Close
Close

Co mężczyźni cenią w kobietach poza cyckami?

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Nathalie Babineau-Griffiths
autorem zdjęcia jest Nathalie Babineau-Griffiths

Podobno jeden obraz wyraża więcej, niż 1000 słów, a jedna róża więcej niż 3 epitety związane z figurą. W związku z tym, że większość facetów jednak nie ma czarnego pasa w oratorstwie, przyjęło się, że zamiast szukać elokwentnych synonimów „masz czym oddychać”, daje się różę. Na szczęście nie wszyscy faceci postrzegają kobiety tak przedmiotowo i niektórzy wiedzą, że oprócz niezłych cycków mają też inne zalety. Choćby przeciwstawny kciuk w dłoni, który pozwala im mistrzowsko operować rurą od odkurzacza, czy wrodzone zamiłowanie do mycia talerzy na czas.

Zadałem sobie trud, by dotrzeć do tych kilku facetów w Polsce, którzy widzą w kobietach coś więcej, niż stelaż na piersi i spytałem za co je cenią.

 

Kuba z KubaShowTV

Cenię je za to, że są mądrzejsze od nas i wydały na świat Kopernika.

Cenię je za to, że są jednocześnie szyją i głową, które same sobą kręcą.

Cenię je za to, że są lepsze od mężczyzn nawet w tym, że przystosowały swoje ciała do posiadania cellulitu, a mężczyźni go nie mają, bo nie potrafią.

 

Maciej z Troyann.pl

Co poza cyckami? Nogi, nogi, i jeszcze raz nogi. Po pierwsze, mogą być ładne. Po drugie, mogą zostać wykorzystane do udania się do lodówki po piwo. A po trzecie, mają bardzo ciekawe zakończenie z obu stron.

 

Wojtek z Facebooka

Po za cyckami?

Że jak się złoszczą to się słodko rumienią i wyglądają wtedy przepięknie… zwłaszcza wtedy gdy są czerwone i rozczochrane po rozpieprzaniu połowy mieszkania, zestawu drogiej porcelany i Twoich koszul – bo mają ZŁY DZIEŃ.

Że jak ubiorą męską koszulę i paradują Ci tak po mieszkaniu o 9 rano, to możesz wtedy się na nowo w niej zakochać… no chyba, że udekoruje Ci tę białą koszulę czipsami albo winem.

Że noszą przy sobie zawsze wygodną poduszkę (a, sorry, miało nie być o cyckach).

I w końcu, że gdy zmęczony i wkurzony przychodzisz z pracy, to widzisz tą jedyną, uśmiechniętą i pachnącą w TEN sposób, to nagle wszystko z Ciebie schodzi. Przytulasz się i delikatnie szepczesz jej do ucha: zrób obiadek, szybciutko, ja będę tam gdzie zawsze, a potem przez ramię dodasz: przynieś piwo. A gdy już usiądziesz, włączysz swój ulubiony program ”Rolnik szuka żony”, wykrzykniesz: ALE ZIMNE!

Tak. Kocham kobiety.

 

Żorż z StreetFoodPolska.pl

Cytując klasykę „kobietki są takie przyjemnie mientkie”. A poza tym cenię je za wywalczenie równouprawnienia. Dzięki temu, że poszły do pracy, mężczyźni mają więcej czasu na gotowanie i spędzanie czasu z kumplami.

 

Jakub z PijaruKoksu.pl

Granie w gry i to, że nie zrzędzi nad głową, gdy marnujesz czas przed konsolą. Dodatkowym plusem jest jeśli pozwala Ci wyjść się napić z kumplami, a gdy wracasz dzwoni, żebyś kupił piwo, bo nie będzie przecież serialu na sucho oglądać.

 

Wojtek z Twittera

To nieprawda, że faceci cenią w kobietach tylko cycki. Ja uważam, że najcenniejsze w kobiecie jest to, że wie kiedy milczeć. To bardzo rzadka umiejętność i trudno ją zaobserwować w miejskiej dżungli, ba, a nawet trudniej w internecie, gdzie milczenie staje się nowym „nie, nic się nie stało”, które przeradza się po chwili w „zmarnowałeś mi 3 minuty życia, pakuj swoje wirtualne walizki i won z mojego Facebooka”.

Jednak kiedy facet usłyszy ten łagodzący uszy brak dźwięku i zrozumie, że nie wynika on z tego, że siedzi sam w domu – niech przykuwa szybko płeć piękną do kuchni, żeby nigdzie nie uciekła.

Co nie oznacza też, że idealna kobieta nie ma wydawać z siebie żadnych dźwięków – bez przesady. W odpowiednich momentach powinna też umieć jęczeć.

Zatem wydawanie odpowiednich, lub żadnych dźwięków w dostosowanym do sytuacji czasie jest bardzo ważną cechą każdej kobiety.

 

Maciek z WapniakTV

Doceniam siłę i wytrzymałość barków i przedramienia na których noszą swoje torby wypełnione po brzegi niepotrzebnym sprzętem.

 

Michał z Michal-Gorecki.pl

Jest coś poza cyckami?!

 

***

 

Tak że tego, najlepszego, a normalny tekst dniokobietowy znajdziecie tutaj.

(niżej jest kolejny tekst)

38
Dodaj komentarz

avatar
15 Comment threads
23 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
21 Comment authors
Ewelina ZalejskaUla BachórzAgata LipiecTaidka PolandJakub_Proszynski Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Urszula
Gość

Czuję się teraz taka doceniona… :)

Maciej Trojanowicz
Gość

Pokaż nogi, docenię jeszcze mocniej.

#doceniałbym

Urszula
Gość

/ /
/ /
@_ _@

czy coś…
Doceń, bo się starałam (!)

Pees. To nogi z kapciuchami…

Urszula
Gość

ej, źle to wygląda po opublikowaniu. Żałuję, bo takie niezłe były w podglądzie… :(

Maciej Trojanowicz
Gość

Nie martw się, z takimi szynami nie powinnaś mieć żadnych problemów.

Urszula
Gość

Nie mam. ;)

Zdzislaw
Gość

A po trzecie, mają bardzo ciekawe zakończenie z obu stron. <3
Mimo, że nie jestem fanem stóp to bardzo mi się spodobał tekst.
You made my day bro.

Maciej Trojanowicz
Gość

Do usług.

Konrad
Gość

O, spoko, zapomniałem wysłać :D

Jan Favre
Gość

Tak można na Ciebie liczyć :(

Konrad
Gość

Nie podałeś dedlajnu. Ja bez dedlajnu nie pracuję.
Ale przepraszam. Składam wniosek o zgodę na samoukaranie.

Jan Favre
Gość

Ty składasz wniosek, a kobietom jest przykro. Ogarnij się.

Joanna Pachla
Gość

o, ja tu muszę stanąć w obronie Konrada – Konrad jest bardzo fajny, bo powiedział, że mnie z Tobą wyswata!

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

„…przystosowały swoje ciała do posiadania cellulitu, a mężczyźni go nie mają, bo nie potrafią”. Ulubione :D.

Dlaczego mężczyźni nie mają celulitu?Bo jest brzydki *-*.

Tianzi
Gość
Tianzi

A na volantification piszą, że atrakcyjność to podkreślanie różnic między płciami :(

Ania Myszkowska
Gość

Się zgadzam! Zwłaszcza różnic fizycznych. Bo psychiczne podobieństwa czasem są mile widziane ;)

Ida
Gość
Ida

Kopernik była kobietą, Jankowski!!!!1

Jan Favre
Gość

Jan Maria Rokita też.

Justyna
Gość
Justyna

A ja jestem rozczarowana. Większość z wypowiadających się Panów próbowała być zabawna i tyle z tego wyszło, że poszli za „internetową modą”, gdzie mówi się, że kobieta jest fajna, bo ma cycki, a jest już w ogóle super, kiedy siedzi w kuchni/gra w gry, albo chociaż pozwala na to swojemu mężczyźnie. Ważne też, żeby piła piwo. Byle nie za dużo, żeby dla faceta zostało… Te teksty o kobietach przykutych łańcuchem do kuchni są już nudne.

Jakub_Proszynski
Gość
Jakub_Proszynski

Ale ja lubię to, że moja narzeczona chce ze mną grać na konsoli. :(

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #16: gluten, Kevin Spacey i mądrości zakochanych

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 16

Zeszły tydzień krążył wokół takich słów kluczy jak „dzieci”, „rodzicielstwo” i „tacierzyństwo”, a przez bloga przelała się fala dyskusji związanych z planowaniem, zakładaniem i życiem w rodzinie. Zupełnie się tego nie spodziewałem i muszę przyznać, że to zamieszanie otworzyło mi oczy na kilka spraw, na które wcześniej nie zwracałem uwagi, ale o tym w kolejnych wpisach. Póki co, sprawdźcie co działo się w innych kwestiach w tym tygodniu.

Bezglutenowe muzeum: najbardziej znane obrazy, zdjęcia i sceny z filmów przerobione na wersje z usuniętymi produktami z glutenu. Beka wyższych lotów.

21 powodów dla których nie warto odwiedzać Polski: faktycznie sama kiła i mogiła, obcokrajowcy nie mają czego szukać w naszym kraju.

Restauracje z filmów w rzeczywistości: nietypowy i świetny pomysł na relację z Nowego Jorku. Karolina w trakcie pobytu w NYC odwiedziła, sfotografowała i opisała knajpy, które można było zobaczyć w „Spidermanie”, „Kiedy Harry poznał Sally”, „Foreście Gumpie”, czy „Seksie w wielkim mieście”.

11 kłamstw na temat pieniędzy: świetne rozłożenie na czynniki pierwsze głupich powiedzeń związanych z zarabianiem. Warto przeczytać, żeby zweryfikować swoje poglądy i nastawienie do życia, bo zasobność portfela to nie dzieło przypadku.

Bycie mężem i ojcem to bycie ofiarą? Michał Górecki udowadnia, że wręcz przeciwnie. Pokazuje, że łączenie obowiązków zawodowych z wychowawczymi i pracowanie nad związkiem pozwala mu się czuć zwycięzcą, a nie przegranym.

Kevin Spacey jest asem! I to nie tylko jako Frank Underwood, ale jako każdy inny amerykański celebryta! Brawa, brawa, brawa!

Post użytkownika Angel Hill.

 

Klip tygodnia: pamięta ktoś jeszcze duet Mesa z Blefem i ich legal „Fach”? Ja do Flexxipu wracam regularnie wciąż z tą samą podjarką, więc gdy dowiedziałem się, że jeden z ich popisowych numerów będzie rekonstruowany w wersji nierapowej, byłem mega ciekaw co z tego wyjdzie. I wyszło bardzo przyzwoicie mimo, że w okrojonej tekstowo wersji.

 

Fanpage tygodnia: zakochanie to podobno stany, w którym mózg pracuje w ten sam sposób co po zażyciu narkotyków. Dzisiejszy wyróżniony profil udowadnia, że faktycznie tak jest. Irracjonalny emocjonalny i dosłowny ekshibicjonizm, przyprawiające o drgawki błędy gramatyczne i ortograficzne, i wyznania zrozumiałe tylko po spożyciu LSD. To wszystko znajdziecie na „Mądrości zakochanych”.

 

Bloger na głównym zdjęciu: znów facet i tym razem mój dobry kumpel – Maciek „Trojan” Trojanowicz prowadzący bloga o zaskakującej nazwie Troyann.pl. Oprócz tego, że jest polskim ambasadorem marki prezerwatyw brzmiącej tak samo jak jego ksywa, zdarza mu się też pisać o technologiach i muzyce. Co prawda głównie o techno, ale jego tekst o festiwalach przyda się każdemu, kto lubi koncerty w plenerze.

Z ogłoszeń parafialnych nie mam tym razem nic specjalnego, także standardowo możecie wrzucać w komentarzach poniżej albo podsyłać na maila fotki z Waszą twarzą i lupą do kolejnego „Przeglądu”. Dożywotnia sława i zaindeksowanie w Googlach gwarantowane.

Miałem nie przeklinać przez 30 dni. Nie dałem rady

Skip to entry content

Przez cały luty i 3 dni marca miałem miesiąc bez przeklinania. Równe 30 dni bez ani jednej „kurwy”, „chuja”, czy „ja pierdolę”. To znaczy, takie było założenie, bo jak już wiecie z nagłówka, nie podołałem zadaniu. Nawyk rzucania mięsem okazał się silniejszy niż silna wola, publiczne zobowiązanie się do nierobienia tego i karteczki z instrukcją „nie klnij!”. Szczerze mówiąc, już przed ogłoszeniem akcji wiedziałem, że to będzie trudne do realizacji, ale nie spodziewałem się, że trudniejsze, niż miesiąc bez mięsa. A jednak.

Przejdźmy do konkretów.

 

Jak przebiegało te 30 dni?

Zasadniczo już pierwszego dnia wiedziałem, że akcja zakończy się niepowodzeniem, bo z moich ust wypłynęło aż 8 przekleństw. Później tendencja była zdecydowanie spadkowa, zacząłem wypracowywać odpowiednie nawyki i dziewiątego dnia udało mi się zejść do zera. Wtedy myślałem nawet, że może przedłużę eksperyment i od tego momentu będę liczył 30 dni, ale niestety okres czystości językowej wciąż był przerywany pojedynczym przekleństwem i w końcu doszło do mnie, że to praktycznie niemożliwe.

Nigdy nie miałem problemu z alkoholem, narkotykami, czy nikotyną, ale po przeczytaniu kilkunastu książek poruszających tematykę uzależnień, zaryzykuję stwierdzenie, że przywiązanie do wulgaryzmów jest równie silne co do papierosów. Jeśli nie silniejsze. Tak jak w przypadku zrywania z nałogiem potrzeba naprawdę wiele czasu i pracy, żeby wyeliminować używkę ze swojego życia, tak samo jest z przekleństwami. Przy czym, też wysnuję tezę, w przypadku słownictwa poziom trudności jest zawieszony pod samym sufitem, bo trzeba przepracować więcej sytuacji, w których te niecenzuralne zwrotu padają.

Innymi słowy, przez ten miesiąc czułem się jak nałogowy palacz na hiper restrykcyjnym odwyku. Nic miłego.

 

W jakich momentach wymiękałem i bluzgałem?

Po wyeliminowaniu przecinków w postaci synonimów prostytutki i oduczenia się określania każdej osoby, robiącej coś nie po mojej myśli, odpowiednio męskim, bądź żeńskim narządem rozrodczym, zostały tylko zdarzenia nieregularne. I o ile nie miałem trudności z wyrzuceniem z codziennej komunikacji i z utartych zwrotów wszelkich odmian stosunku płciowego, o tyle z sytuacjami incydentalnymi był już poważny problem.

W dniu, w którym liczyłem, że po raz pierwszy będę miał zero na liczniku, przechodząc przez pasy, obładowany zakupami, koleś w Jeepie prawie mnie potrącił, przejeżdżając z takim impetem, że kilkumetrowa kałuża będąca przede mną, nagle znalazła się na mnie. Zanim zdążyłem się zastanowić, co się stało, z automatu w jego kierunku poleciała salwa sformułowań jakimi Linda operował w „Psach”. Kiedy uzmysłowiłem sobie co zrobiłem, wściekłem się jeszcze bardziej i na odchodne poleciało kolejne słowo, które w TVP1 zostałoby wypikane.

Takich sytuacji było więcej. Zdarzały się co 4-5 dni, i mimo, że starałem się z nim walczyć, próbując zawczasu się na nie przygotować i przewidzieć, co mogłoby we mnie odpalić te pokłady kurew, to po którejś z kolei zdałem sobie sprawę, że zmiana mechanizmów myślowych odpowiedzialnych za to, zajmie mi kilka, jeśli nie kilkanaście, miesięcy. Po prostu zbyt długo wypracowywałem takie nawyki, żeby ot tak dało się ich pozbyć w tydzień, czy dwa.

Reasumując, nie potrafiłem wyeliminować wulgaryzmów ze zdarzeń, których nie byłem w stanie przewidzieć. Gdy działo się coś niespodziewanego i negatywnego, niemal odruchowo reagowałem zwrotem „kurwa mać”, bądź „ja pierdolę”. Co jest bardzo smutne i sporo dało mi do myślenia.

 

Jak reagowali na mnie inni ludzie?

Cześć moich znajomych wiedziała o wyzwaniu, z racji, że też czytają bloga, a część dowiedziała się przy okazji spotkania. Natomiast nowo poznanych ludzi uświadamiałem tylko w sytuacji, gdy rozmawialiśmy o czymś co wymagało użycia przekleństwa – na przykład filmie „Polskie Gówno” – a nie chciałem tego robić, więc mówiłem, że „nie mogę użyć tego sformułowania, bo mam miesiąc bez przekleństw”.

Szczerze mówiąc, wzbudzało to dużo mniejsze zainteresowanie niż poprzedni, wegetariański eksperyment. Ludzie dużo bardziej dziwili się, że nie będę jeść mięsa z własnej woli, niż że nie będę kląć.

Pomijając kwestię samego podejścia do sprawy, to w trakcie wspólnego przebywania moja czystość językowa zaczęła się udzielać innym. Osoby, które bluzgały bardziej niż Barbara Kwarc nagle zaczynały się stopować i ograniczać. I to nie pod wpływem mojej prośby, czy sugestii, ale jakoś odruchowo same z siebie i to zanim powiedziałem im o wyzwaniu. Logicznie rzecz ujmując, było to do przewidzenia, ale mimo, to, gdy jesteś świadkiem jak osoba kurwująca jakby miała zespół Tourette’a, ni z tego ni z owego przestaje to robić, na tyle, że jej nie poznajesz, to jest to zaskakujące.

Reakcja otoczenia na mnie dowodzi tego, że powiedzenie „z kim przestajesz, takim się stajesz” jest jak najbardziej prawdziwe.

 

Co mi dało to pilnowanie języka?

Pomysł „miesiąca bez przeklinania” chciałem zrealizować głównie po to, żeby zrekonstruować słownictwo, które coraz częściej było zastępowane przez wulgaryzmy, a może i je nawet poszerzyć. I mimo, że celu 30 dni cenzuralności nie osiągnąłem, to efekt jest taki jak zakładałem.

Przez pierwszy tydzień walczyłem z tym, żeby zatrzymać usta w bezruchu, gdy chciało się z nich wydobyć jakieś „spierdalaj”, czy „chyba cię pojebało”. Przez kolejny tydzień zamiast rzucać „co za chujnia”, czy „ale gówno” mówiłem „powiedziałbym ci co o tym sądzę, ale mam miesiąc bez przeklinania”. I dopiero w okolicach trzeciego tygodnia zacząłem szukać synonimów. Zabawnych, głupkowatych, przerysowanych, jakichkolwiek. Byleby nie zastępować przekleństwa ciszą, a znaleźć mu jakiś zamiennik, który będę mógł wykorzystywać również po zakończeniu eksperymentu.

Jeśli bym wszystkie „chuje” i „kurwy” po prostu zamieniał na milczenie, to cała akcja nic bym mi nie dała. Nie stałbym się ani ciut bardziej elokwentny, a zaraz po zakończeniu akcji wróciłbym do przeklinania. A tak, i wróciłem do nierynsztokowego formułowania myśli w codziennej komunikacji, i znalazłem tuziny zastępstw do wszelkich prąci i wagin, i stworzyłem drugie tyle neologizmów mocno pobudzając wyobraźnię. Co w przypadku mojej pracy jest korzyścią nie do przecenienia.

Pilnowanie słownictwa jakim operuję, pozwoliło mi także nieco się wyciszyć. Przez trzymanie języka na wodzy w chwilach zdenerwowania, napięcie mijało dużo szybciej, niż wcześniej i zasadniczo stałem się trochę spokojniejszy. Nie żebym wcześniej był jakimś wulkanem żółci, ale zdarzało mi dawać ponieść i w przypływie fali złości popłynąć ciut za daleko. Albo ciut dalej niż ciut. Przez te 30 dni nie zdarzyło się to ani razu.

Ze zmian wewnętrznych, również zacząłem inaczej postrzegać osoby miotające bluzgami. I nie mówię tu o typach pokroju Bonusa BGC, ale o normalnych ludziach, którzy czasem rzucą jakąś wronę z filmiku Abstrachujów. Nagle zaczęło być to dla mnie nienormalne i piec mnie w uszy jak czarna tapicerka w środku lata. Coś, na co wcześniej kompletnie nie zwracałem uwagi, stało się widoczne jak plamy z barszczu na białym obrusie. Nie spodziewałbym się, ale, mimowolnie, osoby używające wulgaryzmów zaczęły być dla mnie nieco prostackie.

 

Czy warto zrobić sobie taką słowną odtrutkę?

Nawet nie będę próbował się oszukiwać wmawiając sobie, że ten detoks zostanie mi na zawsze i brzydko na kupę będę mówił tylko raz w tygodniu. Doskonale wiem, że za kilka dni słowa, których próbowałem się pozbyć znów zawitają do mojego słownika. Z pewnością nie w takim natężeniu i nie z taką częstotliwością, ale jednak. Głównie dlatego, że przy pisaniu lubię dla smaku i emfazy wrzucić jakąś „kurwę”. Mimo to, uważam, że akcja jak najbardziej miała sens i, tak jak w przypadku nie jedzenia mięsa, polecam ją każdemu.

Po pierwsze, tak jak przy używkach, jeśli coś odstawisz na tyle by się oczyścić i wrócisz do tego, to kopie mocniej. Gdy teraz znów będę przeklinał, słowa te będą miały większą moc i zasadniej będą użyte.

Po drugie, tak jak pisałem wcześniej, moje słownictwo i odżyło i się wzbogaciło. Ktoś kto zajmuje się pisaniem na co dzień, powinien taki odwyki robić sobie regularnie, co też sam zamierzam.

Po trzecie, to świetna lekcja samoobserwacji i nabierania samoświadomości. Moment kiedy mimowolnie wypowiadasz „chuj by to strzelił” i obserwujesz z perspektywy trzeciej osoby – bo przecież kodowałeś sobie w głowie, że nie przeklinasz – jak te słowa wydobywają się z Twojej krtani, jest przepiękny. Chwila, w której uświadamiasz sobie jak głęboko masz zakorzenione niektóre mechanizmy i jak wielką siłę ma nawyk, jest cenniejsza niż kursy rozwojowe połowy polskich coachów.

Po czwarte, samokontrola i silna wolna. Warto ją trenować, nawet gdy ponosisz porażkę, bo to tak jak z mięśniami – rosną tylko podczas wysiłku. A panowanie nad sobą przydaje się w każdym aspekcie życia. W każdym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mr. Fibble