Close
Close

Miałem nie przeklinać przez 30 dni. Nie dałem rady

Skip to entry content

Przez cały luty i 3 dni marca miałem miesiąc bez przeklinania. Równe 30 dni bez ani jednej „kurwy”, „chuja”, czy „ja pierdolę”. To znaczy, takie było założenie, bo jak już wiecie z nagłówka, nie podołałem zadaniu. Nawyk rzucania mięsem okazał się silniejszy niż silna wola, publiczne zobowiązanie się do nierobienia tego i karteczki z instrukcją „nie klnij!”. Szczerze mówiąc, już przed ogłoszeniem akcji wiedziałem, że to będzie trudne do realizacji, ale nie spodziewałem się, że trudniejsze, niż miesiąc bez mięsa. A jednak.

Przejdźmy do konkretów.

 

Jak przebiegało te 30 dni?

Zasadniczo już pierwszego dnia wiedziałem, że akcja zakończy się niepowodzeniem, bo z moich ust wypłynęło aż 8 przekleństw. Później tendencja była zdecydowanie spadkowa, zacząłem wypracowywać odpowiednie nawyki i dziewiątego dnia udało mi się zejść do zera. Wtedy myślałem nawet, że może przedłużę eksperyment i od tego momentu będę liczył 30 dni, ale niestety okres czystości językowej wciąż był przerywany pojedynczym przekleństwem i w końcu doszło do mnie, że to praktycznie niemożliwe.

Nigdy nie miałem problemu z alkoholem, narkotykami, czy nikotyną, ale po przeczytaniu kilkunastu książek poruszających tematykę uzależnień, zaryzykuję stwierdzenie, że przywiązanie do wulgaryzmów jest równie silne co do papierosów. Jeśli nie silniejsze. Tak jak w przypadku zrywania z nałogiem potrzeba naprawdę wiele czasu i pracy, żeby wyeliminować używkę ze swojego życia, tak samo jest z przekleństwami. Przy czym, też wysnuję tezę, w przypadku słownictwa poziom trudności jest zawieszony pod samym sufitem, bo trzeba przepracować więcej sytuacji, w których te niecenzuralne zwrotu padają.

Innymi słowy, przez ten miesiąc czułem się jak nałogowy palacz na hiper restrykcyjnym odwyku. Nic miłego.

 

W jakich momentach wymiękałem i bluzgałem?

Po wyeliminowaniu przecinków w postaci synonimów prostytutki i oduczenia się określania każdej osoby, robiącej coś nie po mojej myśli, odpowiednio męskim, bądź żeńskim narządem rozrodczym, zostały tylko zdarzenia nieregularne. I o ile nie miałem trudności z wyrzuceniem z codziennej komunikacji i z utartych zwrotów wszelkich odmian stosunku płciowego, o tyle z sytuacjami incydentalnymi był już poważny problem.

W dniu, w którym liczyłem, że po raz pierwszy będę miał zero na liczniku, przechodząc przez pasy, obładowany zakupami, koleś w Jeepie prawie mnie potrącił, przejeżdżając z takim impetem, że kilkumetrowa kałuża będąca przede mną, nagle znalazła się na mnie. Zanim zdążyłem się zastanowić, co się stało, z automatu w jego kierunku poleciała salwa sformułowań jakimi Linda operował w „Psach”. Kiedy uzmysłowiłem sobie co zrobiłem, wściekłem się jeszcze bardziej i na odchodne poleciało kolejne słowo, które w TVP1 zostałoby wypikane.

Takich sytuacji było więcej. Zdarzały się co 4-5 dni, i mimo, że starałem się z nim walczyć, próbując zawczasu się na nie przygotować i przewidzieć, co mogłoby we mnie odpalić te pokłady kurew, to po którejś z kolei zdałem sobie sprawę, że zmiana mechanizmów myślowych odpowiedzialnych za to, zajmie mi kilka, jeśli nie kilkanaście, miesięcy. Po prostu zbyt długo wypracowywałem takie nawyki, żeby ot tak dało się ich pozbyć w tydzień, czy dwa.

Reasumując, nie potrafiłem wyeliminować wulgaryzmów ze zdarzeń, których nie byłem w stanie przewidzieć. Gdy działo się coś niespodziewanego i negatywnego, niemal odruchowo reagowałem zwrotem „kurwa mać”, bądź „ja pierdolę”. Co jest bardzo smutne i sporo dało mi do myślenia.

 

Jak reagowali na mnie inni ludzie?

Cześć moich znajomych wiedziała o wyzwaniu, z racji, że też czytają bloga, a część dowiedziała się przy okazji spotkania. Natomiast nowo poznanych ludzi uświadamiałem tylko w sytuacji, gdy rozmawialiśmy o czymś co wymagało użycia przekleństwa – na przykład filmie „Polskie Gówno” – a nie chciałem tego robić, więc mówiłem, że „nie mogę użyć tego sformułowania, bo mam miesiąc bez przekleństw”.

Szczerze mówiąc, wzbudzało to dużo mniejsze zainteresowanie niż poprzedni, wegetariański eksperyment. Ludzie dużo bardziej dziwili się, że nie będę jeść mięsa z własnej woli, niż że nie będę kląć.

Pomijając kwestię samego podejścia do sprawy, to w trakcie wspólnego przebywania moja czystość językowa zaczęła się udzielać innym. Osoby, które bluzgały bardziej niż Barbara Kwarc nagle zaczynały się stopować i ograniczać. I to nie pod wpływem mojej prośby, czy sugestii, ale jakoś odruchowo same z siebie i to zanim powiedziałem im o wyzwaniu. Logicznie rzecz ujmując, było to do przewidzenia, ale mimo, to, gdy jesteś świadkiem jak osoba kurwująca jakby miała zespół Tourette’a, ni z tego ni z owego przestaje to robić, na tyle, że jej nie poznajesz, to jest to zaskakujące.

Reakcja otoczenia na mnie dowodzi tego, że powiedzenie „z kim przestajesz, takim się stajesz” jest jak najbardziej prawdziwe.

 

Co mi dało to pilnowanie języka?

Pomysł „miesiąca bez przeklinania” chciałem zrealizować głównie po to, żeby zrekonstruować słownictwo, które coraz częściej było zastępowane przez wulgaryzmy, a może i je nawet poszerzyć. I mimo, że celu 30 dni cenzuralności nie osiągnąłem, to efekt jest taki jak zakładałem.

Przez pierwszy tydzień walczyłem z tym, żeby zatrzymać usta w bezruchu, gdy chciało się z nich wydobyć jakieś „spierdalaj”, czy „chyba cię pojebało”. Przez kolejny tydzień zamiast rzucać „co za chujnia”, czy „ale gówno” mówiłem „powiedziałbym ci co o tym sądzę, ale mam miesiąc bez przeklinania”. I dopiero w okolicach trzeciego tygodnia zacząłem szukać synonimów. Zabawnych, głupkowatych, przerysowanych, jakichkolwiek. Byleby nie zastępować przekleństwa ciszą, a znaleźć mu jakiś zamiennik, który będę mógł wykorzystywać również po zakończeniu eksperymentu.

Jeśli bym wszystkie „chuje” i „kurwy” po prostu zamieniał na milczenie, to cała akcja nic bym mi nie dała. Nie stałbym się ani ciut bardziej elokwentny, a zaraz po zakończeniu akcji wróciłbym do przeklinania. A tak, i wróciłem do nierynsztokowego formułowania myśli w codziennej komunikacji, i znalazłem tuziny zastępstw do wszelkich prąci i wagin, i stworzyłem drugie tyle neologizmów mocno pobudzając wyobraźnię. Co w przypadku mojej pracy jest korzyścią nie do przecenienia.

Pilnowanie słownictwa jakim operuję, pozwoliło mi także nieco się wyciszyć. Przez trzymanie języka na wodzy w chwilach zdenerwowania, napięcie mijało dużo szybciej, niż wcześniej i zasadniczo stałem się trochę spokojniejszy. Nie żebym wcześniej był jakimś wulkanem żółci, ale zdarzało mi dawać ponieść i w przypływie fali złości popłynąć ciut za daleko. Albo ciut dalej niż ciut. Przez te 30 dni nie zdarzyło się to ani razu.

Ze zmian wewnętrznych, również zacząłem inaczej postrzegać osoby miotające bluzgami. I nie mówię tu o typach pokroju Bonusa BGC, ale o normalnych ludziach, którzy czasem rzucą jakąś wronę z filmiku Abstrachujów. Nagle zaczęło być to dla mnie nienormalne i piec mnie w uszy jak czarna tapicerka w środku lata. Coś, na co wcześniej kompletnie nie zwracałem uwagi, stało się widoczne jak plamy z barszczu na białym obrusie. Nie spodziewałbym się, ale, mimowolnie, osoby używające wulgaryzmów zaczęły być dla mnie nieco prostackie.

 

Czy warto zrobić sobie taką słowną odtrutkę?

Nawet nie będę próbował się oszukiwać wmawiając sobie, że ten detoks zostanie mi na zawsze i brzydko na kupę będę mówił tylko raz w tygodniu. Doskonale wiem, że za kilka dni słowa, których próbowałem się pozbyć znów zawitają do mojego słownika. Z pewnością nie w takim natężeniu i nie z taką częstotliwością, ale jednak. Głównie dlatego, że przy pisaniu lubię dla smaku i emfazy wrzucić jakąś „kurwę”. Mimo to, uważam, że akcja jak najbardziej miała sens i, tak jak w przypadku nie jedzenia mięsa, polecam ją każdemu.

Po pierwsze, tak jak przy używkach, jeśli coś odstawisz na tyle by się oczyścić i wrócisz do tego, to kopie mocniej. Gdy teraz znów będę przeklinał, słowa te będą miały większą moc i zasadniej będą użyte.

Po drugie, tak jak pisałem wcześniej, moje słownictwo i odżyło i się wzbogaciło. Ktoś kto zajmuje się pisaniem na co dzień, powinien taki odwyki robić sobie regularnie, co też sam zamierzam.

Po trzecie, to świetna lekcja samoobserwacji i nabierania samoświadomości. Moment kiedy mimowolnie wypowiadasz „chuj by to strzelił” i obserwujesz z perspektywy trzeciej osoby – bo przecież kodowałeś sobie w głowie, że nie przeklinasz – jak te słowa wydobywają się z Twojej krtani, jest przepiękny. Chwila, w której uświadamiasz sobie jak głęboko masz zakorzenione niektóre mechanizmy i jak wielką siłę ma nawyk, jest cenniejsza niż kursy rozwojowe połowy polskich coachów.

Po czwarte, samokontrola i silna wolna. Warto ją trenować, nawet gdy ponosisz porażkę, bo to tak jak z mięśniami – rosną tylko podczas wysiłku. A panowanie nad sobą przydaje się w każdym aspekcie życia. W każdym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mr. Fibble
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Oliwia

    Na szczęście teraz przeklinanie w pracy niesie ze sobą ogromne konsekwencje, więc może w tym roku uda Ci się sprostać wyzwaniu ;) trzymam kciuki! http://www.pulshr.pl/zarzadzanie/nie-rzucaj-pracy-w-zlosci-moze-to-miec-powazne-konsekwencje-jakie,35787.html

  • no marta

    Ja nie umiem przeklinać. Zawsze, gdy ktoś mnie o to pyta, mówię, że chyba ominęłam jakiś etap rozwoju. Zdarza mi się użyć wulgaryzmu, kiedy kogoś cytuję. Tak sama z siebie wyartykułowałam niecenzuralne słowo cały jeden raz. I teraz się zastanawiam, czy moi znajomi w mojej obecności się trochę hamują, bo jeśli tak, to dotąd nie sądziłam, że może być tak bardzo źle.
    Bardzo ciekawy pomysł, sama bardzo lubię eksperymenty związane z samoświadomością i samokontrolą.

  • Dzisiaj usłyszałam od znajomej, że usłyszała z daleka miły damski głos, który tak ładnie przeklina i pomyślała, że to ja. Nie byłam to ja ale zrobiło mi się nieco głupio bo czasem klnę i jak szewc i synonim prostytutki stosuję baaaardzo często. Za kierownicą wychodzi ze mnie prawdziwe zwierze i koszmarny agresor. Wielokrotnie próbowałam odtrutek z mniejszym lub większym skutkiem. Jedyne co mi się udało to praktycznie ograniczenie do minimum przekleństw w moim pisaniu. Na starym blogu często rzucałam mięsem i miałam na to wyjechane.

  • Pingback: Cotygodniowy Przegląd Internetu #17: Homer Simpson, Kamil Durczok i Charles Bukowski()

  • W myśl zasady „kobietom nie wypada”, sama podjęłam decyzję o eksperymencie finalnie prowadzącym do wyzbycia się z mojego słownika przekleństw. Nie przekonały mnie nawet stwierdzenia, że konwenanse trzeba olewać i mogę sobie psioczyć do woli. Żeby mnie nie korciło, plan był dość prosty: za każde przekleństwo płacę 10 groszy. Przez kilka pierwszych dni szło mi świetnie. Aż do sytuacji w której nie zdążyłam złapać słoika i przecier przyozdobił wszystkie meble w kuchni. I gdyby sprawa nie rozeszła się po kościach, dzisiaj byłabym bankrutem.
    I to jest jednak zero powodów do dumy. Choć może za jakiś czas zrobię podejście numer dwa. :)

  • W myśl zasady „kobietom nie wypada”, sama podjęłam decyzję o eksperymencie finalnie prowadzącym do wyzbycia się z mojego słownika przekleństw. Nie przekonały mnie nawet stwierdzenia, że konwenanse trzeba olewać i mogę sobie psioczyć do woli. Żeby mnie nie korciło, plan był dość prosty: za każde przekleństwo płacę 10 groszy. Przez kilka pierwszych dni szło mi świetnie. Aż do sytuacji w której nie zdążyłam złapać słoika i przecier przyozdobił wszystkie meble w kuchni. I gdyby sprawa nie rozeszła się po kościach, dzisiaj byłabym bankrutem.
    I to jest jednak zero powodów do dumy. Choć może za jakiś czas zrobię podejście numer dwa. :)

  • Próbuję to zmienić, nawet jednego dnia zaczęliśmy w domu wrzucać 5 złociszy za każdą córę koryntu. Uzbierliśmy ponad 100złotych w jeden wieczór… Źle to świadczy chyba o mnie ;] Niemniej faktem jest, że przy osobach, które nie przeklinają, mój język się poszerza o słowa niewulgarne. Z kolei jak ktoś rzuca mięsem – to się nieźle rozkręcam. Ciekawa zasadność, btw. ciekawe wyzwanie ;] Nie dziwię się, że ludzie mniej się dziwili, aniżeli przy wyzwaniu dot. niejedzenia mięsa. Ludzie prędzej zrozumieją, że codziennie wciągasz fetę, aniżeli rezygnujesz z burgera ;] (mówię to na podstawie 15 lat doświadczeń ;p)

  • Fajnie – widzę, ze nie tylko mnie mierzi to, ze strasznie sie rozklęliśmy jako naród :(

  • Czasami po prostu nie da się nie przeklinać, bo nic innego nie pozostaje.

  • 3 lata temu robiłem podobny eksperyment. Też z problemami. Musisz myśleć co mówisz jeszcze bardziej niż zwykle a przy tym język wydaje się być uboższy… Bo są takie sytuacje gdy po prostu trzeba użyć tej całej kurwy…

  • Przeczytaniu podsumowania aż sama dziwię dziwię, że po powrocie z Urzędu Pracy nie klęłam jak szewc. Dopiero sobie dzięki Tobie uświadomiłam jaka ja wspaniałomyślna jestem. Hehe…

  • Lou

    Mi też się nie udał miesiąc bez przeklinania. Właściwie zaraz po podjęciu decyzji o wstrzemięźliwości językowej rzuciłam mięsem.

    • To musiałeś nie być przekonany do pomysłu, skoro zrobiłeś to tak szybko.

      • Lou

        Później jeszcze próbowałam ale pierwszą chwilę słabości miałam już chwilę po podjęciu wyzwania :P

  • Monika Grzebyk

    Skoro post o czystości językowej, mam nadzieję, że nie obrazisz się za wytknięcie błędu:
    „W dniu, w którym liczyłem, że po raz pierwszy będę miał zero na liczniku, przechodząc przez pasy, obładowany zakupami, koleś w Jeepie prawie mnie potrącił…”
    Złe użycie imiesłowu sugeruje, że koleś w Jeepie potrącił Cię, gdy przechodził przez pasy ;)

  • Sarna

    „znalazłem tuziny zastępstw do wszelkich prąci i wagin, i stworzyłem drugie tyle neologizmów mocno pobudzając wyobraźnię” – można jakieś przykłady? :D

  • Paulina

    Po przeczytaniu, że podejmujesz takie wyzwanie też spróbowałam. Nawet dobrze mi szło przez pierwszy tydzień… Później nadszedł czas stresów, niemiłych sytuacji i wszystko poszło się psuć. Od tamtego czasu pilnuje się jednak bardziej, a jeśli już rzucam tym nieszczęsnym mięchem to tylko w sytuacji ekstremalnej. :)

    • „Później nadszedł czas stresów, niemiłych sytuacji i wszystko poszło się psuć” – masz na myśli sesję? :)

      • Paulina

        Coś ty! Jeszcze nie te lata. Matura w maju :)

  • Agata Piętak

    Ja przeklinam, i to nawet całkiem sporo, ale staram się nie nadużywać – wiem, w jakich sytuacjach nie wypada i panuję nad sobą – ale zwykle wyrażam się tak, jak się wyrażam, a nie inaczej.
    I strasznie mnie wkurwia, kiedy z kimś dyskutuję, i mój rozmówca, zamiast odnieść się merytorycznie to tematu rozmowy mówi tylko ‚nie przeklinaj, kobietom nie wypada’. No ja pierdolę, podobno mamy równouprawnienie.

  • Przy sposobie z karteczkami „Nie klnij” już mnie ruszyło, że mózg NIE zna zaprzeczeń. Nie robić źle NIE znaczy robić dobrze ;)
    Synonimy nie dość, że skuteczne, to na dodatek poprawiają humor :)
    W liceum cieszyłam się opinią „czystego” języka, nikogo nie tyrałam za klnięcie, a mimo to towarzystwo zawsze się reflektowało z językiem. Budujące czasy!

  • Mnie zawsze bardzo rażą przekleństwa u innych, bo sama dbam o „czystość językową” od wielu lat, praktycznie odkąd jako dziecko nabyłam zdolność samoświadomości. Oczywiście nie twierdzę, że mówię zawsze hiperpoprawnie, ale jednak się staram.
    Gratuluję pomysłu i życzę Ci wytrwałości w tym, żeby wracać co jakiś czas do tego postanowienia. Mam też nadzieję, że jakaś część z Twoich czytelników weźmie sobie to do serca i będzie Cię chciała naśladować. Nie ważne czy w tym, czy w ulepszaniu w sobie jakieś innych cech, ale praca nad sobą to świetna sprawa, a jak się powiedzie to daję człowiekowi naprawdę pozytywnego kopa.
    No i najważniejsze, nie ma sensu zmieniać w sobie coś, co jest źle postrzegane w otoczeniu, tylko to co przeszkadza samemu zainteresowanemu, tylko wtedy jest szansa, że będzie jakiś efekt. Pozdrawiam ;)

  • Aleksandra Muszyńska

    Z przeklinaniem to chyba nawet gorzej niż z fajurami czy czekoladą. Fajki można spuścić w wucecie i nie kupować, dział z czekoladą omijać i zawiesić sobie w pokoju nowe,za małe spodnie (:)) Przeklinanie jest nawykiem siedzącym w środku Ciebie i nie można go wyrzucić, wydrapać czy utopić, tylko walczyć samemu ze sobą.
    Ja troszkę ograniczyłam, ale na totalnie rzucenie nie mam nadziei.

    • Otóż to! Na początku miałem jeszcze szalony pomysł, żeby nie przeklinać w myślach, ale po puszczeniu przypadkowego kawałka, który miał wulgaryzm w refrenie i zawiesiłem się na nim na pół godziny, wiedziałem, że w miesiąc nie ma możliwości, żebym to wyrzucił z głowy.

  • Kocia Ciocia

    Po czwarte, samokontrola i silna wolna. Warto ją trenować, nawet gdy ponosisz porażkę, bo to tak jak z mięśniami – rosną tylko podczas wysiłku. A panowanie nad sobą przydaje się w każdym aspekcie życia. W każdym.

    Zwłaszcza w łózku :)

  • Wojti

    Mimo, że akcja nie zakończyła się tak jak planowałeś, to tak jak kolega poniżej gratuluję podjęcia wyzwania i walki mimo nie powodzeń, bo niejeden by się poddał po 3 dniach jak mu nie idzie, także gratki jeszcze raz!

  • Jakkolwiek by nie podsumować wyników, to podziwiam za sam pomysł i podjęcie wyzwania. Dziwne jest to, że dopiero kiedy coś odstawisz, uświadamiasz sobie, jak bardzo Ci tego brak. Aż do uzależnienia i potem syndromu odstawienia. Jestem na diecie juz czwarty miesiąc i choć waga leci, to czasem oddałbym miesiąc bez seksu za tabliczkę czekolady z oreo i zastanawiam się na męski organ płciowy mi las z tą całą dietą.

    • To właśnie pokazuje jaka jest moc przyzwyczajenia, trochę przerażające.

    • Aleksandra Muszyńska

      Tej dużej, Milki? Najlepsza. Znam to aż zbyt dobrze (bez słodyczy od stycznia).

      • Tej właśnie. Czasami czuję się jak na autentycznym odwyku. Na szczęście waga się odwdzięcza :)

        • Dorota Siniło

          Albo za słoik nutelli (też 4 miesiące na diecie) ;)

          • Ej, to przestaje być śmieszne ;)

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> SKOMENTUJ

Kiedy ktoś słucha disco-polo, chodzi w waginsach albo jara się „50 twarzami Greya”, zazwyczaj nie jest zwyczajnym sympatykiem tych wytworów kultury, a fanatykiem. I kiedy publicznie skrytykujesz jego preferencje, będzie ich zaciekle bronił. Przy czym „zaciekle” w tym przypadku znaczy: do pierwszego argumentu, którego nie będzie w stanie odeprzeć. Czyli do pierwszego argumentu w ogóle. Kiedy rzucisz najoczywistsze przesłanki deprecjonujące jego wybór – disco-polo to aspirujący wytwór muzyko-podobny, leginsy uwydatniające waginę są ohydne, a „50 twarzy Greya” to zamach na literaturę/kinematografię – użyje jedynej kontry, która w jego ocenie pozwoli mu wyjść z tego starcia obronną ręką: O GUSTACH SIĘ NIE DYSKUTUJE.

I problem z głowy.

No jasne, 95% dyskusji dotyczy przecież suchych faktów, a dysputy o upodobaniach to jakaś marginalna kwestia, którą zajmują się tylko upośledzeni i emeryci z Polski C. Najlepiej zresztą świadczą o tym codzienne rozmowy, które prowadzą między sobą ludzie wszelkich ras, wyznań, wzrostu i wagi, niezależnie od statusu materialnego, czy tego czy czyjś dziadek był w Wehrmachcie. Standardowe gadki skupiają się przecież tylko na bezrefleksyjnej wymianie informacji i chłodnych technikaliach.

Zresztą, sprawdźmy sami.

 

Impreza w klubie

– Ooo, stary! Widziałeś ten tyłek?

– Który?

– No tej w litach po prawej. I te nogi!

– Eee, sama skóra i kości. Pupa to musi być taka, żebyś mógł porządnie klepnąć. Ta jej niższa koleżanka dużo lepsza.

– No chyba jakby schudła dychę. Albo dwie.

 

Planowanie wakacji

– Masz jeszcze urlop? Lecimy gdzieś w sierpniu?

– No z jakiś tydzień by się znalazł, a gdzie chcesz lecieć?

– Bułgaria – ciepło, tanio i ładne widoki na plaży.

– A nie lepiej do Norwegii? Byłeś kiedyś w Oslo?

– Ale tam jest przecież zimno. I co my tam w ogóle będziemy robić?

– No zwiedzać. Dla mnie takie leżenie plackiem na piasku to strata czasu.

 

Wizyta w MOCAKu

– Och, to genialne! Czujesz ten dekadentyzm, ten weltschmerz, tę silną euforię wymieszaną z głębokim defetyzmem, podlaną poczuciem niezrozumienia jestestwa, inkludującą zapytanie o celowość postmodernizmu?

– Nie, nie czuję. Widzę tylko hula-hop leżący pod drabiną.

 

Damski kibel

– Ten Marek niezłe ciacho.

– Marek? Ten z brodą?

– Boże, ten jego zarost… jest boski!

– Dla mnie to wygląda jakby trzymał w nim wczorajsze śniadanie. Szybciej zwróciłabym podwieczorek niż dotknęła kolesia z czymś takim na twarzy.

 

Wyjście z chłopakami na piwo

– Panowie, kupiłem Golfa!

– Trójkę czy czwórkę?

– Trójkę. Chodzi jak marzenie. Statek nie samochód, tak gładko się go prowadzi!

– Oszalałeś, trójki są do niczego! 120 na budziku i ten twój statek zamieni się w samolot, a po roku i tak będzie do zezłomowania.

– Głupoty gadasz kolego, solidny niemiecki sprzęt. Silnik jak z rakiety NASA!

– Chyba tenisowej. Zresztą podobnie wygląda. W życiu bym do tego nie wsiadł.

 

Warzywniak

– Polecam ogóreczki kiszone, domowa robota, na niedziele w sam raz.

– A idź pani! To przecie taki kwas, że do gęby nawet nie ma jak tego włożyć.

 

Wizyta w C&A

– Zobacz misiu jak ładny sweterek znalazłam. Chodź, pójdziemy przymierzyć.

– Kotku, ale to jest przecież jakiś neonowy koszmarek. Jedziemy w przyszłym tygodniu na Paradę Miłości, czy o co ci chodzi?

 

Zmawianie pizzy

– To co, hawajska?

– Nie, nie lubię ananasa na pizzy.

– To możemy wziąć hawajską bez ananasa, z samymi brzoskwiniami i szynką.

– Nie no, w ogóle nie lubię mieszania słonego ze słodkim. Weźmy diabelską.

– Z papryczkami jalapeno i niedźwiedzim czosnkiem? Przecież tego nie da się ugryźć, a co dopiero połknąć.

 

Wybieranie muzyki na domówkę

– Co ty, same dubpstepy wrzuciłeś na tę playlistę?

– Nie no, jest też trochę drumów. A co?

– Ty, no przecież mózg ludziom odparuje jak będą w kółko tej łupanki słuchać.

– To co miałem wrzucić, Katy Perry?

– No.

 

Wybór lubrykantu

– Zobacz, jest nasz ulubiony – miętowy.

– Chyba twój. Ja się po nim czuję jakbym myła zęby. Weź malinowy.

– Malinowy? A co my do lasu na grzybobranie idziemy? Mnie jest mdło zawsze po nim, weźmy miętowy.

– Tobie jest mdło, a to ja mam go najczęściej w ustach! Bierzemy malinowy i koniec.

 

***

 

Faktycznie, o gustach się nie dyskutuje. Rozmawia się o zainteresowaniach, preferencjach, ciągotach, upodobaniach i sympatiach. Ale nikt nigdy z nikim nie dyskutuje o gustach.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Ben Raynal
---> SKOMENTUJ

Nowoczesny model rodziny to koszmar dla idiotów

Skip to entry content

Anna Mucha zaraz po tym jak postanowiła przestać być wpływową blogerką, wrzucającą emotikony i wielokropki częściej niż przecinki, prawie nauczyła się zaczynać zdanie wielką literą i założyła serwis dla matek – Mamadu. Który jest częścią Grupy naTemat. Tak, częścią naszego ulubionego portalu, na którym zawsze znajdziemy merytoryczne i wartościowe treści zmuszające do refleksji. Na Mamadu, również takich nie brakuje.

Aleksander Moszkietowicz, najwyraźniej mający odgórne zadanie być trzeźwym głosem rozsądku wśród zgiełku rozemocjonowanych kobiet, napisał wyjątkowo żenujący tekst – „Nowoczesny model rodziny to koszmar dla mężczyzn”. I jest tak kuriozalny i zabawny jak tytuł na to wskazuje. Choć to drugie nieco wbrew zamierzeniom autora. Zasadniczo Olek przez cały „artykuł” żali się, w jakich to zgubnych dla ludzkości czasach żyjemy, w których facet poza machaniem penisem i zapładnianiem dziewic ma jeszcze inne obowiązki.

Nowoczesny model rodziny to koszmar dla mężczyzn

Na dobrą sprawę całość można by streścić do tego, że Moszkietowicz życzy sobie powrotu ery kamienia łupanego, ale poszczególne akapity są na tyle komiczne, że warto im się przyjrzeć z osobna.

Współczesne kobiety-matki uważają, że ojcowie ich dzieci są na pilota. Naciska się guzik – pojawia się “tatuś misiaczek”. Pokwili chwilę nad dzieckiem, przewinie, kocyk poprawi. Starszemu zawiąże bucik, a młodszemu przetrze marchewkę. Kolejny guzik – misiaczek zamienia się w “ojca niedźwiedzia”. Zdecydowany głos, mądre słowa, autorytet i źródło zasad.

Współcześni mężczyźni-ojcowie uważają, że matki ich dzieci są na pilota. Naciska się guzik – pojawia się „matka Polka”. Da cyca, zmieni pieluchę, wyjdzie z dzieckiem na spacer. Kolejny guzik – „gosposia stażystka”. Zrobi obiad, pranie, sprzątanie, prasowanie. Następny guzik – „bizneswoman”, znana także jako „korposuka”. Awans, premia, kariera. I kolejny – „demon seksu”. Ssanie, obciąganie, szczytowanie.

Brzmi znajomo?

Ale przecież tak się na dłuższą metę nie da żyć.

Umrzyj zatem.

To, co dzieje się w modelu rodziny przez ostatnie kilkadziesiąt lat to z punktu widzenia mężczyzny najgorszy interes od czasu, gdy Indianie sprzedali Manhattan za garść szklanych paciorków. Pojawiły się nowe oczekiwania i zadania, a stare wcale nie zniknęły. Wszystko się skomplikowało, bywa ze sobą sprzeczne i niezrozumiałe. Doszły nowe obowiązki, a wynagrodzenie wcale nie wzrosło. A na dodatek nie ma gdzie się odwoływać, a protesty są co najmniej niepoprawne politycznie.

Ostatni raz widziałem, żeby ktoś tak się żalił na swoją niezaradność życiową i nieprzystosowanie do realiów w pierwszej klasie gimnazjum. Gdy wychowawczyni nas poinformowała, że to już nie podstawówka i nie możemy wychodzić do toalety w trakcie lekcji. Zasadniczo mam wrażenie, że autor faktycznie traktuje własną rodzinę jak interes, który powinien być ukierunkowany wyłącznie na zyski, a nie jak grupę najbliższych mu osób, z którymi po prostu chce być. Za zdanie z odwoływaniem się żona powinna wystąpić o rozwód.

Można odnieść wrażenie (chciałem napisać “odnoszę wrażenie”, ale się boję :)), że wyobrażenia kobiet o społecznej roli mężczyzny dyktuje wygoda i potrzeba chwili. Szczególnie, gdy na świecie pojawiają się dzieci, a z nimi obowiązki. Okazuje się, że poza karmieniem piersią w zasadzie wszystkie obowiązki muszą być obowiązkami wspólnymi.

Nie wiem co mnie bardziej bawi. Czy to, że Aleksander, który jest na tyle duży by rozprzestrzeniać swoje nasienie po świecie, dziwi się jak 5-letni chłopiec, że jego rola wraz z wiekiem ewoluuje, czy to jak bardzo jest zaskoczony faktem, że spłodzenie dziecka niesie ze sobą obowiązki, które trzeba dzielić.

Mnóstwo mniejszych i większych autorytetów, setki artykułów i współcześni mężczyźni szybko są przekonywani, że bycie “dobrym ojcem” oznacza w XXI wieku KONIECZNOŚĆ pełnego uczestnictwa w każdym aspekcie życia dziecka. Wybór jabłuszka na śniadanie, rozmiar pieluch, ulubione przytulanki. Szczepienia i kolor śpioszków. Oraz oczywiście nieśmiertelne wspólne kąpanie dziecka. Przykładów można by mnożyć chyba w nieskończoność. A ponieważ “dobrym ojcem” chce być każdy, to szybko z kolegą w pracy zamiast o meczu Real–Barcelona rozmawia się o herbatce na kolki.

Biedaczysko, on tylko chciał być dawcą spermy, a tu na nieświadomce ktoś go wmanewrował w bycie ojcem. Życie bywa takie okrutne.

To niezaprzeczalnie jest cały arsenał czynności, którym nasi dziadkowie jedynie się przyglądali, jeśli mieli ochotę. A ich ojcowie pewnie w ogóle nie zaprzątali sobie tym głowy. Opieka nad dzieckiem przez pierwsze lata jego życia była wyłączną domeną kobiet i żadnej pewnie przez myśl nie przeszło, żeby angażować w to mężów.

Nasi pradziadowie leczyli również rany przykładając do nich chleb rozmiękczony śliną i pajęczyną, a mycie się częściej niż raz w tygodniu uchodziło za szczyt dziwactwa, natomiast wypłynięcie na ocean wiązało się z ryzykiem wypadnięcia za krawędź Ziemi, która wówczas była płaska. Tak, zdecydowanie przodkowie mieli rację, wróćmy do czasów starożytnych.

“Wmanewrowanie” ojców w “niunianie” dziecka od pierwszych dni nie zwolniło ich społecznie z innych zajęć i ról.

Nie ma wyjścia, ktoś w końcu musi powołać Komisję Zwolnień Rodzicielskich. Przynosisz książeczkę z podbitymi pieczątkami z niuniania i masz spokój z byciem ojcem na kolejny kwartał.

Nie ma co się oszukiwać – zdecydowanej większości ojców bliższa i milsza jest wizja siebie, jako nauczyciela. Zasad i jazdy na rowerze. Odwagi i łowienia ryb. Odpowiedzialności i szukania Gwiazdy Polarnej. Kochamy swoje dzieci najmocniej na świecie i będziemy to robić z niespotykaną pasją i cierpliwością. To wcale nie jest łatwe. Więcej – to trudniejsze niż przewijanie i wybór tapety do pokoju dziecięcego.

Oj, jakie to rozczulające, prawie się wzruszyłem. Mazgaj, który żenująco ucieka od odpowiedzialności, bo przerastają go codzienne obowiązki związane z zajmowaniem się człowiekiem, którego sam powołał do życia, CHCE BYĆ NAUCZYCIELEM. Bo taka wizja jest mu bliższa. Jakie to gówniarsko piękne. Disney powinien zrobić o tym bajkę, bo Piotruś Pan znalazł swojego następcę.

Czemu tacy ludzie nie mają dostępu do stosunków płciowych dopiero po zaliczeniu testu na nie bycie idiotą?

Na użytek wizerunku ojca XXI wieku opowiemy zaś z przejęciem, jak to nie możemy doczekać się uczestnictwa w kąpieli dziecka. Albo podzielimy się trikami o ząbkowaniu. Po przyjściu z pracy powiemy do żony: “Kochanie odpocznij, ja zrobię kolację”. Codziennie. Wmówiono nam, że na tym teraz polega odpowiedzialność mężczyzny za rodzinę.

Tak, bo kobieta jest przecież wielofunkcyjnym robotem do zadań kulinarno-sprzątająco-wychowawczo-rozrodczych, a facet powinien być tylko nadzorcą-nauczycielem, który udziela reprymend i pochwał za wykonane zadania. I to tylko wtedy, kiedy mu się zachce.

„Mężczyźni do siekier, kobiety do igieł” to apel do społecznego rozsądku. Do powrotu zgody co do tego, aby faceci mogli być tylko facetami. Żeby nie stawali się nimi „po godzinach”, w przerwie pomiędzy praniem, pracą, a gotowaniem.

Jeśli komuś się wydaje, że rola ojca sprowadza się do weekendowego chodzenia na ryby i pojawiania się w życiu dziecka z częstotliwością Komety Halleya, to nie powinien go nigdy mieć. Jeśli natomiast pranie, sprztątanie, gotowanie, czy przewijanie własnej córki dla jakiegoś faceta jest niemęskie, to powinien sprawdzić, czy przypadkiem listonosz nie jest ojcem, bo będąc taką bojącą się wysiłku i pobrudzenia rączek ciotą, nie spłodziłby nic poza rozczarowaniem. Rozczarowaniem swoją osobą.

Tak że tego… „idioci do kastracji, rodzice do dzieci”.

---> SKOMENTUJ