w kanapkach „normalnych” :)

Subintabula
Gość
Subintabula

To dobrze. W takim razie w najbliższym czasie rzucę się na nugetsy dużo spokojniejsza.
Jak czasem ogląda się jakieś hamerykańskie programy jak to mielą kurczaka z buciorami i bronią palną to sobie zawsze myślę, że w UE coś takiego jest po prostu niemożliwe ze względu na te wszystkie normy. Za to uwielbiam życie tutaj-jedzonko mamy dobre.

Kamil Janik
Gość
Kamil Janik
Jan Favre
Gość

No, drób to nie wieprzowina, także nie, nie takiego.

Klaudyna
Gość

Dodam jeszcze z tego co nam mówili na Rolniczy, że McDonald ma swoją własną odmianę do frytek. Jak wprowadzali się do Polski to nikt tych frytek nie miał na podorędziu i sprowadzali z Niemiec czy tam innego państwa na początku. Ja tam w Mcnie jadam bo nie lubię po prostu (za to moja druga połowa czasem jada i ja tam nie mam za bardzo co sobie wybrać), ale jestem pewna że oni mają wyższą jakość w sensie higieny niż niejeden przydrożny bar, bo po prostu nie mogą sobie pozwolić na jakiekolwiek uchybienie, gazety by ich zjadły żywcem.

Żorż Ponimirski
Gość
Żorż Ponimirski

Pierwsze frytki do polskich Maków były akurat sprowadzane z Rosji :) Aktualnie Mak ma własne plantacje w Polsce. Widziałem to, kosmos. W sensie technologii – od traktorów za prawie bańkę poprzez system zraszania po przetwórstwo. Żadna magia, po prostu rygorystyczne przestrzeganie norm. Poza tym mrożone frytki pierwsze krótkie smażenie przechodzą w fabryce. W tłuszczu palmowym bodaj. Mak swoje obsmaża w oleju rzepakowym. To też robi różnicę w smaku. No i odpowiednia odmiana ziemniaka.

Klaudyna
Gość

Tfu, tam gdzie napisałam frytki miałam na myśli ziemniaki!:)

Klaudyna
Gość

Tak, teraz już ma,właśnie słyszałam, tyle, że początkowo właśnie sprowadzali bo u nas rolnictwo nie było gotowe ani odmianowo (jak to? ziemniaki jakieś inne do frytek? ziemniak to ziemniak) ani technologicznie:) ps. jak dla mnie to by mogli na smalcu smażyć i bym się cieszyła, bo to dobry olej do smażenia;)

Tomasz Kondas
Gość
Tomasz Kondas

W polsce mamy okolo 120 odmian ziemniaka ;) przy czym w ogolnym obiegu chyba ok. 20

Żorż Ponimirski
Gość
Żorż Ponimirski

Kiedyś smażyli wyłacznie na łoju wołowym, ale w USA im zabronili niestety. Więc w każdym Maku na świecie używają teraz oleju. też żałuję :)

AgOl
Gość

Jak do mięsa nic się nie dodaje, to czemu się nie psuje przez długo czas?

Karolina Pondel
Gość
Karolina Pondel

Podejrzewam,że może liofilizowane czy zamrarzane w inny,podobny sposób.

Żorż Ponimirski
Gość
Żorż Ponimirski

Połóż jedzenie w suchym (bez dostępu wilgoci) i przewiewnym miejscu – zmumifikujesz. Połóż w ciepłym i wilgotnym – spleśnieje. Ot, cała tajemnica. Tak się właśnie robi te „testy” w internecie ;)

margaritum
Gość

Mięso wołowe które masz w kanapkach jest głęboko mrożone w postaci cienkich krążków, a potem grillowane w bardzo wysokiej temperaturze. Przy czym na każdym etapie pracownicy używają rękawiczek. Małe szanse, żeby popsuło się szybko.

Jan Favre
Gość

Też o to pytałem. Spróbuj zrobić ten test w domu – jeśli weźmiesz kawałek usmażonego mięsa i nie będzie miało kontaktu z gołymi rękami (chodzi o bakterie, które masz na rękach), to też nie zacznie nagle zmieniać kolorów i chodzić po pokoju.

Karolina Mlak
Gość
Karolina Mlak

Bakterie są wszędzie. Na mikrobiologi robiłam posiewy z powietrza. Nie ma możliwości żeby nie zakazić jedzenia. Frytki to skrobia, skrobia to glukoza, glukoza to wymarzona pożywka dla wielu bakterii. Olej jełczeje. A mięso z punktu widzenia żywieniowego to jeden z najbardziej niebezpiecznych mikrobiologicznie produktów. Nie ma fizycznej możliwości, żeby coś się nie psuło.

Magdalena Malec
Gość
Magdalena Malec

A to ciekawe. Wisiałam u mnie szynka dwa miesiące i po prostu wyschła. 100% mięsa bez konserwantów. Zrobiła się twarda jak kamień, nie spleśniała. Wisiała w suchym pomieszczeniu. Jedynie pies mógł sobie poradzić z jej twardością i zajadał sie ze smakiem. Tak więc mikrobiologia mikrobiologią, a życie życiem…

Karolina Mlak
Gość
Karolina Mlak
Karolina Mlak
Gość
Karolina Mlak

Suszenie jest też jedną z metod utrwalania mięsa. Szynka musiała szybko tracić wodę, przez co drobnoustroje nie miały szansy się rozwinąć. Jednak dokładnie nie wytłumaczę Ci tego procesu, ponieważ technologia przetwórstwa mięsnego nie jest moją specjalizacją.

Janko
Gość
Janko

czyli jak coś jest w powietrzu to to samo masz w powietrzu którym oddychasz, nie mam racji?

Monika Grzebyk
Gość
Monika Grzebyk

Tak, ale w powietrzu jest ich mało, kilka (tak, kilka!) bakterii na litr powietrza. One osiadają z powietrzem na powierzchniach, dopiero tam mogą się mnożyć. A na jedzeniu lubią bardzo:)

LISU
Gość

Niestety nie przekonuje mnie to :C
Każdy wie, jak zachowuje się po miesiącu burger z maka a jak normalny, ale frytki biją tu na głowę wszystko, bo normalne frytki wystarczy zostawić na 2-3 dni i pozamiatane do porzygu (pożygu?), te makowe po pół roku wyglądają jak (prawie) nowe.
Więc – nie wątpię, że robią to z ziemniaków, pięknie selekcjonują itp, tak, SPOKO, tylko czym to potem konserwują, że po prostu się nie psuje?

Magdalena Malec
Gość
Magdalena Malec

Jak zostawisz prawdziwą kiełbasę/szynkę bez konsewantów w suchym pomieszczeniu to też się nie zepsuje tylko wyschnie. I będzie zjadliwa nawet po 2-óch miesiącach tylko nieco twarda. Przed chwilę taką dwumiesięczną, ususzoną kiełbasę jadłam ;)

Katarzyna Nowak
Gość
Katarzyna Nowak
Subintabula
Gość
Subintabula

Ktoś testował europejskiego burgera? (tak w nawiązaniu do tych wyśrubowanych norm)

Jan Favre
Gość

„Każdy wie, jak zachowuje się po miesiącu burger z maka a jak normalny” – tak wszystkie dzieci w 4 klasie podstawówki dostają taka pracę domową.

„normalne frytki wystarczy zostawić na 2-3 dni i pozamiatane do porzygu (pożygu?), te makowe po pół roku wyglądają jak (prawie) nowe” – rozumiem, że robiłeś ten test i widziałeś na własne oczy, że tak się dzieje?

nie lemig
Gość
nie lemig

Ale z ciebie pedał z macka. Kazdy wie ze to gowno. Ile ci za to zaplacili śmieciu?

Karton
Gość
Karton

A ty?

LISU
Gość

plażo, proszę, ja rozumiem, współpraca, sympatia do marki itp, sam maka lubię i kupuję, jak już pisałem – regularnie (nowy mcroyal z bekonem i cebulką robi robotę, ale do tej pory nie dane mi było spróbować ANI RAZU tych całych ‚chrupkoserków’ czy jak im tam było – wszędzie, mimo reklamy na billboardach – BRAK. Bo zabrakło :( ), ale są rzeczy tak oczywiste, że nie trzeba robić z tego pracy domowej, aby to dostrzec. Ale żeby nie było – tak, na własne oczy testowałem, acz nie pół roku, tydzień mi zdecydowanie wystarczył. A resztę dopowiedział mi internet i setki podobnych… Czytaj więcej »

Tommy45
Gość
Tommy45

Albo to ten normalny jest zanieczyszczony bakteriami, koloniami pleśni, starym tłuszczem albo jakimś innym syfem.

Anna Tabak
Gość

O to samo chciałam zapytać :D

Roland
Gość
Roland

Widziałem doświadczenie, w którym zrobiono hamburgera w domowych warunkach i włożono do bułki hamburgerowej. Porównano jego proces psucia się z hamburgerem z Mc Donalda i efekt był bardzo zbliżony.

Roland
Gość
Roland

„Dziewięć różnych kombinacji burgerów zostało przygotowane przez mieszanie i łączenie bułek i mięsa z McDonald’s z tymi przygotowanymi w kuchni. Niektóre bułki zawierały dodatkową sól, inne były bez niej, różniło się również opakowanie. Jego dłonie nigdy nie weszły w bezpośredni kontakt z burgerami, które pozostawił na otwartym powietrzu. Ponad trzy tygodnie później, jedzenie z McDonald’s nie zgniło, ale przygotowane w domu mięso też nie. Domowe burgery bez dodatku soli nie różniły się w wyglądzie od tych z dodatkową solą, co wskazuje, że ilość soli nie była czynnikiem. Wszystko wskazuje na to, że całość zależała od wilgotności. Burgery straciły ćwierć swojej… Czytaj więcej »

Tommy45
Gość
Tommy45

Szynka parmeńska ma 15 miesięcy zanim w ogóle trafi do sprzedaży. Poza pieprzem i sola też się niczego nie używa a się nie psuje przez 12 miesięcy.

Anna Tabak
Gość

Owszem, podobnie naturalnie wędzone produkty też długo sobie poleżą – wiem, testowałam. Ale mimo wszystko… ciężko uwierzyć, że akurat w Maku nie ma niczego poza mięsem.

Tommy45
Gość
Tommy45

No trudno trudno, ale pomyśl czy da się ukryć w tak wielu zakładach produkcyjnych stosowanie konserwantów. Zawsze się trafi ktoś z kamerką, niezadowolony pracownik itd. Jaki sens ukrywać to przy tak ogromnych nakładach na reklamę? Więcej strat niż korzyści.

Anna Tabak
Gość

Istnieje coś takiego jak klauzula poufności :) cóż, nie upieram się – być może faktycznie konserwantów nie ma, ale nie da się ukryć że kłoci się to z ogólnym przekonaniem, że fastfoody są mega niezdrowe.

Tommy45
Gość
Tommy45

Są niezdrowe, ale niekoniecznie przez konserwanty ale przez szereg innych czynników np. ja ostatnio będąc w maku zjadłem około 2 tys kalorii na jeden raz. Możesz stracić na wadze jedząc tylko w maku.

http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/jadl-same-fast-foody-schudl-17-kg-wystarczy-uzyc-glowy,385275.html

To nie tak łatwo zastosować klauzule poufności w przypadku pracownika z Ukrainy który już wrócił do domu. A ich akurat w tej branży w Polsce jest dość dużo.

Jan Favre
Gość

Dokładnie.

Ania
Gość
Ania

Jeśli moge się wtrącić do dyskusji to dodam jeszcze od siebie, kilka rzeczy, bo miałam kiedyś przyjemność pracy w Mc :) Mięso i frytki są mrożone a poźniej wkładane do frytury (frytki na 3 min), a mięso na grila, dopiero po upieczeniu doprawiane jest solą i pieprzem, więc nie ma szansy być nieświeże, ilu z nas mrozi w domu mięsko? A jak dobrze wiadomo to mięso nie jest surowe, tylko po obróbce cieplnej więc szansa na rozwój bakteri się zmniejsza. Gdy kanapka „poleży” dłużej niż (z tego co pamiętam) 7 minut, spisywana jest na straty – czyli po prostu idzie… Czytaj więcej »

Szymon Podstufka
Gość

Jakiekolwiek dirty secrets? Może chociaż któryś z pracowników nie myje rąk po sikaniu?

Jan Favre
Gość

Niestety żaden nie chciał przy mnie oddać moczu, mimo wyraźnych nacisków.

Adrian Chmielewski
Gość
Adrian Chmielewski

Z tego co słyszałem to w McDonald u pracowników jest nawet coś takiego, że jak otrzesz się po czole (które oczywiście w takich temperaturach jest całe zapocone) musisz od razu umyć ręce, ale ile z tego prawdy to nie wiem.

Bbc
Gość
Bbc

To prawda, jezeli dotkniesz własnej albo czyjejs skory to musisz umyć ręce. Oczywiście tylko jeśli pracujesz na kuchni i oczywiście każdy ma w to wyjebane. A co do temperatur to są absolutnie przyzwoite. Pracuje teraz w luksusowej sieci restauracji w Londynie i warunki na kuchni Są o wiele wiele gorsze (w środku lata zdarza sie 40-43 stopnie na termometrze

margaritum
Gość

Po 1,5 roku pracy z Macu mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to jedzenie jest świeże i dobrej jakości. Do momentu, w którym poddaje się je smażeniu na głębokim tłuszczu i panierowaniu – wiadomo, to nie może być zdrowe. Dlatego jedząc w Macu nie zatrujesz się, ale też nie zapracujesz na formę i piękną sylwetkę.
Ja nadal tam jadam. Niezbyt często i nie wszystko. Ale jednak. A z czystym sumieniem polecam lody i kawę.

Patrycja
Gość

A nie jesz czegoś z powodu ze wiesz jak jest robione ? Jak tak to co nie polecasz?

margaritum
Gość

Nie jem (zbyt często), bo pszenne buły, smażone mięso i gęste sosy nie są zbyt zdrowe. Nawet te najlepszej jakości. Ale czasem sobie pozwalam.

Patrycja
Gość

Ah, no tak to prawda. Myslalam ze mimo tego ze najlepsze składniki to wiesz ze cos jest robione w jakis nie fajny sposob i dlatego nie jesz. :)

margaritum
Gość

Powiem tak: nie ma tam nic, czego nie wzięłabym do ust :)

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Wszystkim wmawiam, że się akceptuję. Choć to kłamstwo

Skip to entry content

Wszystkim wmawiam, że się akceptuję

Co jakiś czas po sieci przewija się fala artykułów, że ludzie z nadwagą są spoko, że otyłość to nie choroba i że grube jest piękne. Zaczyna się dyskusja na temat wychudzonych modelek, promowania anoreksji przez media i w efekcie skutkuje piętnowaniem wszystkich lasek, które nie mają cellulitu. Bo przecież jeśli ktoś nie ma boczków to na pewno się głodzi. Wydźwięk artykułów zazwyczaj zmierza w paulocoelhowo-filozoficzno-tablidową stronę pod hasłem „najważniejsze to akceptować samego siebie, niezależnie jakim się jest”. Jasne, że życie w zgodzie ze sobą to podstawa, ale wmawianie sobie, że jest dobrze, mimo, że wewnętrznie czujemy, że jest beznadziejnie, nie wpisuje się w ten nurt.

Część z osób, o których mowa w artykułach, korzystając ze sprzyjającej koniunktury, udostępnia je manifestując samoakceptację i zadowolenie z siebie.

I nie mówię tu tylko o grubych, ale każdym typie ludzi, którzy odstępują od aktualnie społecznie przyjętej normy. Mówię o okularnikach, niziołkach, łysiejących, kalekach, rudych i zezowatych. Szczególnie zapamiętajcie tych ostatnich, bo są istotnym przykładem obrazującym ten problem. Ludzie odstający od bieżącego kanonu piękna, którzy jednocześnie chcieliby się w nim znaleźć, często mają silną potrzebę afiszowania całemu światu, że jest spoko, są pogodzeni ze sobą, cieszą się z tego jak jest i nic by nie zmienili.

Przy czym, to zadowolenie z siebie często sprowadza się tylko do deklaracji słownych. Tak jakby myśleli, że jeśli przekonają całe otoczenie, że jest dobrze, to faktycznie tak będzie.

Czemu twierdzę, że to tylko pusta gadka i rzekoma samoakceptacja jest kłamstwem? Choćby dlatego, że wszystkie osoby, które mają zeza ustawiają sobie jako zdjęcie profilowe to, na którym tych rozjeżdżających się oczu nie widać. Czują, że to nieatrakcyjne i źle postrzegane, więc stylizują zdjęcia tak, by to zasłonić. Nie znam ani jednej osoby, która mając ten problem, nie próbowałaby go tuszować i ukrywać wchodząc do internetu – podrzeczywistości, którą można swobodnie modulować.

Podobnie jest z osobami otyłymi. Mimo ewidentnej nadwagi, na zdjęcie, które ma ich reprezentować większość wybierze to, na którym fałdek nie widać w ogóle lub możliwie jak najmniej. Skoro są pogodzone ze sobą i odpowiada im aktualny stan, czemu próbują ukrywać go przed światem i naginać fakty? Jeśli ktoś publicznie deklaruje, że jego tusza nie przyprawia go o gorsze samopoczucie, bezsenne noce i migotanie przedsionków, a wręcz przeciwnie jest powodem do samozadowolenia, czemu nie ustawi sobie profilowego, na którym widać 3 podbródki?

Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o piętnowanie otyłych, krótkowzrocznych, czy łysiejących. Mnie samemu daleko do okazu zdrowia, a z ideałem to nawet się nie minąłem. Ale jeśli mam jakieś aspekty swojej fizyczności, czy osobowości, bo to bez różnicy, które uważam za defekty, to też je tak traktuję i nie próbuję wmówić całemu światu,  że jest mi z nimi super, żeby w efekcie przekonać do tego samego siebie. Jeśli więc ktoś wszem i wobec ogłasza, że jego kępka włosów na czubku głowy i 3 kłaczki na przodzie cieszą go, a w sytuacji, kiedy jest możliwość, żeby to ukryć, tapiruje zaczeskę na afro, to coś tu jest nie tak.

Parafrazując klasyka: Facebooka oszukasz, Instagrama oszukasz, ale życia nie oszukasz.

Najgorsze błędy blogerów przy akcjach reklamowych

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Narodowy Bank Polski
autorem zdjęcia jest Narodowy Bank Polski

Bloguję ponad 3 lata, od 2 zarabiam na blogu, a od 1 czerwca 2014 utrzymuję się tylko i wyłącznie z niego, bez dorabiania gdzieś na boku. Rewelacja do sześcianu i przeogromnie satysfakcjonujące, że zrobiłem sobie pracę z hobby, a luźny wytwór mojej wyobraźni zamieniłem w realny sposób na życie. Polecam każdemu! Jednak jeśli już się za to bierzecie, to róbcie to profesjonalnie, bo czasem serce mi się kraje i świnka skarbonka zakrywa oczy ze wstydu, jak widzi totalną amatorszczyznę powstałą w wyniku współpracy komercyjnej.

Ja wiem, że nie od razu Pendolino zbudowano, każdy jakoś zaczyna i nikt od samego startu nie jest Stephenem Hawkingiem marketingu. Wiem. Stąd ten tekst, który nie ma na celu wykpić, a wskazać blogerom najgorsze błędy, które popełniają w działalności komercyjnej i przestrzec przed nimi w przyszłości. Po to, żeby wszystkim żyło się lepiej, czytelnicy nie krzyczeli „sprzedałeś się !!!1!!1jedenjedenaście”, Wam wpadało więcej hajsu, a reklamodawcy po kolejnej kampanii nie dochodzili do wniosku, że „ci blogerzy to banda partaczy i lepiej rozpikselować banerek na Kwejku”.

No to po kolei, co jest nieprofesjonalnego przy akcjach reklamowych na blogach?

 

Wstydzenie się reklamy przed czytelnikami

Z bólem piszę te słowa, ale wciąż są autorzy, dla których współpraca komercyjna to rysa na wizerunku, którą mogą wytknąć czytelnicy, więc starają się ją przed nimi ukryć. „Zasłaniając” posta reklamowego po godzinie od publikacji „normalnym” postem lub w ogóle nie linkując go na fanpage na Facebooku. Czyli sprawiając tym samym, że – w zależności od przyzwyczajeń odbiorców danego twórcy – nie zobaczy go od 30% do 70% osób.

Pomijając moralny aspekt tego zachowania, to z biznesowego punktu widzenia strzelasz sobie w kolano. Bo sponsorzy po zakończeniu kampanii chcą raporty. I je porównują. I widzą, że z tą ilością odsłon na tekście reklamowym coś się nie zgadza. Więc jak myślisz, wrócą do Ciebie z kolejną propozycją lub polecą komuś innemu?

 

Brak selekcji współprac

Absolutnie nie mam nic do szafiarek, z kilkoma jestem prywatnie w zażyłych kontaktach, ale to niestety tyczy się głównie tej grupy. Często nie zastanawiają się, czy dany produkt faktycznie do nich pasuje, jest zgodny z tym co komunikują na blogu albo czy nie współpracowały z ich bezpośrednią konkurencją tydzień temu, tylko biorą wszystko jak leci. I potem okazuje się, że w jednym miesiącu reklamują trzy marki piwa albo pozują w skórzanych kurtkach, mimo, że od dawna są wegankami i walczą o prawa zwierząt.

I potem trzeba wstydzić się akcji przed czytelnikami.

 

Robienie akcji na odwal się

Bo nie wczytała się w brief, bo nie zrozumiała o co chodzi w kampanii, bo nie zastanowiła się jak to kreatywnie pokazać na blogu. Bo jej się, nie chciało. Wybaczcie dziewczyny, ale przez to, że statystycznie jest Was więcej niż facetów, to najczęściej dotyczy właśnie Was.

„To”, czyli podchodzenie do reklamy jak do zła koniecznego, zadania, które najlepiej odbębnić z jak najmniejszym zaangażowaniem, jak egzamin na studiach, i mieć to już z głowy, a nie potraktować jako wyzwanie i okazję do zrobienia czegoś absolutnie oszałamiającego. Czegoś po czym czytelnicy napiszą „wpis życia!”, a klient będzie podawał Cię za wzór do naśladowania przy kolejnych kampaniach.

Zamiast tego, często widzę 2 akapity wyklepane na telefonie godzinę przed publikacją i jedno, góra dwa, arcy nudne zdjęcia, na których produkt wygląda jak szpinak między zębami. No, statuetki Effie to za to nie będzie.

 

Brak indywidualnego podejścia

Ja rozumiem, że można mieć wypracowane, sprawdzone schematy jak robić recenzję filmu, jak test słuchawek, a jak konkurs z błyszczykami do rozdania. Rozumiem jak najbardziej, bo też staram sobie ułatwiać życie, a nie utrudniać, ale to nie może być „kopiuj-wklej”, gdzie zmienia się tylko nazwa marki. Zostawcie tę metodę „redaktorom” naTemat. Serio, mierzcie wyżej, bo dno jest już ich pełne.

 

Chwalenie się prezentami. Za darmo

Wiem jakie to miłe, gdy dostajesz pierwszy dar losu i napawa Cię duma, że jesteś już tym-znanym-blogerem-któremu-wysyła-się-prezenty. Wiem, bo jak kurier pierwszy raz przywiózł mi piwo-niespodziankę od jednego z największych browarów w Polsce, to tak się podnieciłem, że aż cały wpis na blogu o tym spłodziłem. Co było równie głupie, jak wiara, że przechodzenie pod drabiną przynosi pecha.

Głupie, bo po pierwsze powinienem wziąć za to kasę, a po drugie zablokowałem sobie tym samym możliwość płatnej akcji z inną marką piwną. No, a już w ogóle po trzecie, dałem jasny sygnał im i całej agencji, która ich obsługiwała, że mogę robić reklamę za 4-pak warty 16 złotych i nie trzeba mi płacić. Popełniłem ten błąd jeszcze kilka razy. Myślisz, że w którymś momencie po „grzecznościowym” opublikowaniu prezentu zaproponowali mi współpracę za kasę?

Nie bądź frajerem, za pokazywanie produktów na Fejsie, Instagramie, Vine’ie, czy w każdym innym miejscu, gdzie są Twoi odbiorcy powinieneś brać pieniądze. Agencje wysyłające Ci prezenty w imieniu marek, kasują za to równo.

 

Wypróżnianie się na czytelników

W akcji na blogu spotykają się 3 strony: bloger, klient i czytelnicy. Dla wszystkich oczywiste jest, że z danej reklamy musi być zadowolony bloger, niektórzy rozumieją, że satysfakcja klienta też jest tu istotna, natomiast mam wrażenie, że część twórców kompletnie pomija trzecią stronę, czyli odbiorców. Myśli, że jak hajs na umowie się zgadza i kobita z agencji dała akcept na publikację, to wszystko gra i można iść już odpalać cygaretkę za 2 zeta. No nie, nie jest tak.

ABY AKCJA NA BLOGU SIĘ UDAŁA, WSZYSTKIE 3 STRONY MUSZĄ BYĆ RÓWNIE ZADOWOLONE!

Czytelnicy muszą dostać tekst wystrzelony w kosmos jak Łajka, który ich zaangażuje i poruszy na tyle, że klikną magiczne „udostępnij”, klient musi być pewien, że cele założone w briefie zostały spełnione, a produkt nie pojawia się jako tło tła w jednym zdaniu i bloger musi być ukontentowany cyferkami, które widnieją po magnetyzującym słowie „wynagrodzenie” i przed równie skupiającym uwagę „netto”. Inaczej wyjdzie z tego kupa w złotym papierku, którą wypadałoby posprzątąć, a nie wystawiać na widok publiczny.

 

Wypróżnianie się

na klienta

Asami w tej materii są YouTuberzy. Wielu z nich, jeśli dostanie kampanię niewizerunkową (która nie polega tylko na ulokowaniu produktu w naturalnym kontekście w filmiku), ale akcję aktywizującą (której celem jest wykonanie jakiegoś działania przez widzów – najczęściej kliknięcia w link i przejścia na stronę docelową klienta), partaczą to po całości.

Powiedzmy sobie wprost, jeśli osią akcji jest strona zewnętrzna (na której jest konkurs, galeria zdjęć, informacje o produkcie, czy sklep internetowy), to w całym materiale, który przygotowujesz NAJWAŻNIEJSZY JEST LINK! A co robi wielu youtuberów? Wrzuca przekierowanie do swojego fanpage, profilu prywatnego, profilu na Instagramie, Twitterze, Vine’ie, Tumblrze, Naszej-Klasie, Sexfotce i dopiero na samym końcu, gdy już przeciętny użytkownik YouTube usnął albo poszedł odrabiać lekcje, umieszczają odnośnik do strony klienta.

No brawo! O to chodziło!

 

Nieoznaczanie współprac reklamowych

Bo myślą, że jak nie oznaczą, to czytelnicy nie będą się czepiać, zaglądać im w kieszeń i burzyć się na zbyt dużą ilość reklam. Poranny stolec prawda razy milion! Zawsze, gdy tekst jest wynikiem współpracy z jakąś marką, piszę o tym na początku wpisu i jeszcze NIGDY nie zdążyło mi się, żeby, któryś z czytelników zarzucił mi COKOLWIEK. Ba, często dostaję wręcz przeciwne informacje zwrotne.

Za to gwarantuję Ci, że jeśli będziesz robił kryptoreklamę, to Twoi odbiorcy zaczną się jej doszukiwać WSZĘDZIE. W każdym jednym zdjęciu, które wrzucisz do sieci będą widzieć nieoznaczony materiał sponsorowany, dopytywać, gnoić i drążyć, ale przede wszystkim stracą zaufanie. Zaufanie, które jest fundamentem bycia opiniotwórcą i publikowania w sieci.

Jesteś pewien, że chcesz tego?