Close
Close

Co mężczyźni cenią w kobietach poza cyckami?

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Nathalie Babineau-Griffiths
autorem zdjęcia jest Nathalie Babineau-Griffiths

Podobno jeden obraz wyraża więcej, niż 1000 słów, a jedna róża więcej niż 3 epitety związane z figurą. W związku z tym, że większość facetów jednak nie ma czarnego pasa w oratorstwie, przyjęło się, że zamiast szukać elokwentnych synonimów „masz czym oddychać”, daje się różę. Na szczęście nie wszyscy faceci postrzegają kobiety tak przedmiotowo i niektórzy wiedzą, że oprócz niezłych cycków mają też inne zalety. Choćby przeciwstawny kciuk w dłoni, który pozwala im mistrzowsko operować rurą od odkurzacza, czy wrodzone zamiłowanie do mycia talerzy na czas.

Zadałem sobie trud, by dotrzeć do tych kilku facetów w Polsce, którzy widzą w kobietach coś więcej, niż stelaż na piersi i spytałem za co je cenią.

 

Kuba z KubaShowTV

Cenię je za to, że są mądrzejsze od nas i wydały na świat Kopernika.

Cenię je za to, że są jednocześnie szyją i głową, które same sobą kręcą.

Cenię je za to, że są lepsze od mężczyzn nawet w tym, że przystosowały swoje ciała do posiadania cellulitu, a mężczyźni go nie mają, bo nie potrafią.

 

Maciej z Troyann.pl

Co poza cyckami? Nogi, nogi, i jeszcze raz nogi. Po pierwsze, mogą być ładne. Po drugie, mogą zostać wykorzystane do udania się do lodówki po piwo. A po trzecie, mają bardzo ciekawe zakończenie z obu stron.

 

Wojtek z Facebooka

Po za cyckami?

Że jak się złoszczą to się słodko rumienią i wyglądają wtedy przepięknie… zwłaszcza wtedy gdy są czerwone i rozczochrane po rozpieprzaniu połowy mieszkania, zestawu drogiej porcelany i Twoich koszul – bo mają ZŁY DZIEŃ.

Że jak ubiorą męską koszulę i paradują Ci tak po mieszkaniu o 9 rano, to możesz wtedy się na nowo w niej zakochać… no chyba, że udekoruje Ci tę białą koszulę czipsami albo winem.

Że noszą przy sobie zawsze wygodną poduszkę (a, sorry, miało nie być o cyckach).

I w końcu, że gdy zmęczony i wkurzony przychodzisz z pracy, to widzisz tą jedyną, uśmiechniętą i pachnącą w TEN sposób, to nagle wszystko z Ciebie schodzi. Przytulasz się i delikatnie szepczesz jej do ucha: zrób obiadek, szybciutko, ja będę tam gdzie zawsze, a potem przez ramię dodasz: przynieś piwo. A gdy już usiądziesz, włączysz swój ulubiony program ”Rolnik szuka żony”, wykrzykniesz: ALE ZIMNE!

Tak. Kocham kobiety.

 

Żorż z StreetFoodPolska.pl

Cytując klasykę „kobietki są takie przyjemnie mientkie”. A poza tym cenię je za wywalczenie równouprawnienia. Dzięki temu, że poszły do pracy, mężczyźni mają więcej czasu na gotowanie i spędzanie czasu z kumplami.

 

Jakub z PijaruKoksu.pl

Granie w gry i to, że nie zrzędzi nad głową, gdy marnujesz czas przed konsolą. Dodatkowym plusem jest jeśli pozwala Ci wyjść się napić z kumplami, a gdy wracasz dzwoni, żebyś kupił piwo, bo nie będzie przecież serialu na sucho oglądać.

 

Wojtek z Twittera

To nieprawda, że faceci cenią w kobietach tylko cycki. Ja uważam, że najcenniejsze w kobiecie jest to, że wie kiedy milczeć. To bardzo rzadka umiejętność i trudno ją zaobserwować w miejskiej dżungli, ba, a nawet trudniej w internecie, gdzie milczenie staje się nowym „nie, nic się nie stało”, które przeradza się po chwili w „zmarnowałeś mi 3 minuty życia, pakuj swoje wirtualne walizki i won z mojego Facebooka”.

Jednak kiedy facet usłyszy ten łagodzący uszy brak dźwięku i zrozumie, że nie wynika on z tego, że siedzi sam w domu – niech przykuwa szybko płeć piękną do kuchni, żeby nigdzie nie uciekła.

Co nie oznacza też, że idealna kobieta nie ma wydawać z siebie żadnych dźwięków – bez przesady. W odpowiednich momentach powinna też umieć jęczeć.

Zatem wydawanie odpowiednich, lub żadnych dźwięków w dostosowanym do sytuacji czasie jest bardzo ważną cechą każdej kobiety.

 

Maciek z WapniakTV

Doceniam siłę i wytrzymałość barków i przedramienia na których noszą swoje torby wypełnione po brzegi niepotrzebnym sprzętem.

 

Michał z Michal-Gorecki.pl

Jest coś poza cyckami?!

 

***

 

Tak że tego, najlepszego, a normalny tekst dniokobietowy znajdziecie tutaj.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

38 comments

      1. A po trzecie, mają bardzo ciekawe zakończenie z obu stron. <3
        Mimo, że nie jestem fanem stóp to bardzo mi się spodobał tekst.
        You made my day bro.

  1. „…przystosowały swoje ciała do posiadania cellulitu, a mężczyźni go nie mają, bo nie potrafią”. Ulubione :D.

    Dlaczego mężczyźni nie mają celulitu?Bo jest brzydki *-*.

  2. A ja jestem rozczarowana. Większość z wypowiadających się Panów próbowała być zabawna i tyle z tego wyszło, że poszli za „internetową modą”, gdzie mówi się, że kobieta jest fajna, bo ma cycki, a jest już w ogóle super, kiedy siedzi w kuchni/gra w gry, albo chociaż pozwala na to swojemu mężczyźnie. Ważne też, żeby piła piwo. Byle nie za dużo, żeby dla faceta zostało… Te teksty o kobietach przykutych łańcuchem do kuchni są już nudne.

  3. „Cenię je za to, że są lepsze od mężczyzn nawet w tym, że przystosowały swoje ciała do posiadania cellulitu, a mężczyźni go nie mają, bo nie potrafią.” – wygrało xD Choć ja tej umiejetności jakoś nie przyswoiłam, chyba jestem mało kobieca ;)

    1. Więcej siedzieć, tłuszczów przyswajać i poczekać z siedem lat. Będziesz kobieca, że hej ;).

  4. „Cenię je za to, że są lepsze od mężczyzn nawet w tym, że przystosowały
    swoje ciała do posiadania cellulitu, a mężczyźni go nie mają, bo nie
    potrafią.” Uwielbiam <3

  5. Hmmmm nawet się nie spodziewałam, że faceci znajdą tyle zalet w dwóch cyckach, dwóch nogach i dwóch rękach hihihi Brawo! Czuję się mega! A teraz odbijamy piłeczkę w drugą stronę ;)

  6. Pewnie nie jestem w targecie, ale smutne jest to co tu Panowie napisali, szczegolnie że większość z nich brałam za rozsądnych :( zamilczę wiec w zamyśleniu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #16: gluten, Kevin Spacey i mądrości zakochanych

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 16

Zeszły tydzień krążył wokół takich słów kluczy jak „dzieci”, „rodzicielstwo” i „tacierzyństwo”, a przez bloga przelała się fala dyskusji związanych z planowaniem, zakładaniem i życiem w rodzinie. Zupełnie się tego nie spodziewałem i muszę przyznać, że to zamieszanie otworzyło mi oczy na kilka spraw, na które wcześniej nie zwracałem uwagi, ale o tym w kolejnych wpisach. Póki co, sprawdźcie co działo się w innych kwestiach w tym tygodniu.

Bezglutenowe muzeum: najbardziej znane obrazy, zdjęcia i sceny z filmów przerobione na wersje z usuniętymi produktami z glutenu. Beka wyższych lotów.

21 powodów dla których nie warto odwiedzać Polski: faktycznie sama kiła i mogiła, obcokrajowcy nie mają czego szukać w naszym kraju.

Restauracje z filmów w rzeczywistości: nietypowy i świetny pomysł na relację z Nowego Jorku. Karolina w trakcie pobytu w NYC odwiedziła, sfotografowała i opisała knajpy, które można było zobaczyć w „Spidermanie”, „Kiedy Harry poznał Sally”, „Foreście Gumpie”, czy „Seksie w wielkim mieście”.

11 kłamstw na temat pieniędzy: świetne rozłożenie na czynniki pierwsze głupich powiedzeń związanych z zarabianiem. Warto przeczytać, żeby zweryfikować swoje poglądy i nastawienie do życia, bo zasobność portfela to nie dzieło przypadku.

Bycie mężem i ojcem to bycie ofiarą? Michał Górecki udowadnia, że wręcz przeciwnie. Pokazuje, że łączenie obowiązków zawodowych z wychowawczymi i pracowanie nad związkiem pozwala mu się czuć zwycięzcą, a nie przegranym.

Kevin Spacey jest asem! I to nie tylko jako Frank Underwood, ale jako każdy inny amerykański celebryta! Brawa, brawa, brawa!

Post użytkownika Angel Hill.

 

Klip tygodnia: pamięta ktoś jeszcze duet Mesa z Blefem i ich legal „Fach”? Ja do Flexxipu wracam regularnie wciąż z tą samą podjarką, więc gdy dowiedziałem się, że jeden z ich popisowych numerów będzie rekonstruowany w wersji nierapowej, byłem mega ciekaw co z tego wyjdzie. I wyszło bardzo przyzwoicie mimo, że w okrojonej tekstowo wersji.

 

Fanpage tygodnia: zakochanie to podobno stany, w którym mózg pracuje w ten sam sposób co po zażyciu narkotyków. Dzisiejszy wyróżniony profil udowadnia, że faktycznie tak jest. Irracjonalny emocjonalny i dosłowny ekshibicjonizm, przyprawiające o drgawki błędy gramatyczne i ortograficzne, i wyznania zrozumiałe tylko po spożyciu LSD. To wszystko znajdziecie na „Mądrości zakochanych”.

 

Bloger na głównym zdjęciu: znów facet i tym razem mój dobry kumpel – Maciek „Trojan” Trojanowicz prowadzący bloga o zaskakującej nazwie Troyann.pl. Oprócz tego, że jest polskim ambasadorem marki prezerwatyw brzmiącej tak samo jak jego ksywa, zdarza mu się też pisać o technologiach i muzyce. Co prawda głównie o techno, ale jego tekst o festiwalach przyda się każdemu, kto lubi koncerty w plenerze.

Z ogłoszeń parafialnych nie mam tym razem nic specjalnego, także standardowo możecie wrzucać w komentarzach poniżej albo podsyłać na maila fotki z Waszą twarzą i lupą do kolejnego „Przeglądu”. Dożywotnia sława i zaindeksowanie w Googlach gwarantowane.

---> SKOMENTUJ

Miałem nie przeklinać przez 30 dni. Nie dałem rady

Skip to entry content

Przez cały luty i 3 dni marca miałem miesiąc bez przeklinania. Równe 30 dni bez ani jednej „kurwy”, „chuja”, czy „ja pierdolę”. To znaczy, takie było założenie, bo jak już wiecie z nagłówka, nie podołałem zadaniu. Nawyk rzucania mięsem okazał się silniejszy niż silna wola, publiczne zobowiązanie się do nierobienia tego i karteczki z instrukcją „nie klnij!”. Szczerze mówiąc, już przed ogłoszeniem akcji wiedziałem, że to będzie trudne do realizacji, ale nie spodziewałem się, że trudniejsze, niż miesiąc bez mięsa. A jednak.

Przejdźmy do konkretów.

 

Jak przebiegało te 30 dni?

Zasadniczo już pierwszego dnia wiedziałem, że akcja zakończy się niepowodzeniem, bo z moich ust wypłynęło aż 8 przekleństw. Później tendencja była zdecydowanie spadkowa, zacząłem wypracowywać odpowiednie nawyki i dziewiątego dnia udało mi się zejść do zera. Wtedy myślałem nawet, że może przedłużę eksperyment i od tego momentu będę liczył 30 dni, ale niestety okres czystości językowej wciąż był przerywany pojedynczym przekleństwem i w końcu doszło do mnie, że to praktycznie niemożliwe.

Nigdy nie miałem problemu z alkoholem, narkotykami, czy nikotyną, ale po przeczytaniu kilkunastu książek poruszających tematykę uzależnień, zaryzykuję stwierdzenie, że przywiązanie do wulgaryzmów jest równie silne co do papierosów. Jeśli nie silniejsze. Tak jak w przypadku zrywania z nałogiem potrzeba naprawdę wiele czasu i pracy, żeby wyeliminować używkę ze swojego życia, tak samo jest z przekleństwami. Przy czym, też wysnuję tezę, w przypadku słownictwa poziom trudności jest zawieszony pod samym sufitem, bo trzeba przepracować więcej sytuacji, w których te niecenzuralne zwrotu padają.

Innymi słowy, przez ten miesiąc czułem się jak nałogowy palacz na hiper restrykcyjnym odwyku. Nic miłego.

 

W jakich momentach wymiękałem i bluzgałem?

Po wyeliminowaniu przecinków w postaci synonimów prostytutki i oduczenia się określania każdej osoby, robiącej coś nie po mojej myśli, odpowiednio męskim, bądź żeńskim narządem rozrodczym, zostały tylko zdarzenia nieregularne. I o ile nie miałem trudności z wyrzuceniem z codziennej komunikacji i z utartych zwrotów wszelkich odmian stosunku płciowego, o tyle z sytuacjami incydentalnymi był już poważny problem.

W dniu, w którym liczyłem, że po raz pierwszy będę miał zero na liczniku, przechodząc przez pasy, obładowany zakupami, koleś w Jeepie prawie mnie potrącił, przejeżdżając z takim impetem, że kilkumetrowa kałuża będąca przede mną, nagle znalazła się na mnie. Zanim zdążyłem się zastanowić, co się stało, z automatu w jego kierunku poleciała salwa sformułowań jakimi Linda operował w „Psach”. Kiedy uzmysłowiłem sobie co zrobiłem, wściekłem się jeszcze bardziej i na odchodne poleciało kolejne słowo, które w TVP1 zostałoby wypikane.

Takich sytuacji było więcej. Zdarzały się co 4-5 dni, i mimo, że starałem się z nim walczyć, próbując zawczasu się na nie przygotować i przewidzieć, co mogłoby we mnie odpalić te pokłady kurew, to po którejś z kolei zdałem sobie sprawę, że zmiana mechanizmów myślowych odpowiedzialnych za to, zajmie mi kilka, jeśli nie kilkanaście, miesięcy. Po prostu zbyt długo wypracowywałem takie nawyki, żeby ot tak dało się ich pozbyć w tydzień, czy dwa.

Reasumując, nie potrafiłem wyeliminować wulgaryzmów ze zdarzeń, których nie byłem w stanie przewidzieć. Gdy działo się coś niespodziewanego i negatywnego, niemal odruchowo reagowałem zwrotem „kurwa mać”, bądź „ja pierdolę”. Co jest bardzo smutne i sporo dało mi do myślenia.

 

Jak reagowali na mnie inni ludzie?

Cześć moich znajomych wiedziała o wyzwaniu, z racji, że też czytają bloga, a część dowiedziała się przy okazji spotkania. Natomiast nowo poznanych ludzi uświadamiałem tylko w sytuacji, gdy rozmawialiśmy o czymś co wymagało użycia przekleństwa – na przykład filmie „Polskie Gówno” – a nie chciałem tego robić, więc mówiłem, że „nie mogę użyć tego sformułowania, bo mam miesiąc bez przekleństw”.

Szczerze mówiąc, wzbudzało to dużo mniejsze zainteresowanie niż poprzedni, wegetariański eksperyment. Ludzie dużo bardziej dziwili się, że nie będę jeść mięsa z własnej woli, niż że nie będę kląć.

Pomijając kwestię samego podejścia do sprawy, to w trakcie wspólnego przebywania moja czystość językowa zaczęła się udzielać innym. Osoby, które bluzgały bardziej niż Barbara Kwarc nagle zaczynały się stopować i ograniczać. I to nie pod wpływem mojej prośby, czy sugestii, ale jakoś odruchowo same z siebie i to zanim powiedziałem im o wyzwaniu. Logicznie rzecz ujmując, było to do przewidzenia, ale mimo, to, gdy jesteś świadkiem jak osoba kurwująca jakby miała zespół Tourette’a, ni z tego ni z owego przestaje to robić, na tyle, że jej nie poznajesz, to jest to zaskakujące.

Reakcja otoczenia na mnie dowodzi tego, że powiedzenie „z kim przestajesz, takim się stajesz” jest jak najbardziej prawdziwe.

 

Co mi dało to pilnowanie języka?

Pomysł „miesiąca bez przeklinania” chciałem zrealizować głównie po to, żeby zrekonstruować słownictwo, które coraz częściej było zastępowane przez wulgaryzmy, a może i je nawet poszerzyć. I mimo, że celu 30 dni cenzuralności nie osiągnąłem, to efekt jest taki jak zakładałem.

Przez pierwszy tydzień walczyłem z tym, żeby zatrzymać usta w bezruchu, gdy chciało się z nich wydobyć jakieś „spierdalaj”, czy „chyba cię pojebało”. Przez kolejny tydzień zamiast rzucać „co za chujnia”, czy „ale gówno” mówiłem „powiedziałbym ci co o tym sądzę, ale mam miesiąc bez przeklinania”. I dopiero w okolicach trzeciego tygodnia zacząłem szukać synonimów. Zabawnych, głupkowatych, przerysowanych, jakichkolwiek. Byleby nie zastępować przekleństwa ciszą, a znaleźć mu jakiś zamiennik, który będę mógł wykorzystywać również po zakończeniu eksperymentu.

Jeśli bym wszystkie „chuje” i „kurwy” po prostu zamieniał na milczenie, to cała akcja nic bym mi nie dała. Nie stałbym się ani ciut bardziej elokwentny, a zaraz po zakończeniu akcji wróciłbym do przeklinania. A tak, i wróciłem do nierynsztokowego formułowania myśli w codziennej komunikacji, i znalazłem tuziny zastępstw do wszelkich prąci i wagin, i stworzyłem drugie tyle neologizmów mocno pobudzając wyobraźnię. Co w przypadku mojej pracy jest korzyścią nie do przecenienia.

Pilnowanie słownictwa jakim operuję, pozwoliło mi także nieco się wyciszyć. Przez trzymanie języka na wodzy w chwilach zdenerwowania, napięcie mijało dużo szybciej, niż wcześniej i zasadniczo stałem się trochę spokojniejszy. Nie żebym wcześniej był jakimś wulkanem żółci, ale zdarzało mi dawać ponieść i w przypływie fali złości popłynąć ciut za daleko. Albo ciut dalej niż ciut. Przez te 30 dni nie zdarzyło się to ani razu.

Ze zmian wewnętrznych, również zacząłem inaczej postrzegać osoby miotające bluzgami. I nie mówię tu o typach pokroju Bonusa BGC, ale o normalnych ludziach, którzy czasem rzucą jakąś wronę z filmiku Abstrachujów. Nagle zaczęło być to dla mnie nienormalne i piec mnie w uszy jak czarna tapicerka w środku lata. Coś, na co wcześniej kompletnie nie zwracałem uwagi, stało się widoczne jak plamy z barszczu na białym obrusie. Nie spodziewałbym się, ale, mimowolnie, osoby używające wulgaryzmów zaczęły być dla mnie nieco prostackie.

 

Czy warto zrobić sobie taką słowną odtrutkę?

Nawet nie będę próbował się oszukiwać wmawiając sobie, że ten detoks zostanie mi na zawsze i brzydko na kupę będę mówił tylko raz w tygodniu. Doskonale wiem, że za kilka dni słowa, których próbowałem się pozbyć znów zawitają do mojego słownika. Z pewnością nie w takim natężeniu i nie z taką częstotliwością, ale jednak. Głównie dlatego, że przy pisaniu lubię dla smaku i emfazy wrzucić jakąś „kurwę”. Mimo to, uważam, że akcja jak najbardziej miała sens i, tak jak w przypadku nie jedzenia mięsa, polecam ją każdemu.

Po pierwsze, tak jak przy używkach, jeśli coś odstawisz na tyle by się oczyścić i wrócisz do tego, to kopie mocniej. Gdy teraz znów będę przeklinał, słowa te będą miały większą moc i zasadniej będą użyte.

Po drugie, tak jak pisałem wcześniej, moje słownictwo i odżyło i się wzbogaciło. Ktoś kto zajmuje się pisaniem na co dzień, powinien taki odwyki robić sobie regularnie, co też sam zamierzam.

Po trzecie, to świetna lekcja samoobserwacji i nabierania samoświadomości. Moment kiedy mimowolnie wypowiadasz „chuj by to strzelił” i obserwujesz z perspektywy trzeciej osoby – bo przecież kodowałeś sobie w głowie, że nie przeklinasz – jak te słowa wydobywają się z Twojej krtani, jest przepiękny. Chwila, w której uświadamiasz sobie jak głęboko masz zakorzenione niektóre mechanizmy i jak wielką siłę ma nawyk, jest cenniejsza niż kursy rozwojowe połowy polskich coachów.

Po czwarte, samokontrola i silna wolna. Warto ją trenować, nawet gdy ponosisz porażkę, bo to tak jak z mięśniami – rosną tylko podczas wysiłku. A panowanie nad sobą przydaje się w każdym aspekcie życia. W każdym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mr. Fibble
---> SKOMENTUJ