Close
Close

7 powodów, dla których Uber jest lepszy od taksówki

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Uber

Od wczoraj po Krakowie hula Uber – aplikacja na telefony, która rewolucjonizuje sposób poruszania się po mieście na całym świecie. Możesz nie wiedzieć o co cho i z czym to się je, bo to swoiste novum, więc słówko wyjaśnienia, dlaczego trzeba się z tego cieszyć.

Uber to prosta apka, służąca do zamawiania samochodów, w celu przejazdu na imprezę, dworzec, do babci na pierogi, na spotkanie z byłą, czy jakimkolwiek innym. Rejestrujesz się, klikasz „zamów Ubera” i, wykorzystując GPS w Twoim telefonie, auto podjeżdża do miejsca w którym aktualnie się znajdujesz. Punkt, do którego chcesz się dostać podajesz wklepując adres, a za usługę płacisz bezgotówkowo kartą podpiętą do konta.

W skrócie, Uber to taka taksówka. Tylko 7 razy lepsza.

Czemu?

 

Po pierwsze, jest taniej

W Uberze opłata początkowa wynosi 5zł, koszt jednego przejechanego kilometra 1,40zł, a jednej rozpoczętej minuty 25 gr. I nie ma ani taryfy nocnej, ani świątecznej. Z kolei w najtańszym krakowskim taksiarskim korpo, na starcie płacisz 6zł, a za każde 1000 metrów 1,80zł. W taryfie podstawowej, bo w nocnej i świątecznej jest jeszcze więcej.

 

Po drugie, nie musisz mieć przy sobie pieniędzy

Znasz to uczucie, gdy domówka zaczyna umierać śmiercią naturalną i ostatnie zgony zajmują miejsca w wannie, a Ty bardzo nie chcesz do nich dołączać, więc przymierzasz się do zawinięcia na chatę? I gdy już udaje Ci się poprawnie wykonać kciukiem znak szczytującej jaskółki, żeby odblokować telefon i zadzwonić po taksę, orientujesz się, że została Ci złotówka i 43 grosze? W kieszeni, bo nie wziąłeś portfela? Zresztą, wiesz, że w pobliżu nie ma żadnego bankomatu, bo jesteś na takim wydupiu, że nawet nocny tu nie dociera? Znasz?

To możesz o nim zapomnieć.

Za przejazdy Uberem płacisz kartą podpiętą do aplikacji, której ani nie musisz mieć przy sobie, ani pokazywać, ani robić nic więcej, poza podaniem jej danych przy rejestracji. Pieniądze po każdej podróży są ściągane z konta, przez co nigdy nie musisz się martwić, że nie masz ich przy sobie, czy to w postaci gotówki, czy plastiku.

 

Po trzecie, nie musisz wiedzieć gdzie jesteś

uber kraków promokod (9)

W czasach Google Maps w każdym telefonie, trudno się zgubić i nie wiedzieć gdzie się jest. Przynajmniej w teorii, bo mam znajome, dla których to nie jest żadna przeszkoda. Jednak, nawet jeśli widzisz na mapce, czy tabliczce na sąsiednim budynku, że jesteś na Friedleina 58, to niekoniecznie musisz wiedzieć jak to wymówić dzwoniąc po taksówkę. Zwłaszcza jeśli masz wrodzoną, lub nabytą w trakcie wcześniej wspomnianej domóweczki, wadę wymowy.

Z Uberem włączasz aplikację, klikasz „zamów” i tyle. Nie musisz wiedzieć, gdzie jesteś, GPS wie za Ciebie.

[sociallocker id=”17312″]
 

Po czwarte, nie musisz znać numeru

Pomyśl, że jesteś w Krakowie pierwszy raz w życiu, właśnie wysiadłeś na dworcu w Płaszowie zamiast na głównym, bo dopadło Cię jakieś większe nieoczekiwane nieogarnięcie, a musisz w ciągu 30 minut być w innej części miasta. Bo rozmowa rekrutacyjna, randka, czy coś. Nie musisz ani panikować, ani googlować „najtańsze taxi kraków”, żeby znaleźć numer na jakąś taksę. Wystarczy, że włączysz apkę.

Bardzo pomogło to mnie i mojej mamie podczas Wielkanocy w Rzymie. Przez to, że nasz lot opóźnił się o 1,5 godziny, ustalony wcześniej plan dotarcia do miejsca, w którym mieliśmy mieszkać wziął w łeb i musieliśmy na gorąco myśleć, jak się teraz wydostać z Termini. Po ciemku. I w deszczu. Z umierającą baterią w telefonie. Po wielogodzinnej podróży. I z żołądkami pustszymi niż wydmuszki, w których kiszki grały marsz pogrzebowy. Włączyłem Ubera, poczekałem 6 minut na kierowcę i problem się rozwiązał.

 

Po piąte, nie ma pytania „którędy pojedziemy?”

uber kraków promokod (7)

I wałowania klientów na hajs, o którym mówiliśmy tydzień temu. Trasa między miejscem, w którym się znajdujesz, a docelowym, jest wyznaczana przez aplikację i zarówno Ty, jak i kierowca, widzicie ją na swoich telefonach. W związku z tym pan prowadzący dość dobrze wie, którędy ma jechać. I nie musi  się Ciebie radzić w tej sprawie.

 

Po szóste, jeździsz dobrymi furami

W Krakowie zdarza się, że dzwoniąc po taryfę z taniej sieci trafiasz na okaz, który powinien zostać skierowany do muzeum. Albo bezpośrednio do utylizacji. Nie jest to nagminne, ale bywają momenty, że wsiadając auta i słysząc gruźliczny kaszel silnika, zaczynasz się poważnie zastanawiać, czy aby na pewno nie będzie trzeba dzwonić po lawetę. W Uberze dbają o to, żebyś nigdy nie wsiadł do zardzewiałego, pożyczonego od szwagra Golfa Dwójki, czy rozpadającego się Poloneza.

Korzystając z apki w Rzymie, jeździłem samymi Mercedesami S-klasy, a w Warszawie Chryslerami. Były to bardziej niż miłe przejażdżki. W Krakowie również lokalny oddział Ubera, podczas rekrutacji kierowców, kontroluje stan estetyczny i techniczny aut, i dba o to, żeby nie było lipy.

 

Po siódme, możesz jeździć za darmo!

Jeśli do tego momentu jeszcze wahałeś się, czy zainstalować Ubera, to właśnie wyciągam asa z rękawa, którym zamykam rozdanie. Mimo, że jestem w podkoszulku.

uber kraków promokod

Rejestrując się w aplikacji z tego linka https://get.uber.com/invite/PanJan lub po prostu wpisując w niej ultra tajny kod „PanJan” – prawda, że piękny? – dostajesz absolutnie, totalnie i bezkruczkowo 40 zeta na 2 pierwsze przejazdy Uberem po Krakowie za darmo! Czyli tyle, ile potrzebujesz, żeby dostać się z Ruczaju na Rynek Główny. I wrócić. Czy na jakąkolwiek inną trasę, którą będziesz chciał wykonać po Grodzie Króla Kraka. Spoko, co?

Ale, ale, to nie wszystko! Oprócz 40zł ode mnie i Ubera, możesz zgarnąć dużo, ale to naprawdę dużo więcej, bo aplikacja ma świetny system poleceń. Zaraz po zarejestrowaniu się, dostajesz swój własny kod, który działa podobnie jak ten na grafice powyżej, bo każda kolejna osoba, która poda go po zainstalowaniu apki, dostaje 25zł na start. I Ty też dostajesz 25zł na dowolny przejazd. I tak w nieskończoność przy każdej nowej osobie!

Innymi słowy, jeśli masz tylko wielu znajomych, możesz bujać się po mieście z prywatnym kierowcą za friko. Znasz jakąś „normalną” taksówkę, która tak potrafi?

[/sociallocker]

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • nie w ciemie bity

    po pierwsze 7 razy pie—-nie ,drożej z większym ryzykiem ,apka poprowadzi gdzie korki bobliżej a 30 min.dłużej drożej boprzelicznik dynamiczny razy 7 itd ,jak masz pilną sprawę to z taxi rezygnujesz a tu 10zyla płacisz frycewego itd czyli wydymanie lepsze niż antychryst rydzyk

  • Gosia

    Po ósme nigdy nie masz pewności że kierowca dojedzie a że obciążą Cie za przejazd to już pewne masz:(
    Kierowca nie odnalazł mojej ulicy więc czekał na innej a ponieważ nie miałam możliwości skontaktowania się z nim(brak nr. tel.) to zostałam dodatkowo obciążona za nieobecność:( Napisałam reklamacje zobaczymy….Może mają mniejsze ceny ale na pewno nie są godni polecenia i zaufania. Nigdy więcej!!!!;(((

  • ROMAN WŁOS

    Ale bzdury.

  • Janek B.

    W Krakowie w ostatnią niedzielę w iCarze zapłaciłem mniej niż dzień wcześniej w UBER. Też zamówiłem taxi przez apkę i zapłaciłem kartą. Więc jeżeli nie będą tańsi od iCara i Megi to nie wróżę im przyszłości w tym mieście.

  • Pingback: Cierpy napadające na Ubera szkodzą wszystkim taksówkarzom()

  • eljot

    Podczas wypadku uber umywa ręce. Po przekalkulowaniu wychodzi tak samo jak w innych tanich korporacjach. Nie polecam.

  • Sl

    Go wno prawda. Icar i mega taniej. A w Krakowie jest 7 zł za start plus za czas plus za km 1,5

  • efergerg

    Nie wiem czy ten uber jest do konca dobry, bo na tym traca tez zwykli taksówkarze z Krakowa, ja jezdzilam do tej pory jedną korporacją (radiotaximpt) i nie wiem czy porzucić ją na rzecz ubera, zwlaszcza, ze teraz dodali wiele profitów dla stałych klientów :P

  • Beka z uber

    Czytając wasze komentarze zastanawiam się ile na tym zarabiacie.. jasne ze każdy chętnie pojeździć z debilem który nic za to nie skasuje ale poczekajmy aż znajdą się ofiary morderstw, gwałtów itp bo jeździć może każdy nawet gość po 25 latach za morderstwo.. powodzenia :D kpiny.. ps super fury? Tiaaa astry 2 i mercedesy „beczkowozy”…

  • Pingback: Uber w Trójmieście - dlaczego powinieneś dać mu szansę - Troyann.pl()

  • Łoooo wspaniałość! Taksiarze R.I.P. A tak w ogóle, co wejdę na jakiś blog, to ktoś o Tobie wspomina. Teraz wiem czemu. Zabawny z Ciebie koleś!

  • Szkoda, że nie ma takiej możliwości u mnie w mieście…
    Super wpis!

  • Czekam na Ubera w Katowicach i/lub Wrocławiu! Świetny wpis sponsorowany, pracowałam w agencji PR-owej, wiem co mówię ;)

  • Karolina Rzepka

    Działa !!! Dzięki Janek, uratowałeś mnie od godzinnego oczekiwania na nocny :).

    • Cała przyjemność po mojej stronie ;)

  • Piotr Ficoń

    Dzięki Janek! Przetestowałem podwójnie dzisiaj w nocy, w 2 minuty podjechało nowe Q5, 10/10

    • grzesiek3000

      to chyba obaj jechaliśmy tej nocy z Panem Andrzejem. Rewelacyjny kierowa i super autko!

    • Q5? Łouł, ja też chcę!

  • Ej, a jak nie jestem z Krakowa?

  • Świetny pomysł z tą aplikacją. Czas tylko czekać aż Polskę opanuje. :)

  • Pingback: Uber jeździ już w Krakowie - mobiRANK.pl()

  • Jerzy Gie

    Kraków, jak zwykle kontra takim inicjatywom. Oto wypowiedź pana z krakowskiego magistratu na temat UBERA: „Usługa w łudzący sposób przypomina niezgodny z prawem przewóz osób, z którym krakowski magistrat, Inspekcja Transportu Drogowego oraz urząd skarbowy walczą od lat. – Już sama opłata początkowa świadczy o tym, że jest to typowa usługa przewozu osób, a nie żaden autostop lub wspólne przejazdy – zauważa Wiesław Szanduła, zajmujący się transportem licencjonowanym w krakowskim magistracie.
    To wszystko świadczy o nielegalności tej usługi, która przypomina znaną nam już ofertę przewozów pod przykrywką ochrony mienia czy też nieobecnej już w Krakowie psychoterapii. Będziemy kontrolować i ścigać kierowców współpracujących z tąfirmą, tak samo jak innych świadczących usługi bez licencji- zapowiada Szanduła.

    • Czyli korporacje taksówkarskie mocno lobbują za utrzymaniem oligopolu.

    • Dorota Cudzich

      Kraków nie Wrocław. Grrrrr.

  • Ja śmigam Uberem po stolicy i jest super ;) kierowcy zawsze mili, na czas, bez stresu. Dla mnie mega pomysł !

  • astaaa

    A czy do podkrakowskich miejscowości też się da tym dojechać, typu Wieliczka czy Skawina? ;)

    • Zamówić się nie da, ale dojechać, w zależności od kierowcy, można.

      • astaaa

        Aha, dzięki. Bardziej mi chodziło o powrót. Bo w środku nocy za taxi trzeba zapłacić minimum 50 zł. ;)

  • Panie Janie, do Krakowa rzut beretem aż mam ochotę się tam pofatygować :) Mój sceptycznie nastawiony do wszystkiego brat (+30) zerkał przez moje ramię co sobie czytam, na odchodne rzucił „fajną on ma stylówę” reasumując fajną masz stylówę :D

  • świetnie zrobiony wpis, ale jeszcze zacniejsza stylówa i fryzura, Panie Janie.

    • Dzięki! A co do fryzury, to konsultowałem ją ze stylistą Kojaka.

  • wystrzyżony Janek mój ulubiony…
    matko jak Ty rozpieszczasz tych czytelników heh.

  • Jula Potkaj

    Też żałuję, że nie mieszkam w Krakowie, bo akurat dzisiaj melanżyk, to może i bym skorzystała… Ale cóż, może kiedyś dotrze i do Warszawki. :)

    I też bardzo propsuję Twoje wszystkie wpisy, uwielbiam Cię czytać – oby tak dalej!

    • Oj, dziękuję bardzo!

      A co do Warszawy, to w stolicy już jest od jakiegoś czasu, tak że śmiało ;)

  • Janko

    czy zapłatę trzeba jakoś każdorazowo potwierdzać pinem, kodem czy czymś takim, czy apka może nam ściągnąć całą kasę z konta w minutę jak ktoś im się do systemu włamie?

    • Zapłata jest pobierana automatycznie za przejechaną trasę, tak że nie rozumiem, jak ktoś mógłbym ściągnąć pieniądze z konta.

  • Łódź czeka, a jak jeszcze będzie możliwość zamówienia Ubera z bagażnikiem rowerowym, to już w ogóle będzie miodzio.

    • W Rzymie jest możliwość zamówienia VANa, tak że wraz ze wzrostem popularności podejrzewam, że i u nas będzie można.

  • Ale czad! W końcu ktoś mnie zawiezie do Coffee Cargo bez miliona wydanych monet.

  • Idę szukać blogerów, którzy robią podobną akcję w Warszawie, przekonałeś mnie jak nie wiem co :D

    • Nie musisz szukać, wystarczy, że zajrzysz do zakładki „inne wiadomości” na Fejsie :)

  • Paweł Daniel Kęcerski

    Uber fajny, nawet z perspektywy kierowców samych taksówek. W UK rozmawiałem z kilkoma i co im się chyba najbardziej podoba to to, że pieniądze zawsze są na koncie, nie ma sytuacji z niepłaceniem/wybieganiem z taksówek.
    Wraz ze wzrostem popularności aplikacji przybywa im kierunków. Jedyny problem jest taki, że Uber nie jest typową korporacją taksówkarską – nie pokrywa im ubezpieczeń, etc, co akurat w Anglii może być dramatem, gdyż są to wysokie koszta.
    Dla zwykłego szarego obywatela jest to jednak świetna odmiana od korpo-taxi 2.50 za km.

  • Czy jestem jedyną osobą, która nie posiada karty kredytowej?

    • Jeśli możesz tą bankomatową wykonywać transakcje internetowe i za granicą, to też powinno działać.

  • Madd

    No chyba, że nie masz neta w telefonie na bieżąco, ale to trzeba być mamutem jak ja, bo teraz już wszyscy przecież mają. Mimo to brzmi dobrze.

    • W.

      Nie wszyscy! Mój telefon to analog z klapką, który nie nadąża za tym co się dzieje w fonosferze.

  • Aż się chyba wybiorę w jakiś weekend do Krakowa, celem przetestowania tego cuda, bo zapowiada się to świetnie. :)

  • Masz najlepsze wpisy sponsorowane w całej blogosferze. Dzięki za kodzik, przyda się na pewno. Pozdrawiam rzewnie i gorąco.

    • Ogromne dzięki, to dla mnie wielki komplement!

  • Gdańsk czeka!

  • Aleksandra Muszyńska

    HURRRA!
    Oh,wait.
    Mieszkam w Gorzowie.
    Ale akcja super,rozpieszczasz czytelników :).

  • Podoba mnie się to! :)
    PanJan, a poza Wawą i Grodem Kraka gdzieś jeszcze można brykać Uberem?

  • Monika Grzebyk

    Co tam Friedleina, gorzej jak właśnie znajdujesz się pijany na „Szehrenofenna”

    • W.

      Sereno Fenn’a też mnie prześladuje w takich sytuacjach! Zwłaszcza, że nawet na trzeźwo mam problem z napisaniem nazwy tej ulicy.

    • na Friedleina zamawiałem już nie raz. Jest zmęczenie :)

  • Mariusz Gruszka

    Rozumiem, że mając zwykłą kartę debetową ING nie pohulam ani nawet nie skorzystam z kodu zniżkowego, bo jest to obowiązkowe do rejestracji? :)

    • Nie jestem specem od kart płatniczy, ale na 90% nie będzie problemu, bo też mam zwykła bankomatową kartę z ING i działa w Uberze. Jeśli masz tylko z tyłu kod CVV (te 3 cyferki), to powinno być git.

      • Mariusz Gruszka

        Orientujesz się ilu kierowców w Krakowie się zarejestrowało do usługi? Czytałem różne negatywne opinie o aplikacji (m.in. o kierowcach albo o fakcie, że w wielu krajach jest nielegalna przez brak odpowiednich uprawnień kierowców czy ubezpieczeń charakterystycznych dla przejazdów grupowych). Wiem, że z nimi współpracujesz, więc nie spodziewam się żadnego potwierdzenia tych opinii, ale raczej obiektywnej oceny na podstawie Twoich doświadczeń i być może doświadczeń Twoich znajomych.

        • Nie mam informacji co do konkretnej liczby kierowców w Krakowie, ale od wczoraj zrobiłem 4 kursy i nie czekałem dłużej niż 6 minut. Ogólnie
          mam pozytywne wrażenia z kontaktu z Uberem (inaczej bym go nie reklamował na blogu) i wszystkie rzeczy, które znajdują się w tym poście wynikają z moich osobistych doświadczeń. Korzystałem z niego zarówno w Warszawie, Rzymie, jak i teraz w Krakowie i nie trafiłem na nic, co by mnie zniechęciło. Nie wiem z czego wynikają negatywne opinie w innych krajach, ale domyślam się, że środowisku taksówkarskiemu jest to nie na rękę, bo mają konkurencję i muszą obniżać ceny.

    • Marta Wrona

      Też mam zwykłą kartę debetową i mimo że mam te cyferki CVV to Uber nie daje mi możliwości się zarejestrować :(

      • Sprawdź, czy te limity na karcie masz ustawione powyżej 0, bo to jest warunkiem, żeby karta bankomatowa działała jak kredytowa (przynajmniej z tego co wiem).

        • Mariusz Gruszka

          Spróbuję to zrobić i być może przetestuję, jeśli ostatecznie dziś wieczorem wyląduję na rynku :)

  • ewakaaaa

    Świetna akcja !! Apka właśnie sie pobiera! Dzieki PanieJanie

    • Nie ma za co, ba się dobrze!

      • ewakaaaa

        kurcze, nie wiesz jak to jest miłe jak odpisujesz nawet na tej najprostsze komentarze, widać że dbasz o swoich czytelników

  • Dorota Cudzich

    ZNAK SZCZYTUJACEJ JASKOLKI – parsknelam. Swietny tekst.

  • Paulina Kudzia

    Świetna opcja, skorzystam na pewno bedąc w Krk :D

  • W.

    Chyba czas kupić smartfona. ;<

  • Oktawia

    Spoko sprawa, apka już zainstalowana. Dzisiaj przetestuje PanieJanie :)

  • Ziggiz

    Jaaaaaa! Aż żałuję że nie mieszkam w Krakowie żeby wykorzystać kod i wypróbować nowości. To dopiero współpraca!
    Na propsie Janek! :) Dzięki że dbasz o czytelników a nie pokazujesz że w torebce masz batona danej firmy albo wcinasz paluszki w czekoladzie danej firmy.
    Ach, pławię się teraz w Twej zajebistości. Takie współprace są dla mnie jak miód na serce.

    • Dziękuję wielkie za ciepłe słowa, bardzo mi miło!

      A co do kodu, to ma limit ważności do końca roku, więc możesz pobrać apkę i wklepać na zapas, jakby akurat Cię tu przywiało :)

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Tym razem uliczne historie są o lekkim zabarwieniu internacjonalnym, bo i przewija się w nich Rzym i Egipt, choć nie tak bardzo, jak w tych z lutego. W marcowej złotej dziesiątce zapisków z knajp, środków transportu i deptaków, jest trochę o naszej narodowości, trochę o książkach i trochę o jedzeniu. I oczywiście sporo o sprawach damsko-męskich.

 

#1 – Fakt, że przyleciałem do Hurghady bez dziewczyny, chłopaka ani prawnego opiekuna budził spore zainteresowanie:

– Pan taki przystojny i ciągle jest sam. Może ja się przysiądę?
– Wie pani co, nie miałbym nic przeciwko, ale muszę pracować.
– Ach dyplomata. Rozumiem, ze narzeczona czeka w Polsce?
– Nie jesteśmy jeszcze narzeczeństwem, ale chodzi o to, że przyleciałem tu do pracy i…
– Ja rozumiem, rozumiem, nie musi się pan tłumaczyć. Ja też miałam kiedyś zazdrosnego narzeczonego. Niech pan sobie wyobrazi, że robił mi awantury o wszystko. Dosłownie o wszystko! Nawet o to, że na weselu jego kuzynki poszłam z jego bratem gwiazdy pooglądać, a to przecież jedna rodzina była, więc co za różnica, który Zagrzecki mnie za kolano złapał?

No ja bym tam jednak widział różnicę.

 

#2 – Gadka-szmatka z panem ręcznikowym przy plaży:

– Ruskie?
– Nie, polskie.
– Aaa. Cieść, jak sie maś?
– Dobrze, a ty?
– Dobra, dobra, ziupa z bobra.

Pokonał mnie.

 

#3 – Jak się dowiedziałem z rozmowy pod Uniwersytetem Pedagogicznym, Tinder faktycznie działa:

– …czyli co, że da się tam znaleźć normalną dziewczynę? Taką wiesz, fajną, nie tylko na seks, tylko normalną, taką do spotykania się, żeby do kina pójść, czy coś?
– No jak poszukasz, to da się.
– I co, ty masz taką?
– No. W tym miesiącu już trzecią.

 

#4 – Dzień jak co dzień, jadę tramwajem, w środku zimno jak w kamienicy i jakiś koleś na siedzeniu obok mnie kicha, jakby się nawąchał tabaki:

– Na zdrowie.
– Masz jakiś [słowo_którego_nie_mogłem_użyć_ze_względu_na_miesiąc_bez_przekleństw] problem frajerze?

A ja tylko chciałem być miły.

 

#5 – Zwierzenia pretendującego Pana Miecia pod delikatesami na Królewskiej:

– …i podbija psiarnia i mówi, że mnie będzie na izbę zawijać, a ja mówię, że dobrze, bo i tak się miałem do domu wybierać.

 

#6 – Hotelowa masażystka w trakcie niezobowiązującej rozmowy na plaży rozkminiła moją prawdziwą narodowość:

– Heloł, hał ar ju?
– Fine, thanks. Sorry but I’m working.
– Du ju łont masasz?
– No, thanks. I’m working.
– Łer ju from?
– Poland. Thanks for your help but I need to work.
– End ju dont łont masasz?
– No.
– Bat ewribadi form Polant łont masasz.
– But I’m working and I don’t need that.
– Ju ar lajer, ju ar not from Polant. Ewribadi from Polant łont masasz. Ju ar from Dżermani.

 

#7 – Trzydziestokilkulatkowie randukjący nad Wisłą:

– A co ostatnio czytałeś?
– Co czytałem? Hehe, no czytałem „Pies, który jeździł koleją”, hehe, i takie tam. Ale ogólnie nie należę do ludzi, którzy zajmują się takimi głupotami, hehe.

 

#8 – Idę do drukarni, żeby odebrać identyfikatory na „Smok Bloga” i podchodzi do mnie starszy pan. Nie wyglądał jak mój potencjalny czytelnik, więc nie miałem pomysłu o co może mu chodzić:

– Przepraszam bardzo, mógłby mi pan pomóc?
– A o co chodzi?
– Proszę za mną.
– Podchodzimy do słupa ogłoszeniowego i pokazuje palcem na plakat z Marylą Rodowicz.
– Mógłby mi pan powiedzieć co tu pisze?
– „Maryla Rodowicz akustycznie”.
– No właśnie, akustycznie, to znaczy jak? Bez plejbeku?
– Tego bym się nie spodziewał, ale podejrzewam, że to znaczy, że z gitarą akustyczną. Taką wie pan…
– Taką jak na ogniskach harcerskich?
– Tak, tak, coś takiego.
– To idę, dziękuję bardzo!

I pobiegł.

 

#9 – Dysputy gastronomiczne w Ambasadzie Śledzia:

– Zjadłbym coś.
– Stary, kiedyś tu jadłem jakiś makaron. A potem poszedłem ruchać. I tak mnie zaczął napierdalać żołądek, że musiałem przestać i pójść do domu. Więc wyobraź sobie jak chujowy ten makaron musiał być.

 

#10 – W trakcie Wielkanocy w Rzymie ciągle ktoś mnie zaczepiał, żeby wepchnąć mi kij do samojebek. Przyzwyczajony do nagabywania przez Murzynów, po prostu ich ignorowałem i udawałem, że nie odnotowuję ich istnienia, ale nie wszyscy mieli na tym mocne nerwy. Gdy na Placu Świętego Piotra ten sam Murzyn trzeci raz podszedł z hasłem „selfie, selfie stick 5 euro” do Polki modlącej się przed kaplicą, nie dała rady:

– Proszę ode mnie odejść, proszę do mnie nie podchodzić i proszę stąd wyjść! Natychmiast! Jestem w Watykanie, rozumie pan? W WA-TY-KA-NIE! Miejscu, gdzie się modli! Modli, a nie sprzedaje gadżety! Chcę się pomodlić, a pan mi przeszkadza, więc do jasnej cholery proszę stąd odejść! Proszę w tej chwili stąd wyjść, bo dzwonię po policję!
– Ooo, pojonia! Ni szłość siem, bo szłość piknoźci kodzi, a ti jeścieś piekna!
– Yyy… dziękuję, bardzo pan miły.
– Jeścieś piekna, a piekna cieba foto. Selfie stick 5 euro!

 

Przy poprzednich „ulicznych historiach” wrzuciliście do komentarzy wiele rozbrajających opowieści – między innymi o maczetach – za co wielkie dzięki, bo uśmiałem się nie mniej, niż pytając o wysokość zasiłku dla bezrobotnych w Urzędzie Pracy. Jeśli więc macie jakieś pokręcone jak włosy Ewy Minge dialogi z ostatnich tygodni, to zapraszam do zabawy.

---> SKOMENTUJ

Jak to jest mieć zagraniczne nazwisko?

Skip to entry content

Urodziłem się w Thouars, nazywam się Favre, na drugie mam Florian, na trzecie Luis i odkąd zacząłem raczkować słyszę, że to fajnie mieć zagraniczne nazwisko. No, nie do końca.

Od przedszkola miałem problem z tłumaczeniem wszelkim paniom nauczycielkom, urzędniczkom, wychowawczyniom, policjantkom i strażniczkom miejskim, że w środku mojego nazwiska jest litera „v”. O ile jako w miarę świadomy i zaradny nastolatek jakoś sobie z tym radziłem, o tyle w okresie wczesnoszkolnym był to prawdziwy horror.

– Dobrze, to teraz sprawdzimy sobie obecność. Nowak, Kowalska, Wróblewski, Kozibąk, Faure, Nogacka…

– Favre.

– No przecież przeczytałam, Faure. Markowski, Zarzycka, Kuchcik…

– Tam nie ma „u” tylko „fał”.

– Jakie „fał”? Chcesz powiedzieć „wu”?

– Nie, nie „wu”, tylko „fał”. Taka połowa „wu”.

– W sensie „ef”?

– Nie, nie „ef”, nie „wu”, tylko „fał”. „Fał” jak VolksWagen.

– Ale to pierwsze „fał”, czy to drugie „fał”?

I tak w kółko, za każdym razem, przy każdej nowej nauczycielce, w każdej klasie, na każdych studiach, w każdym miejscu, gdzie musiałem podać swoje dane. W pewnym momencie stwierdziłem, że przekaz ustny jest równie sensowny co budowanie zamku z piasku na linii brzegowej i gdy ktoś go ode mnie potrzebował, pisałem je na kartce. Albo podawałem legitymację. Albo dowód. Ale to nie pomagało.

Choćby każda litera była z osobna wydrukowana na kartce wielkości płyty chodnikowej i tak prawie pewne było, że urzędas zapisując je zrobi błąd.

Ludzie z jakiegoś irracjonalnego powodu nie chcieli zaakceptować, że ktoś może mieć nazwisko z niepolskim znakiem. I gdy już dotarło do nich, że naprawdę, ale to naprawdę, a nie w wyniku przejęzyczenia, czy haju kodeinowego, tam jest nie „w”, nie „f”, tylko „v”, zaczynały się pytania. Przepraszam, gradobicie pytań.

– Nie Padre, tylko Favre? Przez „fał” w środku?

– Tak, nie Padre tylko Favre, przez „fał” w środku.

– O, to chyba nie jest rdzennie polskie nazwisko?

– No, nie.

– O, to skąd takie nazwisko? Rodzice są obcokrajowcami?

– Nie, tylko ojciec. Jest Francuzem.

– O, to jak to tak, że tylko tata jest z zagranicy?

– Musiałaby pani spytać dziadków, ja nie miałem na to za bardzo wpływu.

– O, a jak się rodzice poznali? Kiedy tu przyjechaliście? Czym się zajmuje tata? Nie chcieliście zamieszkać we Francji? Masz rodzeństwo? Umiesz mówić po francusku? Powiedz, coś! Powiedz, powiedz, powiedz!

– Ty tępa blazo, nie znam ojca, nie mieszkam z nim i w życiu go nie widziałem i to mój największy życiowy kompleks, więc z łaski swojej, nie bądź taką impertynencką szmatą i odpierdol się od moich spraw rodzinnych. Jesteś przypadkową osobą, z którą nie łączą i nie będą mnie łączyć żadne więzi emocjonalne, więc chuj ci do tego jak się poznali rodzice, ani czy dostaję padaczki jak nie zjem ślimaków przez 3 dni, bo to absolutnie nie twoja sprawa. Kurwa.

Ta ostatnia wypowiedź oczywiście nigdy nie padała, ale przez całe dzieciństwo marzyłem, żeby zripostować te natarczywe pytania w ten sposób. Bardzo mnie bolało, że kompletnie przypadkowy człowiek uważa, że ma prawo wchodzić z butami w moje życie, tylko dlatego, że nazywam się inaczej niż jego sąsiedzi z klatki. I że arogancko domaga się odpowiedzi na pytania, które wcale nie były dla mnie łatwe, a w zasadzie były jednymi z najtrudniejszych.

Bo jako kilkuletni chłopiec wcale nie czerpałem przyjemności z opowiadania o tym, czemu rodzice się rozstali.

Mimo to, opiekunowie na koloniach, recepcjonistki w przychodniach, czy pracownicy poczty nie widzieli nic zdrożnego w tym, żeby grzebać brudnymi łapskami w mojej intymności, a ja byłem na tyle mały, by nie wiedzieć jak się przed tym bronić. Rozumiem, że „v” w nazwisku mogłoby budzić jakąś sensację, gdybym był czarny albo chociaż mówił z jakimś dziwnym akcentem, ale polski był moim językiem ojczystym, a mama dbała o tym, by nawet po spotkaniu z błotem moja skóra nie zmieniała trwale koloru.

Dziś, jako dorosły człowiek, wiem jak na takie sytuacje reagować i jak się bronić, i też zdarzają się dużo rzadziej. Najczęściej w momentach, gdy spotykam na żywo ludzi, którzy wcześniej obserwowali mnie tylko w internecie. I zazwyczaj ktoś pyta jak nazywam się naprawdę, bo myślał, że „Favre” to mój pseudonim artystyczny. Mimo, że do artyzmu prawie mi tak daleko jak Mandarynie. Albo, że tak wpisałem sobie na Facebooku dla lansu, bo to przecież esencja szpanu, mieć cokolwiek z zagranicy. Jeśli nie na stopach, to chociaż na portalu społecznościowym w rubryce „dane”. Jest to mało mądre, ale to sporadyczne przypadki.

Reasumując, wbrew obiegowej opinii, zagraniczne nazwisko jednak nie jest najfajniejszą rzeczą na świecie. Nie polecam.

autorem zdjęcia jest Leon Riskin
---> SKOMENTUJ