Close
Close

Kiedy ktoś słucha disco-polo, chodzi w waginsach albo jara się „50 twarzami Greya”, zazwyczaj nie jest zwyczajnym sympatykiem tych wytworów kultury, a fanatykiem. I kiedy publicznie skrytykujesz jego preferencje, będzie ich zaciekle bronił. Przy czym „zaciekle” w tym przypadku znaczy: do pierwszego argumentu, którego nie będzie w stanie odeprzeć. Czyli do pierwszego argumentu w ogóle. Kiedy rzucisz najoczywistsze przesłanki deprecjonujące jego wybór – disco-polo to aspirujący wytwór muzyko-podobny, leginsy uwydatniające waginę są ohydne, a „50 twarzy Greya” to zamach na literaturę/kinematografię – użyje jedynej kontry, która w jego ocenie pozwoli mu wyjść z tego starcia obronną ręką: O GUSTACH SIĘ NIE DYSKUTUJE.

I problem z głowy.

No jasne, 95% dyskusji dotyczy przecież suchych faktów, a dysputy o upodobaniach to jakaś marginalna kwestia, którą zajmują się tylko upośledzeni i emeryci z Polski C. Najlepiej zresztą świadczą o tym codzienne rozmowy, które prowadzą między sobą ludzie wszelkich ras, wyznań, wzrostu i wagi, niezależnie od statusu materialnego, czy tego czy czyjś dziadek był w Wehrmachcie. Standardowe gadki skupiają się przecież tylko na bezrefleksyjnej wymianie informacji i chłodnych technikaliach.

Zresztą, sprawdźmy sami.

 

Impreza w klubie

– Ooo, stary! Widziałeś ten tyłek?

– Który?

– No tej w litach po prawej. I te nogi!

– Eee, sama skóra i kości. Pupa to musi być taka, żebyś mógł porządnie klepnąć. Ta jej niższa koleżanka dużo lepsza.

– No chyba jakby schudła dychę. Albo dwie.

 

Planowanie wakacji

– Masz jeszcze urlop? Lecimy gdzieś w sierpniu?

– No z jakiś tydzień by się znalazł, a gdzie chcesz lecieć?

– Bułgaria – ciepło, tanio i ładne widoki na plaży.

– A nie lepiej do Norwegii? Byłeś kiedyś w Oslo?

– Ale tam jest przecież zimno. I co my tam w ogóle będziemy robić?

– No zwiedzać. Dla mnie takie leżenie plackiem na piasku to strata czasu.

 

Wizyta w MOCAKu

– Och, to genialne! Czujesz ten dekadentyzm, ten weltschmerz, tę silną euforię wymieszaną z głębokim defetyzmem, podlaną poczuciem niezrozumienia jestestwa, inkludującą zapytanie o celowość postmodernizmu?

– Nie, nie czuję. Widzę tylko hula-hop leżący pod drabiną.

 

Damski kibel

– Ten Marek niezłe ciacho.

– Marek? Ten z brodą?

– Boże, ten jego zarost… jest boski!

– Dla mnie to wygląda jakby trzymał w nim wczorajsze śniadanie. Szybciej zwróciłabym podwieczorek niż dotknęła kolesia z czymś takim na twarzy.

 

Wyjście z chłopakami na piwo

– Panowie, kupiłem Golfa!

– Trójkę czy czwórkę?

– Trójkę. Chodzi jak marzenie. Statek nie samochód, tak gładko się go prowadzi!

– Oszalałeś, trójki są do niczego! 120 na budziku i ten twój statek zamieni się w samolot, a po roku i tak będzie do zezłomowania.

– Głupoty gadasz kolego, solidny niemiecki sprzęt. Silnik jak z rakiety NASA!

– Chyba tenisowej. Zresztą podobnie wygląda. W życiu bym do tego nie wsiadł.

 

Warzywniak

– Polecam ogóreczki kiszone, domowa robota, na niedziele w sam raz.

– A idź pani! To przecie taki kwas, że do gęby nawet nie ma jak tego włożyć.

 

Wizyta w C&A

– Zobacz misiu jak ładny sweterek znalazłam. Chodź, pójdziemy przymierzyć.

– Kotku, ale to jest przecież jakiś neonowy koszmarek. Jedziemy w przyszłym tygodniu na Paradę Miłości, czy o co ci chodzi?

 

Zmawianie pizzy

– To co, hawajska?

– Nie, nie lubię ananasa na pizzy.

– To możemy wziąć hawajską bez ananasa, z samymi brzoskwiniami i szynką.

– Nie no, w ogóle nie lubię mieszania słonego ze słodkim. Weźmy diabelską.

– Z papryczkami jalapeno i niedźwiedzim czosnkiem? Przecież tego nie da się ugryźć, a co dopiero połknąć.

 

Wybieranie muzyki na domówkę

– Co ty, same dubpstepy wrzuciłeś na tę playlistę?

– Nie no, jest też trochę drumów. A co?

– Ty, no przecież mózg ludziom odparuje jak będą w kółko tej łupanki słuchać.

– To co miałem wrzucić, Katy Perry?

– No.

 

Wybór lubrykantu

– Zobacz, jest nasz ulubiony – miętowy.

– Chyba twój. Ja się po nim czuję jakbym myła zęby. Weź malinowy.

– Malinowy? A co my do lasu na grzybobranie idziemy? Mnie jest mdło zawsze po nim, weźmy miętowy.

– Tobie jest mdło, a to ja mam go najczęściej w ustach! Bierzemy malinowy i koniec.

 

***

 

Faktycznie, o gustach się nie dyskutuje. Rozmawia się o zainteresowaniach, preferencjach, ciągotach, upodobaniach i sympatiach. Ale nikt nigdy z nikim nie dyskutuje o gustach.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Ben Raynal
(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Nowoczesny model rodziny to koszmar dla idiotów

Skip to entry content

Anna Mucha zaraz po tym jak postanowiła przestać być wpływową blogerką, wrzucającą emotikony i wielokropki częściej niż przecinki, prawie nauczyła się zaczynać zdanie wielką literą i założyła serwis dla matek – Mamadu. Który jest częścią Grupy naTemat. Tak, częścią naszego ulubionego portalu, na którym zawsze znajdziemy merytoryczne i wartościowe treści zmuszające do refleksji. Na Mamadu, również takich nie brakuje.

Aleksander Moszkietowicz, najwyraźniej mający odgórne zadanie być trzeźwym głosem rozsądku wśród zgiełku rozemocjonowanych kobiet, napisał wyjątkowo żenujący tekst – „Nowoczesny model rodziny to koszmar dla mężczyzn”. I jest tak kuriozalny i zabawny jak tytuł na to wskazuje. Choć to drugie nieco wbrew zamierzeniom autora. Zasadniczo Olek przez cały „artykuł” żali się, w jakich to zgubnych dla ludzkości czasach żyjemy, w których facet poza machaniem penisem i zapładnianiem dziewic ma jeszcze inne obowiązki.

Nowoczesny model rodziny to koszmar dla mężczyzn

Na dobrą sprawę całość można by streścić do tego, że Moszkietowicz życzy sobie powrotu ery kamienia łupanego, ale poszczególne akapity są na tyle komiczne, że warto im się przyjrzeć z osobna.

Współczesne kobiety-matki uważają, że ojcowie ich dzieci są na pilota. Naciska się guzik – pojawia się “tatuś misiaczek”. Pokwili chwilę nad dzieckiem, przewinie, kocyk poprawi. Starszemu zawiąże bucik, a młodszemu przetrze marchewkę. Kolejny guzik – misiaczek zamienia się w “ojca niedźwiedzia”. Zdecydowany głos, mądre słowa, autorytet i źródło zasad.

Współcześni mężczyźni-ojcowie uważają, że matki ich dzieci są na pilota. Naciska się guzik – pojawia się „matka Polka”. Da cyca, zmieni pieluchę, wyjdzie z dzieckiem na spacer. Kolejny guzik – „gosposia stażystka”. Zrobi obiad, pranie, sprzątanie, prasowanie. Następny guzik – „bizneswoman”. Awans, premia, kariera. I kolejny – „demon seksu”. Ssanie, obciąganie, szczytowanie.

Brzmi znajomo?

Ale przecież tak się na dłuższą metę nie da żyć.

Umrzyj zatem.

To, co dzieje się w modelu rodziny przez ostatnie kilkadziesiąt lat to z punktu widzenia mężczyzny najgorszy interes od czasu, gdy Indianie sprzedali Manhattan za garść szklanych paciorków. Pojawiły się nowe oczekiwania i zadania, a stare wcale nie zniknęły. Wszystko się skomplikowało, bywa ze sobą sprzeczne i niezrozumiałe. Doszły nowe obowiązki, a wynagrodzenie wcale nie wzrosło. A na dodatek nie ma gdzie się odwoływać, a protesty są co najmniej niepoprawne politycznie.

Ostatni raz widziałem, żeby ktoś tak się żalił na swoją niezaradność życiową i nieprzystosowanie do realiów w pierwszej klasie gimnazjum. Gdy wychowawczyni nas poinformowała, że to już nie podstawówka i nie możemy wychodzić do toalety w trakcie lekcji. Zasadniczo mam wrażenie, że autor faktycznie traktuje własną rodzinę jak interes, który powinien być ukierunkowany wyłącznie na zyski, a nie jak grupę najbliższych mu osób, z którymi po prostu chce być. Za zdanie z odwoływaniem się żona powinna wystąpić o rozwód.

Można odnieść wrażenie (chciałem napisać “odnoszę wrażenie”, ale się boję :)), że wyobrażenia kobiet o społecznej roli mężczyzny dyktuje wygoda i potrzeba chwili. Szczególnie, gdy na świecie pojawiają się dzieci, a z nimi obowiązki. Okazuje się, że poza karmieniem piersią w zasadzie wszystkie obowiązki muszą być obowiązkami wspólnymi.

Nie wiem co mnie bardziej bawi. Czy to, że Aleksander, który jest na tyle duży by rozprzestrzeniać swoje nasienie po świecie, dziwi się jak 5-letni chłopiec, że jego rola wraz z wiekiem ewoluuje, czy to jak bardzo jest zaskoczony faktem, że spłodzenie dziecka niesie ze sobą obowiązki, które trzeba dzielić.

Mnóstwo mniejszych i większych autorytetów, setki artykułów i współcześni mężczyźni szybko są przekonywani, że bycie “dobrym ojcem” oznacza w XXI wieku KONIECZNOŚĆ pełnego uczestnictwa w każdym aspekcie życia dziecka. Wybór jabłuszka na śniadanie, rozmiar pieluch, ulubione przytulanki. Szczepienia i kolor śpioszków. Oraz oczywiście nieśmiertelne wspólne kąpanie dziecka. Przykładów można by mnożyć chyba w nieskończoność. A ponieważ “dobrym ojcem” chce być każdy, to szybko z kolegą w pracy zamiast o meczu Real–Barcelona rozmawia się o herbatce na kolki.

Biedaczysko, on tylko chciał być dawcą spermy, a tu na nieświadomce ktoś go wmanewrował w bycie ojcem. Życie bywa takie okrutne.

To niezaprzeczalnie jest cały arsenał czynności, którym nasi dziadkowie jedynie się przyglądali, jeśli mieli ochotę. A ich ojcowie pewnie w ogóle nie zaprzątali sobie tym głowy. Opieka nad dzieckiem przez pierwsze lata jego życia była wyłączną domeną kobiet i żadnej pewnie przez myśl nie przeszło, żeby angażować w to mężów.

Nasi pradziadowie leczyli również rany przykładając do nich chleb rozmiękczony śliną i pajęczyną, a mycie się częściej niż raz w tygodniu uchodziło za szczyt dziwactwa, natomiast wypłynięcie na ocean wiązało się z ryzykiem wypadnięcia za krawędź Ziemi, która wówczas była płaska. Tak, zdecydowanie przodkowie mieli rację, wróćmy do czasów starożytnych.

“Wmanewrowanie” ojców w “niunianie” dziecka od pierwszych dni nie zwolniło ich społecznie z innych zajęć i ról.

Nie ma wyjścia, ktoś w końcu musi powołać Komisję Zwolnień Rodzicielskich. Przynosisz książeczkę z podbitymi pieczątkami z niuniania i masz spokój z byciem ojcem na kolejny kwartał.

Nie ma co się oszukiwać – zdecydowanej większości ojców bliższa i milsza jest wizja siebie, jako nauczyciela. Zasad i jazdy na rowerze. Odwagi i łowienia ryb. Odpowiedzialności i szukania Gwiazdy Polarnej. Kochamy swoje dzieci najmocniej na świecie i będziemy to robić z niespotykaną pasją i cierpliwością. To wcale nie jest łatwe. Więcej – to trudniejsze niż przewijanie i wybór tapety do pokoju dziecięcego.

Oj, jakie to rozczulające, prawie się wzruszyłem. Mazgaj, który żenująco ucieka od odpowiedzialności, bo przerastają go codzienne obowiązki związane z zajmowaniem się człowiekiem, którego sam powołał do życia, CHCE BYĆ NAUCZYCIELEM. Bo taka wizja jest mu bliższa. Jakie to gówniarsko piękne. Disney powinien zrobić o tym bajkę, bo Piotruś Pan znalazł swojego następcę.

Czemu tacy ludzie nie mają dostępu do stosunków płciowych dopiero po zaliczeniu testu na nie bycie idiotą?

Na użytek wizerunku ojca XXI wieku opowiemy zaś z przejęciem, jak to nie możemy doczekać się uczestnictwa w kąpieli dziecka. Albo podzielimy się trikami o ząbkowaniu. Po przyjściu z pracy powiemy do żony: “Kochanie odpocznij, ja zrobię kolację”. Codziennie. Wmówiono nam, że na tym teraz polega odpowiedzialność mężczyzny za rodzinę.

Tak, bo kobieta jest przecież wielofunkcyjnym robotem do zadań kulinarno-sprzątająco-wychowawczo-rozrodczych, a facet powinien być tylko nadzorcą-nauczycielem, który udziela reprymend i pochwał za wykonane zadania. I to tylko wtedy, kiedy mu się zachce.

„Mężczyźni do siekier, kobiety do igieł” to apel do społecznego rozsądku. Do powrotu zgody co do tego, aby faceci mogli być tylko facetami. Żeby nie stawali się nimi „po godzinach”, w przerwie pomiędzy praniem, pracą, a gotowaniem.

Jeśli komuś się wydaje, że rola ojca sprowadza się do weekendowego chodzenia na ryby i pojawiania się w życiu dziecka z częstotliwością Komety Halleya, to nie powinien go nigdy mieć. Jeśli natomiast pranie, sprztątanie, gotowanie, czy przewijanie własnej córki dla jakiegoś faceta jest niemęskie, to powinien sprawdzić, czy przypadkiem listonosz nie jest ojcem, bo będąc taką bojącą się wysiłku i pobrudzenia rączek ciotą, nie spłodziłby nic poza rozczarowaniem. Rozczarowaniem swoją osobą.

Tak że tego… „idioci do kastracji, rodzice do dzieci”.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #15: Zanzibar, nauka w trakcie seksu i Andrzej Zaucha

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 15

Zaskoczę Was, ale w dzisiejszym zestawieniu nie ma ani jednego linka związanego z Oscarami. ZERO. Temat był tak mocno eksploatowany przez ostatni tydzień, że chyba nikt się nie uchował, kto by nie wiedział, że polski film zdobył tę statuetkę? W sensie „Ida”. A „Birdman” zgarnął cztery, a „Whiplash” trzy. To jak, wszyscy wiedzą i możemy przejść dalej? Dobra, to jedziemy z tematem.

HipsterMerkel: czyli jakie fotki na Instagrama wrzucałaby Angela Merkel, gdyby dziś była nastolatką. To znaczy hipsterem.

Jak żyje się na Zanzibarze? Zdjęcia pokazujące Tanzanię od kuchni i warunki w jakich żyją tam ludzie. Nie jest to materiał typowo reportażowy, komercyjnie nastawiony na ukazanie głodu i nędzy, raczej dość wyśrodkowany.

Czego możemy nauczyć się w trakcie seksu? Oprócz samego seksu i imienia partnerki? Oryginalne i całkiem sensowne przemyślenia na temat tego jak stosunek płciowy wpływa na inne aspekty życia. Jak korzystnie oczywiście.

Sekretne życie superbohaterów: świetne fotki przedstawiające Hulka, Thora, Spidermana i Wolverine’a podczas „zwykłych” dni, gdy akurat nie muszą ratować świata. Ani go demolować.

Co miała na myśli Marilyn Monroe? Genialny tekst z rozkminą najbardziej znanych wypowiedzi biuściastej ikony popkultury. Analiza i komentarz do haseł, na piątkę z plusem.

Egipski sprzedawca: Ravgor też był w Egipcie i też go wkurzali nachalni wciskacze wszystkiego-co-tylko-mają-przy-sobie. I postanowił odwrócić sytuację, pokonując poganiaczy ich własną bronią. Git fasolka!

 

Klip tygodnia: nie jestem fanem Roberta M, ani jego akcji robienia z rapu popu dla blachar pod hasłem „Rozbójnik Albibaba”, więc gdy dowiedziałem się, że będzie rekonstruował szlagier Andrzeja Zauchy spodziewałem się większej porażki niż Mandaryna bez playbacku. A wszyło naprawdę bardzo, bardzo dobrze! Myślę, że Andrzej by się uśmiechnął pod wąsem.


 

Damska stylówka tygodnia: Malina Fashion to moje ostatnie wielkie odkrycie! Nad sceneriami musi jeszcze popracować, ale zestawy ma rewelacyjne! Godna konkurentka dla Pani Ekscelencji, czy Deynn w kwestii street wearu. 11/10.

zdjęcie pochodzi z bloga MalinaFashion.pl
zdjęcie pochodzi z bloga MalinaFashion.pl

 

Fanpage tygodnia: „Beka z mamuś na forach” – nazwa profilu w zasadzie mówi wszystko. Same grube rozkminy mateczek, które powinny uzyskiwać możliwość uprawiania seksu dopiero po zdania testu IQ. Najlepiej na poziomie gwarantującym, że nie włożą dziecka do piernika tuż po urodzeniu sadząc, że to najlepszy sposób na opaleniznę. Podziwiam autora za determinację w wydobywaniu takich perełek.

beka z mamuś na forach

 

Blogerka na głównym zdjęciu: ta pani z zieloną lupką, to Adriana z bloga KosmetoMama.pl. Jak na niszowy/początkujący blog o kosmetykach to ma naprawdę ładny szablon i zdjęcia, i mimo, że to totalne nie moja tematyka, to przeklikałem z kilkanaście wpisów. To tak, jakby ktoś wciąż nie był przekonany, czy wygląd ma znaczenie.

Z ogłoszeń parafialnych, to moja maszyna do pisania umiera śmiercią naturalną i zanim wyzionie ducha chce się zaopatrzyć w nową. Szukam lekkiego (koło 1 kilograma), małego (koło 11 cali) netbooka z mocną baterią (minimum 5 godzin) do 1000zł. Gdyby ktoś posiadał, bądź używał takiego sprzętu i mógł polecić, to będę wdzięczny za linka.