Close
Close

Czego nie powinna nosić trzydziestolatka?

Skip to entry content

Na przestrzeni ostatniego tygodnia podesłaliście mi kilka linków do „artykułów” idealnych do skomentowania w ramach #bekaznatemat. Mimo, że treści z portalu Tomasza Lisa trzymały bardzo wysoki poziom głupkowatości, to tym razem przebiła je Wirtualna Polska. Ewa Podsiadły-Natorska w tekście „Czego nie powinna nosić trzydziestolatka?” świetnie pokazała jak durny wpis może opublikować portal informacyjny, byleby tylko kliki się zgadzały (tekst o objętości 2 stron A4 został rozbity na 12 podstron, żeby nabić jak najwięcej odsłon).

Zapraszam Państwa na wycieczkę po aksjomatach świata  mody, do których, według Wirtualnej Polski, powinna stosować się każda kobieta mająca trójkę z przodu.

Czego nie powinna nosić trzydziestolatka

Z rozwagą swój codzienny strój powinna dobierać zwłaszcza kobieta, która przekroczyła trzydziestkę. Oczywiście, jeśli należysz do tego grona, możesz ubierać się, jak chcesz. Są jednak sytuacje, w których warto z większą uwagą dobierać strój i dodatki. Dojrzałej kobiecie nie wszystko będzie pasować.

Masz trzydziechę, powinnaś zacząć zbierać na trumnę i masz to wypisane na czole. Pogódź się z tym. Nieważne, czy masz dobre geny i wyglądasz na dwie dychy, czy szybciej Ci się zużyła skóra i wizualnie bliżej Ci do 40-tki, ale masz na tyle dystansu do siebie by mieć to w dupie. Koniec z ciuchami, w których się dobrze czujesz, od teraz tylko popielato-żałobna marynarka, sprano-biała koszula, spódnica za kolano i buty na obcasie zakrywające palce, świadczące o Twojej dojrzałości.

Mówisz, że to Ci nie pasuje? Jak to, przecież skończyłaś trzydziestkę.

Kolorowe koszulki z zabawnymi nadrukami

Gdy miałaś naście lat, pewnie za nimi przepadałaś. Do dziś nastolatki noszą t-shirty ze śmiesznymi nadrukami, rysunkowymi naprasowankami czy zwariowanymi napisami. Jednak w przypadku kobiety trzydziestoletniej taka koszulka dobra będzie wyłącznie na weekendowy wypad za miasto czy na wyprawę rowerową.

Gdy miałaś naście lat, zwłaszcza czternaście wzwyż, obstawiam, że nienawidziłaś t-shirtów, bo chciałaś wyglądać doroślej/starzej/nie na taką małolatę jaką byłaś w rzeczywistości i jedyną sytuacją, w której je zakładałaś było kładzenie się do snu. Teraz, jak twierdzi Pani Ewa, jesteś dojrzała, więc wiesz, że opinia rówieśników i presja otoczenia nie powinna mieć na Ciebie wpływu i możesz się ubierać jak chcesz. Nawet w coś tak nie-do-pomyślenia, jak „kolorowa koszulka z zabawnym nadrukiem” jeśli masz ochotę.

W kontekście tego akapitu jeszcze wyjątkowo zabawne jest zdanie „do dziś nastolatki noszą t-shirty ze śmiesznymi nadrukami”. Tak jak jakby takie koszulki nie byłe dostępne w Polsce od niedawna – jakichś dwudziestukilku lat – tylko od wieków. A przynajmniej od tak zamierzchłych czasów, że autorka nie dowierza iż nastolatki noszą je „do dziś”.

Szorty ledwo zakrywające pośladki

Nawet podczas upałów można założyć ciut dłuższe spodenki, bawełnianą spódnicę czy przewiewną sukienkę. Zachowajmy umiar i nie prezentujmy zbyt dużo golizny na zakupach, w restauracji czy podczas spaceru w centrum miasta. Kobieta po trzydziestce mogłaby założyć takie spodenki, ale w sytuacjach nieformalnych (na piknik czy spacer z psem) – i pod warunkiem, że ma bardzo zgrabne ciało.

Restauracja, zakupy, spacer w centrum miasta z gołym tyłkiem? Czy to jest tekst dla osób upośledzonych umysłowo?

„Szorty ledwo zakrywające pośladki”, poza plażą, czy basenem, nie są dobry pomysłem dla kobiet w każdym wieku, bo to straszna wiocha. Jak ktoś wychodzi na miasto w ciuchach odsłaniających poślady, to to jest niesmaczne i wulgarne, niezależnie, czy ktoś ma 14 lat, czy 41. Choć w tym pierwszym przypadku na dobrą sprawę jest gorsze, bo seksualizuje dziecko.

Rozkloszowane, falbaniaste spódniczki

Kojarzą się z dziewczynkami i nastolatkami. Dlatego to one powinny je nosić, a niekoniecznie trzydziestolatka. Trudno wyobrazić sobie okoliczność, w której taka spódniczka pasowałaby dojrzałej kobiecie. Niestety, w pewnym wieku lepiej o nich zapomnieć, żeby nie narazić się na śmieszność.

Zasadniczo nie jestem fanem tego typu spódniczek, ale jeśli tylko wiesz z czym je zestawić i masz dobre nogi, to czemu nie? A zapomniałem, bo Ty teraz jesteś dojrzała i Twoją obecną misją życiową jest nienarażanie się na śmieszność.

Kolorowe skarpetki

W tym wypadku chodzi nam jedynie o oficjalne okoliczności, takie jak spotkanie biznesowe czy urzędowe. Jeśli obowiązuje cię dress code, nawet do zakrytych butów i długich spodni noś gładkie, rajstopowe skarpetki. Gdy założysz nogę na nogę, twoje pasiaste skarpetki ze śmiesznym motywem nie będą dobrze wyglądać.

No ja przepraszam bardzo Panią Ewę, ale jeśli Pani Ewa uważa, że dress code obowiązuje tylko kobiety po 30-tym roku życia i że takiej 25-latce to już wypada przyjść w skarpach z Hello Kitty na spotkanie biznesowe, to ja wolę nie wiedzieć jakby Pani Ewa córkę na maturę ubrała. No chyba, że z wewnętrznych badań wynika, że Wirtualną Polskę faktycznie czytają tylko osoby opóźnione w rozwoju, którym trzeba tłumaczyć takie rzeczy. To w takim razie zwracam honor Pani Ewo.

Bluzy z kapturem

– Najlepiej sprawdzają się w sportowym zestawie. Jeśli lubisz taki krój, poszukaj bluzy z materiału innego niż bawełna – zaznacza Kasia Kwiatkowska. Dojrzała kobieta nie powinna nosić obszernych bluz z kapturem na co dzień, ale, oczywiście, na wieczorny spacer, wycieczkę czy trening na świeżym powietrzu zakładaj je śmiało. Jednak w biurze czy podczas ważnego spotkania ta część garderoby nie będzie dobrze wyglądać na trzydziestolatce.

Dobrze, że autorka wspomniała o tych bluzach, bo kobiety w 361 miesiącu swojego życia dostają permanentnego zaćmienia umysłowego i nagle zapominają, jak należy się ubrać na rekrutację do korpo, jak na trening biegowy, a jak na swingerską imprezę sado-maso. I ciągle im się to miesza. Choć na dobrą sprawę dla Pani Ewy, chyba nie jest problemem to, że ktoś do pracy – w której wymagana jest formalna stylówka – włożył bluzę, tylko, że „ta część garderoby nie będzie dobrze wyglądać na trzydziestolatce”.

Czapki z daszkiem

W sportowym zestawie, rzecz jasna, mogą się sprawdzić.

Ksz, ksz, z tej strony sportowy zestaw. Ksz, ksz, dziękuję za pozwolenie. Ksz, ksz, bez odbioru.

Ale na co dzień, gdy pędzisz do pracy albo biegniesz na zakupy, niekoniecznie.

No nie zgodzę się, widać, że autorka nigdy nie kradła bułek z Tesco, ani ziemniaków z warzywniaka. Czapka wpierdolka dobrze nasunięta na twarz i można śmiało wybiegać bez płacenia, monitoring nie chyci.

Jeśli skończyłaś trzydzieści lat, ciekawiej i po prostu lepiej będziesz wyglądała w ładnych kapeluszach, których w sklepach nie brakuje.

No tak, bo kapelusze są takie nietypowe, że nikt ich nie zakłada po trzydzieste, dlatego będziesz wyglądać w nich wyjątkowo ciekawie. Co istotne w ładnych, bo w brzydkich może być trochę gorzej. I pamiętaj, że w odróżnieniu od czapek, których od czasu komuny wciąż jest deficyt, kapeluszy nie brakuje. Zwłaszcza w sklepach.

Kolejne akapity, to „Torby z nadrukami, torby lniane”, „Młodzieżowa biżuteria” i „Bazarowe tenisówki” i nie mam siły rozbijać ich na czynniki pierwsze, bo po którejś z kolei tezie zbudowanej na tym samym błędnym schemacie, to już przestaje być śmieszne, a robi się tylko głupie.

Zasadniczo autorka próbowała napisać pseudoporadnik z cyklu „czego nie zakładać pracując w korporacji?” skierowany do nastoletek. Przy okazji dorzucając kilka rzeczy, które niezależnie od typu wykonywanego zawodu są nieestetyczne i przypałowe. I to nawet nie było by aż takie złe, tylko kompletnie nie rozumiem, czemu uroiła sobie, że to dotyczy wyłącznie kobiet po 30-tym roku życia? Nie wiem, czy nie radzi sobie z przekroczeniem tej symbolicznej granicy i musi odreagować, czy od przedszkola miała stylówkę na seniorkę z Capgemini i chce się wyżyć, że nikt nie zapraszał jej na imprezy w liceum.

Niezależnie, który wariant jest prawdziwy, to drogie trzydziesto-i-ponad-latki, myślę, że stąpacie już tyle czasu po tej planecie – i to bynajmniej, nie nago – że wiecie jak się ubrać, a przede wszystkim w czym czujecie się dobrze. Gdybyście jednak miały wątpliwości, czy kolorowe skarpetki i bluza z kapturem pasują na rozmowę kwalifikacyjną, piszcie! Coś doradzimy. Ewentualnie wyślemy na szycie na miarę.

(niżej jest kolejny tekst)

58
Dodaj komentarz

avatar
36 Comment threads
22 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
38 Comment authors
Zbieraj sięEwelina WardakKatarzyna MośKarolinaAgishonka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magdalena Suska
Gość

Ja to już chyba kiedyś czytałam, serio. Dobrze, że o trampkach nie wpsomniała, bo z tych nie mam zamiaru rezygnowac nawet po 60-tce.
Mam dwie siostry, każda już dawno skończyła 30 lat i jakby to przeczytały, to by sie mocno uśmiały.

Jan Favre
Gość

Pojawiły się, a jakże! http://kobieta.wp.pl/gid,14736815,img,14736856,kat,1025653,title,Bazarowe-tenisowki,galeriazdjecie.html

„Tanie, uszyte byle jak i nieeleganckie tenisówki noś wyłącznie w sytuacjach nieoficjalnych.” – ja bym powiedział, żeby w ogóle nie nosić takich butów, no ale to Ewa jest tu wyrocznią modową.

Magdalena Suska
Gość

Przegapiłam punkt, sorry :( No, ale o drogich nie wspomina, do 60-tki pewnie dorobię się na tyle by było mnie stać na drogie i dobrze uszyte ;)

Sylwia Koladyńska
Gość

Trampki po 60-tce? Jak Ty to sobie wyobrażasz? To prawie tak samo złe, jak tatuaże na starość!!1!11oneone

Magdalena Suska
Gość

Cholera, a ja mam duzo tatuaży :(

Tianzi
Gość
Tianzi

Właśnie czytając się zastanawiałam, z czego, po tych wszystkich cięciach na 30, będzie się jeszcze dało zrezygnować po 60 (wyszło mi, że z wychodzenia z domu).

Lorka
Gość

haha, nieźle się ubawiłam, współczuje w sumie kobiecie. ale tak przemyślawszy sprawę..to może dlatego właśnie mój P idzie 5 metrów za mną gdy w wieku lat 38 ide do sklepu w czapce z daszkiem..kurna no!

Jan Favre
Gość

Jak Ty tak możesz narażać się na śmieszność bez kapelusza na zakupach? Dojrzałości w sercu nie masz!

Sylwia Koladyńska
Gość

Będę przyswajać jej tekst przez najbliższe 8 lat, żeby po 30-tce przypadkiem nie walnąć jakiegoś faux pas :D Dobrze, że napisała, gdzie można kupić kapelusze. Lubię kapelusze.

Klaudyna
Gość

‚Dobrze, że autorka wspomniała o tych bluzach, bo kobiety w 361 miesiącu
swojego życia dostają permanentnego zaćmienia umysłowego” – To nie zaćmienie, to już początki demencji. Przecież po 30tce już sie jest:)

Jan Favre
Gość

No tak, zapomniałem. Yyy… u mnie chyba też się zaczyna.

O_l_l_i_e
Gość
O_l_l_i_e

Och matko, jakie to głupie! „Dojrzała kobieta nie powinna nosić bluz z kapturem na co dzień…” bo co?

A najgorsze, że takie przekonania gdzieś tam pokutują. Moja mama, której bliżej do 50 niż 30, jak ma sobie kupić T-shirt z nadrukiem, to się 15 razy zapyta, co ludzie pomyślą i czy jej to wypada i w ogóle to chyba jednak nie.

Kobieto, umówmy się, porządek wszechświata nie zostanie zachwiany przez Twoją bluzkę, także spoko, nie bójta się.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Nie śmiej się, bo będziesz mieć zmarszczki na starość

Skip to entry content

Jeśli jesteś dziewczyną, nie masz prawa nie kojarzyć hasła z nagłówka. Albo mama, albo babcia, albo najpewniej dobra przyjaciółka dała Ci kiedyś tę bezcenną radę. Oczywiście w trosce o Twoją urodę. Która, jak wiadomo, w przypadku kobiety jest głównym celem jej egzystencji i fundamentem wartości. Brzydka kobieta jest równie potrzebna światu, co zeszłoroczne numery Lotto. Dlatego nie powinna korzystać z doczesności, przeżywać uniesień i śmiać się, gdy ma na to ochotę, tylko wszystkie wysiłki skupiać na zachowaniu niezmąconej kurzymi łapkami, idealnie gładkiej skóry.

A śmiać to się może na starość. Jakiś kwadrans przed śmiercią.

W przypadku chłopców tego typu uwagi rzadziej skupiały na aspektach dotyczących ich ciała, a częściej na dobrach pseudo-luksusowych, którymi bywali obdarowywani przy ważnych okazjach. Mam na myśli oryginalne adidasy, oryginalną piłkę do kosza, czy cokolwiek innego, byle z metką Nike, czy Pumy. W przypadku takich zdobyczy wyrwanych z łap zachodniego kapitalizmu, pachnących frytkami, Coca-colą i perfumami w spreju, zawsze ze strony rodziców padało hasło „będziesz miał na specjalne okazje”. Co zazwyczaj oznaczało, że nie dotkniesz tego częściej niż dwa razy w miesiącu. Bo się zniszczy.

A jak się zniszczy to nie będziesz mógł tego używać. Więc lepiej nie używać tego wcale.

Wiele osób tę kryzysowo-komunistyczną mentalność przenosi w dorosłe życie i dalej uważa, że pewne rzeczy trzeba zostawić na nieulokowane na osi czasu „później”. Lub, że są zachowania, przeżycia, bądź stany emocjonalne tak drogocenne, że w trosce o ich niedomiar woli z nich nie korzystać.

Słowo „kocham” rezerwuje dla tej jednej jedynej, wyczekiwanej jak listonosz w dniu wypłaty emerytur i nie wypowiada go w obawie, że się zużyje. Całe życie buduje na zwrotach powszednich, codziennych, zwykłych, niewyjątkowych, bo boi się, że tego specjalnego użyje nie w porę, a bankier w banku słów nie przyzna mu talonu na drugie. W efekcie jakimi zwrotami sobie pościelił, tak mu się śpi. Zapomina, że takie słowo istnieje i znajduje je dopiero po latach, zakurzone na dnie drewnianej skrzyni z napisem „relacje”, gdy już ząb czasu nadgryzł je na tyle, że nie ma go komu powiedzieć.

Nie zrywa folii z telefonu, bo a nuż się porysuje. Nie biega w butach do biegania, bo jeszcze zetrze się podeszwa. Nie pije na umór w liceum kiedy jest na to czas, nie próbuje szalonych rzeczy na studiach, kiedy ma ku temu możliwości, nie wylatuje do pracy do Indii, gdy ma taką okazję. Jeszcze będzie na to czas. Nie robi nieodpowiedzialnych rzeczy, nie daje się ponieść, nie pozwala sobie na wykorzystanie całego zasobu z bogactwa inwentarza. Jest przezorny, stonowany, zawsze ubezpieczony i rozważny. Trzyma doczesność na wodzy. Wodzy przezorności, że może to wszystko kiedyś będzie bardziej potrzebne.

Nie śmieje się, bo będzie mieć zmarszczki na starość. Nie żyje życiem, zachowuje je na później.

Jak to jest wychowywać się bez ojca?

Skip to entry content

Po tekście krytykującym idiotyczny artykuł w Mamadu, dotyczącym  hiper stereotypowego wychowywania dziecka, gdzie ojciec jest okazjonalnym gościem-doglądaczem, dostałem ponad sto wiadomości od matek. W większości były to wypowiedzi przepełnione goryczą i smutkiem, opisujące jak to jest wychowywać dziecko niemal w pojedynkę. Bo ojciec uważa, że to przecież obowiązek kobiety, a on jest zobligowany jedynie do nieprzepijania od razu całej wypłaty i sporadycznego udzielania lekcji życiowych. Które najlepiej, żeby sprowadzały się do wygłaszania coelhoizmów typu „tak to już jest”, „jak dorośniesz, to zrozumiesz”, czy „uczciwą pracą się nie dorobisz”.

Oprócz kobiet, w komentarzach udzieliło się też kilku panów, którzy mówili o tym jak ważne jest dla nich współuczestnictwo w wychowaniu dziecka, a przede wszystkim, jak wiele radości daje im bycie rodzicem w pełnym tego słowa znaczeniu.

Niestety pojawiło się również kilka wypowiedzi od osobników płci męskiej, bo mężczyznami ich nie mogę nazwać, którzy twierdzili, że angażowanie się ojca w życie potomka to głupota i to wyłączne zadanie kobiet. Bo natura je lepiej do tego przystosowała, bo tak było od zarania dziejów i tak ma być. Nie jestem w stanie polemizować z kimś kto jest upośledzony umysłowo, więc usunąłem te komentarze, ale mimo wszystko bardzo mnie ruszyło, że ktoś w ogóle może tak myśleć. Koincydencja sprawiła, że w tym samym momencie dostałem przejmująco osobistego maila od czytelnika, który miał nieszczęście być spłodzonym przez człowieka reprezentującego powyższe podejście.

Jeśli nie ja, to może ktoś, kto to przeżył, przekona wszystkich przyszłych i obecnych ojców, że ich rola nie ogranicza się tylko do dostarczenia plemnika do komórki jajowej. Że ich obecność jest nie mniej, nie więcej, ale równie istotna co obecność matki.

(mail zawierał kilka literówek i błędów składniowych, które poprawiłem za zgodą autora)

(…) Rodzice rozwiedli się jakoś szybko po moim porodzie, miałem jakiś roczek jak mama złożyła pozew do sądu. Różnica charakterów jak to się mówi. (…) Brak drugiego rodzica zacząłem odczuwać już od momentu przedszkola. Nie rozumiałem kto to jest tata, ani co to „dzień ojca” i czułem się trochę wyobcowany, ale to jeszcze nie było takie złe. Taki prawdziwy brak zacząłem czuć jak poszedłem do podstawówki, ani nie znałem się na sporcie, ani na samochodach do tego stopnia, że miałem problem z wymienieniem zawodników naszej reprezentacji, czy popularnych marek aut i koledzy z klasy patrzyli mnie jak na dziwoląga, z którym nie da się pogadać, ale gdy zaczęły się problemy typu gnojenie i bicie przez starszych byłem po prostu totalnie sam.

(…) i gdy ci ze starszych klas bili mnie po twarzy na przerwach nie miałem co z tym zrobić. Pójście na skargę do nauczycielki nie pomagało tylko pogarszało sytuację, bo oni wtedy dowiadywali się, że na nich doniosłem i później bili i upokarzali mnie jeszcze bardziej. Mówienie mamie też było bez sensu, bo miała tyle problemów żeby utrzymać nas dwoje, że nie chciałem jej dokładać więcej. Była zresztą delikatną osobą, więc i tak nie miałaby posłuchu u taki chłystków tylko jeszcze by ją wyśmiali i czułbym się jeszcze gorzej, że ktoś szydzi z mojej mamy. Tam potrzeba było mężczyzny, który by przyszedł po mnie pod szkołę i powiedział, że im przetrzepie skórę jak jeszcze raz będą mnie zaczepiać (…) ale go nie było ani wtedy ani później (…) nawet na komunii się nie pojawił (…)

 [emaillocker]

Podobno walczył o mnie w sądzie, więc nie wiedziałem o co chodzi. Wtedy walczył, a teraz już nie? (…) obraził się że przegrał i zrezygnował z bycia moim ojcem i wychowywania mnie? Mama musiała wychowywać mnie sama co było trudne, żebyśmy mieli za co żyć musiała dużo pracować, więc wracała z pracy zupełnie wykończona, ale mimo to poświęcała mi dużo uwagi, chodziła ze mną po lekarzach mimo, że dużo chorowałem i dbała o mnie jak tylko mogła. Widziałem wiele razy, że już nie daje rady bo jest zupełnie sama, więc kiedy zacząłem być już starszym chłopcem pomagałem jej i przejąłem część obowiązków, które w normalnej rodzinie należałyby do męża (…)

Szybko musiałem się usamodzielnić i dorosnąć i zachowywać się jak dorosły, mimo, że miałem kilkanaście lat. (…) mimo, że mama dwoiła się i troiła, żebym wyglądał schludnie i miał podstawowe rzeczy do szkoły, to najczęściej w naszym domu padało zdanie „nie mamy pieniędzy” (…) nawet nie pytałem mamy czy mogę gdzieś pojechać z kolegami na ferie, bo wiedziałem, że nie będzie za co (…)

Myślałem, że im będę starszy tym mniej będę odczuwał brak ojca, ale to nie było tak, że czas leczy rany czy coś w tym stylu. Im byłem starszy tym więcej spraw wypływało gdzie wychodziło, że tak naprawdę to jestem półsierotą. Chyba byłoby mi łatwiej jakby mój ojciec naprawdę nie żył, ale ja wiedziałem, że żyje i to było najgorsze bo ja wiedziałem, że on gdzieś jest może i nawet w tym samym mieście tylko się do mnie nie chce przyznać (…) bardzo dużo zastanawiałem się co złego zrobiłem i czym mogłem zranić albo czym mogłem zawieść mojego tatę, że nie chce mieć ze mną kontaktu. Zastanawiałem się dużo czego mi brakuje, że go w ogóle nie obchodzę ale  do dnia dzisiejszego nie wiem. Jednak to uczucie, że coś ze mną jest nie tak i że czegoś mi brakuje zostało.

W kontaktach z rówieśnikami, czy to z kolegami czy z dziewczynami, byłem bardzo niepewny siebie i chyba wycofany, jak to się mówi. Spotkania z dziewczynami zawsze mnie przerażały, bo nie wiedziałem zupełnie jak mam się zachowywać. Nie wiedziałem jak to jest być facetem, jaki facet powinien być wobec dziewczyny, nie wiedziałem co mówić ani jak się zachowywać. Strasznie mnie to stresowało, bo to była dla mnie taka wielka niewiadoma, nie mogłem tego podpatrzeć na przykładzie swoich rodziców ani nikt mi tego nigdy nie pokazał.

(…) miałem duże problemy z byciem stanowczym i asertywnym, a głównie miałem zaniżone poczucie własnej wartości. Zaczęło się to zmieniać dopiero jak poszedłem na terapię, co też było dla mnie stresujące, ale już nie było wyboru (…) Mama widziała, że dzieje się ze mną coś złego, ale nie wiedziała co dokładnie i też nie umiała mi pomóc. (…) mimo, że minęło już wiele lat i sporo się zmieniło w moim podejściu do tych spraw i osiągam sukcesy zawodowe, to poczucie bycia gorszym pozostało (…) Czuję się jakiś niekompletny i jakiś taki uszkodzony i przeraża mnie bardzo założenie własnej rodziny.

Ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy ojciec jest potrzebny w wychowywaniu dziecka?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Jeremy Brooks

[/emaillocker]