Close
Close

Co mężczyźni cenią w kobietach poza cyckami?

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Nathalie Babineau-Griffiths
autorem zdjęcia jest Nathalie Babineau-Griffiths

Podobno jeden obraz wyraża więcej, niż 1000 słów, a jedna róża więcej niż 3 epitety związane z figurą. W związku z tym, że większość facetów jednak nie ma czarnego pasa w oratorstwie, przyjęło się, że zamiast szukać elokwentnych synonimów „masz czym oddychać”, daje się różę. Na szczęście nie wszyscy faceci postrzegają kobiety tak przedmiotowo i niektórzy wiedzą, że oprócz niezłych cycków mają też inne zalety. Choćby przeciwstawny kciuk w dłoni, który pozwala im mistrzowsko operować rurą od odkurzacza, czy wrodzone zamiłowanie do mycia talerzy na czas.

Zadałem sobie trud, by dotrzeć do tych kilku facetów w Polsce, którzy widzą w kobietach coś więcej, niż stelaż na piersi i spytałem za co je cenią.

 

Kuba z KubaShowTV

Cenię je za to, że są mądrzejsze od nas i wydały na świat Kopernika.

Cenię je za to, że są jednocześnie szyją i głową, które same sobą kręcą.

Cenię je za to, że są lepsze od mężczyzn nawet w tym, że przystosowały swoje ciała do posiadania cellulitu, a mężczyźni go nie mają, bo nie potrafią.

 

Maciej z Troyann.pl

Co poza cyckami? Nogi, nogi, i jeszcze raz nogi. Po pierwsze, mogą być ładne. Po drugie, mogą zostać wykorzystane do udania się do lodówki po piwo. A po trzecie, mają bardzo ciekawe zakończenie z obu stron.

 

Wojtek z Facebooka

Po za cyckami?

Że jak się złoszczą to się słodko rumienią i wyglądają wtedy przepięknie… zwłaszcza wtedy gdy są czerwone i rozczochrane po rozpieprzaniu połowy mieszkania, zestawu drogiej porcelany i Twoich koszul – bo mają ZŁY DZIEŃ.

Że jak ubiorą męską koszulę i paradują Ci tak po mieszkaniu o 9 rano, to możesz wtedy się na nowo w niej zakochać… no chyba, że udekoruje Ci tę białą koszulę czipsami albo winem.

Że noszą przy sobie zawsze wygodną poduszkę (a, sorry, miało nie być o cyckach).

I w końcu, że gdy zmęczony i wkurzony przychodzisz z pracy, to widzisz tą jedyną, uśmiechniętą i pachnącą w TEN sposób, to nagle wszystko z Ciebie schodzi. Przytulasz się i delikatnie szepczesz jej do ucha: zrób obiadek, szybciutko, ja będę tam gdzie zawsze, a potem przez ramię dodasz: przynieś piwo. A gdy już usiądziesz, włączysz swój ulubiony program ”Rolnik szuka żony”, wykrzykniesz: ALE ZIMNE!

Tak. Kocham kobiety.

 

Żorż z StreetFoodPolska.pl

Cytując klasykę „kobietki są takie przyjemnie mientkie”. A poza tym cenię je za wywalczenie równouprawnienia. Dzięki temu, że poszły do pracy, mężczyźni mają więcej czasu na gotowanie i spędzanie czasu z kumplami.

 

Jakub z PijaruKoksu.pl

Granie w gry i to, że nie zrzędzi nad głową, gdy marnujesz czas przed konsolą. Dodatkowym plusem jest jeśli pozwala Ci wyjść się napić z kumplami, a gdy wracasz dzwoni, żebyś kupił piwo, bo nie będzie przecież serialu na sucho oglądać.

 

Wojtek z Twittera

To nieprawda, że faceci cenią w kobietach tylko cycki. Ja uważam, że najcenniejsze w kobiecie jest to, że wie kiedy milczeć. To bardzo rzadka umiejętność i trudno ją zaobserwować w miejskiej dżungli, ba, a nawet trudniej w internecie, gdzie milczenie staje się nowym „nie, nic się nie stało”, które przeradza się po chwili w „zmarnowałeś mi 3 minuty życia, pakuj swoje wirtualne walizki i won z mojego Facebooka”.

Jednak kiedy facet usłyszy ten łagodzący uszy brak dźwięku i zrozumie, że nie wynika on z tego, że siedzi sam w domu – niech przykuwa szybko płeć piękną do kuchni, żeby nigdzie nie uciekła.

Co nie oznacza też, że idealna kobieta nie ma wydawać z siebie żadnych dźwięków – bez przesady. W odpowiednich momentach powinna też umieć jęczeć.

Zatem wydawanie odpowiednich, lub żadnych dźwięków w dostosowanym do sytuacji czasie jest bardzo ważną cechą każdej kobiety.

 

Maciek z WapniakTV

Doceniam siłę i wytrzymałość barków i przedramienia na których noszą swoje torby wypełnione po brzegi niepotrzebnym sprzętem.

 

Michał z Michal-Gorecki.pl

Jest coś poza cyckami?!

 

***

 

Tak że tego, najlepszego, a normalny tekst dniokobietowy znajdziecie tutaj.

(niżej jest kolejny tekst)

38
Dodaj komentarz

avatar
15 Comment threads
23 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
21 Comment authors
Ewelina ZalejskaUla BachórzAgata LipiecTaidka PolandJakub_Proszynski Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Urszula
Gość

Czuję się teraz taka doceniona… :)

Maciej Trojanowicz
Gość

Pokaż nogi, docenię jeszcze mocniej.

#doceniałbym

Urszula
Gość

/ /
/ /
@_ _@

czy coś…
Doceń, bo się starałam (!)

Pees. To nogi z kapciuchami…

Urszula
Gość

ej, źle to wygląda po opublikowaniu. Żałuję, bo takie niezłe były w podglądzie… :(

Maciej Trojanowicz
Gość

Nie martw się, z takimi szynami nie powinnaś mieć żadnych problemów.

Urszula
Gość

Nie mam. ;)

Zdzislaw
Gość

A po trzecie, mają bardzo ciekawe zakończenie z obu stron. <3
Mimo, że nie jestem fanem stóp to bardzo mi się spodobał tekst.
You made my day bro.

Maciej Trojanowicz
Gość

Do usług.

Konrad
Gość

O, spoko, zapomniałem wysłać :D

Jan Favre
Gość

Tak można na Ciebie liczyć :(

Konrad
Gość

Nie podałeś dedlajnu. Ja bez dedlajnu nie pracuję.
Ale przepraszam. Składam wniosek o zgodę na samoukaranie.

Jan Favre
Gość

Ty składasz wniosek, a kobietom jest przykro. Ogarnij się.

Joanna Pachla
Gość

o, ja tu muszę stanąć w obronie Konrada – Konrad jest bardzo fajny, bo powiedział, że mnie z Tobą wyswata!

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

„…przystosowały swoje ciała do posiadania cellulitu, a mężczyźni go nie mają, bo nie potrafią”. Ulubione :D.

Dlaczego mężczyźni nie mają celulitu?Bo jest brzydki *-*.

Tianzi
Gość
Tianzi

A na volantification piszą, że atrakcyjność to podkreślanie różnic między płciami :(

Ania Myszkowska
Gość

Się zgadzam! Zwłaszcza różnic fizycznych. Bo psychiczne podobieństwa czasem są mile widziane ;)

Ida
Gość
Ida

Kopernik była kobietą, Jankowski!!!!1

Jan Favre
Gość

Jan Maria Rokita też.

Justyna
Gość
Justyna

A ja jestem rozczarowana. Większość z wypowiadających się Panów próbowała być zabawna i tyle z tego wyszło, że poszli za „internetową modą”, gdzie mówi się, że kobieta jest fajna, bo ma cycki, a jest już w ogóle super, kiedy siedzi w kuchni/gra w gry, albo chociaż pozwala na to swojemu mężczyźnie. Ważne też, żeby piła piwo. Byle nie za dużo, żeby dla faceta zostało… Te teksty o kobietach przykutych łańcuchem do kuchni są już nudne.

Jakub_Proszynski
Gość
Jakub_Proszynski

Ale ja lubię to, że moja narzeczona chce ze mną grać na konsoli. :(

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #16: gluten, Kevin Spacey i mądrości zakochanych

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 16

Zeszły tydzień krążył wokół takich słów kluczy jak „dzieci”, „rodzicielstwo” i „tacierzyństwo”, a przez bloga przelała się fala dyskusji związanych z planowaniem, zakładaniem i życiem w rodzinie. Zupełnie się tego nie spodziewałem i muszę przyznać, że to zamieszanie otworzyło mi oczy na kilka spraw, na które wcześniej nie zwracałem uwagi, ale o tym w kolejnych wpisach. Póki co, sprawdźcie co działo się w innych kwestiach w tym tygodniu.

Bezglutenowe muzeum: najbardziej znane obrazy, zdjęcia i sceny z filmów przerobione na wersje z usuniętymi produktami z glutenu. Beka wyższych lotów.

21 powodów dla których nie warto odwiedzać Polski: faktycznie sama kiła i mogiła, obcokrajowcy nie mają czego szukać w naszym kraju.

Restauracje z filmów w rzeczywistości: nietypowy i świetny pomysł na relację z Nowego Jorku. Karolina w trakcie pobytu w NYC odwiedziła, sfotografowała i opisała knajpy, które można było zobaczyć w „Spidermanie”, „Kiedy Harry poznał Sally”, „Foreście Gumpie”, czy „Seksie w wielkim mieście”.

11 kłamstw na temat pieniędzy: świetne rozłożenie na czynniki pierwsze głupich powiedzeń związanych z zarabianiem. Warto przeczytać, żeby zweryfikować swoje poglądy i nastawienie do życia, bo zasobność portfela to nie dzieło przypadku.

Bycie mężem i ojcem to bycie ofiarą? Michał Górecki udowadnia, że wręcz przeciwnie. Pokazuje, że łączenie obowiązków zawodowych z wychowawczymi i pracowanie nad związkiem pozwala mu się czuć zwycięzcą, a nie przegranym.

Kevin Spacey jest asem! I to nie tylko jako Frank Underwood, ale jako każdy inny amerykański celebryta! Brawa, brawa, brawa!

Post użytkownika Angel Hill.

 

Klip tygodnia: pamięta ktoś jeszcze duet Mesa z Blefem i ich legal „Fach”? Ja do Flexxipu wracam regularnie wciąż z tą samą podjarką, więc gdy dowiedziałem się, że jeden z ich popisowych numerów będzie rekonstruowany w wersji nierapowej, byłem mega ciekaw co z tego wyjdzie. I wyszło bardzo przyzwoicie mimo, że w okrojonej tekstowo wersji.

 

Fanpage tygodnia: zakochanie to podobno stany, w którym mózg pracuje w ten sam sposób co po zażyciu narkotyków. Dzisiejszy wyróżniony profil udowadnia, że faktycznie tak jest. Irracjonalny emocjonalny i dosłowny ekshibicjonizm, przyprawiające o drgawki błędy gramatyczne i ortograficzne, i wyznania zrozumiałe tylko po spożyciu LSD. To wszystko znajdziecie na „Mądrości zakochanych”.

 

Bloger na głównym zdjęciu: znów facet i tym razem mój dobry kumpel – Maciek „Trojan” Trojanowicz prowadzący bloga o zaskakującej nazwie Troyann.pl. Oprócz tego, że jest polskim ambasadorem marki prezerwatyw brzmiącej tak samo jak jego ksywa, zdarza mu się też pisać o technologiach i muzyce. Co prawda głównie o techno, ale jego tekst o festiwalach przyda się każdemu, kto lubi koncerty w plenerze.

Z ogłoszeń parafialnych nie mam tym razem nic specjalnego, także standardowo możecie wrzucać w komentarzach poniżej albo podsyłać na maila fotki z Waszą twarzą i lupą do kolejnego „Przeglądu”. Dożywotnia sława i zaindeksowanie w Googlach gwarantowane.

Miałem nie przeklinać przez 30 dni. Nie dałem rady

Skip to entry content

Przez cały luty i 3 dni marca miałem miesiąc bez przeklinania. Równe 30 dni bez ani jednej „kurwy”, „chuja”, czy „ja pierdolę”. To znaczy, takie było założenie, bo jak już wiecie z nagłówka, nie podołałem zadaniu. Nawyk rzucania mięsem okazał się silniejszy niż silna wola, publiczne zobowiązanie się do nierobienia tego i karteczki z instrukcją „nie klnij!”. Szczerze mówiąc, już przed ogłoszeniem akcji wiedziałem, że to będzie trudne do realizacji, ale nie spodziewałem się, że trudniejsze, niż miesiąc bez mięsa. A jednak.

Przejdźmy do konkretów.

 

Jak przebiegało te 30 dni?

Zasadniczo już pierwszego dnia wiedziałem, że akcja zakończy się niepowodzeniem, bo z moich ust wypłynęło aż 8 przekleństw. Później tendencja była zdecydowanie spadkowa, zacząłem wypracowywać odpowiednie nawyki i dziewiątego dnia udało mi się zejść do zera. Wtedy myślałem nawet, że może przedłużę eksperyment i od tego momentu będę liczył 30 dni, ale niestety okres czystości językowej wciąż był przerywany pojedynczym przekleństwem i w końcu doszło do mnie, że to praktycznie niemożliwe.

Nigdy nie miałem problemu z alkoholem, narkotykami, czy nikotyną, ale po przeczytaniu kilkunastu książek poruszających tematykę uzależnień, zaryzykuję stwierdzenie, że przywiązanie do wulgaryzmów jest równie silne co do papierosów. Jeśli nie silniejsze. Tak jak w przypadku zrywania z nałogiem potrzeba naprawdę wiele czasu i pracy, żeby wyeliminować używkę ze swojego życia, tak samo jest z przekleństwami. Przy czym, też wysnuję tezę, w przypadku słownictwa poziom trudności jest zawieszony pod samym sufitem, bo trzeba przepracować więcej sytuacji, w których te niecenzuralne zwrotu padają.

Innymi słowy, przez ten miesiąc czułem się jak nałogowy palacz na hiper restrykcyjnym odwyku. Nic miłego.

 

W jakich momentach wymiękałem i bluzgałem?

Po wyeliminowaniu przecinków w postaci synonimów prostytutki i oduczenia się określania każdej osoby, robiącej coś nie po mojej myśli, odpowiednio męskim, bądź żeńskim narządem rozrodczym, zostały tylko zdarzenia nieregularne. I o ile nie miałem trudności z wyrzuceniem z codziennej komunikacji i z utartych zwrotów wszelkich odmian stosunku płciowego, o tyle z sytuacjami incydentalnymi był już poważny problem.

W dniu, w którym liczyłem, że po raz pierwszy będę miał zero na liczniku, przechodząc przez pasy, obładowany zakupami, koleś w Jeepie prawie mnie potrącił, przejeżdżając z takim impetem, że kilkumetrowa kałuża będąca przede mną, nagle znalazła się na mnie. Zanim zdążyłem się zastanowić, co się stało, z automatu w jego kierunku poleciała salwa sformułowań jakimi Linda operował w „Psach”. Kiedy uzmysłowiłem sobie co zrobiłem, wściekłem się jeszcze bardziej i na odchodne poleciało kolejne słowo, które w TVP1 zostałoby wypikane.

Takich sytuacji było więcej. Zdarzały się co 4-5 dni, i mimo, że starałem się z nim walczyć, próbując zawczasu się na nie przygotować i przewidzieć, co mogłoby we mnie odpalić te pokłady kurew, to po którejś z kolei zdałem sobie sprawę, że zmiana mechanizmów myślowych odpowiedzialnych za to, zajmie mi kilka, jeśli nie kilkanaście, miesięcy. Po prostu zbyt długo wypracowywałem takie nawyki, żeby ot tak dało się ich pozbyć w tydzień, czy dwa.

Reasumując, nie potrafiłem wyeliminować wulgaryzmów ze zdarzeń, których nie byłem w stanie przewidzieć. Gdy działo się coś niespodziewanego i negatywnego, niemal odruchowo reagowałem zwrotem „kurwa mać”, bądź „ja pierdolę”. Co jest bardzo smutne i sporo dało mi do myślenia.

 

Jak reagowali na mnie inni ludzie?

Cześć moich znajomych wiedziała o wyzwaniu, z racji, że też czytają bloga, a część dowiedziała się przy okazji spotkania. Natomiast nowo poznanych ludzi uświadamiałem tylko w sytuacji, gdy rozmawialiśmy o czymś co wymagało użycia przekleństwa – na przykład filmie „Polskie Gówno” – a nie chciałem tego robić, więc mówiłem, że „nie mogę użyć tego sformułowania, bo mam miesiąc bez przekleństw”.

Szczerze mówiąc, wzbudzało to dużo mniejsze zainteresowanie niż poprzedni, wegetariański eksperyment. Ludzie dużo bardziej dziwili się, że nie będę jeść mięsa z własnej woli, niż że nie będę kląć.

Pomijając kwestię samego podejścia do sprawy, to w trakcie wspólnego przebywania moja czystość językowa zaczęła się udzielać innym. Osoby, które bluzgały bardziej niż Barbara Kwarc nagle zaczynały się stopować i ograniczać. I to nie pod wpływem mojej prośby, czy sugestii, ale jakoś odruchowo same z siebie i to zanim powiedziałem im o wyzwaniu. Logicznie rzecz ujmując, było to do przewidzenia, ale mimo, to, gdy jesteś świadkiem jak osoba kurwująca jakby miała zespół Tourette’a, ni z tego ni z owego przestaje to robić, na tyle, że jej nie poznajesz, to jest to zaskakujące.

Reakcja otoczenia na mnie dowodzi tego, że powiedzenie „z kim przestajesz, takim się stajesz” jest jak najbardziej prawdziwe.

 

Co mi dało to pilnowanie języka?

Pomysł „miesiąca bez przeklinania” chciałem zrealizować głównie po to, żeby zrekonstruować słownictwo, które coraz częściej było zastępowane przez wulgaryzmy, a może i je nawet poszerzyć. I mimo, że celu 30 dni cenzuralności nie osiągnąłem, to efekt jest taki jak zakładałem.

Przez pierwszy tydzień walczyłem z tym, żeby zatrzymać usta w bezruchu, gdy chciało się z nich wydobyć jakieś „spierdalaj”, czy „chyba cię pojebało”. Przez kolejny tydzień zamiast rzucać „co za chujnia”, czy „ale gówno” mówiłem „powiedziałbym ci co o tym sądzę, ale mam miesiąc bez przeklinania”. I dopiero w okolicach trzeciego tygodnia zacząłem szukać synonimów. Zabawnych, głupkowatych, przerysowanych, jakichkolwiek. Byleby nie zastępować przekleństwa ciszą, a znaleźć mu jakiś zamiennik, który będę mógł wykorzystywać również po zakończeniu eksperymentu.

Jeśli bym wszystkie „chuje” i „kurwy” po prostu zamieniał na milczenie, to cała akcja nic bym mi nie dała. Nie stałbym się ani ciut bardziej elokwentny, a zaraz po zakończeniu akcji wróciłbym do przeklinania. A tak, i wróciłem do nierynsztokowego formułowania myśli w codziennej komunikacji, i znalazłem tuziny zastępstw do wszelkich prąci i wagin, i stworzyłem drugie tyle neologizmów mocno pobudzając wyobraźnię. Co w przypadku mojej pracy jest korzyścią nie do przecenienia.

Pilnowanie słownictwa jakim operuję, pozwoliło mi także nieco się wyciszyć. Przez trzymanie języka na wodzy w chwilach zdenerwowania, napięcie mijało dużo szybciej, niż wcześniej i zasadniczo stałem się trochę spokojniejszy. Nie żebym wcześniej był jakimś wulkanem żółci, ale zdarzało mi dawać ponieść i w przypływie fali złości popłynąć ciut za daleko. Albo ciut dalej niż ciut. Przez te 30 dni nie zdarzyło się to ani razu.

Ze zmian wewnętrznych, również zacząłem inaczej postrzegać osoby miotające bluzgami. I nie mówię tu o typach pokroju Bonusa BGC, ale o normalnych ludziach, którzy czasem rzucą jakąś wronę z filmiku Abstrachujów. Nagle zaczęło być to dla mnie nienormalne i piec mnie w uszy jak czarna tapicerka w środku lata. Coś, na co wcześniej kompletnie nie zwracałem uwagi, stało się widoczne jak plamy z barszczu na białym obrusie. Nie spodziewałbym się, ale, mimowolnie, osoby używające wulgaryzmów zaczęły być dla mnie nieco prostackie.

 

Czy warto zrobić sobie taką słowną odtrutkę?

Nawet nie będę próbował się oszukiwać wmawiając sobie, że ten detoks zostanie mi na zawsze i brzydko na kupę będę mówił tylko raz w tygodniu. Doskonale wiem, że za kilka dni słowa, których próbowałem się pozbyć znów zawitają do mojego słownika. Z pewnością nie w takim natężeniu i nie z taką częstotliwością, ale jednak. Głównie dlatego, że przy pisaniu lubię dla smaku i emfazy wrzucić jakąś „kurwę”. Mimo to, uważam, że akcja jak najbardziej miała sens i, tak jak w przypadku nie jedzenia mięsa, polecam ją każdemu.

Po pierwsze, tak jak przy używkach, jeśli coś odstawisz na tyle by się oczyścić i wrócisz do tego, to kopie mocniej. Gdy teraz znów będę przeklinał, słowa te będą miały większą moc i zasadniej będą użyte.

Po drugie, tak jak pisałem wcześniej, moje słownictwo i odżyło i się wzbogaciło. Ktoś kto zajmuje się pisaniem na co dzień, powinien taki odwyki robić sobie regularnie, co też sam zamierzam.

Po trzecie, to świetna lekcja samoobserwacji i nabierania samoświadomości. Moment kiedy mimowolnie wypowiadasz „chuj by to strzelił” i obserwujesz z perspektywy trzeciej osoby – bo przecież kodowałeś sobie w głowie, że nie przeklinasz – jak te słowa wydobywają się z Twojej krtani, jest przepiękny. Chwila, w której uświadamiasz sobie jak głęboko masz zakorzenione niektóre mechanizmy i jak wielką siłę ma nawyk, jest cenniejsza niż kursy rozwojowe połowy polskich coachów.

Po czwarte, samokontrola i silna wolna. Warto ją trenować, nawet gdy ponosisz porażkę, bo to tak jak z mięśniami – rosną tylko podczas wysiłku. A panowanie nad sobą przydaje się w każdym aspekcie życia. W każdym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mr. Fibble