Close
Close

7 powodów, dla których Uber jest lepszy od taksówki

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Uber

Od wczoraj po Krakowie hula Uber – aplikacja na telefony, która rewolucjonizuje sposób poruszania się po mieście na całym świecie. Możesz nie wiedzieć o co cho i z czym to się je, bo to swoiste novum, więc słówko wyjaśnienia, dlaczego trzeba się z tego cieszyć.

Uber to prosta apka, służąca do zamawiania samochodów, w celu przejazdu na imprezę, dworzec, do babci na pierogi, na spotkanie z byłą, czy jakimkolwiek innym. Rejestrujesz się, klikasz „zamów Ubera” i, wykorzystując GPS w Twoim telefonie, auto podjeżdża do miejsca w którym aktualnie się znajdujesz. Punkt, do którego chcesz się dostać podajesz wklepując adres, a za usługę płacisz bezgotówkowo kartą podpiętą do konta.

W skrócie, Uber to taka taksówka. Tylko 7 razy lepsza.

Czemu?

 

Po pierwsze, jest taniej

W Uberze opłata początkowa wynosi 5zł, koszt jednego przejechanego kilometra 1,40zł, a jednej rozpoczętej minuty 25 gr. I nie ma ani taryfy nocnej, ani świątecznej. Z kolei w najtańszym krakowskim taksiarskim korpo, na starcie płacisz 6zł, a za każde 1000 metrów 1,80zł. W taryfie podstawowej, bo w nocnej i świątecznej jest jeszcze więcej.

 

Po drugie, nie musisz mieć przy sobie pieniędzy

Znasz to uczucie, gdy domówka zaczyna umierać śmiercią naturalną i ostatnie zgony zajmują miejsca w wannie, a Ty bardzo nie chcesz do nich dołączać, więc przymierzasz się do zawinięcia na chatę? I gdy już udaje Ci się poprawnie wykonać kciukiem znak szczytującej jaskółki, żeby odblokować telefon i zadzwonić po taksę, orientujesz się, że została Ci złotówka i 43 grosze? W kieszeni, bo nie wziąłeś portfela? Zresztą, wiesz, że w pobliżu nie ma żadnego bankomatu, bo jesteś na takim wydupiu, że nawet nocny tu nie dociera? Znasz?

To możesz o nim zapomnieć.

Za przejazdy Uberem płacisz kartą podpiętą do aplikacji, której ani nie musisz mieć przy sobie, ani pokazywać, ani robić nic więcej, poza podaniem jej danych przy rejestracji. Pieniądze po każdej podróży są ściągane z konta, przez co nigdy nie musisz się martwić, że nie masz ich przy sobie, czy to w postaci gotówki, czy plastiku.

 

Po trzecie, nie musisz wiedzieć gdzie jesteś

uber kraków promokod (9)

W czasach Google Maps w każdym telefonie, trudno się zgubić i nie wiedzieć gdzie się jest. Przynajmniej w teorii, bo mam znajome, dla których to nie jest żadna przeszkoda. Jednak, nawet jeśli widzisz na mapce, czy tabliczce na sąsiednim budynku, że jesteś na Friedleina 58, to niekoniecznie musisz wiedzieć jak to wymówić dzwoniąc po taksówkę. Zwłaszcza jeśli masz wrodzoną, lub nabytą w trakcie wcześniej wspomnianej domóweczki, wadę wymowy.

Z Uberem włączasz aplikację, klikasz „zamów” i tyle. Nie musisz wiedzieć, gdzie jesteś, GPS wie za Ciebie.

 [emaillocker]

Po czwarte, nie musisz znać numeru

Pomyśl, że jesteś w Krakowie pierwszy raz w życiu, właśnie wysiadłeś na dworcu w Płaszowie zamiast na głównym, bo dopadło Cię jakieś większe nieoczekiwane nieogarnięcie, a musisz w ciągu 30 minut być w innej części miasta. Bo rozmowa rekrutacyjna, randka, czy coś. Nie musisz ani panikować, ani googlować „najtańsze taxi kraków”, żeby znaleźć numer na jakąś taksę. Wystarczy, że włączysz apkę.

Bardzo pomogło to mnie i mojej mamie podczas Wielkanocy w Rzymie. Przez to, że nasz lot opóźnił się o 1,5 godziny, ustalony wcześniej plan dotarcia do miejsca, w którym mieliśmy mieszkać wziął w łeb i musieliśmy na gorąco myśleć, jak się teraz wydostać z Termini. Po ciemku. I w deszczu. Z umierającą baterią w telefonie. Po wielogodzinnej podróży. I z żołądkami pustszymi niż wydmuszki, w których kiszki grały marsz pogrzebowy. Włączyłem Ubera, poczekałem 6 minut na kierowcę i problem się rozwiązał.

 

Po piąte, nie ma pytania „którędy pojedziemy?”

uber kraków promokod (7)

I wałowania klientów na hajs, o którym mówiliśmy tydzień temu. Trasa między miejscem, w którym się znajdujesz, a docelowym, jest wyznaczana przez aplikację i zarówno Ty, jak i kierowca, widzicie ją na swoich telefonach. W związku z tym pan prowadzący dość dobrze wie, którędy ma jechać. I nie musi  się Ciebie radzić w tej sprawie.

 

Po szóste, jeździsz dobrymi furami

W Krakowie zdarza się, że dzwoniąc po taryfę z taniej sieci trafiasz na okaz, który powinien zostać skierowany do muzeum. Albo bezpośrednio do utylizacji. Nie jest to nagminne, ale bywają momenty, że wsiadając auta i słysząc gruźliczny kaszel silnika, zaczynasz się poważnie zastanawiać, czy aby na pewno nie będzie trzeba dzwonić po lawetę. W Uberze dbają o to, żebyś nigdy nie wsiadł do zardzewiałego, pożyczonego od szwagra Golfa Dwójki, czy rozpadającego się Poloneza.

Korzystając z apki w Rzymie, jeździłem samymi Mercedesami S-klasy, a w Warszawie Chryslerami. Były to bardziej niż miłe przejażdżki. W Krakowie również lokalny oddział Ubera, podczas rekrutacji kierowców, kontroluje stan estetyczny i techniczny aut, i dba o to, żeby nie było lipy.

 

Po siódme, możesz jeździć za darmo!

Jeśli do tego momentu jeszcze wahałeś się, czy zainstalować Ubera, to właśnie wyciągam asa z rękawa, którym zamykam rozdanie. Mimo, że jestem w podkoszulku.

uber kraków promokod

Rejestrując się w aplikacji z tego linka https://get.uber.com/invite/PanJan lub po prostu wpisując w niej ultra tajny kod „PanJan” – prawda, że piękny? – dostajesz absolutnie, totalnie i bezkruczkowo 40 zeta na 2 pierwsze przejazdy Uberem po Krakowie za darmo! Czyli tyle, ile potrzebujesz, żeby dostać się z Ruczaju na Rynek Główny. I wrócić. Czy na jakąkolwiek inną trasę, którą będziesz chciał wykonać po Grodzie Króla Kraka. Spoko, co?

Ale, ale, to nie wszystko! Oprócz 40zł ode mnie i Ubera, możesz zgarnąć dużo, ale to naprawdę dużo więcej, bo aplikacja ma świetny system poleceń. Zaraz po zarejestrowaniu się, dostajesz swój własny kod, który działa podobnie jak ten na grafice powyżej, bo każda kolejna osoba, która poda go po zainstalowaniu apki, dostaje 25zł na start. I Ty też dostajesz 25zł na dowolny przejazd. I tak w nieskończoność przy każdej nowej osobie!

Innymi słowy, jeśli masz tylko wielu znajomych, możesz bujać się po mieście z prywatnym kierowcą za friko. Znasz jakąś „normalną” taksówkę, która tak potrafi?

 [/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

86
Dodaj komentarz

avatar
45 Comment threads
41 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
50 Comment authors
nie w ciemie bityGosiaROMAN WŁOSJanek B.Cierpy napadające na Ubera szkodzą wszystkim taksówkarzom Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ziggiz
Gość
Ziggiz

Jaaaaaa! Aż żałuję że nie mieszkam w Krakowie żeby wykorzystać kod i wypróbować nowości. To dopiero współpraca!
Na propsie Janek! :) Dzięki że dbasz o czytelników a nie pokazujesz że w torebce masz batona danej firmy albo wcinasz paluszki w czekoladzie danej firmy.
Ach, pławię się teraz w Twej zajebistości. Takie współprace są dla mnie jak miód na serce.

Jan Favre
Gość

Dziękuję wielkie za ciepłe słowa, bardzo mi miło!

A co do kodu, to ma limit ważności do końca roku, więc możesz pobrać apkę i wklepać na zapas, jakby akurat Cię tu przywiało :)

Arkadiusz Szczudło
Gość

na stronie nie widać by było ograniczenie co do krakowa

Oktawia
Gość
Oktawia

Spoko sprawa, apka już zainstalowana. Dzisiaj przetestuje PanieJanie :)

Jan Favre
Gość

Udanej imprezy!

W.
Gość
W.

Chyba czas kupić smartfona. ;<

Jan Favre
Gość

Dobrze, że nie iPhone’a!

Paulina Kudzia
Gość
Paulina Kudzia

Świetna opcja, skorzystam na pewno bedąc w Krk :D

Dorota Cudzich
Gość
Dorota Cudzich

ZNAK SZCZYTUJACEJ JASKOLKI – parsknelam. Swietny tekst.

Jan Favre
Gość

Dzięki!

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Tym razem uliczne historie są o lekkim zabarwieniu internacjonalnym, bo i przewija się w nich Rzym i Egipt, choć nie tak bardzo, jak w tych z lutego. W marcowej złotej dziesiątce zapisków z knajp, środków transportu i deptaków, jest trochę o naszej narodowości, trochę o książkach i trochę o jedzeniu. I oczywiście sporo o sprawach damsko-męskich.

 

#1 – Fakt, że przyleciałem do Hurghady bez dziewczyny, chłopaka ani prawnego opiekuna budził spore zainteresowanie:

– Pan taki przystojny i ciągle jest sam. Może ja się przysiądę?
– Wie pani co, nie miałbym nic przeciwko, ale muszę pracować.
– Ach dyplomata. Rozumiem, ze narzeczona czeka w Polsce?
– Nie jesteśmy jeszcze narzeczeństwem, ale chodzi o to, że przyleciałem tu do pracy i…
– Ja rozumiem, rozumiem, nie musi się pan tłumaczyć. Ja też miałam kiedyś zazdrosnego narzeczonego. Niech pan sobie wyobrazi, że robił mi awantury o wszystko. Dosłownie o wszystko! Nawet o to, że na weselu jego kuzynki poszłam z jego bratem gwiazdy pooglądać, a to przecież jedna rodzina była, więc co za różnica, który Zagrzecki mnie za kolano złapał?

No ja bym tam jednak widział różnicę.

 

#2 – Gadka-szmatka z panem ręcznikowym przy plaży:

– Ruskie?
– Nie, polskie.
– Aaa. Cieść, jak sie maś?
– Dobrze, a ty?
– Dobra, dobra, ziupa z bobra.

Pokonał mnie.

 

#3 – Jak się dowiedziałem z rozmowy pod Uniwersytetem Pedagogicznym, Tinder faktycznie działa:

– …czyli co, że da się tam znaleźć normalną dziewczynę? Taką wiesz, fajną, nie tylko na seks, tylko normalną, taką do spotykania się, żeby do kina pójść, czy coś?
– No jak poszukasz, to da się.
– I co, ty masz taką?
– No. W tym miesiącu już trzecią.

 

#4 – Dzień jak co dzień, jadę tramwajem, w środku zimno jak w kamienicy i jakiś koleś na siedzeniu obok mnie kicha, jakby się nawąchał tabaki:

– Na zdrowie.
– Masz jakiś [słowo_którego_nie_mogłem_użyć_ze_względu_na_miesiąc_bez_przekleństw] problem frajerze?

A ja tylko chciałem być miły.

 

#5 – Zwierzenia pretendującego Pana Miecia pod delikatesami na Królewskiej:

– …i podbija psiarnia i mówi, że mnie będzie na izbę zawijać, a ja mówię, że dobrze, bo i tak się miałem do domu wybierać.

 

#6 – Hotelowa masażystka w trakcie niezobowiązującej rozmowy na plaży rozkminiła moją prawdziwą narodowość:

– Heloł, hał ar ju?
– Fine, thanks. Sorry but I’m working.
– Du ju łont masasz?
– No, thanks. I’m working.
– Łer ju from?
– Poland. Thanks for your help but I need to work.
– End ju dont łont masasz?
– No.
– Bat ewribadi form Polant łont masasz.
– But I’m working and I don’t need that.
– Ju ar lajer, ju ar not from Polant. Ewribadi from Polant łont masasz. Ju ar from Dżermani.

 

#7 – Trzydziestokilkulatkowie randukjący nad Wisłą:

– A co ostatnio czytałeś?
– Co czytałem? Hehe, no czytałem „Pies, który jeździł koleją”, hehe, i takie tam. Ale ogólnie nie należę do ludzi, którzy zajmują się takimi głupotami, hehe.

 

#8 – Idę do drukarni, żeby odebrać identyfikatory na „Smok Bloga” i podchodzi do mnie starszy pan. Nie wyglądał jak mój potencjalny czytelnik, więc nie miałem pomysłu o co może mu chodzić:

– Przepraszam bardzo, mógłby mi pan pomóc?
– A o co chodzi?
– Proszę za mną.
– Podchodzimy do słupa ogłoszeniowego i pokazuje palcem na plakat z Marylą Rodowicz.
– Mógłby mi pan powiedzieć co tu pisze?
– „Maryla Rodowicz akustycznie”.
– No właśnie, akustycznie, to znaczy jak? Bez plejbeku?
– Tego bym się nie spodziewał, ale podejrzewam, że to znaczy, że z gitarą akustyczną. Taką wie pan…
– Taką jak na ogniskach harcerskich?
– Tak, tak, coś takiego.
– To idę, dziękuję bardzo!

I pobiegł.

 

#9 – Dysputy gastronomiczne w Ambasadzie Śledzia:

– Zjadłbym coś.
– Stary, kiedyś tu jadłem jakiś makaron. A potem poszedłem ruchać. I tak mnie zaczął napierdalać żołądek, że musiałem przestać i pójść do domu. Więc wyobraź sobie jak chujowy ten makaron musiał być.

 

#10 – W trakcie Wielkanocy w Rzymie ciągle ktoś mnie zaczepiał, żeby wepchnąć mi kij do samojebek. Przyzwyczajony do nagabywania przez Murzynów, po prostu ich ignorowałem i udawałem, że nie odnotowuję ich istnienia, ale nie wszyscy mieli na tym mocne nerwy. Gdy na Placu Świętego Piotra ten sam Murzyn trzeci raz podszedł z hasłem „selfie, selfie stick 5 euro” do Polki modlącej się przed kaplicą, nie dała rady:

– Proszę ode mnie odejść, proszę do mnie nie podchodzić i proszę stąd wyjść! Natychmiast! Jestem w Watykanie, rozumie pan? W WA-TY-KA-NIE! Miejscu, gdzie się modli! Modli, a nie sprzedaje gadżety! Chcę się pomodlić, a pan mi przeszkadza, więc do jasnej cholery proszę stąd odejść! Proszę w tej chwili stąd wyjść, bo dzwonię po policję!
– Ooo, pojonia! Ni szłość siem, bo szłość piknoźci kodzi, a ti jeścieś piekna!
– Yyy… dziękuję, bardzo pan miły.
– Jeścieś piekna, a piekna cieba foto. Selfie stick 5 euro!

 

Przy poprzednich „ulicznych historiach” wrzuciliście do komentarzy wiele rozbrajających opowieści – między innymi o maczetach – za co wielkie dzięki, bo uśmiałem się nie mniej, niż pytając o wysokość zasiłku dla bezrobotnych w Urzędzie Pracy. Jeśli więc macie jakieś pokręcone jak włosy Ewy Minge dialogi z ostatnich tygodni, to zapraszam do zabawy.

Jak to jest mieć zagraniczne nazwisko?

Skip to entry content

Urodziłem się w Thouars, nazywam się Favre, na drugie mam Florian, na trzecie Luis i odkąd zacząłem raczkować słyszę, że to fajnie mieć zagraniczne nazwisko. No, nie do końca.

Od przedszkola miałem problem z tłumaczeniem wszelkim paniom nauczycielkom, urzędniczkom, wychowawczyniom, policjantkom i strażniczkom miejskim, że w środku mojego nazwiska jest litera „v”. O ile jako w miarę świadomy i zaradny nastolatek jakoś sobie z tym radziłem, o tyle w okresie wczesnoszkolnym był to prawdziwy horror.

– Dobrze, to teraz sprawdzimy sobie obecność. Nowak, Kowalska, Wróblewski, Kozibąk, Faure, Nogacka…

– Favre.

– No przecież przeczytałam, Faure. Markowski, Zarzycka, Kuchcik…

– Tam nie ma „u” tylko „fał”.

– Jakie „fał”? Chcesz powiedzieć „wu”?

– Nie, nie „wu”, tylko „fał”. Taka połowa „wu”.

– W sensie „ef”?

– Nie, nie „ef”, nie „wu”, tylko „fał”. „Fał” jak VolksWagen.

– Ale to pierwsze „fał”, czy to drugie „fał”?

I tak w kółko, za każdym razem, przy każdej nowej nauczycielce, w każdej klasie, na każdych studiach, w każdym miejscu, gdzie musiałem podać swoje dane. W pewnym momencie stwierdziłem, że przekaz ustny jest równie sensowny co budowanie zamku z piasku na linii brzegowej i gdy ktoś go ode mnie potrzebował, pisałem je na kartce. Albo podawałem legitymację. Albo dowód. Ale to nie pomagało.

Choćby każda litera była z osobna wydrukowana na kartce wielkości płyty chodnikowej i tak prawie pewne było, że urzędas zapisując je zrobi błąd.

Ludzie z jakiegoś irracjonalnego powodu nie chcieli zaakceptować, że ktoś może mieć nazwisko z niepolskim znakiem. I gdy już dotarło do nich, że naprawdę, ale to naprawdę, a nie w wyniku przejęzyczenia, czy haju kodeinowego, tam jest nie „w”, nie „f”, tylko „v”, zaczynały się pytania. Przepraszam, gradobicie pytań.

– Nie Padre, tylko Favre? Przez „fał” w środku?

– Tak, nie Padre tylko Favre, przez „fał” w środku.

– O, to chyba nie jest rdzennie polskie nazwisko?

– No, nie.

– O, to skąd takie nazwisko? Rodzice są obcokrajowcami?

– Nie, tylko ojciec. Jest Francuzem.

– O, to jak to tak, że tylko tata jest z zagranicy?

– Musiałaby pani spytać dziadków, ja nie miałem na to za bardzo wpływu.

– O, a jak się rodzice poznali? Kiedy tu przyjechaliście? Czym się zajmuje tata? Nie chcieliście zamieszkać we Francji? Masz rodzeństwo? Umiesz mówić po francusku? Powiedz, coś! Powiedz, powiedz, powiedz!

– Ty tępa blazo, nie znam ojca, nie mieszkam z nim i w życiu go nie widziałem i to mój największy życiowy kompleks, więc z łaski swojej, nie bądź taką impertynencką szmatą i odpierdol się od moich spraw rodzinnych. Jesteś przypadkową osobą, z którą nie łączą i nie będą mnie łączyć żadne więzi emocjonalne, więc chuj ci do tego jak się poznali rodzice, ani czy dostaję padaczki jak nie zjem ślimaków przez 3 dni, bo to absolutnie nie twoja sprawa. Kurwa.

Ta ostatnia wypowiedź oczywiście nigdy nie padała, ale przez całe dzieciństwo marzyłem, żeby zripostować te natarczywe pytania w ten sposób. Bardzo mnie bolało, że kompletnie przypadkowy człowiek uważa, że ma prawo wchodzić z butami w moje życie, tylko dlatego, że nazywam się inaczej niż jego sąsiedzi z klatki. I że arogancko domaga się odpowiedzi na pytania, które wcale nie były dla mnie łatwe, a w zasadzie były jednymi z najtrudniejszych.

Bo jako kilkuletni chłopiec wcale nie czerpałem przyjemności z opowiadania o tym, czemu rodzice się rozstali.

Mimo to, opiekunowie na koloniach, recepcjonistki w przychodniach, czy pracownicy poczty nie widzieli nic zdrożnego w tym, żeby grzebać brudnymi łapskami w mojej intymności, a ja byłem na tyle mały, by nie wiedzieć jak się przed tym bronić. Rozumiem, że „v” w nazwisku mogłoby budzić jakąś sensację, gdybym był czarny albo chociaż mówił z jakimś dziwnym akcentem, ale polski był moim językiem ojczystym, a mama dbała o tym, by nawet po spotkaniu z błotem moja skóra nie zmieniała trwale koloru.

Dziś, jako dorosły człowiek, wiem jak na takie sytuacje reagować i jak się bronić, i też zdarzają się dużo rzadziej. Najczęściej w momentach, gdy spotykam na żywo ludzi, którzy wcześniej obserwowali mnie tylko w internecie. I zazwyczaj ktoś pyta jak nazywam się naprawdę, bo myślał, że „Favre” to mój pseudonim artystyczny. Mimo, że do artyzmu prawie mi tak daleko jak Mandarynie. Albo, że tak wpisałem sobie na Facebooku dla lansu, bo to przecież esencja szpanu, mieć cokolwiek z zagranicy. Jeśli nie na stopach, to chociaż na portalu społecznościowym w rubryce „dane”. Jest to mało mądre, ale to sporadyczne przypadki.

Reasumując, wbrew obiegowej opinii, zagraniczne nazwisko jednak nie jest najfajniejszą rzeczą na świecie. Nie polecam.

autorem zdjęcia jest Leon Riskin