Close
Close

kurwa mać = motyla noga / pauza na zebranie myśli

chuj by to strzelił = kura by w to nagdakała / to zupełnie nie po mojej myśli

nie pierdol = nie arystotelesuj / nie irytuj mnie mało sensowną wypowiedzią

chujowo = ogórkowo-pistacjowo / całkowicie zniechęcająco

pojebało ich? = opili się soku z gumijagód? / czy ich wypowiedź aby na pewno jest poważna?

ja pierdolę = nabieram ochoty na kubeł lodów / ogarnia mnie bezsilność

w chuj = tyle co wody w Nilu / bardzo dużo

co za kurewstwo = co za urwana zawleczka od Tymbarka / co za niekomfortowa sytuacja

 

***

 

Mógłbym się rozpisać tłumacząc wszystkie kombinacje wulgarnych określeń stosunków płciowych, ale poprzestałem na tych najczęściej używanych, żeby dać Wam zajawkę tego jak ewoluuje moje słownictwo w lutym.

Nie mam nic do przekleństw, jeśli używane są jako emfaza wypowiedzi, aby wzmocnić przekaz, ale gdy zaczynają dominować język, a „kurwy” pojawiają się zamiast przeciwników, to jestem zdecydowanie przeciw. Słowa jakimi się posługujemy i sposób w jakim formujemy myśli, ma bardzo istotny wpływ na nasze życie i na to jak jesteśmy odbierani. Również przez samych siebie. Za przykład niech tu posłuży wspomniane wcześniej na blogu „chciałbym” i „chcę” lub, jeszcze wcześniejsze, „kiedyś”.

Niestety, mam wrażenie, że u mnie od dłuższego czasu są tylko niepotrzebnym wypełniaczem, który bezcelowo przedłuża zdanie, a przez nagminność ich stosowania całkiem spowszedniały, tracąc w moich ustach moc. Co gorsza, wydaje mi się, że tak często ich używam, że upośledziły mi elokwencję i, mimowolnie, zastępuję nimi „normalne” słowa. Nie wiem na ile to moje odrealnione przekonanie, a na ile faktycznie tak jest, ale jeśli ja sam to zauważyłem, to sytuacja musi być poważna. Bardzo źle mi z tym, bo wiem, że przez zubożenie słownictwa, cierpi na tym moje pisanie.

Dlatego ogłaszam odwyk!

Przez miesiąc z moich ust, ani spod mojej klawiatury nie wydobędzie się żaden „chuj”, żadna „kurwa”, ani żadne „pierdolenie”. Ani ich niecenzuralne synonimy. Zero wyrażeń, których nie użyłby w orędziu noworocznym profesor Miodek. Bo z Bralczykiem, to nigdy nie wiadomo. Chcę oczyścić swój język, głowę i życie z wulgaryzmów! Oczywiście, nie na zawsze, bo tak jak wcześniej wspomniałem, w wielu przypadkach są zasadne, ale miesiąc odwyku dobrze mi zrobi.

Domyślam się, że nie będzie to łatwe, bo przeklinanie jest dla mnie tak naturalne i tak mocno zakorzenione, że to mniej więcej tak, jak przestać nosić bokserki i zacząć chodzić w slipach. Wbrew naturze. Przeklinam każdego dnia, w większości sytuacji i w rozmowie z każdym znajomym, więc będę musiał naprawdę mocno się pilnować, żeby nic mi się nie wymknęło. Albo żebym się nie zapomniał w przypływie irytacji, gdy przelew, który miał być przed nowym rokiem wciąż „idzie”.

Już wiem, że to będzie dużo trudniejsze, niż miesiąc wegetariański, ale jak z mięsem dałem radę, to temu też podołam!

Najbardziej ciekawi mnie jaka przemiana językowa i światopoglądowa dokona się w mojej głowie w trakcie tych 30 dni, bo to, że coś się we mnie zmieni jest pewne. Obstawiam, że dużo łatwiej będzie mi przychodziło szukanie synonimów, nie tylko wśród zastępstw do wulgaryzmów, ale ogólnie wszystkich słów, i że w jakimś sensie się wyciszę. Bo nie ukrywajmy, że rzucając „kurwami” człowiek często sam się nakręca i niepotrzebnie emocjonuje. Zakładam też, że nieco zmieni się nastawienie i to jak mnie odbierają inne osoby. Pytanie tylko jak.

Tym razem również prośba do Was – jeśli znacie jakieś triki na oduczenie się przeklinania, poza wypisaniem niewulgarnych synonimów przekleństw, podzielcie się w komentarzach.

Dzięki!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Alvaro Tapia
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Temat stary jak świat, ale jak byłam dzieckiem, to po przekleństwie trzeba było uderzyć się 3 razy w głowę, a potem w ramię, a jak usłyszało się, że ktoś przeklina, to też ileśtam razy. Takie zabawy były. Wyglądało to żenująco, więc siłą rzeczy unikało się przeklinania. Polecam.

  • Pingback: Tu nie będzie przeklinania – dzień pierwszy | Jasna strona życia()

  • Pingback: Miałem nie przeklinać przez 30 dni. Nie dałem rady()

  • Zielona

    Super pomysł. 4 dni temu zaczęłam program „Zero tolerancji dla krzyku… mojego”. Mam dziecko rozrabiakę w domu – trudne, ale możliwe. Para mi czasem uszami idzie, a ogień z pyska, ale się trzymam. I Tobie życzę wytrzymania. Zawsze w trudnych momentach wyobrażam sobie kogoś, kogo szanuję i myślę, że przy tej osobie bym nie krzyknęła na córę. Ale stres jest…

  • Pingback: Wulgaryzmy w życiu codziennym: dialogi o przekleństwach | Nishka()

  • Kasia

    ‚co za urwana zawleczka od Tymbarka’ <3 zawsze.

  • Danuta

    popieram i kibicuje :) podsyłam linka dotyczącego dnia dobrego słowa obchodzonego 13 dnia każdego miesiąca :) http://www.majewska-opielka.pl/dzien-dobrego-slowa-grudzien-2014/
    p.s. czytam Cię od jakiegoś czasu, pierwszy raz komentuję :) pozdrawiam :)

  • zosinek

    Zrób jak rodzice a Ameryce. Za przekleństwa trzeba wyszorować wnętrze buzi mydłem!

  • Luk

    Ja mam taki wewnętrzny hamulce do przeklinania przy kobietach i przy nowo-poznanych osobach. Przy znajomych się nie powstrzymuję, nie ma po co :) Mimo wszystko, powodzenia!

  • Karo

    Pewnego dnia kumpel wpadł na ten sam pomysł. Jego sposobem na nieprzeklinanie było to, że gdy rzucał mięskiem, dostawał od nas po mordzie. Wyglądało to tak:

    Nieprzeklinający: no i kurwa wiesz…
    Chlast po ryju
    N: Kurwa pojebało cię?
    Chlast chlast
    N: no ja pierdole przestań
    Chlast po mordzie
    N: Aaaa kurwa że niby miałem nie przeklinać? Fakt
    Chlast!
    N: kurwa no!
    Chlast!

    Ale Tobie życzę powodzenia!

    • Łouł, mocne, ale podejrzewam, że skuteczne!

  • Babuszka

    najgorzej jak coś ci na nogę spadnie, albo uderzysz się w mały palec o kant łóżka…
    Przyznam szczerze że mnie zaintrygowałeś, chyba sama zrobie sobie taki miesiąc, wstyd żeby kobieta używała takich słów..

  • Wystarcza pobyć trochę w towarzystwie gimbazy i od razu pojawia się refleksja: o ja p…., nie mogę zachowywać się jak 14-latek, który odkrył, że są przekleństwa, co za wiocha. Podobnie działa godzinka w towarzystwie polityków.

  • Niewykonalne. W tylu mailach i przy tylu rozmowach służbowych muszę być kwiatem na tafli jeziora, że bez soczystego przekleństwa od czasu do czasu w wypowiedziach przy piwie nie dałoby się zachować zdrowia psychicznego…
    Ale na codzień wciąż jestem przecież miła ;)

    • Właśnie tego się boję najbardziej, że gdybym na miesiąc wyjechał w góry albo gdziekolwiek, ale nie sprawdzał maila to nie byłoby żadnego problemu, ale „korespondując służbowo” jest prawie tak trudno, jak zepsuć metalową kulkę.

  • Ja właśnie dzisiaj pisałam w pracy o przeklinaniu :) Tylko zdjęcia nie mam na razie, jak wygrzebię cos ze swoich zbiorów to puszczam w eter.
    P.S. Ja ni ch*ja nie zamierzam przestać przeklinać.
    Pozdrawiam

  • benka

    U syna w gimnazjum po interwencji pani od polskiego, coby nie wyzywali się wulgarnymi słowami chłopaki zaczęli wynajdywać zastępcze słowa i mówili do siebie per: łapserdaku, hultaju, huncwocie, nicponiu i szelmo :) Tak się wciągnęli, że zaczęli sami szukać najbardziej wyszukanych określeń :) Popieram!

  • mateusz

    Moim sposobem na nie przeklinanie jest bycie miłym, za każdym razem, gdy mam chęć przeklinać to sobie myślę „nie bądź prostakiem i bądź miły” to się u mnie sprawdza.Gdy będziesz starał się być miły dla innych, to mimo wolnie nie będzie cislo Ci się mięso przez gardło. Ja nie przeklinam…y sklamalbym ale rzadko się zdarza, aczkolwiek mój rekord to ponad rok, później od nowa, i mam nadzieję, że znowu uda mi się tyle nie klnac. Pozdrowki.

  • ulamatylda

    Pewnie nie bez powodu wybrałeś najkrótszy miesiąc w roku ;) Cwaniak!

    • Ej, ej, jest jak byk napisane, że 30 dni, bez taryfy ulgowej!

      • ulamatylda

        Uuu faktycznie. Zwracam honor w takim razie ;)

  • Marcin

    Warto zwrócić uwagę ludziom w otoczeniu, że masz takie postanowienie. Z każde przekleństwo: kara, wymyślona przez nich. Kiedyś przez przeklinanie na żaglach przez cały wyjazd tylko ja zmywałem i czyściłem jacht. Oduczyłem się.
    Warto zmienić ludzi w otoczeniu. Albo i otoczenie.
    Nigdy nie widziałem skuteczności zastępowania przekleństw innymi słowami.

  • Tianzi

    Pojedź na miesiąc do Tybetu, osiągnij zen i wyczyść organizm z samej potrzeby przeklinania. Btw., czy te alternatywne wyrażenia pochodzą z nowoczesnego poradnika dla młodzieży dobrze wychowanej?

    • Nie, z mojej głowy, ale Tybet bardzo poważnie rozważam, tyle, że dopiero w drugiej połowie roku.

  • Powodzenia. Starałem się 3 razy i 3 razy poległem :/

  • Lou

    Właśnie pomyślałam jakby to było gdybym miała nie przeklinać. O jejku, to byłoby bardzo trudne. Ale też spróbuję :)

  • Kiedyś, kiedy byłem nawet młodszy od Ciebie i rodzice wygonili mnie na kolonie nad morze nasze zimne, wpadłem ze współspaczami na pomysł, żeby zamiast dowolnego przeklona mówić „pszczółka”. Kto się wyłamał, wrzucał do kubka kasę, a wieczorem szliśmy za to na piwo (przeklinający nie pił). Pierwszego dnia nikt nie pił i było to najdziwniejsze piwo, na jakim byłem. A potem stwierdziliśmy, że to pszczółkujemy i sztuczne ograniczanie swobody naszej wypowiedzi mamy w pszczółce. I pszczółka.

    • „Kiedyś, kiedy byłem nawet młodszy od Ciebie” – nie kłam, nie ma takich ludzi.

      • Noo, w necie zostało nas kilkoro, ciężko trafić, to i pomylić się łatwo ;)

  • Dominika Szołdrowska

    Zawsze sie zastanawiam jak to jest ze potrafię być w domu i przez miesiąc nie powiedzieć nawet „dupa” a ja wracam do Krakowa to przy każdym zdenerwowaniu bluzgam na prawo i lewo. Ale i tak uważam ze nie jedynie mną tak źle. Kiedyś znajomi sie ze mnie śmiali bo wszelkie przekleństwa wyciszałam: ruszałam ustami bez wydawaniu dźwięku albo wypowiadałam coś w rodzaju KU A. Chyba do tego wrócę.

    • „jak to jest ze potrafię być w domu i przez miesiąc nie powiedzieć nawet „dupa”” – nawet w myślach?

      • Dominika Szołdrowska

        Mogłabym napisać że nawet w myślach nie , ale czy ktoś w to uwierzy ?

        • Filemona

          Tak, podobne ewenementy. :)

  • Razem ze współlokatorką zrobiłyśmy pudełko przedzielone na dwa. I za każde przekleństwo wrzucałyśmy 50gr do swojej połowy pudełka. Na koniec tygodnia, ta która miała mniej – zgarniała całość. Udało nam się wytrwać prawie miesiąc i nadeszła sesja, a wraz z nią dużo niecenzuralnych słów :D

  • Anna Zet

    Janek, bardzo, tak bardzo się cieszę że porwałeś na ten czelendż!
    Myślę sobie, że właśnie uświadomienie sobie jak często rzucamy mięsem, jest jakąś tam kropelką samoświadomości. Ja przeklinam, ale w dziwnych sytuacjach. Za kółkiem- ostoja spokoju, w poczekalni do doktorka- również.
    Epitety zalewają mnie wtedy, kiedy jeden niespodzianie mi się wymsknie,niezależnie w jakiej sytuacji się znajduję. I poszło. Nie z każdym, nie przy każdej rozmowie.Ale zahamować później ten potok jest ciężko.
    Dlatego kiedy przeczytałam, że zrywasz na miecha z kurwami, aż mi się klawiatura zaśmiała z radości. Masz wpływ na ludzi, a swoimi pomysłami przewyższasz nawet elity blogosfery.
    Walcz i wygraj! Trzymam kciuki i nie tylko!

    • Dziękuje, dziękuję, dziękuję!

  • Filemona

    Ja w ogóle nie przeklinam (!), a osoby, które przebywają w moim towarzystwie, robią to bardzo rzadko. Z relacji innych ludzi wiem, że wśród nich moi znajomi nie mają podobnych oporów. Nie wiem, w jaki magiczny sposób to działa, ale może wybierzesz się ze mną na kawę? :)

    • Z kim przestajesz takim się stajesz, także chętnie ;)

      • Filemona

        To zapraszam do stolicy. ;)

  • Triki? Nope, ale towarzystwo mocno robi swoje.
    Wśród przeklinających, częściej ‚samo wchodzi’, wśród tych bardziej ułożonych językowo, lub jeszcze lepiej, brzydzących się takowym słownictwem, przez język przechodzi ciężko, niczym przez dziewczynę Trynkiewicza [trolololo]
    Osobiście klnę tylko w pracy i podczas grania w chcące mnie wykończyć nerwowo gry <3

    • „Triki? Nope, ale towarzystwo mocno robi swoje. ” – czyli tak jak myślałem, będę musiał się przeprowadzić.

  • O, kurczę (zbyt mocno) przypieczone na ruszcie! To się nazywa Mount Everest, dobrze -trzeba wysoko mierzyć. Zwłaszcza jak się jest blogierem, bo słowo to nasze oręże! :) powodzenia!

  • Aleksandra Muszyńska

    O rety. Też by mi się przydało. Dużo by pomogło już samo nieoglądanie i nieczytanie wiadomości :).
    Kiedy ja zauważam,że trochę za mocno rzucam mięskiem, to wyobrażam sobie, że rozmawiam z kimś, na którym bardzo chcę zrobić porządne wrażenie, względnie – że przemawiam na poważnej imprezie w sali pełnej ludzi w błyszczących nowością garniturach – i mi się „wyrywa” jakiś kwiat mowy polskiej.Im mniej przeklinania na co dzień, tym mniejsze ryzyko, że wymsknie mi się w najmniej adekwatnym momencie.

  • Filmowy słoiczek na dolary. Za każdego ch… i każdą k… wrzucasz 2 złocisze (albo i piątaka) i za miesiąc kasę na szczytny cel przeznaczasz (nie dla siebie!)

    • czyżbym znalazł fankę Czarnych Owiec? ;>

      • Niestety. Ale jak uważasz, że Czarne Owce pasują do mojej zajebistej osobowości – przedstaw mnie.

        • jeden koment to za mało, bym nazwał Cię fifarafa (masz @JanFavre:disqus zamiennik do zajebistego ;D), więc nie wiem. Skojarzyło mi się, bo słuchałem ostatnio ich podcastu właśnie z tym motywem.

          • fifarafa (męski odpowiednik kozak) to raczej #przehuj niż zajebisty :D

          • to fifarafka = przecipka. A przechuj = zajebisty. No chyba, że wyższy lvl.

    • Może zadziałać, dzięki. To teraz co uznajemy za szczytny cel – dom dziecka?

      • mało oryginalnie ale… schronisko? karma dla psiaków? Po każdych 20 zł dorzuć spacer z czworonogiem jako dodatkową „karę” dla siebie…
        chociaż wait, w dziwną stronę idzie ta motywacja, żebyś, Janie, nie zaczął więcej przeklinać :)

        • Nie no, żadne zwierzęta, albo dzieciaczki albo… hmm… budżet na spotkanie z czytelnikami?

          • Pomoc nie musi być oryginalna. A piwo nie jest dobrą nagrodą za przeklinanie. Posadź drzewo na plantach?

          • Ja chciałem pójść na herbatę, a tu już o piwie. No ładnie.

    • Alex

      2 zł to sporo… Może lepiej zrobić tak, że po prostu 1zł za każde przekleństwo. W moim przypadku zadziałało, po miesiącu w „skarbcu” jest 100zł!

      • hmm… 3,33 mięsa dziennie, chyba musisz podwyższyć stawkę motywacyjną :)

  • Nosisz bokserki! Uf.
    Wiem, wiem. Nie o tym był ten tekst. Mam nadzieję, że nie opiłeś się soku z gumijagód i dasz radę! :)

  • o fak ;). Trudne wyzwanie jak na dzisiejsze czasy, biorąc pod uwagę fakt, że każdy dziś nadużywa wulgaryzmów jako znaki przystankowe. A właśnie, a „fak” zaliczasz do synonimów, które będziesz używał, czy nie? ;)

    A sposób na oduczenie? Najpierw zaczynaj zmiękczać przekleństwa. Kurtyna, kurza stopa, kupa etc. Może już samo to wyrobi u Ciebie nawyk szukania łagodniejszych zamienników lub w ogóle ich nie używania.

    • ” A właśnie, a „fak” zaliczasz do synonimów, które będziesz używał, czy nie? ” – przekleństwa w obcym języku to wciąż przekleństwa, tak jak pies wnoszony do sklepu na rękach wciąż jest psem.

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #11: [PODTYTUŁ DO WSTAWIENIA]

Skip to entry content

CP112

Z powodu siły wyższej objawiającej się tylko dwudziestoma czterema godzinami w dobie, nie wyrobiłem się z „Przeglądem”, ale nie wyłączajcie odbiorników – znalazłem godne zastępstwo. Dzisiaj gościnny występ w „Cotygodniowym Przeglądzie Internetu” będzie miał Konrad Jurecki z Moja dziewczyna czyta blogi – człowiek, który bez swojej partnerki nie wiedziałby nawet jak nazwać pamiętnik internetowy. Powitajcie go gorącymi brawami i trzymajcie ze mną kciuki, żeby w zestawieniu nie pojawiły się same linki do naturalnych sposobów na sztuczne cycki.

Janek to taki trochę drań, nie kolega. Najpierw każe mi pisać “Cotygodniowy Przegląd Internetu”, a później zabrania pisać mi o naturalnych sposobach na sztuczne cycki, które stanowią mniej więcej ¾ mojego Internetu. Mimo wszystko, jako wyjątkowo porządny facet (i dlatego, że dostanę za to grube bilony), postaram się coś z pozostałej ¼ wygrzebać. Chociaż po odrzuceniu kotów niewiele z tego zostało.

STOP czytaniu: czyli 8 powodów, dla których nie warto sięgać po książki. Kasia Gandor, jedna z najfajniejszych dziewczyn w Internetach, pisze dokładnie o tym, o czym mówi tytuł jej notki. Bez cienia ironii. Nasza strata, że pozbyła się komentarzy setek oburzonych, którzy nie zrozumieli dowcipu.

Życie w XIX wieku: Nishka, jedna z najfajniejszych dziewczyn w Internetach, zabierze was w podróż w przeszłość i udowodni, że bohaterowie Tołstoja i Dostojewskiego też korzystaliby z Facebooka i Instagrama. Słowo, że jest zdecydowanie zabawniej, niż można wnioskować z tytułu.

Przywiąż włosy do sufitu: zaczyna się sesja, spora część z was to studenci, którzy ostatnie pół roku spędzili na typowych dla tej grupy aktywnościach, czyli na wszystkim poza nauką. W przyswajaniu wiedzy z całego semestru w dwie doby pomogą wam chińscy studenci.

 

Wynalazek tygodnia: wirtualna rzeczywistość w służbie pornografii. Nikt nie wmówi mi, że to nie jest ważne. Niech będzie, że w ten sposób odbijam sobie brak naturalnych sposobów na sztuczne cycki.

 

Spot tygodnia: wyobrażacie sobie sytuację, w której instytucja państwowa przygotowuje spot kampanii społeczno-edukacyjnej, zatrudnia do niego rapera i nie wychodzi to przaśnie? Ja też nie. Na szczęście nie musimy sobie tego wyobrażać, bo Narodowe Centrum Kultury właśnie to zrobiło. Z Eldo.

 

Klip tygodnia: miałem tu wstawić naprawdę świetny kawałek, który z pewnością nie spodobałby się Jankowi. Niestety, po jego przemiłej przedmowie musiałem zmienić plany. Nie mogę się nie odwdzięczyć. Ponieważ Janek jest z Krakowa, stolicy Śląska, a na dodatek uwielbia hip-hopy, daję wam najlepszy kawał sztygarowej muzy. Sztigar Bonko to śląskie Cypress Hill, które wydało właśnie nową płytę. Niestety, płyta jest kiepska, więc wrzucam coś z poprzedniej. Stare, więc zamiast Klipu tygodnia jest Wykopalisko tygodnia. To jest śmieszne, bo Kraków jest na Śląsku i wykopuje się tam węgiel.

 

Damska stylówka tygodnia: tu miałem problem, bo mam życie i lepsze rzeczy do roboty niż obczajanie stylówek w Internecie (nie to, co niektórzy). Na szczęście mam też dziewczynę (nie tak, jak niektórzy). Dlatego zarówno męską, jak i damską stylówkę wybrała za mnie ta, bez której “nie wiedziałbym nawet jak nazwać pamiętnik internetowy”. W przeciwieństwie do Janka postawiła na szyk i klasyczną elegancję, wybierając czarną stylizację w wykonaniu Pauli z Beauty.Fashion.Shopping.

Paulakadrowane

 

Męska stylówka tygodnia: bardzo możliwe, że to pierwsza prawdziwie męska stylówka tygodnia. Cytując moją dziewczynę: “Te okulary. Ta broda. Ten zaczes. Ta lina. Ten śnieg.” Model to Pierre François Jacob ubrany przez Mr. Porter.

Porterkadrowane

 

Fanpage tygodnia: nie wiem, jakim cudem Nowe wiersze sławnych poetów otrzymują ten tytuł dopiero w jedenastym przeglądzie. Lepiej późno niż wcale. Na zachętę Bukowski w czasach Facebooka.

 

I tym pięknym lirycznym akcentem kończymy CPI #11. Mam nadzieję, że w jakiś sposób wynagrodziłem wam lenistwo nieobecność Janka. Jeśli bawiliście się równie dobrze jak ja, możecie wyrazić to, dając lajka pod tym tekstem. Tak żeby miał więcej lajków niż poprzednie. A jeśli macie ochotę jeszcze się ze mną spotkać, zapraszam na mojego bloga, który nie ma absolutnie nic wspólnego ze swoją nazwą, i fanpage pełen dialogów, mojej dziewczyny (to ta, która na zdjęciu przegląda Internet na droidzie astromechanicznym) i zdjęć jedzenia.

Stay fly! (nie mam pojęcia, dlaczego Jan nie zrobił z tego swojego catchphrase)

---> SKOMENTUJ

9 sposobów na bycie oryginalną kulinarką

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Chrissi Nerantzi
autorem zdjęcia jest Chrissi Nerantzi

Kilka miesięcy temu pisałem o tym jak być oryginalną szafiarką, bo męczyło mnie to, że wszystkie blogi modowe wyglądają niemal identycznie, a szczytem kreatywności jest dobranie niepasującego t-shirta do dżinsów. Z blogami kulinarnymi jest nie lepiej, a na dobrą sprawę to gorzej.

O ile wszystkie pamiętniki z „fashion” w nazwie były wtórne, ale nie dało się nie zwrócić uwagi na autorkę, o tyle blogi zahaczające o gastronomię są tworami widmo, na których twórcę można znaleźć jedynie w zakładce „o mnie”. Choć i tam nie zawsze. 99% kulinarek zupełnie nie pojawia się na swoim blogu w żadnej formie, a ich treści kompletnie nie różnią od tych z portali z bazą anonimowych przepisów, przez co większość użytkowników trafiając do nich nawet nie wie, że jest na blogu.

Jak to zmienić i być oryginalną blogerką kulinarną? Jest na to kilka całkiem prostych sposobów.

 

Zrób sobie selfie z gotową potrawą

To jest tak proste i oczywiste, że nie mam pojęcia czemu wszyscy tego nie robią.

Jeśli pod koniec każdego przepisu wrzucisz fotę z gotowym daniem i swoją facjatą, to ogarniasz dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze czytelnicy dowiedzą się jak wyglądasz, zapamiętają to i będą Cię kojarzyć i Twojego bloga (a przynajmniej będą mieli pewność, że nie są na jakimś losowym agregacie). Po drugie, to niezły sposób na zaangażowanie czytelników i prowadzenie dwustronnej komunikacji – zrób z tego Waszą wspólną zabawę i zachęcaj ich do tego, żeby w komentarzach wrzucali swoje selfie z efektem gotowania z Twojego przepisu.

 

Podaj zastosowanie przepisu

Też banał, a widziałem ten patent jednocyfrową liczbę razy.

Jestem facetem, niestereotypowym, ale facetem, który nie pochodzi z rodziny wybitnych kucharzy, a mój stary nie jest Gordonem Ramsayem. Nie wiem czy krokodyl z papają, mango i orzechami pekan jest raczej na kolację, czy na obiad, czy może to przystawka. I czy jeśli uznam, że to nadaje się na obiad i zrobię według Twojego przepisu to czy się najem, czy będę musiał ugotować jeszcze 3 inne dania. I czy to dobre na 50-tą rocznicę ślubu, czy raczej jako codziennie nieporuszające nieba i ziemi żarło. A chciałbym wiedzieć.

 

Opowiedz historię dania

Ostatnie nie wymagające głębszej przekminy, a potem lecimy z wariactwami.

Rzadko (w ogóle?) zdarza się, żeby jakaś blogerka przed podaniem przepisu opowiedziała ciekawostki związane z daną potrawą. Skąd pochodzi jej nazwa? Kto ją wymyślił? Jak trafiła do Polski? Która gwiazda hollywoodzka miała po niej zgagę? Czy rośnie od tego penis? Pomijając fakt, że to bardzo cenne informacje, to odróżniają Cię od szarej masy, która w kółko klepie skład i sposób przyrządzenia. I nic poza tym.

 

Gotuj w nietypowych miejscach

Każdy poza bezdomnymi i arabskimi szejkami ma w domu kuchnię (ci drudzy mają ja w osobnym budynku). Ludzie mają w dupie, że pół dnia szorowałaś blat do zdjęć i kupiłaś lampy naświetlające za półtora tysia, żeby Twoja kuchenka gazowa wyglądała jak z katalogu IKEA, bo każdy albo taką ma albo taką widział. Za to dostanie wytrzeszczu oczu, jeśli zrobisz sobie zdjęcia jak przyrządzasz posiłek na Giewoncie albo na plaży na Bali. Albo chociaż na dworcu główny w swoim mieście. Albo na przystanku autobusowym. Nawet gotowanie na dachu bloku zrobi wrażenie. Byle gdzie indziej niż WSZYSCY.

 

Ukierunkuj się na jedną kuchnię

Raz, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego, a dwa, że skupienie się na jednym regionie dużo łatwiej pozwoli Ci osiągnąć rozpoznawalność i zdobyć miano eksperta. Do kogo przyszłabyś po przepis na mistrzowskie burrito do „Ania gotuje i bloguje”, czy „Kulinarny Meksyk”? I kogo z nich byś zapamiętała?

 

Przyjmij kreację

W sensie nie żebyś się ubrała w czystą sukienkę i bolerko, tylko stworzyła swoją kreację blogowo-artystyczną.

Kojarzysz „Wulgarny Poradnik Kulinarny”? Jeśli nie, to zajrzyj do nich, jak tylko skończysz ten akapit. Twórcy przyjęli, że będą używać słów jako przecinków między „kurwami” i rzucają mięsem jak w dobrze prosperującej rzeźni. Ich przepisy noszą takie nazwy jak „gulaszowa spierdolina wykwintności”, „mięsne kajdany gwałtu tarczycy”, czy „pomidorowy gar obfitości budżet level janusz”, a kuchmistrz przygotowujący je każe się tytułować mianem Szefa Kuchni Skurwysyna. I czytelnicy to pokochali!

Nie musisz lecieć do Ameryki Południowej po przyprawy, żeby być oryginalnym i zauważonym. Możesz odkryć schabowego z frytkami po raz stutysięczny trzeci, bylebyś to zrobił w sposób, na który nikt jeszcze nie wpadł. Na przykład przebierając się za średniowiecznego arystokratę i pisząc wszystkie przepisy staropolszczyzną.

 

Oprzyj swojego bloga o motyw z kultury

Post użytkownika Paulina Wnuk.

Tutaj za przykład podam najoryginalniejszą kulinarkę jaka funkcjonuje w naszej blogosferze – Paulinę Wnuk z „From movie to the kitchen”. Jak można wywnioskować z nazwy, Paulina gotuje potrawy, które wcześniej pojawiły się w filmach. Paszteciki dyniowe z „Harry’ego Pottera”, ciasto weselne z „Gry o tron”, czy gulasz jagnięcy z suszonymi śliwkami z „Igrzysk Śmierci”. I mimo, że wykorzystałem 2, góra 3 z jej przepisów, to wchodzę na każdy nowy, bo myśl przewodnia bloga jest tak interesująca, że szkoda mi jakiś pominąć.

Nie namawiam Cię, żebyś teraz założyła „From videogames to the kitchen”, czy „From songs to the kitchen”, ale pomyśl o równie rozległym, a jednak osadzonym w jakimś kontekście temacie. Na przykład „Dania dawnych Habsburgów”, „Fantasy na talerzu” albo „Między Guantanamo a Wronkami – najlepsze przepisy kuchni więziennej”.

 

Stwórz maskotkę bloga

Post użytkownika JasonHunt.

Tak jak Danio ma Małego Głoda, a Orange Serce i Rozum, Ty u siebie na blogu też możesz mieć bohatera marki, który będzie Ci pomagał/przeszkadzał w gotowaniu albo testował gotowe dania. To może być fikcyjna postać, Twoja świnka morska, kot albo nawet mąż, byleby był osadzony w jakimś kontekście nawiązującym do tego co robisz. Jeśli u Tomka Tomczyka jamnik zwany Piesią robi furorę jedząc czekoladki, dlaczego u Ciebie miałoby to nie zadziałać i nie być znakiem rozpoznawczym Twojego bloga? Na przykład z kuchnią francuską i pudelkiem, który będzie oceniał potrawy?

 

Bądź facetem

Operacja zmiany płci może trochę kosztować, ale opłaci się, bo popularnych blogerów kulinarnych można policzyć na palcach połowy ręki.

---> SKOMENTUJ