Close
Close

Czy w hamburgerach z McDonald’s jest mięso?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką McDonald’s

W grudniu rozmawialiśmy na blogu o faktach i mitach na temat McDonald’s i 5 osób, które podało najciekawsze tezy, które chciałoby zweryfikować, wygrało iPady i wyjazd do dostawców Maka. Jak pewnie wiece z Fejsa, też byłem na tym wyjeździe i miałem okazję skontrolować, jak to jedzenie faktycznie powstaje i czy utrwalane legendy miejskie mają jakiekolwiek pokrycie z rzeczywistością. Byłem w zakładzie OSI w Górce koło Ostródy dostarczającym mięso wołowe do burgerów i w Farm Frites w Lęborku produkującym frytki.  I zebrałem wystarczającą ilość szokujących informacji, żeby móc odpowiedzieć na Wasze pytania.

Tak że po kolei.

 

Czy frytki w McDonald’s powstają z masy ziemniaczanej?

czy frytki w mcdonalds są z masy ziemniaczanej

Widziałem jak frytka powstaje od momentu przywiezienia ziemniaka z pola, do chwili, gdy leży usmażona na talerzu. I muszę Was rozczarować, ale nie, nie robi się ich ze skrobi, masy ziemniaczanej, czy papki z ziemniaków, z której frytki dopiero są formowane, jak zwykli pisać ludzie na forach. Robi się je z normalnych, całych, dobrych gatunkowo ziemniaków i jedyne działania mające wpływ na ich kształt, które zachodzą w procesie produkcji, to obieranie pod ciśnieniem i cięcie w wodnej krajalnicy. Tyle.

 

Jak to możliwe, że frytki z Maka są takie długie i idealne?

czy frytki w mcdonalds są ze skrobi

Bo zanim trafią do Waszych rąk w lokalu, najpierw przechodzącą 3157 kontroli. Serio, ziemniaki używane przy ich produkcji są chyba lepiej selekcjonowane, niż naukowcy przyjmowani do pracy w NASA.

Najpierw testom związanym z wielkością, szerokością, procentowym udziałem masy suchej, słodkością, kolorem, kruchością i smakiem  poddaje się 30-kilogramową próbę z 10-tonowego kontenera, którzy przyjeżdża z pola. Gdy ta wypadnie pomyślnie, w hali produkcyjnej, najpierw jeszcze całe ziemniaki, a później już pocięte, są kontrolowane jeszcze 4 razy przez człowieka i 2 razy przez maszynę.

Przy czym do jednego z testów przez komputer, zaangażowana jest sztuczna inteligencja, która co sekundę bada kilkaset frytek i rozpoznając na nich czarne miejsca, związane z defektem ziemniaka, usuwa je z dalszego procesu produkcyjnego, tak aby przeszły tylko te najbardziej zbliżone do ideału. Pewnie nie brzmi to przesadnie fascynująco, ale gdybyście zobaczyli na żywo jak w ciągu minuty maszyna sama rozkminia czy kilka tysięcy frytek jest dobrych czy nie, zrobiłoby to na Was wrażenie.

Innymi słowy, frytki z Maka są idealne, bo produkuje się je z idealnych ziemniaków.

 

Czy frytki produkuje się w tym samym zakładzie co perfumy (opcjonalnie: na tłuszczu z perfum)?

DSC_1565

To pytanie jest tak głupie, że już po przeczytaniu na głos odpowiedź może być tylko jedna, ale że zebrało masę łapek w górę i kilkukrotnie się powtórzyło, więc oficjalnie odpowiadam: NIE.

 [emaillocker]

Czy w hamburgerach jest mięso (opcjonalnie: czy w FishMacu jest ryba)?

czy w cheseburgerach z McDonalds jest mięso

czy w cheseburgerach z McDonald jest mięso

To chyba najpopularniejszy mit jaki przewinął się przez Internet i opowieści barowe. Historia o tym, że kobieta zatruła się nieświeżym mięsem w hamburgerze (lub też zadławiła ością w FishMacu), a prawnicy Maka udowodnili w sądzie, że to niemożliwe, bo w ich produktach nie ma mięsa, jest tak popularna, że nawet znalazła się w leksykonie legend miejskich. Tak, to tylko legenda.

Byłem na hali produkcyjnej formującej krążki do hamburgerów i surowiec, który pojawia się na początku procesu i wychodzi jako gotowy produkt na końcu, to 100% mięso zawierającej 20% naturalnego tłuszczu.

Pochodzi z przedniej ćwiartki polskiej krowy i już po usunięciu z niego skóry i kości, wchodzi do maszyny, która je mieli. Następnie jest 5 razy kontrolowane, między innymi pod kątem zawartości tłuszczu, konsystencji i temperatury, po czym, już jako gotowe krążki, trafia do chłodni. O ile w przypadku frytek, w procesie produkcji, dodaje się do nich czasem cukru, aby otrzymać właściwy kolor, o tyle w przypadku mięsa, nie dodaje się do niego absolutnie, totalnie i kompletnie niczego.

Lizałem własnym językiem i smakowałem własnymi kubkami krążek bezpośrednio zdjęty z linii produkcyjnej i jest w nim tylko i wyłącznie mięso.

 

Czy w lokalu można dostać identyczną kanapkę jak tę, która jest w reklamie?

Nie. Kanapki w reklamach pełnią funkcję informacyjną – mają za zadanie pokazać nabywcy co w niej jest. Jakie składniki, jakie sosy, jakie mięso, jaka bułka. Dlatego też Big Mac z ulotki jest przerysowany i ma „wystające” wszystkie składniki, bo inaczej trudno byłoby zaprezentować klientowi czym on tak naprawdę jest. Nie mniej, to wciąż ten sam produkt, tyle, że z „powsuwanymi” do środka składnikami.

 

Czy po odwiedzeniu wszystkich McDonald’sów na całym świecie dostaje się bon na dożywotnie jedzenie za darmo?

jak powstaje jedzenie c mcdonalda

Brzmi jakby ktoś trochę przesadził z grami komputerowymi i pomylił zamawianie jedzenia z kodem na nieśmiertelność, ale o dziwo to pytanie też powtórzyło się kilkukrotnie. Cóż, pomijam, że rzeczywistość to nie „Simsy”, ale logicznie przyglądając się tej legendzie, warto zadać sobie pytanie, czy możliwe jest w ogóle odwiedzenie wszystkich Maków? Bo mówimy o McDonald’sach na CAŁYM świecie. A tych jest około 35 000 (słownie: TRZYDZIEŚCI PIĘĆ TYSIĘCY!). Zakładając, że podróż do każdego z nich trwałaby 1 dzień (co i tak jest optymistycznym założeniem, biorąc pod uwagę ich rozsianie po świecie i konieczność snu), to podróż do wszystkich zajęłaby około  95 lat.

Domyślam się, że dla niektórych to i tak nie jest wystarczający argument, żeby samemu odpowiedzieć sobie na pytanie ze śródtytułu, więc pozwólcie, że zacytuję wypowiedź osoby odpowiedzialnej za PR w Maku: nie.

 

Coś jeszcze?

czy w hamburgerach z McDonald jest mięso

To tyle ile udało mi się sprawdzić osobiście w ciągu dwóch dni i wyciągnąć od pracowników McDonald’sa, którzy mimo maglowania na wszystkie strony, podpuszczania i zadawania najgłupszych pytań, wciąż nie mieli mnie dość i pokornie odpowiadali nawet na największe absurdy. W tym tekście starałem się obalić te najpopularniejsze i najczęściej utrwalane mity, ale jeśli macie jeszcze jakieś pytania odnośnie produkcji hamburgerów, czy frytek, to dawajcie do komentarzy. Jeśli tylko będę miał wiedzę na jakiś temat, to chętnie dam znać, czy zasłyszane opinie to prawda, czy tylko plotki.

 [/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

102
Dodaj komentarz

avatar
33 Comment threads
69 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
60 Comment authors
GośćBbcAdrian Chmielewskinie lemignie leming Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Adriana
Gość
Adriana

A widziałeś produkcję kurczaczków Mc Nuggets? :D Bo o tym też krążą legendy, że robią je z różowej masy mom :D

Jan Favre
Gość

Nie widziałem, bo drób jest produkowany w innym miejscu i wieprzowina również, ale pytałem gościa odpowiedzialnego za produkcję w Maku o ten temat i nugetsy są taki równiutkie i idealnej konsystencji, bo robi się je z cienko poszatkowanego mięsa (coś jak mięso na tatara).

Kamil Janik
Gość
Kamil Janik
Jan Favre
Gość

No, drób to nie wieprzowina, także nie, nie takiego.

Subintabula
Gość
Subintabula

To dobrze. W takim razie w najbliższym czasie rzucę się na nugetsy dużo spokojniejsza.
Jak czasem ogląda się jakieś hamerykańskie programy jak to mielą kurczaka z buciorami i bronią palną to sobie zawsze myślę, że w UE coś takiego jest po prostu niemożliwe ze względu na te wszystkie normy. Za to uwielbiam życie tutaj-jedzonko mamy dobre.

Michał Zieliński
Gość

Co w Maku jest z wieprzowiny ?

Jan Favre
Gość

Z tego co kojarzę, głównie kanapki śniadaniowe, no i boczek w kanapkach „normalnych” :)

nie leming
Gość
nie leming

co za stek bzdur. Nugetsy robi się z odpadow a nie z szatkowanego miesa

Żorż Ponimirski
Gość
Żorż Ponimirski

Byc może w USA tak jest. Unia Europejska narzuciła wyśrubowane normy i sieciówki w Europie (wszystkie) muszą używać do wszelkich nuggetsów piersi, dopuszczalne jest chyba 20% mięsa z nogi. W Maku akurat jest to 100% filet. Wiem, bo dostałem na to pytanie oficjalna odpowiedź. Smak fast foodów w Europie i USA naprawdę się różni. testowałem w zeszłym roku ;)

Paulina K
Gość

Co do smaku fast foodów w USA i Europie, a przynajmniej Polsce, to moim zdaniem to tylko częściowa prawda. Jak dla mnie akurat McDonald smakuje tak samo, co szczególnie cieszy mnie w przypadku cheeseburgerow :D za to np. KFC to zupełnie co innego! Całe menu i smaki różnią się diametralnie.

Króliczek Doświadczalny
Gość

Ja miałam trochę inne odczucia – w USA stałam przed menu McDonalda dobre parę minut, żeby się zorientować o co chodzi, nic nie wyglądało zbyt znajomo, zwłaszcza menu śniadaniowe. Tak sobie myślę, że u nas słodkie pankejki z bekonem i syropem by nie przeszły :)

Daria
Gość
Daria

Koleżanka pracuje w zakładzie, który przetwarza mięso drobiowe m.in. do McDonald’s i z tego co mówiła to „mięso” a raczej same korpusy kurczaków są na tyle mielone, że powstaje z nich właśnie mom :/

Klaudyna
Gość

Dodam jeszcze z tego co nam mówili na Rolniczy, że McDonald ma swoją własną odmianę do frytek. Jak wprowadzali się do Polski to nikt tych frytek nie miał na podorędziu i sprowadzali z Niemiec czy tam innego państwa na początku. Ja tam w Mcnie jadam bo nie lubię po prostu (za to moja druga połowa czasem jada i ja tam nie mam za bardzo co sobie wybrać), ale jestem pewna że oni mają wyższą jakość w sensie higieny niż niejeden przydrożny bar, bo po prostu nie mogą sobie pozwolić na jakiekolwiek uchybienie, gazety by ich zjadły żywcem.

Żorż Ponimirski
Gość
Żorż Ponimirski

Pierwsze frytki do polskich Maków były akurat sprowadzane z Rosji :) Aktualnie Mak ma własne plantacje w Polsce. Widziałem to, kosmos. W sensie technologii – od traktorów za prawie bańkę poprzez system zraszania po przetwórstwo. Żadna magia, po prostu rygorystyczne przestrzeganie norm. Poza tym mrożone frytki pierwsze krótkie smażenie przechodzą w fabryce. W tłuszczu palmowym bodaj. Mak swoje obsmaża w oleju rzepakowym. To też robi różnicę w smaku. No i odpowiednia odmiana ziemniaka.

Klaudyna
Gość

Tak, teraz już ma,właśnie słyszałam, tyle, że początkowo właśnie sprowadzali bo u nas rolnictwo nie było gotowe ani odmianowo (jak to? ziemniaki jakieś inne do frytek? ziemniak to ziemniak) ani technologicznie:) ps. jak dla mnie to by mogli na smalcu smażyć i bym się cieszyła, bo to dobry olej do smażenia;)

Żorż Ponimirski
Gość
Żorż Ponimirski

Kiedyś smażyli wyłacznie na łoju wołowym, ale w USA im zabronili niestety. Więc w każdym Maku na świecie używają teraz oleju. też żałuję :)

Tomasz Kondas
Gość
Tomasz Kondas

W polsce mamy okolo 120 odmian ziemniaka ;) przy czym w ogolnym obiegu chyba ok. 20

Klaudyna
Gość

Tfu, tam gdzie napisałam frytki miałam na myśli ziemniaki!:)

AgOl
Gość

Jak do mięsa nic się nie dodaje, to czemu się nie psuje przez długo czas?

Anna Tabak
Gość

O to samo chciałam zapytać :D

Tommy45
Gość
Tommy45

Szynka parmeńska ma 15 miesięcy zanim w ogóle trafi do sprzedaży. Poza pieprzem i sola też się niczego nie używa a się nie psuje przez 12 miesięcy.

Jan Favre
Gość

Dokładnie.

Ania
Gość
Ania

Jeśli moge się wtrącić do dyskusji to dodam jeszcze od siebie, kilka rzeczy, bo miałam kiedyś przyjemność pracy w Mc :) Mięso i frytki są mrożone a poźniej wkładane do frytury (frytki na 3 min), a mięso na grila, dopiero po upieczeniu doprawiane jest solą i pieprzem, więc nie ma szansy być nieświeże, ilu z nas mrozi w domu mięsko? A jak dobrze wiadomo to mięso nie jest surowe, tylko po obróbce cieplnej więc szansa na rozwój bakteri się zmniejsza. Gdy kanapka „poleży” dłużej niż (z tego co pamiętam) 7 minut, spisywana jest na straty – czyli po prostu idzie… Czytaj więcej »

Anna Tabak
Gość

Owszem, podobnie naturalnie wędzone produkty też długo sobie poleżą – wiem, testowałam. Ale mimo wszystko… ciężko uwierzyć, że akurat w Maku nie ma niczego poza mięsem.

Tommy45
Gość
Tommy45

No trudno trudno, ale pomyśl czy da się ukryć w tak wielu zakładach produkcyjnych stosowanie konserwantów. Zawsze się trafi ktoś z kamerką, niezadowolony pracownik itd. Jaki sens ukrywać to przy tak ogromnych nakładach na reklamę? Więcej strat niż korzyści.

Anna Tabak
Gość

Istnieje coś takiego jak klauzula poufności :) cóż, nie upieram się – być może faktycznie konserwantów nie ma, ale nie da się ukryć że kłoci się to z ogólnym przekonaniem, że fastfoody są mega niezdrowe.

Tommy45
Gość
Tommy45

Są niezdrowe, ale niekoniecznie przez konserwanty ale przez szereg innych czynników np. ja ostatnio będąc w maku zjadłem około 2 tys kalorii na jeden raz. Możesz stracić na wadze jedząc tylko w maku.

http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/jadl-same-fast-foody-schudl-17-kg-wystarczy-uzyc-glowy,385275.html

To nie tak łatwo zastosować klauzule poufności w przypadku pracownika z Ukrainy który już wrócił do domu. A ich akurat w tej branży w Polsce jest dość dużo.

Roland
Gość
Roland

Widziałem doświadczenie, w którym zrobiono hamburgera w domowych warunkach i włożono do bułki hamburgerowej. Porównano jego proces psucia się z hamburgerem z Mc Donalda i efekt był bardzo zbliżony.

Roland
Gość
Roland

„Dziewięć różnych kombinacji burgerów zostało przygotowane przez mieszanie i łączenie bułek i mięsa z McDonald’s z tymi przygotowanymi w kuchni. Niektóre bułki zawierały dodatkową sól, inne były bez niej, różniło się również opakowanie. Jego dłonie nigdy nie weszły w bezpośredni kontakt z burgerami, które pozostawił na otwartym powietrzu. Ponad trzy tygodnie później, jedzenie z McDonald’s nie zgniło, ale przygotowane w domu mięso też nie. Domowe burgery bez dodatku soli nie różniły się w wyglądzie od tych z dodatkową solą, co wskazuje, że ilość soli nie była czynnikiem. Wszystko wskazuje na to, że całość zależała od wilgotności. Burgery straciły ćwierć swojej… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Też o to pytałem. Spróbuj zrobić ten test w domu – jeśli weźmiesz kawałek usmażonego mięsa i nie będzie miało kontaktu z gołymi rękami (chodzi o bakterie, które masz na rękach), to też nie zacznie nagle zmieniać kolorów i chodzić po pokoju.

LISU
Gość

Niestety nie przekonuje mnie to :C
Każdy wie, jak zachowuje się po miesiącu burger z maka a jak normalny, ale frytki biją tu na głowę wszystko, bo normalne frytki wystarczy zostawić na 2-3 dni i pozamiatane do porzygu (pożygu?), te makowe po pół roku wyglądają jak (prawie) nowe.
Więc – nie wątpię, że robią to z ziemniaków, pięknie selekcjonują itp, tak, SPOKO, tylko czym to potem konserwują, że po prostu się nie psuje?

Tommy45
Gość
Tommy45

Albo to ten normalny jest zanieczyszczony bakteriami, koloniami pleśni, starym tłuszczem albo jakimś innym syfem.

Jan Favre
Gość

„Każdy wie, jak zachowuje się po miesiącu burger z maka a jak normalny” – tak wszystkie dzieci w 4 klasie podstawówki dostają taka pracę domową.

„normalne frytki wystarczy zostawić na 2-3 dni i pozamiatane do porzygu (pożygu?), te makowe po pół roku wyglądają jak (prawie) nowe” – rozumiem, że robiłeś ten test i widziałeś na własne oczy, że tak się dzieje?

Karton
Gość
Karton

A ty?

LISU
Gość

plażo, proszę, ja rozumiem, współpraca, sympatia do marki itp, sam maka lubię i kupuję, jak już pisałem – regularnie (nowy mcroyal z bekonem i cebulką robi robotę, ale do tej pory nie dane mi było spróbować ANI RAZU tych całych ‚chrupkoserków’ czy jak im tam było – wszędzie, mimo reklamy na billboardach – BRAK. Bo zabrakło :( ), ale są rzeczy tak oczywiste, że nie trzeba robić z tego pracy domowej, aby to dostrzec. Ale żeby nie było – tak, na własne oczy testowałem, acz nie pół roku, tydzień mi zdecydowanie wystarczył. A resztę dopowiedział mi internet i setki podobnych… Czytaj więcej »

nie lemig
Gość
nie lemig

Ale z ciebie pedał z macka. Kazdy wie ze to gowno. Ile ci za to zaplacili śmieciu?

Subintabula
Gość
Subintabula

Ktoś testował europejskiego burgera? (tak w nawiązaniu do tych wyśrubowanych norm)

Katarzyna Nowak
Gość
Katarzyna Nowak
Magdalena Malec
Gość
Magdalena Malec

Jak zostawisz prawdziwą kiełbasę/szynkę bez konsewantów w suchym pomieszczeniu to też się nie zepsuje tylko wyschnie. I będzie zjadliwa nawet po 2-óch miesiącach tylko nieco twarda. Przed chwilę taką dwumiesięczną, ususzoną kiełbasę jadłam ;)

Karolina Mlak
Gość
Karolina Mlak

Bakterie są wszędzie. Na mikrobiologi robiłam posiewy z powietrza. Nie ma możliwości żeby nie zakazić jedzenia. Frytki to skrobia, skrobia to glukoza, glukoza to wymarzona pożywka dla wielu bakterii. Olej jełczeje. A mięso z punktu widzenia żywieniowego to jeden z najbardziej niebezpiecznych mikrobiologicznie produktów. Nie ma fizycznej możliwości, żeby coś się nie psuło.

Janko
Gość
Janko

czyli jak coś jest w powietrzu to to samo masz w powietrzu którym oddychasz, nie mam racji?

Monika Grzebyk
Gość
Monika Grzebyk

Tak, ale w powietrzu jest ich mało, kilka (tak, kilka!) bakterii na litr powietrza. One osiadają z powietrzem na powierzchniach, dopiero tam mogą się mnożyć. A na jedzeniu lubią bardzo:)

Magdalena Malec
Gość
Magdalena Malec

A to ciekawe. Wisiałam u mnie szynka dwa miesiące i po prostu wyschła. 100% mięsa bez konserwantów. Zrobiła się twarda jak kamień, nie spleśniała. Wisiała w suchym pomieszczeniu. Jedynie pies mógł sobie poradzić z jej twardością i zajadał sie ze smakiem. Tak więc mikrobiologia mikrobiologią, a życie życiem…

Karolina Mlak
Gość
Karolina Mlak
Karolina Mlak
Gość
Karolina Mlak

Suszenie jest też jedną z metod utrwalania mięsa. Szynka musiała szybko tracić wodę, przez co drobnoustroje nie miały szansy się rozwinąć. Jednak dokładnie nie wytłumaczę Ci tego procesu, ponieważ technologia przetwórstwa mięsnego nie jest moją specjalizacją.

margaritum
Gość

Mięso wołowe które masz w kanapkach jest głęboko mrożone w postaci cienkich krążków, a potem grillowane w bardzo wysokiej temperaturze. Przy czym na każdym etapie pracownicy używają rękawiczek. Małe szanse, żeby popsuło się szybko.

Żorż Ponimirski
Gość
Żorż Ponimirski

Połóż jedzenie w suchym (bez dostępu wilgoci) i przewiewnym miejscu – zmumifikujesz. Połóż w ciepłym i wilgotnym – spleśnieje. Ot, cała tajemnica. Tak się właśnie robi te „testy” w internecie ;)

Karolina Pondel
Gość
Karolina Pondel

Podejrzewam,że może liofilizowane czy zamrarzane w inny,podobny sposób.

Szymon Podstufka
Gość

Jakiekolwiek dirty secrets? Może chociaż któryś z pracowników nie myje rąk po sikaniu?

Jan Favre
Gość

Niestety żaden nie chciał przy mnie oddać moczu, mimo wyraźnych nacisków.

Adrian Chmielewski
Gość
Adrian Chmielewski

Z tego co słyszałem to w McDonald u pracowników jest nawet coś takiego, że jak otrzesz się po czole (które oczywiście w takich temperaturach jest całe zapocone) musisz od razu umyć ręce, ale ile z tego prawdy to nie wiem.

Bbc
Gość
Bbc

To prawda, jezeli dotkniesz własnej albo czyjejs skory to musisz umyć ręce. Oczywiście tylko jeśli pracujesz na kuchni i oczywiście każdy ma w to wyjebane. A co do temperatur to są absolutnie przyzwoite. Pracuje teraz w luksusowej sieci restauracji w Londynie i warunki na kuchni Są o wiele wiele gorsze (w środku lata zdarza sie 40-43 stopnie na termometrze

margaritum
Gość

Po 1,5 roku pracy z Macu mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to jedzenie jest świeże i dobrej jakości. Do momentu, w którym poddaje się je smażeniu na głębokim tłuszczu i panierowaniu – wiadomo, to nie może być zdrowe. Dlatego jedząc w Macu nie zatrujesz się, ale też nie zapracujesz na formę i piękną sylwetkę.
Ja nadal tam jadam. Niezbyt często i nie wszystko. Ale jednak. A z czystym sumieniem polecam lody i kawę.

Patrycja
Gość

A nie jesz czegoś z powodu ze wiesz jak jest robione ? Jak tak to co nie polecasz?

margaritum
Gość

Nie jem (zbyt często), bo pszenne buły, smażone mięso i gęste sosy nie są zbyt zdrowe. Nawet te najlepszej jakości. Ale czasem sobie pozwalam.

Patrycja
Gość

Ah, no tak to prawda. Myslalam ze mimo tego ze najlepsze składniki to wiesz ze cos jest robione w jakis nie fajny sposob i dlatego nie jesz. :)

margaritum
Gość

Powiem tak: nie ma tam nic, czego nie wzięłabym do ust :)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Wszystkim wmawiam, że się akceptuję. Choć to kłamstwo

Skip to entry content

Wszystkim wmawiam, że się akceptuję

Co jakiś czas po sieci przewija się fala artykułów, że ludzie z nadwagą są spoko, że otyłość to nie choroba i że grube jest piękne. Zaczyna się dyskusja na temat wychudzonych modelek, promowania anoreksji przez media i w efekcie skutkuje piętnowaniem wszystkich lasek, które nie mają cellulitu. Bo przecież jeśli ktoś nie ma boczków to na pewno się głodzi. Wydźwięk artykułów zazwyczaj zmierza w paulocoelhowo-filozoficzno-tablidową stronę pod hasłem „najważniejsze to akceptować samego siebie, niezależnie jakim się jest”. Jasne, że życie w zgodzie ze sobą to podstawa, ale wmawianie sobie, że jest dobrze, mimo, że wewnętrznie czujemy, że jest beznadziejnie, nie wpisuje się w ten nurt.

Część z osób, o których mowa w artykułach, korzystając ze sprzyjającej koniunktury, udostępnia je manifestując samoakceptację i zadowolenie z siebie.

I nie mówię tu tylko o grubych, ale każdym typie ludzi, którzy odstępują od aktualnie społecznie przyjętej normy. Mówię o okularnikach, niziołkach, łysiejących, kalekach, rudych i zezowatych. Szczególnie zapamiętajcie tych ostatnich, bo są istotnym przykładem obrazującym ten problem. Ludzie odstający od bieżącego kanonu piękna, którzy jednocześnie chcieliby się w nim znaleźć, często mają silną potrzebę afiszowania całemu światu, że jest spoko, są pogodzeni ze sobą, cieszą się z tego jak jest i nic by nie zmienili.

Przy czym, to zadowolenie z siebie często sprowadza się tylko do deklaracji słownych. Tak jakby myśleli, że jeśli przekonają całe otoczenie, że jest dobrze, to faktycznie tak będzie.

Czemu twierdzę, że to tylko pusta gadka i rzekoma samoakceptacja jest kłamstwem? Choćby dlatego, że wszystkie osoby, które mają zeza ustawiają sobie jako zdjęcie profilowe to, na którym tych rozjeżdżających się oczu nie widać. Czują, że to nieatrakcyjne i źle postrzegane, więc stylizują zdjęcia tak, by to zasłonić. Nie znam ani jednej osoby, która mając ten problem, nie próbowałaby go tuszować i ukrywać wchodząc do internetu – podrzeczywistości, którą można swobodnie modulować.

Podobnie jest z osobami otyłymi. Mimo ewidentnej nadwagi, na zdjęcie, które ma ich reprezentować większość wybierze to, na którym fałdek nie widać w ogóle lub możliwie jak najmniej. Skoro są pogodzone ze sobą i odpowiada im aktualny stan, czemu próbują ukrywać go przed światem i naginać fakty? Jeśli ktoś publicznie deklaruje, że jego tusza nie przyprawia go o gorsze samopoczucie, bezsenne noce i migotanie przedsionków, a wręcz przeciwnie jest powodem do samozadowolenia, czemu nie ustawi sobie profilowego, na którym widać 3 podbródki?

Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o piętnowanie otyłych, krótkowzrocznych, czy łysiejących. Mnie samemu daleko do okazu zdrowia, a z ideałem to nawet się nie minąłem. Ale jeśli mam jakieś aspekty swojej fizyczności, czy osobowości, bo to bez różnicy, które uważam za defekty, to też je tak traktuję i nie próbuję wmówić całemu światu,  że jest mi z nimi super, żeby w efekcie przekonać do tego samego siebie. Jeśli więc ktoś wszem i wobec ogłasza, że jego kępka włosów na czubku głowy i 3 kłaczki na przodzie cieszą go, a w sytuacji, kiedy jest możliwość, żeby to ukryć, tapiruje zaczeskę na afro, to coś tu jest nie tak.

Parafrazując klasyka: Facebooka oszukasz, Instagrama oszukasz, ale życia nie oszukasz.

Najgorsze błędy blogerów przy akcjach reklamowych

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Narodowy Bank Polski
autorem zdjęcia jest Narodowy Bank Polski

Bloguję ponad 3 lata, od 2 zarabiam na blogu, a od 1 czerwca 2014 utrzymuję się tylko i wyłącznie z niego, bez dorabiania gdzieś na boku. Rewelacja do sześcianu i przeogromnie satysfakcjonujące, że zrobiłem sobie pracę z hobby, a luźny wytwór mojej wyobraźni zamieniłem w realny sposób na życie. Polecam każdemu! Jednak jeśli już się za to bierzecie, to róbcie to profesjonalnie, bo czasem serce mi się kraje i świnka skarbonka zakrywa oczy ze wstydu, jak widzi totalną amatorszczyznę powstałą w wyniku współpracy komercyjnej.

Ja wiem, że nie od razu Pendolino zbudowano, każdy jakoś zaczyna i nikt od samego startu nie jest Stephenem Hawkingiem marketingu. Wiem. Stąd ten tekst, który nie ma na celu wykpić, a wskazać blogerom najgorsze błędy, które popełniają w działalności komercyjnej i przestrzec przed nimi w przyszłości. Po to, żeby wszystkim żyło się lepiej, czytelnicy nie krzyczeli „sprzedałeś się !!!1!!1jedenjedenaście”, Wam wpadało więcej hajsu, a reklamodawcy po kolejnej kampanii nie dochodzili do wniosku, że „ci blogerzy to banda partaczy i lepiej rozpikselować banerek na Kwejku”.

No to po kolei, co jest nieprofesjonalnego przy akcjach reklamowych na blogach?

 

Wstydzenie się reklamy przed czytelnikami

Z bólem piszę te słowa, ale wciąż są autorzy, dla których współpraca komercyjna to rysa na wizerunku, którą mogą wytknąć czytelnicy, więc starają się ją przed nimi ukryć. „Zasłaniając” posta reklamowego po godzinie od publikacji „normalnym” postem lub w ogóle nie linkując go na fanpage na Facebooku. Czyli sprawiając tym samym, że – w zależności od przyzwyczajeń odbiorców danego twórcy – nie zobaczy go od 30% do 70% osób.

Pomijając moralny aspekt tego zachowania, to z biznesowego punktu widzenia strzelasz sobie w kolano. Bo sponsorzy po zakończeniu kampanii chcą raporty. I je porównują. I widzą, że z tą ilością odsłon na tekście reklamowym coś się nie zgadza. Więc jak myślisz, wrócą do Ciebie z kolejną propozycją lub polecą komuś innemu?

 

Brak selekcji współprac

Absolutnie nie mam nic do szafiarek, z kilkoma jestem prywatnie w zażyłych kontaktach, ale to niestety tyczy się głównie tej grupy. Często nie zastanawiają się, czy dany produkt faktycznie do nich pasuje, jest zgodny z tym co komunikują na blogu albo czy nie współpracowały z ich bezpośrednią konkurencją tydzień temu, tylko biorą wszystko jak leci. I potem okazuje się, że w jednym miesiącu reklamują trzy marki piwa albo pozują w skórzanych kurtkach, mimo, że od dawna są wegankami i walczą o prawa zwierząt.

I potem trzeba wstydzić się akcji przed czytelnikami.

 

Robienie akcji na odwal się

Bo nie wczytała się w brief, bo nie zrozumiała o co chodzi w kampanii, bo nie zastanowiła się jak to kreatywnie pokazać na blogu. Bo jej się, nie chciało. Wybaczcie dziewczyny, ale przez to, że statystycznie jest Was więcej niż facetów, to najczęściej dotyczy właśnie Was.

„To”, czyli podchodzenie do reklamy jak do zła koniecznego, zadania, które najlepiej odbębnić z jak najmniejszym zaangażowaniem, jak egzamin na studiach, i mieć to już z głowy, a nie potraktować jako wyzwanie i okazję do zrobienia czegoś absolutnie oszałamiającego. Czegoś po czym czytelnicy napiszą „wpis życia!”, a klient będzie podawał Cię za wzór do naśladowania przy kolejnych kampaniach.

Zamiast tego, często widzę 2 akapity wyklepane na telefonie godzinę przed publikacją i jedno, góra dwa, arcy nudne zdjęcia, na których produkt wygląda jak szpinak między zębami. No, statuetki Effie to za to nie będzie.

 

Brak indywidualnego podejścia

Ja rozumiem, że można mieć wypracowane, sprawdzone schematy jak robić recenzję filmu, jak test słuchawek, a jak konkurs z błyszczykami do rozdania. Rozumiem jak najbardziej, bo też staram sobie ułatwiać życie, a nie utrudniać, ale to nie może być „kopiuj-wklej”, gdzie zmienia się tylko nazwa marki. Zostawcie tę metodę „redaktorom” naTemat. Serio, mierzcie wyżej, bo dno jest już ich pełne.

 

Chwalenie się prezentami. Za darmo

Wiem jakie to miłe, gdy dostajesz pierwszy dar losu i napawa Cię duma, że jesteś już tym-znanym-blogerem-któremu-wysyła-się-prezenty. Wiem, bo jak kurier pierwszy raz przywiózł mi piwo-niespodziankę od jednego z największych browarów w Polsce, to tak się podnieciłem, że aż cały wpis na blogu o tym spłodziłem. Co było równie głupie, jak wiara, że przechodzenie pod drabiną przynosi pecha.

Głupie, bo po pierwsze powinienem wziąć za to kasę, a po drugie zablokowałem sobie tym samym możliwość płatnej akcji z inną marką piwną. No, a już w ogóle po trzecie, dałem jasny sygnał im i całej agencji, która ich obsługiwała, że mogę robić reklamę za 4-pak warty 16 złotych i nie trzeba mi płacić. Popełniłem ten błąd jeszcze kilka razy. Myślisz, że w którymś momencie po „grzecznościowym” opublikowaniu prezentu zaproponowali mi współpracę za kasę?

Nie bądź frajerem, za pokazywanie produktów na Fejsie, Instagramie, Vine’ie, czy w każdym innym miejscu, gdzie są Twoi odbiorcy powinieneś brać pieniądze. Agencje wysyłające Ci prezenty w imieniu marek, kasują za to równo.

 

Wypróżnianie się na czytelników

W akcji na blogu spotykają się 3 strony: bloger, klient i czytelnicy. Dla wszystkich oczywiste jest, że z danej reklamy musi być zadowolony bloger, niektórzy rozumieją, że satysfakcja klienta też jest tu istotna, natomiast mam wrażenie, że część twórców kompletnie pomija trzecią stronę, czyli odbiorców. Myśli, że jak hajs na umowie się zgadza i kobita z agencji dała akcept na publikację, to wszystko gra i można iść już odpalać cygaretkę za 2 zeta. No nie, nie jest tak.

ABY AKCJA NA BLOGU SIĘ UDAŁA, WSZYSTKIE 3 STRONY MUSZĄ BYĆ RÓWNIE ZADOWOLONE!

Czytelnicy muszą dostać tekst wystrzelony w kosmos jak Łajka, który ich zaangażuje i poruszy na tyle, że klikną magiczne „udostępnij”, klient musi być pewien, że cele założone w briefie zostały spełnione, a produkt nie pojawia się jako tło tła w jednym zdaniu i bloger musi być ukontentowany cyferkami, które widnieją po magnetyzującym słowie „wynagrodzenie” i przed równie skupiającym uwagę „netto”. Inaczej wyjdzie z tego kupa w złotym papierku, którą wypadałoby posprzątąć, a nie wystawiać na widok publiczny.

 

Wypróżnianie się

na klienta

Asami w tej materii są YouTuberzy. Wielu z nich, jeśli dostanie kampanię niewizerunkową (która nie polega tylko na ulokowaniu produktu w naturalnym kontekście w filmiku), ale akcję aktywizującą (której celem jest wykonanie jakiegoś działania przez widzów – najczęściej kliknięcia w link i przejścia na stronę docelową klienta), partaczą to po całości.

Powiedzmy sobie wprost, jeśli osią akcji jest strona zewnętrzna (na której jest konkurs, galeria zdjęć, informacje o produkcie, czy sklep internetowy), to w całym materiale, który przygotowujesz NAJWAŻNIEJSZY JEST LINK! A co robi wielu youtuberów? Wrzuca przekierowanie do swojego fanpage, profilu prywatnego, profilu na Instagramie, Twitterze, Vine’ie, Tumblrze, Naszej-Klasie, Sexfotce i dopiero na samym końcu, gdy już przeciętny użytkownik YouTube usnął albo poszedł odrabiać lekcje, umieszczają odnośnik do strony klienta.

No brawo! O to chodziło!

 

Nieoznaczanie współprac reklamowych

Bo myślą, że jak nie oznaczą, to czytelnicy nie będą się czepiać, zaglądać im w kieszeń i burzyć się na zbyt dużą ilość reklam. Poranny stolec prawda razy milion! Zawsze, gdy tekst jest wynikiem współpracy z jakąś marką, piszę o tym na początku wpisu i jeszcze NIGDY nie zdążyło mi się, żeby, któryś z czytelników zarzucił mi COKOLWIEK. Ba, często dostaję wręcz przeciwne informacje zwrotne.

Za to gwarantuję Ci, że jeśli będziesz robił kryptoreklamę, to Twoi odbiorcy zaczną się jej doszukiwać WSZĘDZIE. W każdym jednym zdjęciu, które wrzucisz do sieci będą widzieć nieoznaczony materiał sponsorowany, dopytywać, gnoić i drążyć, ale przede wszystkim stracą zaufanie. Zaufanie, które jest fundamentem bycia opiniotwórcą i publikowania w sieci.

Jesteś pewien, że chcesz tego?

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!