Close
Close

31 sposobów, w jakie czytelnicy wyrażają miłość

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Garry Knight
autorem zdjęcia jest Garry Knight

Miłość różne ma oblicza, imiona i formy. Ta siostrzano-braterska mocno różni się od tej związkowej – pomijając Jaimego i Cersei z „Gry o tron” – a i ta związkowa niemal w każdej parze wygląda inaczej. Jednak poza tym rodzajem kochania drugiego człowieka, do którego przyzwyczaiła nas bajka „Jaś i Małgosia”, dramat „Romeo i Julia” i dokument „Madzia i mama”, jest jeszcze jedna odmiana tego uczucia. Dość świeża, niezbadana i nieopisana za pomocą chwytliwej historii – blogersko-czytelnicza.

Jest najbardziej dzika i najmniej przewidywalna ze wszystkich, a jej przejawy często wprawiają w zakłopotanie obie strony. Bo nigdy nie wiadomo, czy to już to, czy jeszcze podchody, czy już epitafium. Sprawdźcie 31 najbardziej zaskakujących sposobów w jaki czytelnicy wyrażali swoje uczucia podczas ostatniego badania.

1. dobrze, że nie miałam stanika jak przeprowadzałeś badanie, zawsze przyjemniej

Potwierdzam. Tylko proszę, nie wspominaj o tym komisji etyki lekarskiej.

2. Gdzieś, coś, kiedyś, na jakimś zdjęciu ujrzałam twój tyłek. Brałabym.

Sam tyłek? Wy kobiety, to jednak strasznie przedmiotowo podchodzicie do relacji. Nie to co my.

3. w realu wydajesz się równie spoko, może następnym razem podejdę i zagadam ;)

W Carefourze też jestem do zniesienia, ale w Auchanie podobno mocno przeginam, nie mówiąc już o Almie. Przepraszam, musiałem.

4. Ma małego.

Coś czułem, że „małe jest piękne” to tylko taki wyświechtany slogan. No nic, zbieram na większego pendrive’a.

5. na pewno nie dałby rady napisać zabawnego posta o jajeczkowaniu pingwinów cesarskich i polityce rolnej Nowej Zelandii.

Niezła próba. Ja bym poradził sobie z tym nawet bez klawiatury, ale założę się, że Konrad z „Moja dziewczyna czyta blogi” nie dałby rady nawet klepnąć jednego akapitu.

6. nie jest już taki fajny jak kiedyś i zbyt dużo używa kropki nienawiści w odpowiedziach do komentarzy czytelników

To jest wyjątkowo zabawne. Są ludzie, którzy uważają, że zdanie zakończone zgodnie z zasadami pisowni języka polskiego – czyli kropką – to przejaw negatywnych emocji. Otóż nie! Wyobraź sobie, że są osoby, które nie wrzucają na końcu każdej linijki „;)”, „:P”, czy „xD” i wcale nie oznacza to, że buchają nienawiścią, a każda wypowiedź jest podszyta sarkazmem i ironią. Po prostu chcą, żebyś wiedział, gdzie się kończy zdanie.

7. że śniło mi się, że złamałeś mi nogę bo wjechałeś na mnie na rowerze :<

Ej, po pierwsze to Ty mi weszłaś wprost pod koła, a po drugie, to nogi mają to do siebie, że się zrastają. W przeciwieństwie do szprych.

8. Autor ma naprawdę sekswone nogi

Ten komentarz pojawił się tak wiele razy, że autentycznie zacząłem się im przyglądać i rozkminiać, co jest w nich takiego pociągającego. I nie wiem. Ale jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że się nie znam.

9. Boże, twój styl wypowiedzi ma tyle z Pratchetta…

Nie znam typa, ale miło, że zwróciłaś się do mnie po imieniu.

10. ptaki latają kluczem

A pingwinom marzną stopy.

11. św. Mikołaj nie istnieje. AAAHAHAHAH..

Ja do Was z sercem na tacy, a Wy mnie twarzą o beton. Za co?

12. Brakuje mi pytania „czy masz na mnie jakiś wpływ”, bo moja odpowiedź to „ogromny”! Przykłady? Zaczęło się od głupiego eksperymentu, a ja wciąż nie jem tego mięsa, kiedy wpadam na chwilę do Krakowa to czytam, gdzie tam w Krakowie można fajnie zjeść/pobyć i autentycznie kiedyś, mieszkając przez jakiś czas na Krowodrzy Górce, chodziłam rozglądając się dookoła, licząc, że może na Ciebie wpadnę (#stalker). Chyba dwukrotnie przebrnęłam przez Twoje archiwum, wcale nie dlatego, że czegoś szukałam, po prostu lubię jak piszesz – jesteś jedynym z blogerów, których czytam absolutnie wszystkie teksty, niezależnie od tego, czego dotyczą (na pozostałych blogach nawet nie klima w tematy, które mnie nie interesują). Dobra. Chyba muszę iść po więcej cukru do sklepu, bo tą wiadomością skończyły mi się całe zapasy.

Po takiej bombonierce z miłością, jedyne co jestem w stanie powiedzieć, to „dziękuję”. Tak że dziękuję. Bardzo.

13. lubię, jak masz włosy.

Ja też wolę jak nie jesteś łysa.

14. Jestes całkiem zwyklym gościem z mordy ale inteligencja i  humor dodaje Ci tego czegoś… seksapilu? No, żebym  nie przesadziła. Ale CZEGOŚ Ci dodaje. :)

I nie wiesz, czy Cię kocha, czy obraża, czy po prostu jest kobietą.

15. dzieki za bloga, mam kaca, a Ty i tak twgo nie przeczytasz

Zakład, że przeczytam?

16. i tak kiedyś zostaniesz moim mężem

Hmm, nie wiem co na to moja dziewczyna, ale powinnyście się dogadać w tej kwestii.

17. często cytuję jego wpisy/opowieści/dialogi pryz kawie z rodzinką :)

Oj, wizja, że ktoś o tekstach z mojego bloga rozmawia przy rodzinnym stole, jak o artykułach z gazet, naprawdę połechtała moje ego. To bardzo nobilitujące.

18. strusie jajo jest ok. 8 razy większe od kurzego

A kilogram ma 1000 gramów.

19. Boję się, że kiedyś wrzuci na bloga/fb jakąś moją rozmowę z tramwaju

Szczerze mówiąc, to za każdym razem, gdy wrzucam jakiś dialog podłapany w komunikacji miejskiej, czuję napięcie w obawie, że któryś z czytelników napisze „halo, halo, czemu umieściłeś moją rozmowę!!!1jeden”. Jeszcze taka sytuacja nie miała miejsca, ale wierzę, że wszystko przed nami.

20. Podkochuje się w Twojej inteligencji emocjonalnej mimo, ze jestem mężatką

Z blogerem to nie zdrada.

21. czytam Cię od tak dawna, że pamiętam nawet rudego kota z Twojego bloga :)

Kłamiesz, ludzie nie żyją tak długo!

22. są na świecie miasta powyżej 1mln, które nie są Warszawą!

Chcesz mi wmówić, że jest coś dalej? Że świat się nie kończy poza Polską i przekraczają granicę Cieszyna nie wypadasz poza krawędź Ziemi?

23. Przez Ciebie Kominek niedługo opuści tron :)

Mam nadzieję! W końcu ile można czekać, aż ktoś wyjdzie z toalety?

24. Cieszę się, że po świecie wędrują takie fajne wszechświaty atomów jak Ty :)

Dawno nie słyszałem tak wysublimowanego komplementu. Bądź moją gwiazdą polarną między wczoraj, a jutrem.

25. to jedyna rzecz która mnie nie wkurwia na kacu.

Ten też dobry.

26. Absolutnie rzuciłabym stanikiem z zachwytu!

I ten również nie gorszy.

27. Tyle mówisz o tym byciu prawiczkiem, że chętnie bym Cię pozbawiła tego brzemienia. Buziaki :*

Tyle lat zastanawiałem się jak stracić tę cholerną cnotę, próbując wszystkiego poza wypadem do Dzielnicy Czerwonych Latarni, a okazało się, że to prostsze niż jajecznica – wystarczy założyć bloga! Przekażcie to reszcie, może dzięki temu nasz gatunek nie wyginie!

28. Jesteś marną, nieudaną kopią Kominka -> on się wypił przez hejting i pizding na blogu, jak widać – już tego nie stosuje. I Ty też nie będziesz, ciao. A ankieta trochę do dupy.

Napisała dziewczyna czytająca mnie regularnie od dwóch lat, która jest na blogu głównie przez ciekawe tematy i nie chce, żebym cokolwiek zmieniał. No tak, to ma sens.

29. podczas wietrznych dni, kiedy wpadam na słupy i ludzi, bo przez włosy nic nie widzę, mogłabym wpaść na niego.

Ta pani powinna prowadzić zajęcia z podrywu na piątkowych spotkaniach singielek, bo robi to świetnie. Od jutra chodzę z rozwartymi ramionami w wietrzne dni.

30. Jesteś dla mnie czasami irytującym małolatem.Ty byś pewnie uznał,że jestem żałosna (mam 35 lat,ostatnio zawaliło mi się CAŁE życie,nigdy nie byłam tak pewna siebie jak Ty.)Ale wciąż Ciebie czytam.Podziwiam.Wiele się od Ciebie nauczyłam.Żałuję,że nie mam takiego faceta.Albo że nie jestem taka jak Ty.A czasem wierzę,dzięki temu co napisałeś,że jednak nie przegram.Że będzie jeszcze dobrze.I za to dziękuję.I pamiętaj,pisząc swojego bloga robisz chwilami więcej,niż jesteś w stanie sobie wyobrazić…Gdy czytałam Twój tekst o samobójstwie,byłam bardzo w złym stanie.Dziękuję,kochany mój Małolacie…

Szczerze wzruszyłem się. Dla takich komentarzy, naprawdę, warto to robić.

31. Jakby Ci Janek brakowało na chleb to mogę Ci załatwić pracę w Portsmouth, będzie mi z Tobą raźniej, buziaki <3

No to już mam odpowiedź na wszelkie pytania „a co za 5 lat?”, „a co jak minie moda na blogi?”, a „a co jak się wypalisz?”, a „a co jak rodzice wyciągną ci wtyczkę od internetu?”.

To jest na tyle dobre, że chyba założę Aska, żeby mieć to na co dzień, a nie tylko raz do roku.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

naTemat rezygnuje z darmowych stażystów i zatrudnia dziennikarzy

Skip to entry content

beka z natemat

Prima aprilis, to byłoby zbyt piękne. Piekło przecież nie zamarza.

Są tacy ludzie, którzy wszystkie czynności poza wypróżnianiem się muszą robić w parach. Od jedzenia, przez składanie dokumentów na studia, po wizytę u dentysty. Nie wyjdą sami na obiad na miasto, bo po co? Nie pójdą w pojedynkę do kina, bo wstyd. I nie pojadą bez towarzystwa do Berlina bo strach. Do pewnego czasu byłem jednym z nich. Minęło mi na dobre chyba po maturze, jak pojechałem nad morze sprzedawać gazety na plaży.

Niby wybrałem się tam z dwoma kumplami, ale oni po kliku dniach zaczęli wymiękać i definitywnie chcieli wracać, a ja byłem tak zajawiony, że najchętniej zostałbym tam całe życie. No i miałem dylemat – wracać z nimi, choć bardzo nie chcę, czy zostać samemu? Co było równoznaczne z przeniesieniem do innego miasta, gdzie zupełnie nikogo nie będę znał. (Nie, żebym w tym wcześniejszym miał jakąś siatkę znajomych). Stwierdziłem, że słońce świeci, wiatr wieje, a kwiaty pachną, więc chyba jakoś dam radę bez 24-godzinnej opieki. I zostałem.

I zostało mi tak do dzisiaj.

Nie mam problemu z chodzeniem do kina bez znajomych, jedzeniem w restauracji bez pary, ani podróżowaniem nieco dalej niż na Borek Fałęcki w pojedynkę. Co więcej, to ostatnie polecam spróbować każdemu i to więcej niż raz w życiu. Dlaczego? Co daje podróżowanie samemu?

 

Nowe doświadczenie

Dla niektórych może to brzmieć pusto i nijak, ale dla mnie każde nowe doświadczenie jest wartością samą w sobie. Lubię poznawać nowe rzeczy i lubię zmieniać perspektywę postrzegania już mi znanych. A pierwsza solowa wyprawa odciska solidne piętno na tym w jaki sposób myślisz o podróżach. I zazwyczaj sprowadza się do tego, że kochasz je jeszcze mocniej.

 

Pełniej chłoniesz szczegóły

Nie zawsze, ale często, lecąc z kimś do nowego miejsca, nie byłem skupiony na tym co widzę w drodze z lotniska, jak odnoszą się do siebie tubylcy, czy co w ich sposobie spożywania potraw jest innego, niż w naszym. Tylko gadaliśmy o pierdołach typu: czy Krysia ma lepsze cycki, czy Zdzisia i będąc na bezludnej wyspie, z którą z nich poszedłbyś do łóżka i dlaczego z obiema naraz. Poznając nową kulturę bez towarzysza jesteś skupiony na detalach – dostrzegasz je, analizujesz i zapamiętujesz. Będąc z kimś, bardziej niż prawdopodobne, że Ci umykają.

 

Nikt Cię nie stopuje

Miałeś tak, że chciałeś zobaczyć co jest za rogiem w kolejnej uliczce, ale ktoś Ci mówił, że jest zmęczony i chce już wracać? Albo planowałeś wstać wcześnie rano, żeby zobaczyć jak miasto budzi się do życia, ale ktoś wyjątkowo skutecznie namawiał Cię na chlanie? Albo ktoś czuł, nie dającą się zagłuszyć logicznymi argumentami, potrzebę pochodzenia po sklepach, a Ty miałeś nadzieję, że jednak pójdziecie do lokalnego muzeum sztuki współczesnej?

Dobra wiadomość, tym razem nie ma tego kogoś.

 

Wychodzenie ze strefy komfortu

Działanie w parze ma to do siebie, że możecie się uzupełniać. I jeśli Ty wstydzisz się zapytać obcej osoby, czy stoisz w dobrej kolejce do kontroli osobistej, to zrobi to za Ciebie Twój kumpel. Z kolei, jeśli on ma kompleksy związane z kaleczeniem angielskiego w mowie, piśmie i myśli, to Ty możesz porozmawiać z arabskim portierem na temat zmiany pokoju na taki, w którym działają kontakty. Jednak, gdy tej drugiej osoby nie ma, nie masz wyjścia – musisz się przemóc i przekroczyć swoje granice. Podjąć działanie, w którym normalnie wyręczyłby Cię ktoś inny. I poczuć jakie to zajebiste uczucie, gdy jednak to robisz, a świat nie staje w płomieniach zwalając Ci niebo na głowę.

 

Poznajesz samego siebie

Wycieczki do nowych miejsc mają to do siebie, że są w nich nowi ludzie, nowe obyczaje i nowe sytuacje. I bywa, że na te wszystkie nowości Ty także reagujesz w nowy, bo dotąd Ci nieznany, sposób. Zwłaszcza, gdy są to sytuacje stresowe, konflikty, czy szeroko rozumiane problemy. Wytrącony z codzienności i schematów, bez kogoś kto złapie Cię za rękę i poklepie po plecach, dowiadujesz się co Cię przerasta, kiedy reagujesz agresją, kiedy euforią i ile jesteś w stanie znieść, zanim otoczenie doprowadzi Cię do dzikiego szału. Bądź płaczu.

A to wiedza, za którą coache, terapeuci i wszelcy rozwojowcy biorą gruby hajs.

 

Odpalasz nieużywane dotąd części mózgu

Sporadycznie, ale jednak. Na przykład gdy wracając z Hurghady, w drodze na lotnisko, orientujesz się, że zapomniałeś paszportu i wiesz, że bez niego nie wpuszczą Cię do Polski, a jeśli się wrócisz, to nie zdążysz na samolot. Lub gdy nie włączyłeś roamingu w Plusie, a właśnie dojechałeś do Berlina, tyle, że wysiadłeś na złym dworcu i jesteś przerażony, bo nie wiesz ani jak skontaktować się z przyjacielem, który miał Cię odebrać, ani jak dotrzeć do jego mieszkania.

Wtedy szare komórki, które dotąd były odpowiedzialne za niezapadanie się czaszki, nagle zaczynają pracować, wrzeć i analizować 3271 możliwych scenariuszy. I chwilę przed spaleniem się z nadproduktywności, wybierają ten jeden właściwy, przekminiony bardziej, niż odcinki „Breaking Bad”, który ma szansę się powieść. I powodzi się.

 

Interesują się Tobą starsze panie

co daje podróż samemu

(No dobra, niech będzie, że młodsze też, bo kilka przedtrzydziestek również zagadało.)

Nie wiem na czym to polega, czy to feromony, czy mój magnes na dziwne sytuacje, ale przez cały wyjazd do Egiptu regularnie zaczepiały mnie panie około 60-tki. Najczęściej używając rezolutnego otwieracza oscylującego wokół hasła „bo pan taki samotny”. Miłe, ale niestety nie reagowały na argument „przepraszam, pracuję” i usilnie próbowały rozmawiać. A ja tam naprawdę poleciałem tylko po to, żeby pobyć w cieple i popisać.

Tak że tego, jak widzicie jest wiele aspektów pozytywnych podróżowania samemu.