Close
Close

Mówi się, że do Egiptu latają sami Janusze, panie Halinki i ogólnie słowiański swag spod znaku skarpet i sandałów. I ruska nowobogacka trzoda. Nie jest to prawdą, bo równie dużo jest „normalnych” ludzi, ale nie da się ukryć, że tych pierwszych dużo bardziej widać. I słychać. I to słychać tak, że aż musisz zapisać ich burzliwe dialogi, bo operują takimi hasłami, że Bareja z Machulskim czują się zawstydzeni.

Uwaga, uwaga, przed Państwem najlepsze uliczne historie: wersja Egipt!

 

Rusek

Pewnego dnia na stołówce pojawiła się rosyjska rodzina, z której, mimo ogólnego oczogwałtu, najbardziej wyróżniał się ojciec i syn. Jeden bardziej przerysowany od drugiego – kwadratowe głowy, kwadratowe szczęki, kwadratowe sylwetki ciała, wysokie wojskowe buty na koturnach, koszulki moro włożone do spodni i złoto wszędzie tam, gdzie dało je się założyć tak, by było widoczne dla otoczenia. Zasadniczo wyglądali jak dwie postacie żywcem wyciągnięte z komiksu. Dla podkreślenia ich karykaturalności synek przy każdym posiłku nakładał sobie 4 talerze po brzegi wypchane mięsem, mimo, że był w stanie zjeść góra 2. I to przy korzystnym układzie planet. W końcu jeden z kucharzy nie wytrzymał i zagaił, próbując rozwikłać zagadkę, czy marnowanie wołowiny to jakaś rosyjska tradycja narodowa.

– Why you are always taking 4 plates full of meat?

– Because every woman should know I’m a real man! Not pussy!

No to teraz już wiem dlaczego nie mam dziewczyny.

 

Nauczycielka

Dwie panie od wuefu w wieku około emerytalnym położyły się obok nas na plaży i zaczęły żalić w jakich to nieciekawych czasach żyjemy, gdy nieletni nie dość, że mają swoje prawa, to jeszcze czasem je egzekwują i już nie można ich bić zapięciem od smyczy, gdy przyjdzie na to ochota. Po kilkunastu minutach rozmowa jednak zeszła na mniej filozoficzne tematy.

– Mirka, pacz no, tam chyba frytki dajom.

– Eee, uwidziao ci sie chyba.

– No mówiem ci frytki baba niosła z tej budy.

– A dajże spokój, frytek ci sie zachciao.

– Mam wakacje to mi siem chce, a co!

– No to ić Aniu. Jak bendom za darmo to tesz mi możesz wzionść, chociasz ja ich nie lubiem za bardzo.

Po 5 minutach.

– Sukinsynki myślały, że na frajeke trafiły, hehe. Ale nie ze mnom te numery, hehe.

– Co te ciapki tam chciały od ciebie Aniu?

– Myśleli, że jestem głupia, że zapłacem, hehe. Podchodzem i mówiem „zwei frietes”, a ten mie sadza i daje menu. To mu mówiem, że myślałam, że to za darmo na ol inkluziw i jak czeba płacić to ja nie chcem, a ten sukisynek mie sadza na siłe i wpycha to menu. I widzi, że okularów nie wzięłam, to nawet cen nie widzem, ale chce oszukać. Starszom kobiete chce oszukać i ciongle mie sadza. To w końcu siadłam i jak sie wzioł i poszed do kucharza, to wstałam i od razu przybiegłam do ciebie.

– A no widzisz Aniu, tak to z tymi ciapkami jest.

– Tak to sobie mogom robić w balona żabojadów, ale nie nas. Nie z Polakami takie numery, Polaka nie oszukasz, hehe!

Wszystkie dania w plażowym bistro były za darmo, tylko trzeba było usiąść i zamówić u kelnera, żeby nie robić tłoku przy barze.

 

Kierowca muzułmanin

Wracamy ze snurkowania mikro-busikiem, z kierowcą, który ani nas nie wiózł w pierwszą stronę, ani nie doprowadzał, ani nie odbierał ze statku, a już na pewno nie wyglądał jakby wiedział gdzie jedzie. Zasadniczo człowiek bardziej z przypadku niż Roman Giertych na stanowisku ministra edukacji. Jedziemy zupełnie inną trasą niż przyjechaliśmy i w pewnym momencie gość zatrzymuje się na środku jakiegoś osiedla, pod ni to pałacem, ni to kościołem, i mówi, że dalej nie pojedziemy, bo „I’ve got problem with my stomach”. Stoimy tak 10 minut, a napięcie zaczyna potęgować paranoję porwania na tle religijnym, zamachu i rabunku w jednym, gdy przychodzi jego kumpel dokładnie znikąd i ma zamiar zastąpić go za kierownicą. Przerażony, że umrę torturowany w oczekiwaniu na milionowy okup, którego nie ma kto uiścić, pytam co się dzieje.

– What is going on? You won’t drive us to hotel?

– Psieplasiam, ale musiem ić do mecietu. Ajjah wziwa.

No tak.

 

Rodzinka

Po wylądowaniu w Egipcie okazało się, że grypa, którą wiozłem z Polski wcale magicznie nie minęła, tylko rozwinęła się przyprawiając mnie o gorączkę i rwącą rzekę glutów z nosa. Drugiego dnia, od razu po spotkaniu z rezydentem, podszedł spytać, czy to ubezpieczenie i lekarz co niby mam w umowie to na serio, czy tylko taki chwyt marketingowy. Okazało się, że serio i że 10-miesięczny (słwonie: DZIESIĘCIOMIESIĘCZNY) synek gościa, którego poznałem w autobusie z lotniska też ma gorączkę i też trzeba mu stetoskop do płucek przyłożyć. Gdy już dojechaliśmy do mniej reprezentatywnej części Sharm El Sheik, a konkretnie do slumsów na peryferiach, w których przyjmował lekarz, okazało się, że Krzychu – ojciec dzieciaczka postury Artura Szpilki – jedyne co zna po angielsku, to „computer”, „pizza” i wulgarne określenie seksu z samym sobą. Szczerze mówiąc, zawsze byłem przekonany, że ten drugi zwrot jest rdzennie włoski, ale cóż, człowiek uczy się całe życie. Tak czy inaczej, w tych egzotycznych okolicznościach zostałem tłumaczem.

– Janku, powiedz mu proszę, że mały nic nie je, pokazuje na gardło i ma kurewską gorączkę.

– He’s not eating, got sore throat and high fever.

– From when he got such problems?

– Od kiedy jest chory?

– No odkąd śmy przyjechali, ale pewnie załapał wcześniej. Na lotnisku w Pyrzowicach musiało go zawiać, bo z chuja jest ta cała buda i wszędzie pizga.

– From 2 days.

– And from 2 days he didn’t eat?

– Jadł coś przez te 2 dni, czy kompletnie nic?

– Tylko cycusia ssa od mamy i nic więcej. Jak nie wiesz jak jest „cycusia” po angielsku, to mu powiedz Red Tube, to powinien załapać, bo nie wygląda na takiego co kiedyś cycka na żywo widział.

 

Gołąbeczki

Lecąc do Egiptu siedziała obok mnie para 30-kilkulatków. Ona miss solarium w różowym golfie z wycięciem na cyce, on magazynier pół-debil w ciuchach z kosza PCK. Koleś był zciotowanym pantoflem, typiara nachlaną ciałodajką, która musiała cały czas siedzieć na nim i lizać go po szyi. Waliło od nich spirytusem wymieszanym z pomarańczową Costą albo innym Caprio. W przerwach między ssaniem jego języka, ucha i bezwładnym spadaniem z fotela, „rozmawiali”:

– Jak facet jest stewardem, to jest gejem, rozumiesz? Gejem. Jebanym pedziem z miękką fujarką. Bo facet, to ma być facet, fest chłop, jak ty misiaczku, a nie jakimś chłopaczkiem w mundurku.

– Tak, żabciu.

– Zresztą z tobą, to ja też nie wiem. Może ty też jesteś pedzio, co?

– Nie.

– Może tobie też fujarka nie staje i wolałbyś, żeby ktoś cię zapierdolił w dupę, co?

– Nie, nie wolałbym.

– No nie wiem, bo jesteś ze mną, lecisz ze mną, a ciągle pierdolisz o tym Betlejem. Nic o tym, że chcesz mnie wypieprzyć, tylko Betlejem, Betlejem i Betlejem. Co ty jesteś, kurwa, ojcem Jezusa, że tak chcesz tam jechać?

A nie wyglądał.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Lotnisko w Pyrzowicach, siedzimy z Wiktorem na tarasie widokowym i podziwiamy technikę odśnieżania pasa startowego przez 6 spychaczy i autobus, czekając na nasz samolot. Pląsom dużych samochodów po dywanie z białego puchu przypatruje się też małżeństwo z kilkuletnim dzieckiem. Małym, ale na tyle dużym, że potrafi już mówić. I pytać. O wszystko.

– Mama, mama, a co te auta robią?

– Odśnieżają pas startowy Oleńko.

– A muszą to robić samochody, a nie może jakiś pan z łopatą?

– Nie Oleńko, płyta lotniska jest za duża, żeby ktoś sam ją odśnieżał.

– Czemu?

– Tak jest łatwiej po prostu.

– A czemu te auta jadą jedno za drugim, a nie obok siebie?

– Bo tak muszą jechać.

– Ale czemu? Przecież jakby jechały obok siebie to by szybciej odśnieżyły pal startowy.

– „Pas startowy” Olu, nie „pal”.

– Ale mama, czemu nie jadą obok siebie?

– Nie wiem Olu. Musiałabyś spytać tego pana w niebieskim kombinezonie, bo ja nie wiem.

– A czemu ty mama nie spytasz, jak nie wiesz?

– Ja jestem dorosła Olu, mnie nie wypada.

Przysłuchując się tej rozmowie nagle mnie olśniło, że faktycznie tak jest. Że ludzie kończący etap edukacji, po którym idą do pracy na pełen etat, uznawani są za dorosłych i od momentu wypalenia tego stygmatu na pasku wypłaty, drastycznie zmienia im się zakres praw, obowiązków i przywilejów. O ile w bycie dzieckiem naturalnie i trwale wpisane jest dociekanie, drążenie i odkrywanie, o tyle w przypadku dorosłych, jest to już dużo mniej akceptowalne społecznie, a w zasadzie wręcz naganne.

Jakoś tak dziwnie się przyjęło, że dorosły, to człowiek, któremu już skończył się czas na poznawanie. On ma po prostu wiedzieć. Lub, najzgrabniej jak tylko jest w stanie, zamaskować tę niewiedzę.

To absurdalne, ale o dorosłości stanowi niepytanie. Im mniej drążysz codzienność, złożoność świata, to czemu samoloty nie są zbudowane z tego samego materiału co czarne skrzynki, kromki spadają masłem do dołu, a Kate Winslet nie wciągnęła Leonardo DiCpario na dryfującą deskę w ostatniej scenie Titanica, mimo, że oboje by się zmieścili, tym bardziej poważnym człowiekiem jesteś. Utarło się, że zadawanie pytań obnaża niewiedzę, na którą mogą pozwolić sobie tylko dzieci z racji ich wieku. I wyrzutki społeczeństwa, zepchnięte z maty szacunku.

Mimo, że gdyby nie ciągłe dociekanie i przewiercanie zagadnień na wylot, nigdy nie dokonałby się postęp cywilizacyjno-technologiczny i dziś oglądalibyśmy telewizję przy świeczkach, to jest to postrzegane negatywnie. Mimo, że bez podważania istniejących teorii, wciąż myślelibyśmy, że Ziemia jest płaska, to tego typu postawa nie jest premiowana. Mimo, że gdyby nie ciągłe rzucanie „czemu tak?”, „a dlaczego?”, „z czego to wynika?”, „skąd to się wzięło?”, modernizacja, ani restrukturyzacja żadnej firmy nie mogłaby mieć miejsca, to w codziennym życiu ludzie uważają, że te pytania to powód do wstydu. To głupie, ale tak jest.

Dorosłym nie wypada pytać, dorosłym nie wypada nie wiedzieć, dorosłym nie wypada być ciekawym świata. Jak to dobrze, że mentalnie wciąż jestem dzieciakiem.

50 powodów, dla których film „50 twarzy Greya” to dno

Skip to entry content

Bez owijania w celofan i przydługich wstępów: tę recenzję będziecie czytać tylko dla beki, bo o tym, że ten film to tragedia, wiadomo było przed seansem. W zasadzie, to już po wypuszczeniu zwiastuna. A na dobrą sprawę, to od momentu kiedy zapowiedziano ekranizację książki. „50 twarzy Greya” jest tak słabe, że przebić mogłoby go tylko połączenie „Kac Wawy” z „Gulczas, a jak myślisz?” obsadzając w głównych rolach Wróżbitę Macieja i Kobrę.

Czemu?

1. To melodramat.

2. Główną bohaterkę gra Dakota Johnson. Która nigdy nie zagrała w niczym dobrym i najprawdopodobniej przyjęła tę rolę tylko po to, żeby z hukiem zakończyć pasmo porażek. To znaczy swoją karierę.

3. Greya gra Jamie Dornan. „Irlandzki aktor, model i muzyk”, jak podaje Wikipedia, który ani nie nagrał, ani nie wymodelował, ani nie pokazał się w żadnym filmie, z którego można by go znać. Najwyraźniej aktorstwo, muzyka i modeling go znudziły, i postanowił spróbować swych sił jako komik, karykaturując stosunki płciowe na srebrnym ekranie.

4. W filmie są nieudane wątki science-fiction. Ana Steel mimo, że już skończyła liceum wciąż jest dziewicą.

5. I nieudane wątki fantasy. Ana upija się jednym drinkiem do takiego stanu, że ma problem z utrzymaniem pionu i składaniem zdań.

6. I błędy logiczne. Jak motyw, gdy w tancbudzie, w której dudni muzyka Ana rozmawia przez telefon bez zatykania jednego ucha i wydzierania się do słuchawki, jak gdyby na czas połączenia całe otocznie zamierało w ciszy.

7. Są też cudowne ozdrowienia. Ana jedzie na wywiad z Greyem, bo jej współlokatorka się rozchorowała, ma ostatnie stadium raka i będzie umierać. W sensie, że ma czerwony nosek i siedzi pod kocem gapiąc się w telepudło. Bidulka. Ta sama nadająca się do hospitalizacji dziołszka, po 1,5 godziny, gdy Ana wraca z wywiadu, jest już w pełni sił witalnych i biega po kuchni odstrzelona jak na casting do „Trudnych spraw”.

8. Nieudolność reżyserska przejawia się też w scenografii. Żeby pokazać, że Panna Steel jest biedną, zahukaną studentką bez hajsu, która imprezy kończącej się orgią nie zobaczyłaby nawet na planie „Brazzersów”, Grey pije z nią szampana w jej mieszkaniu nie z kieliszków, a z filiżanek do kawy. Bo sierotka żyje w wyjątkowo skromnych warunkach i nie posiada takich luksusów. Przy czym ma 60-metrowy apartament z panelami na podłodze, telewizorem i nową kuchnią z ostatniego katalogu IKEA. I furę. Faktycznie, typowa biedna studentka.

9. Pani reżyser dała sobie wsadzić podwójne dildo w odbyt również w kwestii dialogów. Mamy takie kwiatki jak:

– Będziemy się kochać?

– Ja się nie kocham, ja rżnę.

10. Czy apogeum absurdu:

– Ona jest pedofilem.

– Ufam jej.

11. Film trwa 2 godziny i 4 minuty. To o 120 minut za dużo.

12. Postać Greya jest tak niespójna jak tylko to możliwe. Typ w założeniu ma być super samcem alfa, którego kobiety błagają o spust na twarz, a zachowuje się jak wiecznie sfrustrowany nieudacznik, który pyta kobietę, czy może ją dotknąć zanim to zrobi. Mimo, że pozuje na Casanovę to 15 razy prosi Anę, żeby podpisała z nim kontrakt i zgodziła się na jego warunki. Turbo kozaki tak nie robią.

 [emaillocker]

13. Typ grający Greya nie potrafi grać. Jest sztywny jak nieboszczyk i wyraża twarzą mniej emocji niż Roman Giertych. Nawet bracia Mroczki w pojedynkę mają większe stadium ekspresji.

14. Typiara grająca Anę też nie potrafi grać. I w dodatku ma ultra brzydką twarz.

15. Postać Any jest płaska. Sprowadza się do bycia tępą blazą, która tylko wzdycha i spuszcza wzrok. Serio.

16. Relacja głównych bohaterów jest mniej przekonująca niż Bill Clinton mówiący, że nie spał z Monicą Lewinsky. Typ, który jest multimiliarderem i rucha więcej niż Rocco Siffredi, zadurza się w brzyduli chodzącej w worku na ziemniaki, wyjętej żywcem z „Doktor Quinn”. Szara myszka, która za cel życiowy postawiła sobie nie rozkładanie nóg szerzej, niż to potrzebne do oddania moczu, ni z tego, ni z owego daje się rozdziewiczyć przypadkowemu erotomanowi-psychopacie, którego poznała dzień wcześniej. No tak, to ma sens.

17. Daktoa Johson w scenie wywiadu ssie ołówek. Jest to tak głupie, że aż zasługiwało na osobny podpunkt.

18. „50 twarzy Greya” propaguje treści rasistowskie. Jedyny ciemnoskóry aktor w całej ekranizacji, dostaje w ryj od Christiana, tylko za to, że zagadał do Any.

19. „50 twarzy Greya” propaguje treści szowinistyczne. Żadna z występujących kobiet nie wypowiada ani jednej istotnej kwestii. Nie żeby jakiś koleś takową wypowiadał.

20. „50 twarzy Greya” propaguje treści antyfamilijne. Reżyserka sugeruje, że palcówka przy rodzinnym stole podczas niedzielnego obiadku, to dobry pomysł.

21. „50 twarzy Greya” propaguje treści antykatolickie. Nikt nie zmawia pacierza przed posiłkiem.

22. „50 twarzy Greya” propaguje treści antysemickie. Nie ma ani jednego żyda wśród bohaterów.

23. W ścieżce dźwiękowej został zdewastowany utwór Beyonce i Jaya-Z. „Crazy in love” w tym coverze brzmi jak „Ona tańczy dla mnie” w oryginale.

24. Twórcy obrazu nie znają życia. W jednej ze scen twierdzą, że MacBook Apple’a się zepsuł.

25.To film z najbardziej niepodniecającymi scenami erotycznymi w historii kinematografii. Nawet kiedy tytułowy bohater robi minetę studentce, bardziej angażuje Cię rozmyślanie nad wczorajszym obiadem i ciągle zastanawiasz się, kiedy w końcu coś się zacznie dziać.

26. To film kaleczący tematykę sadomasochizmu. Grey klepie Anę szpicrutą po żebrach. Tak, nie po twarzy, nie po cyckach, nie po tyłku. Po żebrach.

27. I w dodatku nie potrafi robić węzłów. Dziewczyna ma tak lekko związane ręce krawatem, że gdyby mocniej pierdnęła sam by jej spadł z nadgarstków.

28. Za bilet do kina musisz zapłacić. A to samo z lepszą fabułą i aktorami masz na PornHubie.

29. Najprawdopodobniej nakręcą kolejną część. A najpewniej nawet dwie.

30.-49. W TYM FILMIE NIC SIĘ NIE DZIEJE! KOMPLETNIE, TOTALNIE, CAŁKOWICIE NIC! N-I-C!

50. Film powstał na podstawie książki „50 twarzy Greya”.

 [/emaillocker]